Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Co po Berezie?
Cykl tekstów poświęconych życiu i twórczości Henryka Berezy (1926-2012), przy okazji wydania przez Państwowy Instytut Wydawniczy „Alfabetyczności". Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Co po Berezie? Jako tzw. literaturoznawca powinienem szukać odpowiedzi w obrębie swojej dyscypliny. Zrzucam jednak ten kostium, by na moment stać się człowiekiem z krwi i kości (co literaturoznawcom nie przytrafia się za często). Jako człowiek jestem Berezie zwyczajnie wdzięczny. Nigdy go nie poznałem, podobnie jak on nie poznał Olava Dunna[1]. Ale przecież nie trzeba się znać, wystarczą słowa, które mogą odmienić życie. Tych słów nie musi być dużo. Zresztą z biegiem lat Henryk Bereza stawał się coraz bardziej lapidarny. Zyskał zdolność zamykania istoty rzeczy w precyzyjnych formułach. Jako literaturoznawca powinienem do tych formuł przyłożyć stosowne narzędzia badawcze, lecz jako człowiek chcę poprzestać na cierpliwym wpatrywaniu się w ich moc. Moc… Literaturoznawca rumieni się ze wstydu, wszak to całkiem nieprofesjonalne. Tymczasem człowiek nareszcie ma okazję wyrazić coś od siebie, bez rygorów naukowości. Zobaczmy, co wyniknie z tej walki.

Stanisław Lem, komentując w latach 80. sytuację współczesnej literatury, nie omieszkał wzmiankować o Henryku Berezie i jego wpływie na tejże literatury kształt. Uczynił to w trybie nader polemicznym, a momentami wręcz szyderczym. W rozmowach ze Stanisławem Beresiem padają między innymi następujące słowa: „Albo twórczość zajmująca się tylko językiem i czyniąca różne igraszki z formą, czyli to, co zakłada Bereza, iż można się bawić językiem. To zawsze była dla mnie lingwistyczna galanteria – szlifowanie ładnych wisiorków na języku”. Lem rzecz jasna czyni tu aluzję do „rewolucji artystycznej w prozie”, autorskiego konceptu historycznoliterackiego Berezy, obejmującego szczególnie pisarstwo wybranych autorów, którzy debiutowali w latach 70. oraz 80. Wydaje się jednak, że Lem owego konceptu nie zrozumiał bądź raczej nie chciał rozumieć (o czym świadczą również pozostałe jego wypowiedzi na temat Berezy i autorów krytycznie przezeń wspieranych). Albo po prostu nie należał do zwolenników takiej literatury, co z kolei znajduje potwierdzenie w jego stanowisku dotyczącym francuskiej „nowej powieści”[2], z którą pewne nurty „rewolucji” są spokrewnione. Opinie Lema nie pozostały bez reakcji Berezy. W jednym z wywiadów możemy przeczytać: „Lem nie jest dla mnie żadnym pisarzem. On jest bardzo wybitnym intelektualistą, więc jego kariera jest w pełni uzasadniona, ale on w ogóle nie wie, na czym polega rola wyobraźni w pisarstwie artystycznym. On się odwołuje wyłącznie do intelektu. To jest pisarz zupełnie pozbawiony predyspozycji wyobraźniowych”. Abstrahując od oceny słuszności tych sformułowań, warto zauważyć, że brak bądź niedostatki szeroko pojmowanej wyobraźni dosyć powszechnie skłaniały niektórych krytyków do absurdalnych reakcji na samą „rewolucję” (jako koncept), a w jeszcze większym stopniu na kolejne powieści spod auspicjów Henryka Berezy. Modelowym przykładem tej tendencji była recenzja Jana Zielińskiego („Polityka” 1981, nr 36) z pierwszej części słynnej – „zupnej” – trylogii Marka Słyka, „W barszczu przygód” (Słyk należał do czołowych przedstawicieli „rewolucji” Berezy). Zieliński swój pogląd zawarł już w tytule („Propozycja poroniona”), a doprecyzował w początkowych zdaniach recenzji: „Na pewno jest to książka osobliwa. Jedna z tych, które każą wątpić, czy autor (albo wydawca) był przy zdrowych zmysłach, każą pytać: wariat czy grafoman?”. Lista argumentów przeciw powieści jest pokaźna, wszelako na potrzeby tego szkicu zatrzymam się przy jednym z nich, dla mnie – osobiście – najważniejszym. Chodzi o punkt trzeci, gdzie Zieliński nazywa „W barszczu przygód” „świadectwem niepewności języka”. Niepewność towarzyszy poczuciu, „że autor nie wiedział, jakiego użyć przymiotnika albo która forma jest poprawna i pisał oba epitety, czy obie formy naraz”. I dalej: „Jest w tym stosunku do języka nonszalancja, ale nie mistrza, co łamie reguły bez oglądania się na słownik i gramatykę, tylko ignoranta, który swoje lenistwo osłania rzekomym chwytem formalnym”. Zrekapitulujmy dotychczasowe obserwacje. W ujęciu Lema – który swoją drogą przezwał Słyka „generałem broni” w „arsenale” Berezy, liczącym „trzystu młodych i genialnych pisarzy” – skłonności do bawienia się językiem zostały mianowane zaledwie „lingwistyczną galanterią”. W ujęciu Zielińskiego taka zabawa świadczy po prostu o nieuctwie.

Brak bądź niedostatki szeroko pojmowanej wyobraźni dosyć powszechnie skłaniały niektórych krytyków do absurdalnych reakcji na samą»rewolucję«

Przejdźmy teraz do wątku osobistego oraz roli Henryka Berezy w rozwiązywaniu – co tu dużo mówić – problemów codzienności. Rozpocznijmy jednak od dość oczywistej konstatacji, że ani Lem, ani Zieliński nawet nie zbliżyli się do rzeczywistych intencji Berezy wobec konceptu zabawy językiem. Ta zabawa jest bowiem czymś więcej niż sztuką dla sztuki czy rozrywką leniwego obskuranta. W celu właściwego zrozumienia tej kwestii przywołajmy fragment tekstu, który Bereza poświęcił twórczości wspomnianego już Marka Słyka: „W tym dziele trzeba czytać język w jego uświadamianej sobie ustawicznie nieprzystosowalności do rzeczywistości »przedmiotów i ruchów«, celem pisarskim Słyka, tak to rozumiem, jest oduczanie językowej bezmyślności, uczenie – nawet natrętne – takiej świadomości języka, która by mogła zbliżyć język do zwiększających się lawinowo potrzeb językowych człowieka w obcowaniu ze światem, w którym »biegu rzeczy« nie da się tak łatwo zatrzymać, jak dało się zatrzymać życie języka w lodówce literatury”. Język powieści Słyka przeciwstawił Bereza językowi z „lodówki literatury”, co prostą drogą prowadzi nas do fundamentalnej w jego stanowisku opozycji: język żywy-język martwy. „Rewolucja artystyczna w prozie polskiej na tym głównie polega, że martwe piękno normy zastępuje się w niej żywym pięknem tworzenia w języku”. Normę wyznaczają kodeksy poprawnej polszczyzny[3], skutecznie petryfikując kształt języka literackiego. Bywa, że ów kształt przez całe życie decyduje o wyborach pisarza. Z punktu widzenia Berezy tkwi on wówczas w gorsecie normy, która blokuje drogę do rzeczywistej twórczości, a więc swobodnego „tworzenia w języku”[4].

Bezpieczna uległość wobec normy nie dotyczy jedynie pisarzy. Uważane za poprawne i adekwatne sposoby wszelkiego zapisu wpływają na całokształt myślenia oraz wyobraźni. W konsekwencji te ostatnie stają się powolne regułom martwego piękna. Nie jestem pisarzem, a jednak piszę nieustannie. Co rusz odczuwam przepaść między zamiarem i realizacją, między narzucającą się treścią (i formą), a zbyt poprawnym rezultatem, z każdej strony gładkim, mającym się podobać. Zawsze brakuje odwagi, by postawić na swoim. W ostatniej chwili cofam się, aby nie wpaść w pułapkę wyrzutów sumienia. A te stąpają za każdym wykroczeniem wobec poprawności słownika, to znaczy słownikowej poprawności (i znów nie wiem, jak powinno być naprawdę). Obsesja „błędu” nie tylko przesłania rzeczywistą intencję wypowiedzi. Ona przede wszystkim nie dopuszcza do świadomości istnienia wielu światów, rządzonych innymi prawidłami niż normatywne, słownikowe. Żeby nie być gołosłownym, powrócę do rozpatrywanego wcześniej przykładu. Chodzi o recenzję Zielińskiego, który myśląc o dobru czytelnika wytknął autorowi „W barszczu przygód”, co następuje: „Pisze na przykład Słyk o bochnie przaśnego chleba. Przypuszczam, że pisząc nie wiedział, jak wygląda przaśne pieczywo, wiedząc – nie wymyśliłby tak absurdalnego zestawienia. A ilu czytelników nie wie, i czytając nabierze mylnego przeświadczenia?”. Dzisiaj, po lekcji Berezy, śmieję się z obaw Zielińskiego, lecz nie tak dawno sam bym cierpiał wskutek mylnych (!) w danym kontekście zestawień. Może nie ze względu na czytelników, raczej przez ryzyko wstrząśnięcia wewnętrznym ładem, który domagał się tylko tego, co precyzyjnie ustalone (w świetle obowiązujących „tu i teraz” dogmatów).

Na czym więc polega wyzwolenie? Otóż trzeba zakwestionować dyktaturę normy, co w niejednym przypadku oznacza wywrócenie życia do góry nogami. Z dawien dawna uporządkowany świat traci nagle walor jedyności i słuszności. W pierwszej chwili doznajemy szoku, ale już w kolejnej docierają do nas przebłyski innych światów, inaczej uporządkowanych. Odkrywamy, że nie powstały one z decyzji grafomanów, choć tak nam dotychczas sugerowano. Wysiłek ich stworzenia był szczególnie mozolny. Nowy świat wymaga nowych operatorów. Tutaj nie można kopiować z rzeczywistości, skoro całą rzeczywistość – zestaw elementów, stosunki między nimi – stwarza się nieraz z wyobraźni.

A jaka w tym wszystkim jest rola Henryka Berezy? Nieomal całe życie poświęcił uprawomocnieniu tych nowych światów, uwierzytelnianiu nieokiełznanej kreacji poprzez sztukę. „Jej [sztuki – A.Ś.] unikalność na tym polega, że jest to chyba jedyna sfera bezpiecznych spełnień i realizacji wszelkich – dobrych i złych – skłonności ludzkiej natury”. Prawdziwie żyć i tworzyć może tylko człowiek wolny. Żyje i tworzy w języku. „Przejawy bawienia się językiem” stanowią „przejawy duchowej wolności”.

Za to wszystko stokrotne Bóg zapłać.

 

[1] Pisał Bereza: „Czyż Olav Dunn, który zmarł blisko czterdzieści lat temu, mógł wiedzieć, że stanie się dla kogoś takiego jak ja bardziej życiodajny niż chleb i wino tylko dlatego, że na skutek zbiegu okoliczności stał się tym jedynym pisarzem, którego chciałem i mogłem czytać w stanie rozpaczy”.

[2] Wyraził je dosadnie w „Filozofii przypadku”, gdzie znajdujemy na przykład takie stwierdzenia: „Podobieństwo kodów poezji i prozy nowoczesnej do kodów pozaartystycznych może być uderzające. Takim kodem z wyboru jest składniowo-słownikowa maniera schizofreników”.

[3] Oczywiście poprawna polszczyzna albo słownik oznaczają w tym wypadku także coś więcej niż przeglądanie grubych tomów w celu ustalenia właściwej formy. Oznaczają bowiem i to, o czym wspominał Donat Kirsch w swoim „Elaboracie: „Jeśli więc aktualna norma językowa pozwala mówić jasno i precyzyjnie tylko o sprawach uznanych akurat za wielkie i godne, to miliony ludzi zamieszkujących codzienność mają do wyboru milczenie lub pełną obłudy paplaninę, która ma ukryć fakt, że myśli ich są zaprzątnięte czymś, co według liturgii człowieczeństwa jest brzydkie i warte tylko lekceważenia”.

[4] Nie zdołam tu rzecz jasna zrekonstruować całego systemu poglądów Henryka Berezy, jego filozofii tudzież antropologii literatury. Zainteresowanych odsyłam choćby do „Biegu rzeczy”, a bardziej jeszcze – do świeżo wydanej „Alfabetyczności”.

Co po Berezie?
Cykl tekstów poświęconych życiu i twórczości Henryka Berezy (1926-2012), przy okazji wydania przez Państwowy Instytut Wydawniczy „Alfabetyczności". Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Andrzej Śnioszek
Ur. 1987. Doktorant w Zakładzie Literatury XX i XXI wieku Uniwersytetu Śląskiego. Wiceprezes Fundacji Józefa Świdra. Publikował m.in. w "eleWatorze", "Śląsku", "Śląskich Studiach Polonistycznych". Obecnie przygotowuje rozprawę na temat antropologii literatury Henryka Berezy.
POPRZEDNI

szkic  

Odzyskane źródła

— Henryk Bereza

NASTĘPNY

szkic  

„Mój Henryk"

— Adam Wiedemann