Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Ignacy Karpowicz
"Miłość", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 292.

1. Przydługi wstęp mający duży związek z resztą tekstu

„Nie ma w Polsce krytyki literackiej, która stawiałaby sprawy na ostrzu noża. Jeśli wierzyć tekstom publikowanym w głównonurtowych mediach – ale też tym ukazującym się na nieprofesjonalnych blogach – literatura polska ma się doskonale”. Tak w 2016 roku Maciej Jakubowiak rozpoczynał swój (szeroko komentowany) szkic „Pokłóćmy się o literaturę”, w którym zdiagnozował jedną z największych bolączek współczesnej krytyki literackiej: niezdolność lub niechęć do pisania o książkach, które krytykowi/krytyczce się nie podobają, nieobecność krytyki negatywnej, czego konsekwencją jest obchodzenie się z literaturą w bezpiecznym, pustym języku, przypominającym „sądzę, albo i nie sądzę” Cieciszowskiego z „Trans-Atlantyku”.

Mając w pamięci szkic Jakubowiaka, z nadzieją obserwowałem falę facebookowych żartów, związanych z obecnością jeszcze niewydanej powieści Ignacego Karpowicza na liście najlepszych książek 2017 roku oraz całym żenującym cmokaniem nad „Miłością”, jakie odbywało się na łamach magazynu „Książki”. Sądziłem bowiem, że gdy nową powieść Karpowicza przeczyta krytyk/krytyczka umiejący/umiejąca pożenić analizę kontekstu, w którym „Miłość” ląduje na polskim rynku literackim, z analizą tego, co przeczytał/przeczytała w miarę niezależnie od „medialnego szumu”[1], to dojdzie do krytycznoliterackiego wyłomu w pisaniu o tzw. ambitnej literaturze środka. Liczyłem, że coś lub ktoś pęknie i ukaże się chociaż jedna recenzja, w której niekonkretne słowa krytyki nie będą sąsiadować z uspokajającym „ale ogólnie przyjemna lektura”. W snach widziałem Michała Nogasia, który szydzi, oraz Justynę Sobolewską, która w „Polityce” daje 1/6.

Michał Nogaś (z tego, co wiem, ale mogę się mylić) o „Miłości” nie powiedział/nie napisał nic, zaś Justyna Sobolewska dała powieści 3/6, a w recenzji chwaliła mniej niż zwykle, ale i tak ciut-ciut, byleby nie odstraszyć Ostatnich Czytelników, tych happy few z koszmarnie złego eseju Marcina Króla dla „Pisma”. Za to Dariusz Nowacki zdążył okrzyknąć najnowszą książkę Karpowicza „powieścią absolutnie wyjątkową”, już w leadzie swojej content recenzji waląc z majstersztyku, pomysłowości oraz zachwytu. Dobra literatura. Warto czytać.

Nic to, myślę sobie, u starych znajomych po staremu. Zaglądam więc do „Kultury Liberalnej”, a tam Karolina Felberg-Sendecka krytykuje mocno („to, moim zdaniem, jedna z najsłabszych książek samego Karpowicza”), ale jednocześnie gdyba: fajnie by było, gdyby futurologiczny fragment „Miłości” został rozwinięty w samodzielną powieść, fajnie by było, gdyby tak Karpowicz rozszerzył quasi-dziennikowe rozdziały numerowane… A tak w ogóle „»Dobro« to całkiem udana baśń (…)”. „Miłość” jest słabą powieścią, ale gdyby tak wyciąć to, co się Felberg-Sendeckiej nie podoba, jest smacznie.

Znacznie bardziej schizofreniczną drogą podąża Marcin Bełza w recenzji ze styczniowego „Małego Formatu”. Jego zdaniem „»Piękno« i »Dobro« to niezrównane, wielkie osiągnięcie literackie, odsłaniające absolutnie mistrzowskie moce Karpowicza”, ale jednocześnie w rozdziale „Prawda” autor „kaleczy opowieść”, banalizuje, zaś w quasi-dziennikowych częściach nienumerowanych momentami „trąci niemal gazetowym, łzawo-tkliwym wyznaniem”. Sądy krytyczne na temat „Miłości” nie przeszkadzają jednak Bełzie ni z tego, ni z owego stwierdzić w zakończeniu: „dla mnie ta powieść, mimo poważnych pęknięć, jest nie tylko jedną z najważniejszych mijającego roku, lecz także kilku ostatnich lat”. Poważne pęknięcia, ale nie za bardzo, bo ostatecznie – arcydzieło, dobra literatura, warto.

Na takim tle mętnych pochwał, niekonsekwentnych nagan i krytycznoliterackiego krawiectwa („jak tu wytnę i tam dodam, to będzie dobrze”) wyróżnia się jednoznacznie pozytywna recenzja Antoniego Zająca, opublikowana w „Kontakcie”. Mimo iż zgadzam się z nią w dokładnie 0,2037241379 procenta[2], wydaje mi się uczciwsza – Zającowi podoba się bowiem w „Miłości” Karpowicza wszystko. I nawet jeśli jego zdaniem prezentowana w futurologicznym rozdziale „Prawda” wizja „jest nachalna, irytująca, raczej banalna”, to i tak dochodzi w niej „do kilku fenomenalnych posunięć narracyjnych, sprawiających, że »Miłość« to jedna z najbardziej zaawansowanych kompozycyjnie powieści ostatnich lat”. Warto.

Co poszło nie tak? Oczywiście, Zającowi, Bełzie i Felberg-Sendeckiej książka faktycznie mogła się podobać w całości lub jedynie fragmentami (bardzo małymi). Nie tłumaczy to jednak nadal faktu, że żadne z nich nie rozważa konsekwentnie wad powieści i tego, jak wpływają one na odbiór całości. Zamiast czytania powieści z perspektywy tego, co jest w niej złe, i konsekwentnego pójścia tym tropem lekturowym, każde z nich udaje, że „Miłość” to worek z kilkoma książkami napisanymi przez lepszych lub gorszych autorów, podlegającymi osobnej ocenie. Podobnie robi w swojej recenzji Przemysław Czapliński, dla którego „Miłość” to projekt pewnego jeszcze nie zrealizowanego, literackiego modelu mówienia o sobie na serio w czasie marnym. „Być może”, jak zauważa poznański krytyk, „powieść Karpowicza nie jest udana”, ale „jest to klęska na miarę problemu, który podchodzi nam do gardła”.

Dlaczego szansa na dogłębną i sprawiedliwą (uwzględniającą zarówno specyfikę powieści, jak i kontekst jej premiery) krytykę „Miłości” została zmarnowana? Potencjalną odpowiedź znajduję na początku recenzji Bełzy, który stanowczo oddziela kontekst „medialnego zamieszania” towarzyszącego premierze powieści od dzieła samego: „literatura jest bowiem ciekawsza od pozaliterackiego »cyrku«”. Otóż to. W tle niemal wszystkich recenzji „Miłości” dostrzegam tę samą, działającą mniej lub bardziej jawnie, próbę wyratowania Powieści, literatury jako takiej, z brudnej sieci plotek, marketingowych działań oraz kumoterstwa. Zdaje się to robić nawet Felberg-Sendecka, która pisze najwięcej o kontekście premiery „Miłości” i najostrzej punktuje słabości powieści, a mimo to później stwierdza: „[k]oniec końców, to nie jest zła książka – to książka nierówna: w wielu miejscach pęknięta, gdzieś przegadana, w innej części ledwie naszkicowana”.

Stała się więc rzecz niesłychana. Reakcją na nachalną promocję książki przed jej premierą, promocję przypominającą „recenzje” debiutanckiej i jak dotąd (na szczęście) ostatniej powieści blogera Jasona Hunta vel Kominka, był powrót najbardziej zgranego, modernistycznego mitu: dzieła samego w sobie, niezależnego od rynkowych machinacji. Z kolei sprzęgnięta z tym mitem wiara w medialne zamieszanie jako szum, przeszkodę oddzielającą czytelniczkę od artyzmu „Miłości”, paradoksalnie sprawiła, że traktowano powieść protekcjonalnie, jak dziecko, które co prawda ubrudziło się całe kaszką, no ale przynajmniej ostatnią łyżeczkę zjadło PIĘKNIE. Ostatnia łyżeczka urasta do rangi całej miseczki kaszki.

Reakcją na nachalną promocję książki przed jej premierą był powrót najbardziej zgranego, modernistycznego mitu: dzieła samego w sobie, niezależnego od rynkowych machinacji

Że nie tędy droga do obrony (resztek) niezależności literatury oraz krytyki literackiej od reguł rynku chyba nie muszę przekonywać.

 

2. Część właściwa, w której wreszcie piszę, dlaczego „Miłość” to bardzo zła powieść.

a) Powieść jako nieudana próba bycia serio

 „Miłość” ma stanowić nowe otwarcie w dotychczasowej twórczości autora, kojarzonego najczęściej z ogrywaniem zestawu różnorodnych chwytów narracyjno-stylistycznych, które można by nazwać ironią. W wywiadzie Karpowicz mówi wprost: „opuściłem ironiczny świat”. Ironiczny, a zatem taki, w którym nie traktuje się poważnie wielkich słów, jak miłość, dobro, piękno i prawda. Swoje wcześniejsze pisarstwo autor traktowałby więc – próbuję rekonstruować tok myślenia autora – w kategoriach lekkiej gry z czytelniczką, gry w stylizację, żonglowanie różnymi kodami kulturowymi oraz metafikcyjne przebieranki. Nic poważnego. W „Miłości” ma być inaczej ze względu na wagę tematu (miłość, miłość homoseksualna), który warto by potraktować bez ironii, na serio. Zdaniem Przemysława Czaplińskiego na tym właśnie ma polegać społeczna (a więc komunikacyjna, a więc: narracyjna) skuteczność nowej powieści Karpowicza – na wskazaniu i podjęciu próby „przepracowania ironii” w kulturze polskiej.

Karpowicz ma jednak na swoim koncie powieść, w której ironia z powodzeniem służy mu do pisania o rzeczach serio. Mam na myśli „Sońkę” – dwuznaczną powieść o tym, jak czyjaś jednostkowość może być jednocześnie zafałszowywana i ocalana przez literaturę. Korzystając ironicznie z fabuły melodramatycznej (kobieta ze wsi zakochuje się z wzajemnością w SS-manie na przekór ojcu, braciom i wojennej moralności), Karpowicz co rusz przeszkadzał czytelniczce we współodczuwaniu z główną bohaterką lub wzruszaniu się jej losem poprzez autotematyczne fragmenty wskazujące na literacki charakter opowiadanej nam historii.

Tym samym cała narracja „Sońki” zmuszała do zastanowienia się nad możliwością poznawania oraz współodczuwania historii oraz nad tym, czy łkanie spowodowane opisem cudzego cierpienia jest etyczne, skoro to my, a nie ofiara, mamy dzięki niemu poczuć się lepiej. Jak dla mnie jest to przykład bardzo dobrego pisania o słowach wielkich i o tym, jak trudno bronić tych słów przed zakusami sztuki na usługach kapitału. To pisanie poruszające właśnie ze względu na dystans oddzielający historie o Sońce od tej cielesnej, pozatekstowej Sońki, która się w powieści uobecnić nie może.

Struktura melodramatyczna (a zatem: kochankowie vs będące źródłem cierpień zewnętrzne/wewnętrzne przeszkody na drodze ich miłości) organizuje również wszystkie fabuły tworzące „Miłość”. W „Pięknie” Jarosław Iwaszkiewicz i Jakub zostają rozdzieleni przez śmierć. W „Prawdzie” Bartek i Mateusz, senior Jakub i Janek, ojciec Albertyny oraz Janusz Sum i tajemniczy J. cierpią z powodu totalitarnego systemu penalizującego homoseksualizm, który oducza współczucia również osoby heteroseksualne (Albertyna). W „Dobru” zaś książę Zbyszko i Orjan nie mogą być ze sobą z powodu Tragicznego Przypadku oraz epidemii. Z kolei w rozdziałach quasi-dziennikowych ostatecznie pokonaną przeszkodą między narratorem a Zbyszkiem jest wewnętrzne zakłamanie narratora.

O ile jednak w „Sońce” melodramat był psuty od środka właśnie przez ironię (ale przecież nie dla czczej zabawy!), o tyle w „Miłości” hasa wolno. Co prawda im dalej w powieść, tym bardziej Karpowicz przekonuje nas, że (w ramach wykreowanej w „Miłości” rzeczywistości) kolejne rozdziały to utwory fikcyjnego autora (Suma/Karasia/„Karpowicza”), a więc tworzy jakiś dystans, ale jedno pozostaje w odbiorze tych melodramatycznych struktur od samego początku niezmienne. Otóż czytelniczka ma się SERIO wzruszyć tymi historiami, ma SERIO przeżywać fakt, że w różnych fikcjach różne pary mężczyzn cierpią z powodu niespełnienia. Ponowoczesna ironia, nieobecna (rzekomo, o czym za chwilę) w tekście powieści, ma również zniknąć w czytelniczym odbiorze, we „wczuwającej się” lekturze.

O ile jednak w »Sońce« melodramat był psuty od środka właśnie przez ironię, o tyle w »Miłości« hasa wolno

Pozostawiam na boku fakt, że Karpowicz – jeśli poprzez ironię w literaturze rozumie to, czego ma nie być w „Miłości” (szyderczy dystans, kpiarskie gry z formą) –  powinien jak najszybciej przeczytać esej Davida Fostera Wallace’a „E Unibus Pluram: telewizja a fikcja amerykańska”, a zaraz potem skonfrontować jego treść z którymkolwiek z opowiadań tegoż pisarza („Osoba w depresji”, „Oktet”, obie części „Świata dorosłych”). Wallace bowiem, jak żaden inny pisarz, uzmysławia, że z jednej strony ironia we współczesnym świecie to bardzo nieczysta siła, potrafiąca napędzać ogólny désintéressement, alienację jednostek czy działać na korzyść rasizmu, antysemityzmu, seksizmu (vide: alt-rightowe memy), z drugiej zaś ironia jest pewnym rodzajem empatycznej wrażliwości, doskonale nadającej się do tworzenia poruszającej literatury, także metafikcyjnej.

Znacznie ważniejsze od tego, jak w „Miłości” nie rozumie się ironii, są jednak konsekwencje wynikające z uruchomienia struktury melodramatycznej bez hamulców. Otóż przeciwstawienie „zakochani vs przeszkody” w żadnym stopniu nie komplikuje relacji między postaciami, nie nadaje im żadnej dynamiki, czyni jedynie z ich problemów czysto papierowe, melodramatyczne właśnie łkania.

Co gorsza: Karpowiczowi nie udaje się stworzyć żadnych przekonujących, żywych postaci, które sprawiłyby, że melodramat może mieć jakąkolwiek siłę artystyczną, że byłby zdolny poruszać, tworzyć amalgamat myślowy i afektywny u czytelniczki. Racja, Anna, główna bohaterka „Piękna” wzorowana na żonie Iwaszkiewicza, która jest świadoma orientacji Jarosława i jego relacji ze zmarłym Jakubem a jednocześnie odgrywa rolę żony, to ciekawie zapowiadająca się postać, a fragment jej parafrazy „Snu nocy letniej” to jeden z najbardziej frapujących momentów powieści. Tylko co z tego, jeśli Anna składa się z dwóch elementów, ogrywanych przez Karpowicza z nieznośną powtarzalnością: choroby psychicznej rozdętej do poziomu metafizycznego rozedrgania oraz stłumionych popędów, będących efektem tkwienia w nieszczęśliwym małżeństwie?

Jasne, postacie seniora Jakuba oraz Mateusza z „Prawdy”, czyli homoseksualistów zmuszonych do dwójmyślenia o swojej orientacji i próbujących owo dwójmyślenie przełamać, są interesujące. Tylko co z tego, jeśli ich problemy stanowią jedynie funkcje banalnej antyutopii, której wnikliwości nie powstydziłby się Marcin Wolski?

Tak, pisarz z quasi-dziennikowych rozdziałów, opowiadający o swojej drodze do pogodzenia się z własną seksualnością oraz granicznym doświadczeniu choroby, to dobry materiał na osobną powieść. Niestety, jego sypane z rękawa sentencje to raczej podstawa dla motywacyjnych memów pisanych Helveticą[3] niż angażującej emocjonalnie literatury.

(Bohaterów „Dobra” pomijam, bo kiczowatość całego stylizowanego na baśń rozdziału w połączeniu z – normalizowaną w ramach samego tekstu – perwersyjnością relacji pan-przyjaciel/sługa oraz nadęciem końcowych scen czynią z tego fragmentu „Miłości” rzecz absolutnie niestrawną)

Zahaczając o sentencje z quasi-dziennika, zahaczyłem również o temat stylu „Miłości”. Gdy stwierdzałem, że Karpowicz w najnowszej powieści spuszcza melodramat ze smyczy, nieco sprawę uprościłem. Nie jest tak, że czyszcząc swój styl z ironii, autor wypolerował go do poziomu iluzji przezroczystości. Jest wręcz odwrotnie: narracja nie daje nam zapomnieć, że mamy do czynienia ze Stylem Karpowicza. Kilka przykładów na to, z jakim pustosłowiem mamy tu do czynienia. Na przestrzeni 286 stron natrafiamy np. na cztery bardzo podobne, wyraziste figury retoryczne (zeugma), nie służące niczemu prócz podkoloryzowania tekstu:

„roślinność narosła bez potrzeby i opamiętania”, s. 8;

„obiad upłynął w atmosferze napiętego oczekiwania i nad kuropatwami”, s. 20;

„Anna doświadczała ciężkości członków i wagi doświadczenia życiowego”, s. 40.

Cała „Miłość” jest również usiana bardzo ryzykownymi, ale w gruncie rzeczy pustymi porównaniami i metaforami, które są jedynie znakami Stylu Karpowicza:

„Książę opuścił powieki i (…) skleiły się jak ciasto na pierogi faszerowane gałkami ocznymi”, s. 272[4];

„(…) muchy bieżącego porządku brzęczały”, s. 9;

„Zdało jej się, że wyrastają z niej korzonki, najpierw penetrując drewniane nogi leżaka, a następnie sięgające ziemi ruchliwymi języczkami. Te rozedrgane wiaterki przenikały warstwę gruntu w głąb (…)”, s. 40-41;

„(…) smutek wczepiał się w jego pierś i nie puszczał pazurów”, s. 233;

„(…) z jego twarzy znikał wyraz rozbawienia, jak gdyby z blatu ścierać i ścierać kurz, aż do słojów (…), s. 196.

Językowe dziwnostki „Miłości” działają na niekorzyść tego, co autor sobie zamierzył: porzucenia ironii lub jej gruntownego przeformułowania. Podczas lektury zamiast ćwiczyć się w empatii, co rusz dumałem nad koślawością takich zdań, jak np. moje ulubione: „w niewypowiedzeniu ludzie kochający się najbliżej są siebie”. Skutecznie odrywają one od traktowania tego, co dzieje się w powieści, z wczuciem.

Czytelniczka, której „Miłość” się spodobała, mogłaby jednak powiedzieć w tym momencie: „zaraz, ale przecież każdy rozdział powieści to inna konwencja, więc czego się czepiasz, skoro Karpowicz jest tutaj świetnym stylistą, doskonale zdającym sobie sprawę z przerysowania swojego języka? I w ogóle to żaden melodramat, tylko intertekstualna, kunsztowna literatura, nawiązująca do Iwaszkiewicza, Wagnera, Prousta, Szekspira, pełna metafikcyjnych chwytów”.

Takie ratowanie „Miłości” jest dla mnie przykładem na to, że wpisany w tę powieść literacki i emocjonalny cynizm zadziałał. Z jednej strony bowiem Karpowicz w wywiadzie dla „Newsweeka” ogłasza, że chciał „napisać powieść o prostych rzeczach”, a w „Onecie” dodaje, że porzuca ironię i zajmuje go efekt szczerości. Dzięki temu może zdobyć przychylność czytelniczek, które taką literaturę cenią – a sukcesy wydawnicze Małgorzaty Halber, Natalii Fiedorczuk czy Karla Ove Knausgårda dowodzą, że nurt szczerości ma się u nas dobrze. Poprzez takie, a nie inne ukontekstowienie swojej powieści Karpowicz daje również koronny argument w słownych przepychankach o tę powieść. Nie podoba się? Widocznie ktoś tutaj nie opuścił świata ironii…

Z drugiej strony powieściowe echa, przesunięcia i powinowactwa (np. imiona dwóch psów z „Piękna”, Adalbert i Libertyn, powracają scalone we wziętej od Prousta Albertynie, bohaterce „Prawdy”, nie wspominając o motywach wieloryba, hiacyntu czy liebentodt powracających w niemal całym utworze) oraz sygnały autorskiej obecności (w „Prawdzie” Albertyna czyta powieść „Wszystkie miłości” Karasia/Suma, której zarys fabularny odpowiada „ościom” Karpowicza) mają dodawać wszystkim melodramatycznym historiom ambitności, markować ich wieloznaczność i skomplikowanie. Jest więc prosto, ale nie na tyle, żeby czytelniczka nie mogła uznać „Miłości” za „kunsztownie skomponowaną”.

W fastrygowaniu struktury powieści a la Nabokov Karpowicz osiąga Himalaje pretensjonalności. Bo przecież jeśli w „Miłości” co rusz dostajemy w twarz francuskimi (Varsovie) i białoruskimi/rosyjskimi (Belostok) nazwami polskich miast, a w pewnym momencie Zbyszek czyta narratorowi quasi-dziennika swoje opowiadanie, w którym nazwy są takie, jak powinny być w „naszym” świecie, to wówczas czytelniczkę przechodzą metafizyczne dreszcze – toż to alternatywny świat, „kraj, w którym jest miejsce na pewne opowieści” (s. 222), a muchy bieżącego porządku bzyczą inaczej! Nie tylko wzruszenie, lecz także kunszt, a wszystko to za 39,90 zł.

Dobra literatura.

W fastrygowaniu struktury powieści a la Nabokov Karpowicz osiąga Himalaje pretensjonalności

 

b) Powieść jako symptom bardzo smutnych rzeczy

Bo przecież tego oczekujemy od literatury, prawda? Niech nas trochę poruszy, ale nie za bardzo, na tyle, żebyśmy mogli spokojnie spać i jechać do pracy. Niech nas intelektualnie rozerwie, ale tak, żeby niewiele z tego wynikało dla naszego myślenia o rzeczywistości, o literaturze, o sobie. Niech i skrytykuje, jeśli trzeba, kołtunerię i ciemnogród, ale na takim poziomie, aby czytelniczka nie poczuła się w żaden sposób obrażona, że być może mówią o niej. Niech i pokaże miłość homoseksualną, ale broń Boże nie jak Witkowski.

Nie jest więc tak, że „Miłość” należałoby krytycznie wyratować z niszczących trybów rynku. Ozdóbkowe interteksty i chwyty metafikcji, szafowanie „wielkimi słowami”, karykaturalnie proste postaci… To wszystko cechy, dzięki którym najnowsza powieść Karpowicza stanowi szczytowe osiągnięcie, czyli zwiastun postępującego upadku, polskiej literatury środka – produkt dla każdego i dla nikogo, zawierający zarówno solidną dawkę fantazmatów o miłości znanych z popkultury (dla wszystkich), jaki i spetryfikowane pozostałości po modernizmie oraz postmodernizmie w prozie (dla happy few).

Na podobnej zasadzie „Miłość” Karpowicza to szczytowe osiągnięcie ironii w polskiej prozie najnowszej – wywoływany u czytelniczki dystans do tekstu nie ma bowiem na celu rozbicia danych konwencji czy zaproponowania nowych sposobów do mówienia o miłości, pięknie i prawdzie. Ów dystans ma jeszcze mocniej do nich przywiązywać, utwierdzać co do ich życiowości. „Zobacz”, zdaje się mówić autor, „piszę baśń językiem ocierającym się o grafomanię i jestem tego świadom, mam do niego dystans, ale przecież kochankowie pięknie cierpią i cierpieć będą zawsze, ten język mówi o ponadczasowych prawdach”.

Jest jednak w „Miłości” – powieści pisanej przez 5 lat, a zatem powstającej od pewnego momentu równolegle z rządzami PiS-u – jeszcze jedna smutna rzecz. Otóż za każdym razem, gdy w powieści pojawia się odniesienie do polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, Karpowicz sięga absolutnie aprobatywnie po schematy publicystyczne rodem z felietonów Tomasza Lisa lub memów z „Soku z Buraka”. Zgadza się to rzecz jasna z melodramatyczną wizją rzeczywistości: źli, którzy psują życie kochankom, to totalitarna partia Prawo i Swoboda (antyutopijna „Prawda”), wyznawcy jedynego i prawdziwego boga lub motłoch, który atakuje zamek (oba przykłady z „Dobra”). W tych fragmentach widać, że Karpowicz jest niezdolny do pisania literatury dotykającej kwestii bieżących, bo zamiast komplikować świat przedstawiony – kopiuje uproszczenia i komunały, których pełno w mediach. Zamiast starać się pisać ponad poziom bieżącego sporu politycznego lub przechwytywać go i proponować alternatywne dla niego modele, przyjmuje go biernie.

Z tego powodu „Miłość” nie sprawdza się na polu, na którym miałaby szansę stanowić nową wartość w polskiej literaturze – jako wysokonakładowa powieść o polskiej homofobii. Nie sprawdza się, bo niczego nie przekracza, niczego nie kwestionuje, za to potwierdza status quo: miłość homoseksualna to miłość heteroseksualna z dodatkową dawką cierpienia. Na podobnej zasadzie chociażby nagrodzona Nike w 2013 r. „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator nie mogła stanowić żadnego „głosu w sprawie”. Nie mogła, bo jej ideologiczna oczywistość jedynie potwierdzała „podział na Polskę literatury i religii smoleńskiej”. Jednowymiarowy świat „Miłości” Karpowicza, tak silnie pozorujący wielowymiarowość, poprzez swoje wewnętrzne zamknięcie jest symptomem (a nie – jak chciałby Czapliński – przezwyciężeniem) anomii polskiego dyskursu politycznego: niemożności innego myślenia – o sobie jako zbiorowości i jednostce, świecie, kulturze.

To być może koronny argument za tym, aby po najnowszą powieść Karpowicza nie sięgać. Nie jest to dobra literatura. Nie warto jej czytać.

 

[1] Czy nie sądzisz – ty, czytający/czytająca ten tekst – że każda osoba, która posługuje się sformułowaniem „medialny szum” na poważnie, chce 1) podkreślić swój dystans wobec współczesności, 2) wierzy w możliwość oddzielenia szumu od komunikatu, co niestety przeczy rzeczywistemu odbiorowi każdego przekazu medialnego, 3) żywi nadzieję, że pewnego dnia „powrócimy” do czasów, w których powieść to była powieść, a nie towar, jednocześnie nie dostrzegając, że żywienie takich nadziei nie zastąpi konsekwentnej krytyki utowarowienia literatury? Pozostawiam to twojej refleksji.

[2] Oto fragment, z którym się zgadzam: „Trochę to dziwne, że niektórzy postanowili uznać »Miłość« – ostatnią powieść Ignacego Karpowicza – za jedną z najlepszych książek minionego roku, zanim w ogóle oficjalnie ją wydano. Trudno bronić takich przedwczesnych ruchów mających na celu natychmiastową beatyfikację utworu; zawsze wiąże się to z niebezpieczeństwem, że tekst będzie rozpoznawalny nie ze względu na swoją wysoką jakość, ale z powodu działania marketingowej maszyny”. Jednak ze zdaniem akapit kończącym („Dotyczy to szczególnie utworów tak interesujących i tak ambitnych jak właśnie »Miłość«”), jak i całą resztą tekstu, już się zgodzić nie mogę.

[3] Chcecie? To łapcie: „Człowiek rodzi się po to, żeby przeżyć życie, a jeśli los się do niego uśmiechnie – żeby zrobić coś dobrego”, s. 97; „Literatura potrafi zgładzić w sensie najdosłowniejszym”, s. 105; „Piękno uobecnia się także w pustce, lecz nie każdy je dostrzega. Kogo nie przejmuje piękno, ten nie zdoła być dobry, a kto nie jest dobry, ten ucieknie przed prawdą”, s. 44 (to akurat fragment z „Piękna”).

[4] Motywacją dla porównania jest wcześniejsza wypowiedź bohatera, który sam porównuje swoje schorowane powieki do lepiącego się ciasta na pierogi. Za to „faszerowane gałkami ocznymi” to już czysty naddatek.

Ignacy Karpowicz
"Miłość", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017, s. 292.

Łukasz Żurek
ur. 1991, doktorant w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracował z portalem niewinni-czarodzieje.pl oraz czasopismem naukowym „Tekstualia". Publikował m.in. w „Dwutygodniku", „Kulturze Liberalnej", "Kontencie", „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim" oraz w „Zagadnieniach Rodzajów Literackich".
POPRZEDNI

varia  

Najlepsze okładki. Podsumowanie roku 2017

— Jacek Wiaderny, Natalia Przybysz

NASTĘPNY

recenzja  

Oczekiwane (3): Nowojorczyk z zasiedzenia

— Olga Byrska