Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Andrzej Mencwel

"Toast na progu", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 300

Deklaracja kresu kultury chłopskiej, ogłoszona u początku XXI w. przez Wiesława Myśliwskiego, wybitnego pisarza i najgłębszego znawcę tej kultury, nie ma nic wspólnego z diagnozami w typie „końca historii” Francisa Fukuyamy czy podobnymi przepowiedniami zmierzchu epoki, wyczerpania paradygmatu albo „kryzysu” czegoś (powiedzmy: powieści, polityki, uczuć rodzinnych…). Wiąże się natomiast najściślej z początkiem powojennej Polski, bo wtedy właśnie dokonały się przemiany – reforma rolna, przemieszczenie granic na zachód, migracje, zasiedlenie Nadodrza i Pomorza Zachodniego – które doprowadziły do zasadniczego przepostaciowania chłopskiego losu. W ciągu dwudziestu lat zmieniło się najpierw samo wzajemne położenie miasta i wsi, potem szeroki i rzeczywisty awans społeczny wprowadził do warstwy inteligencji całe pokolenie ludzi o chłopskich korzeniach, wreszcie zmieniające się realia pracy w gospodarstwie przeistoczyły świat chłopski, zamknięty dotąd we wsi i w rodzinie, w rzeczywistość bardziej spółdzielczą, kontraktową i reagującą na wyzwania nowoczesności. Zmiany dokonywały się powoli, z roku na rok, ale w sposób widoczny i angażujący cały naród. Z tego punktu widzenia pokaźna część kultury PRL-u i Polski po transformacji to opis przemian wiejsko-miejskich, kontaktów dawnej i nowej inteligencji, wykorzenienia migrantów do miast, punktów za pochodzenie na uniwersytetach, motoryzacji na wsi (ach, te junaki, te dostawcze polonezy, te ursusy, a potem już maseje, bizony i wieloosiowe ciężarówki), nostalgii za chłopskimi korzeniami, „słoików”, dacz, cepelii i nowobogackich, badylarzy, agroturystyki, uruchamiania małego biznesu na ziemi dziadków, dotacji unijnych… Na dobrą sprawę wszyscy mamy dziś (jakoś) chłopskie korzenie, najczęściej wymieszane, chłopsko-ziemiańskie, miejsko-prowincjonalne, wschodnio-zachodnie (migranckie, przesiedlone), albo po prostu pstre.

Pytanie jednak, czy nasze korzenie wyrastają z kultury, którą zdradziliśmy, wynosząc się do miast, czy też ta kultura w międzyczasie utraciła swoistość, bo różnice między wsią a miastem zmalały. Wszak nowoczesny gospodarz ma dziś końcówkę terminala pod każdą jabłonką i maszyny – jak pisała Dorota Masłowska – „za-z-unii-europejskiej-pieniądze”. A pokolenie wnuków (postawans), owszem, wraca na wieś, lecz po to, by na siedliskach dziadkowych postawić sobie daczę lub hurtownię części zamiennych do Toyoty.

Jeśli to drugie, to nasze nostalgie za wsią zawisają w próżni; literatura nurtu chłopskiego jest rozdziałem zamkniętym, a pytanie o wiejskość nie odnosi się już do żadnego Autentyku. Raczej do residuów i ostańców, do folkloru i zapóźnień; do mitów i symboli niby-plemiennych, z kultury kosy, sianożęcia sierpem i radia typu kukuruźnik. Ale może nie. Może to, co nas ciągnie na wieś (gdy nas ciągnie, bo wszak nie wszystkich), wcale nie wygasło? Może istnieje, ukryte pod suknem nowoczesności, i wcale nie zaniknie, a nawet przeistoczy się i odrodzi?

Otóż te pytania – zasadnicze, bo chodzi o to, skąd jesteśmy, a przecież nie wszyscy są z salonów lub z dworu szlacheckiego – stawia sobie Andrzej Mencwel, kulturoznawca, literaturoznawca, profesor. Stawia je w stylu na pół naukowym, na pół autobiograficznym, w paru opowiadaniach-wspomnieniach o prawie czterdziestu latach spędzonych na wsi mazowieckiej, ale spędzonych weekendowo, w domku krytym strzechą, podarowanym przez teścia. Domek stoi w środku wsi, a nie na daczowisku, co umożliwia częste kontakty sąsiedzkie i jakieś (wszak stamtąd pochodzi jego żona) wrastanie w życie wiejskiej społeczności. Wrastanie chętne, ale trudne. Czy autentyczne i co właściwie taka autentyczność miałaby oznaczać – o tym jest książka. Napisana w formie opowiadań tak skonstruowanych, by ujawniały, jak autor stopniowo zagłębia się w chłopskość. Jak on ją odkrywa, a ona go zmienia. Nie ma bowiem możliwości – nie tylko antropolodzy to wiedzą – wejścia w kulturę „obcą”. By ją zrozumieć, musi ona zacząć być własną (co zresztą do końca też niemożliwe). Ale jak ma „zawłaszczyć” wiejską mentalność, czy nawet uwłaszczyć się na niej, profesor do szpiku kości wielkomiejski, z wysokim sufitem teoretycznym – nawet nad kupowaniem mleka czy chodzeniem z psem na spacer – w dodatku lekko stylizujący się na Bronisława Malinowskiego? To jest właśnie najciekawsze w „Toaście na progu”. Wchodzenie w kulturę nie z dystansem ani wśród błyskotliwych spostrzeżeń etnografa i socjologa, ale od strony najprostszych spraw i zaciekawienia. Mencwel, jak jeden z bohaterów Gombrowicza, „porusza się po linii napięć”. Co go zaciekawia, to drąży.

Jak ma zrozumieć chłopską mentalność profesor do szpiku kości wielkomiejski, w dodatku lekko stylizujący się na Bronisława Malinowskiego?

A drążenie zaczyna się od dramatycznej sceny. Umierający przyjaciel ze wsi rzucił narratorowi na łożu śmierci nienawistne spojrzenie. Czy chodziło o nieodwołalną obcość chłopa i inteligenta? A może były inne powody? Z tego poczucia niezawinionej winy odwija się Mencwelowi bardzo osobista narracja dociekań nad charakterem zmarłego przyjaciela, kształtowanym przez kolejne reformy, transformacje wsi i całej Polski. Dlaczego np. Zbyszek tak nie znosił Wałęsy, wszak ludowego przywódcy? „Nie tylko z powodu różnego stosunku do Wałęsy coś się wtedy między Zbychem a mną zaczęło kruszyć, choć mieliśmy za sobą prawie dwadzieścia lat najpierw dobrej znajomości, a potem przyjaźni, wzmocnionej w czasach, w których nie tylko o sznurek do wiązałek, ale i o chleb do gęby bywało trudno, chociaż mleka, masła i twarogów od jego krów nigdy nam nie brakowało” (s. 36). Osobista narracja, inteligencka, refleksyjna, pisana okrągłymi zdaniami, zaczyna zabarwiać się wyczuciem odmienności. Dostrzeżeniem, że na wsi ważniejsze od deklaracji są sznurki do wiązałek albo kolejki po chleb w wiejskim sklepiku; że przejście od socjalizmu do sarmatyzmu dokonywało się tam w zupełnie innym rytmie niż w mieście, bo ludzie wsi żyją pod twardym wyciskiem konkretu, rzeczy, pracy… Nie są więc „inni”, tylko przez inne okoliczności kształtowani. Różnica polega na tym (narrator tego tak nie nazywa, ale na to wychodzi), że na wsi rzeczywistość się wykonuje, podczas gdy inteligent ją interpretuje. Opowiadania są o trudnym tropieniu tej różnicy. Trudnym, bo trzeba mieć baczenie na dwie sprawy równocześnie. Na naukę chłopskiego rzemiosła i na wzmacnianie własnego „uchwytu rzeczywistości” (wyrażenie Kazimierza Wyki).

Opowiadania pokazują zatem wchodzenie w naukę wsi. Stary domek ofiarowany przez teścia „strzechą kryty” – no, to jak położyć nową strzechę? Kto z sąsiadów umie to zrobić, kogo o to poprosić, skąd wziąć materiał? Jak ułożyć kalenicę, by nie przeciekała? Między słomę wplata się długie kłącza perzu – ale to trzeba wiedzieć, wcześniej ten perz z ziemi wyrwać i przy okazji nauczyć się, że z chwastów może być pożytek. Sąsiedzka pomoc przy żniwach? Zupełnie inna dziś (gdy wszystko umaszynowione) niż dawniej, lecz rytm tej pracy, głęboki rytm zbierania plonów – właściwie niezmienny. Kolekcjonujemy stare wiejskie narzędzia? No, pięknie wygląda zawieszone na ścianie domostwa XIX-wieczna piła albo koło od wozu. Ale czy ten folklor ma się jakoś do umiejętności traczowania, tzn. posłużenia się długą piłą tartaczną, gdy jeden na górze, drugi na dole, i ciągną, a pień zostaje powoli utarty na deski? Ile umiejętności, wiedzy i energii to kosztuje? Co to znaczy mieć deski dzisiaj i co to znaczyło dawniej? W jednym z opowiadań sąsiad uczy profesora trudnej sztuki rąbania drzewa na opał. Trzeba uderzać siekierą na skos, bo inaczej odbije. Proste? Pewnie, ale narrator uświadamia sobie, że tego nie wiedział. A czego jeszcze nie wie? Na przykład nie wie, co zrobić, gdy na jego siedlisku studnia – z kołowrotem, a jakże, i z daszkiem starannie pomalowanym drewnochronem, żeby było po wiejsku – wyschła. Trzeba ją pogłębić? Niekoniecznie. Ale dlaczego nie? Bo to nie pomoże. Należy zasypać i wykopać nową. Jak? Otóż zupełnie odwrotnie, niż się wydawało autorowi. Żadnej tam głębokiej dziury wręgowanej spuszczanymi na łańcuchach drenami. Nie, stawia się dren tam, gdzie ma być studnia, i wygrzebuje spod niego ziemię, aż zapadnie się na własną głębokość. Potem na nim stawia się następny dren, wygrzebuje ziemię, i tak dotąd, aż pokaże się woda. Dwóch sąsiadów uporało się z tym w mig, a przy okazji profesor dowiedział się czegoś o dokopywaniu się do źródła. Że, mianowicie, od drugiego końca to się robi. Powyższe referuję (opowiadanie o kopaniu studni jest naprawdę świetne), by pokazać, jaką rzeczywistą pracę stara się wykonać autor. Chce wstąpić w rzecz wiejską, rozpoznając myślenie urabiane od kontaktu z tą rzeczą.

Myślenie konkretne – o narzędziach, o roli, o podziale ziemi, o zapisach testamentarnych, o pracy pańszczyźnianej dawniej, a uwłaszczonej dziś, o gospodarstwie będącym kiedyś środkiem świata – traktuje Mencwel jako rodzaj deep experience, doświadczenia formatującego świadomość i przeżywanego w wiedzy głębokiej, a prawie bezsłownej, jakby poza interpretacją. To, czego autor dowiedział się o kopaniu studni, nie daje się przerobić na intelektualną formułkę, ale może stać się dość głębokim (na kilka drenów) praktyczno-symbolicznym sposobem rozumienia świata.

To, czego autor dowiedział się o kopaniu studni, nie daje się przerobić na intelektualną formułkę, ale może stać się praktyczno-symbolicznym sposobem rozumienia świata

To wiedza typu kronikarskiego, bardziej jak annales niż jak narracja historyczna, gdyż formatuje ona prawdziwy kalendarz życia; czego się dowiedziałem, gdy na nowo poszyłem dach, kiedy urodził mi się syn; co straciłem, gdy zmarł przyjaciel; czemu we wsi zlikwidowano dawną stację kolejową, a nie postawiono nowej… Są to sprawy tak samo zasadnicze jak różnice we wznoszeniu toastów. Po burzliwej, zakrapianej oczywiście, dyskusji politycznej ze Zbychem, po odśpiewaniu przez bohatera kilku ruskich pieśni (co przyznaje ze skruchą), już na odchodnym rzucił myśl o strzemiennym. U nas się mówi: progowy – powiedział Zbyszek. O takie rzeczy chodzi. O odmienność między kawaleryjsko-szlacheckim strzemiennym a chłopsko-piechurskim progowym. Albo o dostrzeżenie „wsi pod wsią”. Otóż spacerujący z psem profesor zaczyna po latach (!) zwracać uwagę, że niektóre chłopskie siedliska stoją nie w tych miejscach, gdzie byłoby mieszkańcom najwygodniej. A zgłębiając rzecz, powoli załapuje, co to były komasacje gruntów i jak się one miały do przedwojennych parcelacji i powojennych nadzieleń, i co to znaczy grunta scalone w kolonię, i ile się tych kolonii jeszcze zachowało w dzisiejszym nazewnictwie. Przebieg miedz zaczyna mu coś mówić o tym, co było dawniej, i co się tu, historycznie biorąc, między gospodarzami zadziało, jakie koleje losu wieś przeszła i jak one zostały wpisane w gospodarską pamięć. I że jest to kalendarz przemian, a zatem historycznej świadomości mieszkańców, zupełnie inny od oficjalnych dat wyznaczających okresy polityczne albo panowanie kolejnych pierwszych sekretarzy czy – za Polski potransformacyjnej – premierów. Oto źródło tego, co socjolog nazwie „znaczącymi różnicami w mentalności”.

Streszczam tu, co streszczam, w sposób powierzchowny, by dać świadectwo czemuś, co w książce najbardziej mi smakuje. Otóż nie jest ona literackim sukcesem, choć za taki pewnie będzie uznana (co daj Boże!), stylistycznie dość ryzykownie rozpięta między sekretem a etnografią. Między pragnieniem rzeczywistego wejścia w trudną do rozbicia, jak skorupa orzecha, zamkniętość i odmienność chłopskiej kultury a narracją profesora, który, jedząc kugel, wie, jak bardzo starożytnie mazowieckie to danie (wcześniej niemieckie, poznańskie), i umie smakowe satysfakcje inteligentnie powiązać z dygresjami o rozbiorach, o „powinowactwach jedzeniowych Łużyczan i Polan” (s. 131), przeskoczyć do sztetlu, do Russowa Marii Dąbrowskiej i Lipców Reymontowskich, do płatnych i bezpłatnych studiów w Polsce po transformacji, do dyskretnego reklamowania się jako społecznik, ale i, ach!, do szczerego przyznawania się, jakim bywa ignorantem. Słowem, ani przez chwilę nie pozwala nam zapomnieć, że jest profesorem od kultury (i to wybitnym!) zafascynowanym wsią, co robi wrażenie, jakby się po tej wsi przechadzał w tweedowej marynarce i z fajką.

Mencwel sprawia wrażenie, jakby przechadzał się po wsi w tweedowej marynarce i z fajką

Lecz to właśnie mi się podoba – pęknięcie głosu. Bardziej autentyczne niż samo belcanto. To, że w strukturę opowiadań wpisana jest inna wiedza o kulturze chłopskiej niż w ich moralia. Niechciana wiedza o tym, że etnograficzność, wyrzucana z tej książki drzwiami, pcha się z powrotem oknem i że rekonstruowana wieś jest w istocie bardzo inteligencka. Jest wsią Dąbrowskiej (także narracyjnie), a nawet kojarzy się z chłopomanią, choć nie tą młodopolską, estetyczno-dekadencką, ale tą z lat siedemdziesiąto-dziewięćdziesiątych, motywowaną socjologią odszukiwania tożsamości. Tożsamości, jak myślę, na kugel już zmiksowanej, tak że próby odkrycia „korzeni” nie prowadzą do żadnego Autentyku (albo prowadzą bardzo rzadko). O podobnych przemianach psychologowie mówią, że z ogórka świeżego da się zrobić kiszony, ale w drugą stronę to nie idzie. I oczywiście, w taką tożsamość nieusuwalnie wpisana jest chęć rozczytania palimpsestu, odplątania nitki z przeszłości, rozpaczliwe pragnienie odkrycia przynależności. Ponieważ wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej dziećmi katastrofy, a deficyt mocnych więzi pokrywamy sobie rodowodami w tej czy innej postaci. Ale one są już interpretacyjne, nie empatyczne.

Profesor szukający Autentyku „korzeni” w uścisku z wiejską społecznością, oglądaną jednak z weekendowego domku, przypomina trochę Miętusa, wszak on też wyrywał się na wieś. Do parobka. Może to złośliwe, co mówię, ale gdy czytam „Toast na progu”, nie udaje mi się tego nie słyszeć. Tego, że szacunek autora dla wsi przypomina szacunek dla starców plemiennych. Jest etnograficzny. Błyskotliwy, prawda, świetnie spisany, też prawda, ale wystylizowany mimo prób, by tę stylizację usunąć. Nie udaje się jednak; profesor to profesor, nie schłopieje! Choćby rąbał na ukos albo nawet umiał założyć udarową przystawkę na dwubiegową celmę z lat siedemdziesiątych. I może tylko sparafrazować „Ferdydurke”: „Nie ma ucieczki przed etnografią jak tylko w inną etnografię, przed uniwersytetem zaś w ogóle nie ma ucieczki”.

Andrzej Mencwel

"Toast na progu", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 300

Andrzej Zieniewicz
prof. dr hab. literaturoznawstwa, od 1973 roku pracuje na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się m. in. poezją dwudziestolecia międzywojennego oraz formami prozatorskimi z pogranicza fikcji i autobiografii. Współredagował tygodnik „Literatura”, był zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Nowy Wyraz”. Publikował w „Przeglądzie Humanistycznym", „Miesięczniku Literackim", „Poezji", „Dialogu", „Literaturze", „Nowych książkach”, redagował kwartalnik „LiteRacje”. Założył wydział filologii polskiej na Uniwersytecie Ankarskim (gdzie przebywał w latach 1984–1994) oraz na Uniwersytecie w Stambule (Istanbul Devlet Universitesi).
POPRZEDNI

recenzja  

Nie zasłaniajcie oczu swoim komputerom

— Paulina Chorzewska

NASTĘPNY

varia wiersz  

Stan chwiejnej normalności

— Dominik Bielicki