Logotyp magazynu Mały Format

Ignacy Karpowicz

"Miłość", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 292.

„Miłość” jest powieścią, którą można czytać jako wariację na temat homoseksualnego comingout’u zapisaną w kilku czasach, gatunkach i językach. „Miłość” można też czytać jako złożoną grę literacką, w której stawką są najważniejsze pytania o tożsamość, prawdę i naszą zdolność do porzucenia wygodnych pozycji (na przykład ironii), by bronić i wydobywać to, co w nas i naszych bliźnich najcenniejsze, (i, jak się zdaje, wymierające): Dobro. Tę pierwszą, łatwą strategię (od)czytania „Miłości” ułatwia kontekst: medialne zamieszanie wokół premiery, burzliwie i publicznie zainicjowany związek pisarza z prominentnym redaktorem „Książek”, przedpremierowa obecność „Miłości” na liście dziesięciu „najważniejszych” pozycji 2017 roku według redakcji tegoż periodyku, czy wreszcie wywiady, których udzielił sam autor. Ja jednak proponuję tę drugą strategię (od)czytania – literatura jest bowiem ciekawsza od pozaliterackiego „cyrku”, a „Miłość” stanowi żywy dowód na to, że powieść to nie najlepszy sposób na dzielenie się ze światem swoim szczęściem czy doświadczeniem.

Najnowsza powieść Karpowicza stawiła mi olbrzymi opór i nie mam na myśli samej czynności czytania. Pierwsza lektura zajęła mi jedną noc: witałem szary świt oszołomiony i do głębi poruszony; jak mówimy my, czytelnicy: pochłonąłem jednym tchem. Wszystkie światy „Miłości” rosły we mnie, nie dawały spokoju, a potem zaczęły się rozpadać na odrębne części, zastygać, wwiercać w moją wrażliwość i rozbudzać dalsze, już nie tak emfatyczne intuicje. O ile oszołomienie Całością pozostało, to niektóre jej składowe posypały się jak zamek z przeschniętego piasku.

Coś, co nazwałbym muzyką tej powieści, rozgrywa się na przecięciach owej Całości misternie skonstruowanej z czterech części, części – dodać należy – nieprzystających do siebie zarówno formalnie, jak i narracyjnie. Żeby tego było mało, te cztery części rozpisane są na sześć rozdziałów wyłożonych nielinearnie (podaję kolejno): „Piękno”, „2”, „Prawda”, „4”, „Dobro” i „6”. Rozdziały „2”, „4” i „6” stanowią jedną, nadrzędną i sterującą pozostałymi opowieściami spójną narrację, a „Piękno”, „Prawda” i „Dobro” to odrębne mikropowieści, choć ich odrębność ma, by tak rzec, niekompletny charakter. Ich zapis jest formalnie i narracyjnie bardzo różny – ba! – to trzy odrębne gatunki: „retro-powieść” („Piękno”), dystopia („Prawda”) i baśń („Dobro”) – są jednak ze sobą powiązane, niczym równoległe wszechświaty nawinięte na struny. Drgania i widma tych wszechświatów docierają do siebie nawzajem jakby w jednym czasie i w jednym, szczególnie wrażliwym miejscu: umyśle czytelnika. Trzymając się nadal astrofizycznych metafor, powiem nawet, że na poziomie narracji jedynie „Prawdę” łączy wyraźny czasoprzestrzenny tunel z rozdziałami numerycznymi – rozgrywa się ona bowiem w dystopijnej przyszłości względem akcji z rozdziałów „2”, „4” i „6” i jest z nimi ściśle powiązana. To właśnie konstrukcja i niezwykłe interferencje między poszczególnymi częściami ogłuszają, budując wrażenie wielkości i głębi. Niestety, po paru dniach to wrażenie słabnie i osuwa się w wątpliwość, a wątpliwość w rozczarowanie. Powtórna, uważna lektura nieuchronnie prowadzi do przykrego od-czarowania, z konieczności nie powoduje już tak wielkiego uniesienia.

To właśnie konstrukcja »Miłości« i niezwykłe interferencje między poszczególnymi jej częściami ogłuszają, budując wrażenie wielkości i głębi

Jednak uważnemu czytelnikowi zostaje naprawdę wiele: zachwyt wybranymi częściami, wspomniane interferencje generowane mistrzowskim zamysłem konstrukcyjnym, czy wreszcie skandalicznie doskonałe poetyki „Piękna” i „Dobra”. W moim przypadku na zawsze pozostaną ze mną właśnie „Piękno” i „Dobro” – to tu rozgrywa się wybitna gra literacka, gra o najwyższe stawki prowadzona we wszystkich wymiarach, z których składa się wielka literatura: precyzyjne użycie formy, stwarzanie autonomicznego języka, mistrzowskie panowanie nad wieloma silnie zróżnicowanymi narracjami, przywracanie do życia wielkich kategorii…

Bardzo nie chciałem czytać „Miłości” przez pryzmat biografii i doświadczeń pisarza. W jednym z wywiadów autor „Gestów” na pytanie o wątki autobiograficzne w „Miłości” potrójnie zaprzecza i brzmi to, by tak rzec, jak zaprzeczenie nowotestamentowe. Należę do tego gatunku czytelników, którzy biografie pisarzy czy ich wypowiedzi o własnej twórczości traktują w najlepszym razie podejrzliwie, najczęściej zaś wzbudzają one u mnie ziewanie i pobłażanie; słowem: w literaturze kręci mnie dzieło, a nie twórca i jego życiowe uwikłania.

Jednak przy lekturze „2”, „4” i „6”, których to bohaterem-narratorem jest pisarz mierzący się z chorobą i wyparciem homoseksualnej orientacji, było bardzo trudno tę „anty-autorską” postawę utrzymać. Ta trudność nie polegała na prostej zależności między światem przedstawionym a tym, czego można bez trudu dowiedzieć się o życiowych perypetiach Karpowicza. Zawiera się ona raczej w formie i języku tychże rozdziałów. Tu bowiem napięcie między formą a treścią było najniższego, rzekłbym, nieliterackiego rzędu. Otwarcie „2” trąci niemal gazetowym, łzawo-tkliwym wyznaniem, a niektóre frazy złożone są tak przezroczyście, jakby zostały „żywcem” wyjęte z codziennego notatnika autora „Sońki”:

„Pamiętam kłamstwo pierwsze, to znaczy – pierwsze kłamstwo, które pamiętam, bo przecież wydarzyć się mogły wcześniejsze. Chciałem z lodówki wyciągnąć ciasto albo czekoladę i stłukłem salaterkę. Rodzicom powiedziałem, że zrobił to mój młodszy brat. Dostałem od matki kuksańca za to, że nie upilnowałem brata, a więc i tak zostałem ukarany, ale nie za to, co zrobiłem, lecz za to, czego nie zrobiłem, gdyż brata pilnowałem pilnie. Teraz myślę, że kara ma w sobie coś uniwersalnego, że karanie za wyparcie się siebie i własnych uczynków jest głęboko słuszne. Problem jednak w tym, że często bywamy karani za bycie sobą i własne uczynki.”


W mojej ocenie nieliterackość i – nie boję się powiedzieć – płycizny tych partii „Miłości” są uderzające; tym bardziej, że w rozdziałach obok mamy do czynienia z arcydzielną wirtuozerią.

Podobnie, ale już nie tak uderzająco, ma się rzecz z dystopią zapisaną w najsłabszej części tryptyku „Piękno” – „Prawda” – „Dobro”. Wizje i struktury „Prawdy” urzekają wyłącznie na metapoziomie, w metaodczytaniu – obojętność i płaska „dwuwymiarowość” wrażliwości bohaterki, Albertyny (ukłon w kierunku Prousta całkiem możliwy), zdają się idealnie oddawać miękką, a przez to bardzo przekonywającą wizję totalitarnego świata po Trumpie z programem 500+ w tle. Jednak sam zapis jest żylasty, twardy, fragmentami – jak na moce twórcze autora „Sońki” – zatrważająco nieporadny. Przy pierwszym czytaniu, oszołomiony, myślałem sobie, że to celowy zabieg, że ta forma oddaje i niejako podbija świat przedstawiony. Bardzo chciałem tak to czytać, ale naprawdę nie da się – historia Albertyny zapisana jest bowiem naprzemiennie pierwszo- i trzecioosobową narracją. Choć mogłem się jeszcze łudzić, że banalna, naiwna narracja pierwszoosobowa jest elementem narracyjnego krajobrazu „Prawdy”, to jednak narrator, który włącza się w opowieść i płynnie ją kontynuuje, nie pozostawił mi złudzeń. W obu tych strukturach zatrzymywały mnieco chwila zgrzyty i grudy, jak choćby w tym fragmencie:

„Odczuwałam zmęczenie śledztwem, a i spotkanie z ministrem Siwickim też dało mi w kość. Czułam się oceniana i zagrożona. Nigdy nie byłam tak blisko kogoś obdarzonego realną władzą. Nie zachłysnęłam się jego potęgą, raczej przeciwnie – poczułam strach, a nawet przerażenie, wynikające z podporządkowania i nierówności w naszej relacji. Nie chciałabym nigdy decydować o życiu innych”



W narracji trzecioosobowej „poetyka” jest symetryczna czyli równie zła, dla przykładu:

„Czuła się lodowato piękna, smutek przeżerał ją niby pleśń, a łzy skapywały głucho w najbardziej środku niej samej”



Karpowicz, który przyzwyczaił nas do niebywale sprawnego wywoływania emocji, do operowania językiem tak, że uczucia bohaterów samo-zapalają się w głowach czytelników, tu, w „Prawdzie”, niemal na masową skalę kaleczy opowieść. Zatrzymuje ją, nazywając pewne rzeczy wprost, gdzie indziej przycina naiwnymi złożeniami, umieszczając je tuż obok wyświechtanych banałów. Sama wizja dystopii nie jest szczególnie oryginalna – jej inspiracji można szukać w „Roku 1984” Orwella czy nawet w licznych wykwitach popkultury, jak choćby w obrazie „Equilibrium” Kurta Wimmera z 2002 roku. Jeśli dodamy do tego takie rozwiązania jak partia „Prawo i Swoboda”, która niepodzielnie rządzi między innymi dzięki sprawnym programom socjalnym, to Całość traci na sile rażenia.

Zatem to w „Prawdzie” „Miłość” rozpada się najbardziej – jakkolwiek przewrotnie i „recenzencko” to nie zabrzmi, to tak właśnie jest. Piszę to z poczuciem straty, mając w pamięci działanie sił targających mną po pierwszej, nocnej lekturze. O ile mógłbym sobie poradzić z utrzymaniem Całości bez „2”, „4” i „6”, to brak wiarygodnej „Prawdy” znosi „Miłość” w dryf.

Na szczęście jest w „Miłości” „Piękno”, które otwiera powieść, i „Dobro”, które ją domyka. Tu język i forma tworzą najwyższe napięcie. „Piękno” to kreacja świata Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów tuż po wojnie, w atmosferze podupadającego dworku w Stawisku (w powieści: Stokroć), gdzie napięcie budowane jest wokół kochanków Jarosława i choroby psychicznej Anny. Narracja osnuta pośród kobiet, trzeba przyznać, udała się Karpowiczowi wyśmienicie. Podobnie jest ze stylizacją języka i, jeśli mogę tak powiedzieć, konstrukcją jaźni bohaterek – nasz świat pozostaje w granicach naszego języka, te granice autor „Sońki” narysował mistrzowską, pewną ręką. Powtórna lektura tylko podbija zachwyt, pozwala tropić ukryte znaczenia, odwołania czy cytaty. „Dobro” z kolei to zapierająca dech baśń o królestwie, w którym miłości, bólu i samotności nie niszczy nawet zaraza. W mojej ocenie „Piękno” i „Dobro” to niezrównane, wielkie osiągnięcie literackie, odsłaniające absolutnie mistrzowskie moce Karpowicza. Autor „Ości” w niebywale zdyscyplinowany sposób panuje tu nad każdym elementem: językiem, rytmem, napięciem, opowieścią i bohaterami. Gdyby Karpowicz wydał wyłącznie te dwie części bez wahania nazwałbym „Miłość” arcydziełem z pełną świadomością zarówno wagi tej etykiety, jak i jej inflacji.

Obiecałem sobie nie dotykać głębiej kwestii premierowych ekscesów wokół „Miłości”, ale co mi tam, opowiem się: dla mnie ta powieść, mimo poważnych pęknięć, jest nie tylko jedną z najważniejszych mijającego roku, lecz także kilku ostatnich lat.

Na koniec myślę sobie, że jest coś znacząco przewrotnego i jednocześnie dojmująco smutnego w tym, że miłość w „Miłości” jest najlepiej opowiedziana w światach odległych – w bezpowrotnie minionej przeszłości i baśni; w światach, do których nie mamy dostępu poza tym, który może nam ofiarować literatura. Maciej Jakubowiak przy okazji recenzji „Mikrotyków” Pawła Sołtysa napisał: „Jeśli literatura może nam się jeszcze do czegoś przydać, to do ćwiczenia wrażliwości”. Idąc za tą piękną myślą, po lekturze „Miłości” dodam od siebie: literatura ciągle nadaje się do wskrzeszania wielkich pojęć przeżartych plagą ironii – ma moc autentycznego ożywiania dobra, piękna i prawdy.

A miłość? Miłość to już kwestia osobistej odwagi i własnych strategii ocalenia.

Ignacy Karpowicz

"Miłość", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 292.

Marcin Bełza
ur. 1976, przedsiębiorca. Po pracy kompulsywnie kupuje i czyta książki, o swoich lekturach pisze na profilu facebookowym. Dotąd publikował tylko raz w Kulturze Liberalnej. Uparcie twierdzi, że nie jest krytykiem.
POPRZEDNI

recenzja  

Znaleźć swoje miejsce. Wiersze Michała Sobola

— Bartosz Suwiński

NASTĘPNY

recenzja  

Antologia poezji polskiej z Amazona

— Paulina Chorzewska