Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

W jednym z odcinków serialu mojego dzieciństwa, czechosłowackiej „Arabeli”, przeniesiony ze świata bajek czarodziejski pierścień dostaje się w ręce dwóch klasowych nicponi, Kozelki i Hromadki, którzy zmieniają swojego nauczyciela w Myszkę Miki, a dyrektora szkoły w wielką gąsienicę. Ten ostatni, zaniesiony do gabinetu, stwierdza, że „chciałby się przepoczwarzyć”, „prawa przyrody” nie zważają bowiem na trwające lekcje. W scenie zebrania klasowego III B ukazanego w kolejnym odcinku, dyrektor-gąsienica spotyka się z rodzicami już jako wielki motyl. Twórcy filmu nie wybrali żadnego innego owada, który podlega przeobrażeniu zupełnemu (holometabolii), a nam wybór ten wydaje się oczywisty. Choć gąsienice bywają przecież poważną plagą dla upraw, są dla ludzkiej percepcji larwą najbardziej oswojoną, mają głowę, coś widzą i w miarę sprawnie się poruszają, ich tryb życia nie razi jak w przypadku czerwi, ich powiększenie do rozmiarów przywołujących na myśl faunę kopalną nie wywołuje odczucia obrzydliwości i makabry, do czego musiałoby dojść w przypadku pędraków. Jednocześnie uroda osobnika dorosłego, motyla, jest bezsporna, zwierzę raczej nie przeszkadza człowiekowi, nie jest też w stanie w pojedynkę zatruć mu życia. Dotyczy to zwłaszcza dużych motyli dziennych, z ćmami czy molami sprawa nieco się komplikuje, niemniej w psychologiczno-kulturowym odbiorze efekt przemiany jest tutaj szczególnie pozytywny. Tajemnica procesu holometabolii w odniesieniu właśnie do owadów rzędu łuskoskrzydłych, jak niezbyt pięknie nazywają się w oficjalnej entomologii motyle i ćmy, jest głównym tematem książki Roberta Pucka „Sennik ciem i motyli”.

Owady nie stały się jeszcze w Polsce, ani na świecie (a to oczywiście ma znaczenie), bohaterami tak modnymi jak np. ptaki. Interesującemu się nieprzesadnie, niehobbystycznie i niezawodowo ornitologią trudno już chyba ogarnąć całość publikowanych na ten temat książek, a co dopiero je przeczytać. W przypadku tematyki owadziej tak nie jest, ma się wrażenie, że mamy tu do czynienia z większym rozproszeniem edytorskim, z wydawnictwami w jakiejś mierze niszowymi. Wciąż brakuje książek o ambicjach bardziej syntetycznych, generalizujących, napisanych przez specjalistów, jednocześnie popularnych i upowszechniających wiedzę, a przy tym napisanych lub przełożonych dobrą polszczyzną. Wzorem takich publikacji byłyby przetłumaczone na nasz język w ciągu ostatnich dwu lat dwie pozycje autorstwa brytyjskiego entomologa, Dave’a Goulsona, o trzmielach i owadzich mieszkańcach jednej łąki („Żądła rządzą”, „Łąka”). Jednak właśnie te dwie książki pozwalają z większym optymizmem patrzeć w przyszłość. W ogóle, rzut oka na ruch wydawniczy ostatnich miesięcy pozwala mieć nadzieję, że zainteresowanie tą ważną (a wciąż nieco hermetyczną) problematyką w Polsce się zwiększa. Szczególnie publikacje poświęcone pszczołom mają charakter – niestety, w kontekście „kryzysu pszczelego”, uprzywilejowany („Pasieka dredziarza” Ewy i Pawła Piątków czy „Pszczoły” Joachima Pettersona). Osobnym wydarzeniem edytorskim było przepięknie ilustrowane wznowienie tomów z biologiczno-owadziego cyklu Maurycego Maeterlincka (ostatnio „Życie mrówek”). Nie lekceważyłbym także wydanego jesienią zeszłego roku polskiego przekładu „Owadów i mediów” fińskiego medioznawcy Jussiego Parikki. Przede mną leży (nieprzeczytana jeszcze) książka łódzkiego entomologa Krzysztofa Pabisa, „Dlaczego motyl zjada muchę. Ewolucyjne opowieści o motylach i ćmach”. Są to książki bardzo różnorodne, w tym poradniki sztuki życia, eseje filozoficzne czy książki z teorii kultury; łączy je przekonanie, że owady są kluczowe dla poznania ludzkich i ziemskich możliwości, że pozwalają nam żyć, doskonalić siebie i przestrzegają przed błędami. Książka Roberta Pucka, opublikowana w serii „Menażeria” wydawnictwa Czarne, wpisuje się oczywiście w ten nurt i należy ją również w tych ramach rozpatrywać.

W przypadku tematyki owadziej mamy do czynienia z rozproszeniem edytorskim, z wydawnictwami w jakiejś mierze niszowymi

Autor (rocznik 1959) jest przede wszystkim tłumaczem z niderlandzkiego i angielskiego, który ma na swoim koncie przekłady kilku ważnych książek humanistyki współczesnej, zwłaszcza z historii kultury i psychologii (m.in. Petera Burke’a czy Douwego Draaismy), w tym „Niebezpiecznej wiedzy” Luuca Kooijmansa, biografii naukowo-kulturowej jednego z siedemnastowiecznych pionierów entomologii, Jana Swammerdama. Przed czterema laty zadebiutował książeczką „Pająki pana Roberta”, w której postawił sobie za cel pisanie tekstów, „które zasypywałyby w jakiś sposób rów oddzielający świat przyrody od świata szeroko rozumianej humanistyki”. Po „Pająkach…” przyszło „Siedemnaście zwierząt”, czyli… szesnaście tekstów o bardzo różnych zwierzętach, w tym kilku bezkręgowych. Można powiedzieć, że publikacja najnowsza jest kolejną z tej serii, a równocześnie rozwinięciem jednego z konterfektów poprzedniej książki, dotyczącego ćmy właśnie.

„Sennik ciem i motyli” to podzielony na dwanaście części esej. Liczba jest nieprzypadkowa, odpowiada miesiącom jednego roku. Oczywiście uporządkowania tego rodzaju są potrzebne autorowi po to, by ich raczej nie respektować, co pokazał już w swoich poprzednich tomikach. W ogóle wszelkie oczekiwanie kompozycyjnego czy tematycznego rygoru jest daremne. W kolejnych rozdziałach autor omawia różne aspekty przeobrażenia zupełnego, komentuje wypisy z ksiąg dawnych i nowszych (pojawiają się Nabokov, wielcy dawni twórcy entomologii, literatura dalekowschodnia), a wszystko to przeplata obserwacjami na temat tego, co w chacie i za oknem, na przechadzce i na wyjeździe (pisarz mieszka w domku w lesie). Przy okazji, nieco niekonkluzywnie, zostaje także wyłożony sąd osobisty autora na temat natury holometabolii tytułowych owadów. Całość ma formę zapisków quasi-dziennikowych prowadzonych w ciągu jednego roku, dotyczących motyli i wszystkiego, co się z nimi pośrednio wiąże. Ponieważ kolejne zapisy nie są też bardzo długie, miałem nieprzeparte wrażenie obcowania z blogiem, z którego wycięto daty i który ktoś trochę na siłę pogrupował w rozdziały, tytułując je mniej lub bardziej adekwatnie. Pamiętajmy jednak o tytule książki, który każe skupić uwagę na wątku snów w kolejności zapisów (autor przywołuje sporo zapisanych snów, swoich i cudzych). Śpią nie tylko ludzie, ale i same owady; stadium poczwarki może być pojmowane w ten sposób jako sen.

Z cudzymi (w przeciwieństwie do własnych) snami wiadomo jak jest – niekoniecznie muszą nas bardzo pociągać, jedne wydają się z jakiegoś powodu interesujące, inne raczej nudzą. Senniki nie po to są stworzone, by je ciągle i z równą uwagą czytać od początku do końca. Tak właśnie jest z książeczką Roberta Pucka – jedne cytaty, komentarze czy popisy erudycji są ciekawe, inne mniej. Ironia pod adresem naukowej zoologii współczesnej („nauki egzoterycznej” jak pisze autor na s. 142) i jej wywodów tłumaczących proces przeobrażenia zupełnego albo próba uzasadnienia – także z obszernym odwołaniem się do wyjaśnień innych – czemu to właśnie owady są godne zainteresowania, mnie podobały się bardziej. Trochę za mało jest w książce samych żywych owadów, spotykanych na drodze czy wpadających do domu autora, co jest uzasadnione porami roku w Polsce (skoro rzecz jest napisana w takim cyklu) czy owym śnieniem. Motyle (ale z pozostałymi owadami nie jest o wiele lepiej) widywane są raczej pojedynczo, nie jest ich dużo, autor dość często spotyka jakieś ich resztki, fragmenty, na dodatek narzeka, że nie jest to dla motyli dobry rok, że jest ich znacznie mniej niż poprzednimi laty. Brzmi to jak przestroga, ale jednocześnie całość motylego świata ukazanego na kartach książki (zwłaszcza, że sporo jest na nich owadów obserwowanych dawno, również przed wiekami i w odległych krainach) coraz bardziej przypomina atlas motyli, nie tyle śpiących, co martwych, zasuszonych i wyeksponowanych za szkłem, pokazywanych odbiorcy nieco chaotycznie, na chybił trafił. Idea i jej historia zwyciężą nad codziennością.

Jednocześnie ta meandryczna forma nie tylko naśladuje naturę snu, ale także niekonsekwentne poruszanie się ciem i motyli w postaci dorosłej (imago), owada, który „leci właśnie tak, jak gdyby leciał w co najmniej dwie różne strony” (s. 146). To być może najładniejsze zdanie z całej książki, najbardziej trafna definicja lotu ciem i motyli, ale także swoista autodeklaracja, wypowiedź o samym autorze i jego dziele. Usprawiedliwieniem dla formy wywodów zdaje się zarówno świat obserwowanych przez nas motyli dziennych, jak i nieprzytomny chaos, który wywołują ćmy wokół źródeł światła. Esej czy medytacje Pucka nad przeobrażeniem zupełnym są poprowadzone niespiesznym lotem w kilka stron naraz. Samo znalezienie formuły wypowiedzi jest częściową odpowiedzią na problem, zwłaszcza, że w puencie autor opowiada się za ezoteryczną identyfikacją holometabolii jako procesu zapamiętywania, w którym postać finalna motyla odpowiada wspomnieniu.

Medytacje Pucka nad przeobrażeniem zupełnym są poprowadzone niespiesznym lotem w kilka stron naraz

Owady w ogóle mają w sobie coś, co zmusza do poszukiwania adekwatnej dla nich formy literackiej. Pisanie o nich możemy ująć w dwa klasyczne typy: szerokie, rozlewne narracje, gdy pisarz stara się zrekonstruować cały ich mikrokosmos, oraz drobne, fragmentaryczne zapisy odpowiadające małej skali zwierzęcia i jego poruszaniu się. Pierwszy z nich stara się „wyczerpać świat”, drugi zwrócić uwagę na sposób, w jaki owady jawią się człowiekowi. Zdarzają się tutaj także formy mieszane. Pucek pisze np. o tworzącym w pierwszej połowie XIX wieku japońskim poecie, Issie Kobayashim, „który o rozmaitych niewielkich żyjątkach – jako to robaczki świętojańskie, pchły, komary, motyle bądź ślimaki – napisał ponad tysiąc haiku” (s. 29). Z kolei w 2010 brytyjski antropolog Hugh Raffles wydał „Insectopedię”, w której zderzył formę encyklopedii z fragmentarycznością i subiektywnością autorskiego spojrzenia. O ile jednak owady stanowią zadanie konstrukcyjne dla pisarza, z którego Robert Pucek wywiązał się wzorowo, to same motyle bywają równie trudnym wyzwaniem stylistycznym, być może z powodu nazbyt oczywistego piękna. Nie czytało mi się książki tylko łatwo i przyjemnie z powodu zdań typu: „Księżyc w pełni wygląda jak moneta leżąca pośrodku serwetki o barwie wyblakłej żółcieni neapolitańskiej – serwetki, którą ktoś poplamił kawą z mlekiem” (s. 25). Ale to kwestia gustu. Znacznie gorzej, że natknąć się możemy dwukrotnie na użyte bez solidnego uzasadnienia określenie „Arabczykowie” (s. 99, 127). Zapisy bardziej osobiste ukazują nam autora jako niezbyt interesującego mężczyznę, piszącego o „rozbrykanej stópce” swojej (?) partnerki na pedale gazu (s. 127). Kobiety prowadzą bowiem pojazdy w zabawny sposób, mają też zapewne tendencję do „niewieściej przesady” w opisywaniu narządów męskich, choćby i należących do insektów (s. 139). A już o stosunku „niewiast” do „strasznych robali” (s. 151) to każdy wie. Tego rodzaju „środki” językowe pojawiają się wraz z biegiem książki w coraz większej liczbie i sprawiają, że miałem problem ze spokojnym jej dokończeniem. Ten ostatni cytat – stereotypowa wypowiedź o stereotypowym ludzkim (bo przecież nie tylko kobiety tak myślą i reagują) widzeniu – świadczy też raz jeszcze o tym, że w gruncie rzeczy codzienność jako owadzi temat badawczy jest przez autora rozpoznany słabo.

Monika Żółkoś pisała o owadach, że „tworzą obszar absolutnej obcości, mocną kreską odcięty od świata człowieka, a przecież wiele gatunków insektów żyje bardzo blisko, z nami i na nas”. Stopień oddalenia, inności tych stworzeń pozostaje w ciekawym związku z niemożnością uniknięcia z nimi kontaktu. Jeśli człowiek ciągle na różne sposoby musi „odbijać się” w zwierzęciu, to owady są graniczną postacią lustra. Oczywiście chodzi tu także o konkretnego człowieka przeglądającego się w konkretnych owadach.

Robert Pucek

„Sennik ciem i motyli”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 168.

Igor Piotrowski
ur. 1979, adiunkt w Instytucie Kultury Polskiej UW, współzałożyciel i od tego roku kierownik Pracowni Studiów Miejskich w Instytucie Kultury Polskiej UW.

Robert Pucek

„Sennik ciem i motyli”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 168.