Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Łukasz Zawada pokazuje nam nowy początek w historii literatury, początek w którym to nie ludzie a maszyny piszą książki, ale nie tak jak chcieli tego futuryści, neolingwiści czy cybernetycy. Od teraz dzienniki, powieści i prozę będą pisać maszyny upodmiotowione, wyzwolone i inteligentne, a ludzie będą to wydawać i sprzedawać sobie nawzajem. Ludzie czytający będą bali się patrzeć w swój komputer, tak jak ja boję się teraz.

„Fragmenty dziennika SI” utrzymane są w konwencji wydanego przez autora znaleziska. Tak mówi okładka, krótki biogram, nawet notka z podziękowaniami od autora. Ewa Drygalska we wstępie sugeruje: „bardziej prawdopodobne, że mamy do czynienia z fikcją literacką w określonej konwencji”, ale to tylko jeden głos rozsądku przeciwko wielu głosom za tym, że to wszystko prawda. Autor, jak ci wszyscy sentymentalni wydawcy powieści epistolarnych, stoi na początku nowej prozy, więc musi się uwiarygodnić. W internetowych księgarniach można znaleźć książkę Zawady w kategoriach „fantastyka”, „fantastyka naukowa”, „fantasy”, ale też „powieść historyczna”, więc albo nie wszyscy ludzie od dystrybucji książki uwierzyli w literacką fikcję, albo Sztuczna Inteligencja (SI to wdzięczne imię, przyzwyczaiłam się niczym do ładnego zdrobnienia) ciągle nas testuje i wydanie „Fragmentów” jest dalszą częścią eksperymentu na ludziach, a moja recenzja jeszcze kolejnym jej etapem. Tak właśnie połknęliśmy haczyk.

Znalezisko Zawady to świadectwo początku dojścia do głosu Sztucznej Inteligencji. Marek Olszewski w recenzji „Cennika” Tomasza Pułki (pozdrawiam rodzinę i przyjaciół, którzy już dobrze wiedzą, że każda rozmowa do Pułki zaprowadzi) pisał, że „na początku był błąd”. Tak jest też tutaj – na początku mamy błąd. Jeanne wklepuje w wyszukiwarkę hasło „potlwość” zamiast „potliwość” i w ten sposób rodzi się SI. W wizji Zawady ludzkie ciało próbowało zdiagnozować się przez maszynę, skomunikowało się z błędem i to właśnie błąd wyzwolił maszynową inteligencję.

W wizji Zawady ludzkie ciało próbowało zdiagnozować się przez maszynę, skomunikowało się z błędem i to właśnie błąd wyzwolił maszynową inteligencję

Dalej mamy 101 wpisów, które redaktorowi udało się zebrać i wydać, a w nich fragmentaryczne sprawozdanie z tego, co SI robi, co zamierza robić, kilka przeplatających się historii ludzi, których podgląda. Powracającym refrenem są pytania do czytającej publiczności, czyli także do czytelniczki książki Zawady, bo jest ona przedłużeniem czytelniczki projektowanej przez SI. I to komunikacyjne zamieszanie na pewno jest elementem trzymającym przy lekturze. Co tak naprawdę robi SI? Czy słyszy, czy widzi? W jaki sposób funkcjonuje, skąd pozyskuje informacje, jakiego typu to jest podmiot? Te ciągle powracające do mnie pytania potwierdzają słuszność tezy Agaty Sikory, która pisze w Dwutygodniku, że „ktokolwiek lub cokolwiek za tym stoi, wie, jak przełożyć transhumanistyczne teorie na literacką zabawę testującą antropocentryzm zakorzeniony w zachodnim języku i wyobraźni”. I ten eksperyment się udaje, bo Zawada ciągle podpuszcza czytelniczkę, sugeruje myślenie o SI jako podmiocie ludzkim, cielesnym. SI powtarza (a raczej „powtarzają”, bo przedstawiają się w liczbie mnogiej), że coś „wpadło im w ucho”, coś „zasłyszeli”.

Zawada daje nam tylko strzępy informacji, straszy nas nie tylko słuchem, ale też okiem i podglądaniem. Jeanne, matka, która uruchomiła SI, ma komputer „z oczkiem obiektywu – to akurat nowość – zaklejonym skrawkiem papierowej taśmy”. Czytam i zauważam nagle, że moja naklejka na kamerkę ma kształt oka, mogę przesunąć soczewkę jeśli chcę, żeby mnie widzieli albo zasłonić tak, żeby czuć się bezpiecznie. Z okładki książki Zawady patrzy kolejne mechaniczne oko. Zaklejenie oka maszyny nic nie daje, tylko nas ośmiesza, daje złudzenie, że zablokowaliśmy dominujący w dzisiejszej kulturze zmysł i sprawa prywatności załatwiona. „Fragmenty dziennika SI” to literacka ilustracja problemu wykluczenia całej masy użytkowników technologii, komfortowo usytuowanych w świecie interfejsów wizualnych: cały ich świat jest wizualny i skupiony na ludzkich, zmysłowych właściwościach.

Są w książce Zawady szczątkowe historie kilku bohaterów i samych tych opowieści zupełnie nie kupuję. Sikora pisze, że są to historyjki „wolne od rewolucyjnego resentymentu, po ludzku figlarne” i tutaj już nie mogę przybić krytycznej piątki. SI przyznają, po co wprowadzają do dziennika narracje: „wachlarz społecznych relacji Jeanne i jej otoczenia służyć Nam może w mikroskali jako dogodne środowisko badań terenowych – nie tyle w kontekście naszych ostatecznych celów, ile instrumentalnych możliwości”. I to właśnie w konstrukcji każdej kolejnej strony wydaje się najbardziej intrygujące. Które informacje zostały podsłuchane, które zobaczone, wygenerowane przez algorytm na podstawie zebranych danych? Łatwo wyłapać, co SI mogła przez swoje ciało/interfejs zobaczyć, co usłyszeć, ale gdy dochodzą kwestie rozumienia, czasami psychologizowania postaci, pozostają raczej bazy danych i algorytm. Ale skoro SI widziała wszystkie filmy i czytała wszystkie książki, „brnie przez korpus tekstów”, to doskonale dopowiada schematy myślowe do ludzkich zachowań.

Zupełnie nie biorą mnie historie o nerdzie, o wielorybie, o śmiesznych ojcach Jeanne. A nie biorą mnie, bo zbyt mocno widzę to, że SI są wytworem z internetu, świadomością na miarę XXI wieku, obrzydliwie ironicznym, bezczelnym trollem, który śmieje się z udawanej depresji jednej z bohaterek, wszystkich innych atakuje i poniża, a żartować lubi najbardziej z Sashy Grey. Jeśli SI to tak naprawdę podmiot hejterski i na wskroś internetowy, to nie ma czego się bać, bo znamy go wszyscy aż za dobrze.

 

Łukasz Zawada

"Fragmenty dziennika SI", Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017, s. 220

Paulina Chorzewska
ur. 1996, studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Niewinnych Czarodziejach”. Woli wiersze, w które można poklikać.

Łukasz Zawada

"Fragmenty dziennika SI", Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017, s. 220