Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.
Ilustr. Natalia Przybysz.

Anna Bikont
„Sendlerowa. W ukryciu”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, 478 s.

Książka Anny Bikont, która ukazała się jesienią 2017 roku, szybko została dostrzeżona, komentowali ją zarówno historycy, jak i publicyści czy krytycy. W 2018 zaczęła zbierać żniwo w postaci nominacji do wielu prestiżowych nagród. Jednocześnie to bardzo ciekawe, że o książce tak ważnej, poruszającej tak istotne zagadnienia społeczne i historyczne, często pisze się w sposób utrzymujący wszystkie przeoczenia, podbudowujący te mity, których rozbijanie stanowi pożywkę Anny Bikont.

Po kolei jednak: Irena Sendlerowa w biografii Bikont to kobieta aktywna, zaangażowana przez całe życie w działalność społeczną, pracująca przed wojną jako opiekunka społeczna, dbająca o kobiety z marginesu, w czasie wojny ratująca Żydów, później będąca członkinią Sekcji Opieki Społecznej w Warszawie. Przez całe życie lewicująca: studiowała w Wolnej Wszechnicy, w której nie obowiązywał numerus clausus, za to wykładała Helena Radlińska – znana ze swoich postępowych poglądów socjalistka. Sendlerowa sprzyjała przedwojennym socjalistom, a po wojnie zapisała się do PZPR, w której pozostała aż do jej likwidacji w 1989. Była też zupełnie niezależna, jeśli chodzi o życie osobiste – jeszcze na studiach wyszła za mąż, z kolei w czasie wojny związała się z Adamem Celnikierem. Z pierwszym mężem, który wojnę spędził w oflagu, rozwiodła się w latach 40. i wyszła za mąż za Celnikiera, któremu urodziła troje dzieci. Gdy i to małżeństwo rozpadło się, po jakimś czasie wróciła do pierwszego męża. Z dziećmi również była słabo związana, bo większość życia poświęcała pracy. Jako społecznica – co później wyrzucała jej córka – zawsze miała czas dla innych, ale nie dla domowników.

Sendlerowa nie posiadała zatem cech, które przypisuje jej polska legenda o wojennym heroizmie: pokory i dobroduszności, katolickiej duchowości, miłości do dzieci. Nie wyprowadzała też sama nikogo z getta; była raczej – jak pisze o niej Bikont – mastermindem, kimś w rodzaju organizatorki ruchu i transferowego poza mury getta. Nie działała także sama, bo w jej siatkę zaangażowanych było jeszcze około trzydziestu osób, w większości kobiet, które zajmowały się przeprowadzaniem dzieci na aryjską stronę, a bardzo często także ich późniejszą relokacją – do klasztorów, prywatnych mieszkań, domów opieki. To Sendlerowa pisała listy z prośbą o większe środki finansowe, organizowała siatkę adresów, wybierała osoby, które wydawały jej się godne zaufania. To ona próbowała zdobywać dodatkowe pieniądze, by wykupić z rąk szmalcowników i donosicieli Żydów umieszczonych już po aryjskiej stronie.

Sendlerowa nie posiadała cech, które przypisuje jej polska legenda o wojennym heroizmie: pokory i dobroduszności, katolickiej duchowości, miłości do dzieci

Dostajemy zatem do rąk nie tylko biografię samej Ireny Sendlerowej, ale i opowieść o relacjach polsko-żydowskich w XX wieku. To studium socjologiczne na temat warunków życia pod okupacją, polskiego systemu wartości, sposobów radzenia sobie w biedzie; wreszcie jest tu zapisana historia Polski ostatnich stu lat oraz szkic na temat polskiego antysemityzmu. Spoiwem tych wszystkich treści jest właśnie postać Sendlerowej i otaczających ją osób, jej rodziny, przyjaciół i podopiecznych, z którymi utrzymywała kontakt wiele lat po wojnie.

Punktem wyjścia do biografii była dla Bikont nie działalność Sendlerowej w czasie wojny, a mit, jaki w latach 2000. zaczęto budować wokół jej postaci oraz postaci Jana Karskiego, czyli dwojga Polaków, którzy mieli stać się symbolami polskiego zaangażowania w ratowanie Żydów. To za pomocą ich nazwisk podejmowano walkę z posądzeniami Polaków o antysemityzm. Bikont nie opowiada zatem wyłącznie o samej Sendlerowej, nie śledzi kolei jej życia po to, by pokazać nam portret „bohaterskiej Polki”, ale po to, by namalować szerokie tło. Umieszcza przy tym swą bohaterkę w kontekście historycznym zupełnie innym, niż czynią to dyżurne i politycznie zaangażowane media prawicowe w Polsce. Media, które przedstawiają ten reportaż biograficzny jako opowieść niepotrzebną, szkodliwą, burzącą portret wielkiej bohaterki. Oto ważna wskazówka dla czytelnika: zazwyczaj tekst nazywany szkodliwym i niepotrzebnym jest w rzeczywistości niezmiennie ważny, konieczny wręcz w debacie publicznej, bolesny i jątrzący różne narodowe rany.

Wątek odbrązowienia jest bardzo ważny w tej reporterskiej opowieści, nie dotyczy jednak tak mocno samej Sendlerowej, jak chcieliby obrońcy jej dobrej pamięci. Swe ostrze krytyczne celuje autorka raczej w brązowników polskiej historii, którzy posługują się Sendlerową instrumentalnie, przedstawiając ją jako typową Polkę, zaangażowaną w pomoc Żydom. Tymczasem w tej opowieści ważna jest właśnie odwrotna proporcja: fakt, że Sendlerowa i inne uczennice Radlińskiej niosły pomoc na przekór wielu Polakom, działały na froncie wojny polsko-polskiej, która toczyła się w cieniu wojny światowej, a przy użyciu jej bohaterów: granatowych policjantów, żołnierzy niemieckich. Jak mówi sama bohaterka: „w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby się znalazło miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego”. Władysław Bartoszewski dopowiada, że łatwiej znajdowano mieszkania do przechowywania broni niż mieszkania do przechowania Żydów – choć za oba te uczynki groziła śmierć. Nie ma więc co stawiać oskarżeń, że autorka stawia bohaterkę w złym świetle – pokazuje ją jako kobietę autorytarną, choleryczną, z legitymacją niewłaściwej partii i źle rozumianą lojalnością. Wszystko to są ludzkie sprawy, cechy i przywary. Nie mają za to racji czciciele sfabrykowanej legendy, bo to oni właśnie umniejszają bohaterstwo Sendlerowej. W ich wyobrażeniu nie ma bowiem miejsca na jej samotność i przerażenie, na świadomość, że działa przeciwko własnej wspólnocie.

Gdy zatem polskie ośrodki władzy i media przedstawiają Sendlerową jako „matkę Żydów”, która wyprowadziła z getta dwa i pół tysiąca dzieci, przychodzi Bikont, by powiedzieć „sprawdzam”. I podejmuje konsekwentnie jedną strategię, która przynosi tu wyśmienite rezultaty, odsłaniając różne mitotwórcze wątki, błędy, koloryzacje, świadome przeoczenia i przemilczenia. Jest to strategia księgowej, a sama biografia przypomina audyt, który autorka przeprowadza na historii sprzed siedemdziesięciu lat. I – ku naszemu zdziwieniu – odkrywa, że kwity się nie zgadzają. Bikont śledzi trzy poziomy zdarzeń: fakty z życia Sendlerowej i jej otoczenia, historię okupacyjną i współczesne budowanie legendy. Kto i kiedy wymyślił, że Sendlerowa uratowała dwa i pół tysiąca dzieci żydowskich? Skoro wojnę przeżyło tylko około pięć tysięcy, z czego sześćset na terenie Warszawy? Takie pytania stawia autorka, takie zderzenia faktów proponuje czytelnikowi, by pokazać, że pewne dane rodzą się, by zmniejszyć żałobę i przerażenie rezultatami wojny – z miliona dzieci żydowskich wojnę przeżyło w Polsce tylko pięć tysięcy. Bikont księguje dalej tę polsko-żydowską historię: z getta ratowano dzieci od lipca 1942 do kwietnia 1943, a zatem przez około 9 miesięcy, a nie przez całą wojnę; Żegota – organizująca środki finansowe na pomoc – powstała późno, dopiero po wielkiej akcji, gdy większość polskich Żydów już zginęła. Najbardziej przytłaczające dane dotyczą jednak pieniędzy, które polski rząd na emigracji przesyłał do kraju na pomoc Żydom: wysłano około  milion trzysta tysięcy dolarów, ale tylko połowę tej kwoty Delegatura Rządu na Kraj wydała na ten cel. Środki przesyłano nielegalnie, straty przy zrzutach sięgały jednak zazwyczaj 12%, a nie 50%. Tutaj pojawia się więc jeden z pierwszych i najmocniejszych zarzutów: tajne struktury polskiej administracji pozostawiały sobie część środków przeznaczonych na pomoc Żydom, ograniczając tym samym ilość osób ratowanych z gett i umieszczanych po aryjskiej stronie. Za każdego ukrywającego się Żyda należało bowiem płacić, a część Polaków traktowała tę działalność jako interes, okazję, by dorobić w ten trudny, wojenny czas. Na placu targowym w Warszawie nawoływano „złoto przyjmuję, koty [w żargonie okupacyjnym: ukrywający się Żydzi – przyp. aut.] przechowuję”.

Kto i kiedy wymyślił, że Sendlerowa uratowała dwa i pół tysiąca dzieci żydowskich? Skoro wojnę przeżyło tylko około pięć tysięcy, z czego sześćset na terenie Warszawy?

Bikont-księgowa opowiada, jak w polskiej historii posługiwano się podwójnymi księgami, jak legenda miała zastępować prawdę historyczną, śledzi pewne uniwersalne mechanizmy na przykładzie swojej bohaterki. Nazwisko Sendlerowej, znane wcześniej i cenione, na narodowe sztandary trafiło bowiem dopiero po książce Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” (wydanej w 2000 roku), poświęconej zbrodni w Jedwabnem. Bikont przywołuje tę głośną publikację, nie wspominając, o własnym, olbrzymim reportażu na ten sam temat – „My z Jedwabnego” z 2004 roku. To właśnie po publikacji tej książki musiała – wychodząc z roli biernego obserwatora, obiektywnego świadka – pomóc dwojgu spośród swoich bohaterów opowiadających jej o wydarzeniach z 1941 roku. Otaczająca ich atmosfera stała się na tyle wroga i niebezpieczna, że Bikont musiała zapewnić im przeprowadzkę do Warszawy, by uratować ich przed gniewem sąsiadów. Opowieść o Sendlerowej jest więc w pewien sposób kontynuacją opowieści o Jedwabnem, na pierwszy plan wysuwa się tu bowiem relacja z wewnętrznego frontu polsko-polskiego, pojawiają się listy proskrypcyjne Narodowych Sił Zbrojnych, które monitorowały swoich przeciwników (zarówno Żydów, jak i komunistów) i na które trafiło także nazwisko głównej bohaterki. We wszystkich wątkach powtarza się zaś – i to najczęściej kilka razy – motyw ucieczki przed szmalcownikami, wykupywania się z ich rąk, płacenia za dalszy pobyt u polskich gospodarzy. „Wyprowadzę na ulice i niech się dzieje wola boża” – ostrzega polska opiekunka małej Margarity Turkow w liście do jej rodziców, domagając się większych pieniędzy za ukrywanie dziecka. Tak więc to, co Annę Bikont interesuje najmocniej, to właśnie owe relacje na styku kultur i tożsamości, przepływy między nimi, poczucie krzywdy, solidarności, przynależności, ale też wyparcie, wstyd – doświadczane przez większość spośród żydowskich dzieci uratowanych z Zagłady.

Wielu autorów tekstów poświęconych Sendlerowej pomija zupełnie te problemy i zamiast nich śledzi charakterystykę bohaterki i domniemane winy, których dopuszcza się wobec niej autorka. Tak robi na przykład Paweł Jędrzejewski z portalu Fronda.pl, pytający majuskułą „PO CO?”, gdy Bikont podaje, że drugim mężem Sendlerowej był Żyd Adam Celnikier, który w czasie wojny przyjął nazwisko Stefan Zgrzembski i pod nim funkcjonował też po wojnie. Jakby polskiej bohaterce narodowej wypadało ratować Żydów, ale nie wypadało już wiązać się węzłem małżeńskim z reprezentantem tej wspólnoty… Śledzenie stosunku autorki do bohaterki wydaje się tu w każdym razie rodzajem zastępczego gestu, pozwala bowiem w ogóle nie poruszać sprawy zdecydowanie bardziej kłopotliwej – relacji polsko-żydowskich i roli Polaków w Zagładzie.

Bikont ze swą strategią księgowej tworzy bardzo interesujący rodzaj metareportażu, często bowiem problematyzuje nie tylko swoje kłopoty z potwierdzeniem różnych zdarzeń, lecz także w samą pamięć świadków. Jest to zatem książka o pisaniu reportażu, o weryfikowaniu faktów, o zderzaniu się z pamięcią, o poszukiwaniu śladów materialnych z epoki, gdy konspiracja wymagała pozostawiania jak najmniejszej ilości dokumentów, a fałszerstwo było koniecznym środkiem działania. Dzięki temu odkrywa właśnie, że w tej historii nie zgadzają się kwity na wszystkich poziomach: osobistym, społecznym, historycznym. Nie wiadomo, kto, kiedy ani w jakich okolicznościach ochrzcił kilkuletnią już Irenkę, nie istnieją listy dzieci uratowanych przez Sendlerową, o których wiele osób mówi, że je widziało i miało w rękach. Bikont buduje zatem świadomie swój reportaż jako skrupulatne zestawienie różnych, czasem wykluczających się świadectw. W swoich poszukiwaniach natrafia na ślepe uliczki, na ciemne tory historii, zapomniane nazwiska, pogubione dzieci. Jej trud okazuje się podwójny, bowiem musi nie tylko dotrzeć do ludzi, którzy działali 70 lat temu, lecz także znaleźć potwierdzenie dokumentów, które na potęgę fałszowano, by ratować ludzi skazanych na śmierć. Bikont nie traci jednak dyscypliny biegłej księgowej i wielokrotnie udaje jej się ustalić różne fakty; często też dochodzi ostatecznie do tego, kto, kiedy i dlaczego zaczął produkować określoną legendę.

Nie wiadomo jeszcze, ile nagród w 2018 otrzyma „Sendlerowa. W ukryciu”. Wszystkie jednak będą zasłużone.

 

 

Czytanie
non-fiction

Autorski cykl Pauliny Małochleb, która pisze o książkach reporterskich i biograficznych.
Ilustr. Natalia Przybysz.

Anna Bikont
„Sendlerowa. W ukryciu”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, 478 s.

Paulina Małochleb
krytyczka literatury. Sekretarz Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Autorka książki „Przepisywanie historii. Powstanie styczniowe w powieści polskiej w perspektywie pamięci kulturowej”. Pisze dla "Fa-artu", "Nowych Książek", "Odry", „Polonistyki”, „Polityki”, "Twórczości", "Znaku". Laureatka Nagrody Prezesa Rady Ministrów 2014 i Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska 2017. Prowadzi blog ksiazkinaostro.pl.
POPRZEDNI

recenzja  

Krytyka negatywna (9): Pierdolamento z banalnym tryptykiem

— Jakub Skurtys

NASTĘPNY

varia proza  

Opowiadanie

— Waldemar Bawołek