Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.

Ilustr. Natalia Przybysz

Beata Chomątowska

„Betonia. Dom dla każdego”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 560.

Cała narracyjna metoda Chomątowskiej opiera się na metaforze — autorka wybiera sobie bowiem architekturę jako filtr do opowiadania o społeczeństwie. Najbardziej interesuje ją człowiek, który w owym betonie próbuje organizować sobie życie. Rozpoczyna od lat 40., od wielkich planów zagospodarowania zniszczonych przez wojnę miast. Pokazuje, jak beton, z którym eksperymentowano w XIX wieku, staje się materiałem pierwszej potrzeby, bo tylko z niego można budować szybko i tanio, tylko on da szansę na odbudowę i powstrzyma odpływ mieszkańców do innych ośrodków. Nie jest to jednak opowieść o złotej fazie wielkiej płyty – jeśli taka kiedykolwiek istniała. Chomątowska przedstawia bowiem kolejne dekady tej architektury, kończy zaś na latach dwutysięcznych i na przemianach, jakim podlegają blokowiska w różnych państwach: czasem stają się kultowymi i kosztownymi adresami (jak Leipziger Strasse w dawnym Berlinie Wschodnim), czasem się je przebudowuje i obniża (jak Marzahn-Nord w Berlinie). Często jednak pozostają smętnymi pomnikami dawnych czasów, wspomnieniem chwały i wiary w nowoczesność – jak w Polsce, gdzie nakłady na remonty wielkiej płyty powinny być pięć razy wyższe.

Architektura pod piórem autorki okazuje się dziedziną wyjątkową wdzięczną, pozwala bowiem ocalić i rozwinąć obiektywną wartość reportażu; wartość, którą reportaż powoli traci, gdy skupia się na pojedynczych relacjach, silnie zindywidualizowanych świadectwach. Chomątowska tymczasem, dzięki swym architektonicznym śledztwom, może stawiać tezy ostre i zaskakujące, konstruować nową pamięć. W „Betonii” opowiada o budowaniu i burzeniu i sama w swoich reportażach dokonuje analogicznych operacji: burzy mity, buduje nową wizję przeszłości. Fundament „Betonii” stanowi bowiem przekonanie, że po obu stronach żelaznej kurtyny przeprowadzano podobne operacje na mieszkańcach, że stosunek władzy do obywateli nie różnił się zasadniczo czy to w Wielkiej Brytanii, czy to w PRL-u albo Rumunii, jego podstawę zaś stanowiło lekceważenie. Chomątowska opisuje sprzeczność, która uwidacznia się w kolejnych dekadach budownictwa z betonu: choć wydaje nam się ono nieludzkie, opracowano je, wdrażano, a w końcu także modernizowano na Wschodzie i na Zachodzie, mając ciągle człowieka i „wartości humanistyczne” na pierwszym planie. Okazuje się zatem, że z betonem jest jak z komunizmem – idea właściwa, tylko wykonanie nieodpowiednie: za dużo, za szybko, niechlujnie, autorytarnie. Autorka ironicznie podkreśla, że w teoriach architektonicznych najsłabszym ogniwem są ludzie: „Bloki mogły być idealne, ale ludzie nie byli. Zaburzyli symetrię doniczkami, praniem suszącym się na balkonach, śmieciami w podwórkach. W Halle-Neustadt, Krakowie, Warszawie, Berlinie, Londynie, pod Sztokholmem i Paryżem – wszędzie tak samo. Przynieśli ze sobą kolory i hałas, wypełnili ściany zapachami, rzeczami, bałaganem. Wszystko popsuli”.

Chomątowska opowiada o budowaniu i burzeniu i sama w swoich reportażach dokonuje analogicznych operacji: burzy mity, buduje nową wizję przeszłości

Drugi mit, z którym mierzy się autorka „Betonii”, to przekonanie, że bloki budowano w ramach egalitarnego (czy to socjalistycznego, czy to kapitalistycznego) społeczeństwa i że przeznaczone były dla każdego. Nic bardziej mylnego, zdaje się mówić: to raczej historia uprzedzeń klasowych i rasowych, decydujących o usytuowaniu bloków, a później także o spektakularnej klęsce projektów tego typu. Powszechnie przyjmuje się, że idea blokowiska wywodzi się od Miasta Promiennego Le Corbusiera – czyli modernistycznej zabudowy, w której miarą ma być człowiek (dosłownie — system Modulor powstał w oparciu o zasięg ramion mężczyzny mierzącego dokładnie 1,83 m wzrostu) żyjący w otoczeniu zieleni, z dala od dróg szybkiego ruchu. Tak skonstruowana została Jednostka Marsylska – blok modelowy, wzorzec dla kolejnych projektów realizowanych w całej Europie. Jednocześnie to we Francji właśnie pierwsze blokowisko — Miasto Ciszy (zbudowane tuż przed wojną) — zamieniono w obóz koncentracyjny na polecenie SS-Hauptsturmführera Aloisa Brunnera, zaufanego współpracownika Adolfa Eichmanna. To przez Miasto Ciszy przewinęło się około 70 tysięcy osób, z których przeżyła wojnę tylko niewielka część. Po wojnie w blokach więziono kolaborantów francuskich, zanim oddano je do użytku cywilnych mieszkańców.

W Londynie, tuż po wojnie, zamożni przedstawiciele klasy średniej, zamieszkujący przedmieścia, wymusili na władzach budowę bloków w centrum miasta – wiedzieli, że betonowe bloki to mieszkania dla niemajętnych obywateli i nie chcieli mieć za sąsiadów ani robotników, ani imigrantów. W Stanach Zjednoczonych osiedle Pruitt-Igoe powstaje w St. Louis właśnie dla najbiedniejszych, w domyśle zaś: kolorowych mieszkańców. Polityka „oczyszczania slumsów”, prowadzona oficjalnie od 1949 roku, wymuszała przesiedlenie najuboższych, zaplanowano zatem dla nich osobne osiedle. W planach miało ono składać się z niskich bloków, parku, infrastruktury. Koszty okazały się jednak zbyt wysokie i białe władze miasta zadecydowały o budowie identycznych jedenastopiętrowych bloków: „Różnica zdań rozstrzyga się na korzyść miasta – to ci, którzy mają pieniądze, podejmują ostateczne decyzje. Dodatkowe oszczędności wymusza Kongres w związku z toczącą się akurat wojną w Korei, więc szafy mieszkalne powstają z najtańszych materiałów, a ich wykończenie jest tak tandetne, że zaczną się rozsypywać wkrótce po przyjęciu pierwszych lokatorów. Nie przeszkadza to prasie prześcigać się w zachwytach nad rezultatem, który »już zaczął zmieniać podejście do budownictwa socjalnego w innych miastach Ameryki« i wskazywać go jako model do kolejnych eksperymentów z osiedlami mieszkaniowymi o wysokiej zabudowie”. Dwadzieścia lat później osiedle Pruitt-Igoe – jako nowe slumsy, z których problemami nie potrafiła poradzić sobie ani policja, ani żadne organizacje społeczne — wysadzono w powietrze.

To także historia dyktatu władzy, która lepiej od obywateli wie, jak mają żyć, jak się przemieszczać, spędzać czas, gdzie robić zakupy. Corbusier, budując Jednostkę Marsylską, przewidywał, że przedszkolaki będą bawić się na suchym tarasie na dachu wieżowca, podczas gdy dzieci zdecydowanie bardziej wolały podreptać po błocie. W Glasgow projektant bloku sir Basil Spence przewidywał, że pranie wywieszać można w każdy wtorek, wtedy też budynek zamieni się w okazały żaglowiec. Polscy architekci projektowali pod wytyczne władzy, według ustalonych odgórnie wymiarów każdego pomieszczenia. Nie tylko zatem technologia okazuje się problemem – Chomątowska czyta wszystkie dokumenty z epoki przez pryzmat współczesnego spojrzenia i pokazuje, że choć w okresie powojennym ważniejsze były prefabrykaty, nowe metody montażu, rozwiązania techniczne, to z dzisiejszej perspektywy najważniejsza wydaje się uniformizacja i unifikacja, jaką wymuszały kolejne blokowiska.

„Betonia” domyka architektoniczną tetralogię non-fiction Beaty Chomątowskiej, która napisała wcześniej dwa reportaże: o Muranowie („Stacja Muranów”) oraz o Pałacu Kultury i Nauki („Pałac. Biografia intymna”), a także biografię „Lachert i Szanajca. Architekci awangardy”. Czytane razem pokazują, że autorka wypracowuje nowy typ reportażu historycznego – taki, który skupia się na architekturze i opowiada o jej przemianach, dzięki czemu pokazuje zmiany, jakim podlega dane społeczeństwo. Jej reportaż historyczny cechuje statyczność, szczegółowość, dystans, społeczne zaangażowanie i subwersywność. Statyczność objawia się powolnym, rozbudowanym rysunkiem stopniowo konstruowanym przez autorkę w tekście. Kolejne rozdziały uzupełniają się wzajemnie, szczegóły zazębiają – więcej mówią jednak budynki niż ludzie. Chomątowska przeplata krótkie wypowiedzi swoich bohaterów, zestawia cytaty z wydawanej pół wieku temat prasy, przywołuje badania i dane techniczne. Jej narracja jest powolna, skupiona na szczególe, autorka nie odpuszcza czytelnikowi: pedantycznie rozbudowuje partie poświęcone haczykom łączącym wielkie płyty, sposobom wytwarzania prefabrykatów. Ta nieustępliwość reporterska stwarza jednak zaufanie, oferuje czytelnikowi pewien pakt. Wierzymy autorce, że nie poświęci zagadnień ważnych, ale mało widowiskowych tylko dlatego, że odbierają tekstowi dynamikę i atrakcyjność. Chomątowska woli nasycenie datami, wymiarami, nazwiskami – tak buduje poczucie autentyczności i rzetelności.

Reportaż historyczny Chomątowskiej cechuje statyczność, szczegółowość, dystans, społeczne zaangażowanie i subwersywność

Subwersywność w reportażach historycznych Chomątowskiej czytelnik musi zrekonstruować samodzielnie, bo dla autorki sama w sobie nie stanowi ona wartości. Jednocześnie to właśnie opór wobec zastanych obrazów przeszłości porusza ową statyczną, architektoniczno-socjologiczną opowieść. Subwersywność objawia się właśnie w równorzędnym zderzaniu Wschodu i Zachodu, paradoksalnych zestawieniach – nie utrzymuje się bowiem przekonanie, że w świecie kapitalistycznym o budowie decyduje pieniądz, a za żelazną kurtyną ideologia socjalistyczna. Przeciwnie, budowa tanich osiedli to zasadniczy chwyt socjotechniczny, dość tani zresztą w wykonaniu, podejmowany często przez polityków w państwach demokratycznych. Tymczasem w bloku socjalistycznych republik o budowaniu decydowały często nadwyżki materiałów, uzyskiwane przez przemysł – a zatem czynnik ekonomiczny. Chomątowska po równo rozdziela ciosy, ujawnia społeczny egoizm, izolację elit władzy, obojętność na wartości wspólnotowe odczuwaną przez masy społeczne oraz snobizm architektów, próbujących zarządzać przestrzenią: większość z nich nigdy nie mieszkała w blokach albo w starych kamienicach, lecz po zakończonej pracy powracała do willi i domów na przedmieściach.

Chomątowska w ogóle lubi tekst oschły, nieodwołujący się wprost do traumatycznych doświadczeń i emocji. Tak było w „Stacji Muranów”, w której właśnie skłonność do skupienia na widzialnym, rzeczowym aspekcie, konkrecie – cegle, kamienicy, ulicy – pozwalała opowiadać o życiu getta warszawskiego, likwidacji i walce, wyburzaniu i nowej zabudowie. Autorka potrafiła ominąć wszystkie mielizny emocjonalne; nie uciekła ani w kicz, ani w estetyzację cierpienia. Podobne chwyty stosuje w „Betonii”, gdzie prowadzi rozmowy na temat życia w blokach: unika sentymentalizmu, bo pyta o przydział na mieszkanie, o jego zagospodarowanie, kupowanie mebli w epoce niedoborów, relacje z sąsiadami, drogę dzieci do szkoły. Pod tymi pozornie nieosobistymi pytaniami kryją się zaś historie emocjonalne i intymne: o dumie z awansu społecznego, wiciu gniazda w nowym miejscu, lęku przed samotnością, poczuciu odosobnienia na starość.

Dystans należy rozumieć u niej na dwa sposoby – jako rodzaj rezerwy emocjonalnej, oszczędności języka, który wybiera milczenie, by opowiedzieć o tym, co najbardziej intymne. Ale też jako rodzaj oddalenia stosowany, by objąć szerszą perspektywę, uzyskać większy kąt patrzenia. Tak jest właśnie w opowieści o Pałacu Kultury i Nauki, gdzie dystans objawia się wykorzystaniem różnych narzędzi interpretacyjnych, różnych filtrów, za pomocą których autorka czyta przestrzeń: mieszają się u niej wykład historyczny, anegdoty z epoki stalinizmu, elementy kroniki kryminalnej, cytaty z korespondencji nadesłanej do administracji Pałacu, teorie antropologiczne i religioznawcze. Właśnie dzięki nim widzimy PKiN równocześnie jako wyzwanie architektoniczne, symbol zależności politycznej, oś świata, krok na drodze do objawienia (i poznania świata oczywiście w duchu komunistycznym), połączenie sfer ziemskiej i niebieskiej.

Na tej samej zasadzie działa dystans w „Betonii”. Chomątowska pisze reportaż, który spodobałby się historykom ze szkoły „Annales” i wszystkim miłośnikom długiego trwania — nie ma tu wyraźnych cięć, pęknięć historycznych,; miejsce nagłych wstrząsów politycznych zajmuje perspektywa procesu, powolnego budowania. Ten dystans zmienia także perspektywę w reportażu, bo w tekstach często pojawia się opowieść o całej grupie, relacja z procesu, a nie doświadczenie indywidualne. W „Stacji Muranów” uzupełniała swoją opowieść architektoniczną wspomnieniami kilku osób wychowanych w powojennej dzielnicy –  kontrast między tym, co było, a co zostało zburzone, zasypane, wyrównane, powstawał właśnie dzięki zderzeniu opowieści o przeszłości i świadectw młodych, nieświadomych niczego „osadników”. Szczególnie dramatycznie brzmi wspomnienie Jacka L., który mówi, że w dzieciństwie nie wiedział, skąd w Muranowie tyle fajnych górek do zjeżdżania na sankach. Dorosły Jacek L. stanie się autorem takich książek jak „Tekst wobec zagłady” albo „Młyny boże. Zapiski o kościele i zagładzie”. W „Betonii” Chomątowska stosuje inną technikę: jak w mrówkowcu krótkie relacje pojedynczych osób składają się na obraz panoramiczny, szeroki, zróżnicowany. Zbiera drobne wypowiedzi, składa z nich obraz w poprzek historii; obok wspomnień i zapisków prasowych z lat 70. pojawiają się tutaj także wypowiedzi współczesne, ujawniające, że pewna formacja – właśnie „Betonia” — dobiega kresu, bo w blokach pozostają już tylko emeryci i szukający tanich mieszkań studenci, prawdziwe życie jest zaś gdzie indziej.

„Betonia” wpisuje się w modny dzisiaj w Polsce nurt architektonicznego non-fiction, które poprzez historię o przestrzeni, jej zagospodarowaniu i rewitalizacji, opowiada o naszym społeczeństwie. Chomątowska, podobnie jak Filip Springer, Lidia Pańków czy Ziemowit Szczerek, wychodzi z założenia, że więcej prawdy o człowieku można znaleźć w jego otoczeniu niż w jego słowach, że należy konfrontować słowa wypowiadane i drukowane z obiektami materialnymi. Tylko wtedy bowiem widać fałsz, pogardę, schizofreniczne mity, fanfaronadę, polityczne obietnice. Z jednej strony to myśl banalna, z drugiej – przestroga. Bo to, co dzisiaj buduje się w Polsce, to najczęściej nie mieszkania, to pomniki.

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.

Ilustr. Natalia Przybysz

Beata Chomątowska

„Betonia. Dom dla każdego”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 560.

Paulina Małochleb
krytyczka literatury. Sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki „Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej w perspektywie pamięci kulturowej”. Pisze dla "Fa-artu", "Nowych Książek", "Odry", „Polonistyki”, „Polityki”, "Twórczości", "Znaku". Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów 2014 i Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska 2017. Prowadzi blog ksiazkinaostro.pl.
POPRZEDNI

szkic  

Głębokie gardło. Wkład pierwszy

— Piotr Seweryn Rosół

NASTĘPNY

recenzja  

Krytyka negatywna (8): „Naturalne zagłębienia oraz inne wilgotne otwory”

— Jakub Skurtys