Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

 

„Obok Julii”, powieść Eustachego Rylskiego z 2013 roku, to przykład prozy, którą chętnie nazwałbym „inicjacyjną”. Jej sens zasadzał się na opowieści o dorastaniu do sprostania nieoczywistym wymaganiom miłości. Mówiła o dojrzewaniu do własnej cielesności, umiejętności kierowania się „językiem ciała”, odczytywaniu jego fobii, nastrojów, potrzeb. Ponadto była wyrazem tęsknoty za tym, co nigdy się nie spełni, nie da się nazwać, nawet po latach, nie zmaterializuje się inaczej, niż jako niespełnione wspomnienie, które z każdym rokiem traci na wyrazistości. Pamięć pierwszych lubieżnych myśli pozostaje, pali jak nieśmiałe, lecz mocne, majowe słońce. To proza o wspomnieniach, które dziwią się temu, kto wspomina: swoją konsystencją i poetyką zdają się stawiać pod znakiem zapytania moce poznawcze nostalgicznego podmiotu.

Eustachy Rylski jest pisarzem, który widzi w świecie kotłowaninę sprzecznych sił, porządek nieustannie rozpadający się na naszych oczach, potęgę bezwładu. W takiej autorskiej optyce życie pozbawione zostaje instancji nadającej mu sens, jego znaczenie wyczerpuje się tu i teraz. Człowiek jest samotny, wpisany w koło zdarzeń, którymi nie rządzi żadna logika ani nadrzędna zasada. Miota się w rzeczywistości, czuje bezsens swoich zmagań, ale wie, że życie, choćby pozbawione celowości, wystawia nasze zmysły na ciągłe podniety, a o nie warto zabiegać, choćby po to, aby mnożyć i celebrować rozczarowania. Rylski widzi więc człowieka złożonego z marzeń i pragnień, wsłuchanego w impulsy swojego ciała, szukającego zaspokojenia własnych chuci w możliwościach, jakie niesie ze sobą istnienie. Pośrednim wynikiem takiej pesymistycznej antropologii okazuje się właśnie to, że człowiek pozostaje sensualnie rozsmakowany, a owe zmysłowe przygody pozwalają mu niekiedy na, choćby złudne i chwilowe, metafizyczne doznanie. Autor „Człowieka w cieniu” jako pisarz niezwykle zmysłowy potrafi w tekście oddać wiele cielesnych napięć, impulsy namiętności, płochliwe zauroczenia czy przyciężką fascynację, a pierwiastek erotyczny pozostaje w jego pisarstwie – po freudowsku – kontrapunktem dla popędu śmierci. Zdaniem Rylskiego człowiek zostawiony samemu sobie stale próbuje wyjść poza własne ograniczenia, szukając intensyfikacji jakości, jakimi karmią się jego zmysły. Kluczy, potyka się, błądzi, jest wydany własnym ułomnościom, heroizm wymienia na powściągliwy hedonizm. Czerpie przyjemność z tego, czego akurat smakuje, gdyż tylko te chwile odrywają go od deprymującej pamięci o własnej skończoności, o nieprzerwanej rzece czasu, w której w końcu pójdzie na dno.

Eustachy Rylski jest pisarzem, który widzi w świecie kotłowaninę sprzecznych sił, porządek nieustannie rozpadający się na naszych oczach, potęgę bezwładu

W swoich esejach „Po śniadaniu”, wyrastających z fascynacji literaturą, wśród nazwisk, które na dłużej zatrzymał przy sobie Rylski, nie bez powodu pojawia się Albert Camus. Fascynacja twórczością francuskiego egzystencjalisty jest u Rylskiego widoczna jak na dłoni. Autor „Stankiewicza” sam podpowiada terytoria im wspólne: „Cywilizacja to ciąg chaosu, bezprawia, podstępu, egoizmu i wszystkich innych ludzkich konwulsji”. Kilka stron dalej pozostawia nas z pytaniem dekonstruującym resztki złudzeń: „Jak istnieć ze świadomością, że człowiek jest katem świata i samego siebie?”. Na marginesie lektury „Dżumy” Alberta Camusa Thomas Merton notował zdanie, które wydaje się bliskie refleksjom Rylskiego: „Ludzki pęd do niszczenia, zabijania lub po prostu dominacji i uciskania innych wypływa z metafizycznej pustki, jakiej doświadcza człowiek odkrywszy, że jest obcy we własnym wszechświecie” (przeł. R. Krempel).

Bohaterów „Dżumy”, podobnie jak tych, z którymi spotykamy się w wydanym w 2018 roku „Blasku”, rozpacz ratuje od paniki. Z wolna własny dom staje się wygnaniem. Śmierć ustanawia porządek świata i „zmusza do ucieczki każdą radość”. Władza bardzo szybko wypacza idee, jakie za nią stanęły. Pozostaje za autorem „Obcego” powtarzać: „Trzeba tylko iść naprzód w ciemnościach, trochę na oślep i próbować czynić dobrze” (przeł. J. Guze). Rylski w „Blasku”, podobnie jak wcześniej Camus, na różnych poziomach próbuje zmierzyć się z problemem zła i wypaczaniem dobrych intencji, służących finalnie złej sprawie. Pisze o nieszczęściach istnienia i nieustannie zagrożonej ludzkiej wolności, która za cenę spokoju bardzo łatwo ryzykuje swoją autonomię. Opisuje przaśny folklor władzy, która deprawuje swoich reprezentantów. Człowiek przeciąża swoją prokreacyjną ekwilibrystyką możliwości planety. Bywa drapieżnikiem, by dogodzić swoim najbardziej prymitywnym i atawistycznym instynktom. Źle radzi sobie z niewygodami istnienia, dlatego brutalnie anektuje i podporządkowuje sobie inne byty. Plądruje ziemię i jej bogactwa, zaspokaja swój głód, tłumacząc to potrzebą przetrwania. Utrzymuje dogmaty, które wyjaławiają go duchowo: podtrzymują antropocentryczne przekonanie o jego własnej wyjątkowości i usprawiedliwionej przemocy wobec słabszych. Nasze istnienie jest rachityczne, prowadzi od bólu do bólu, zadowala się byle jaką strawą – oto czego uczy proza Rylskiego. Albert Camus w „Dziennikach z podróży” zapisał: „Żyć to czynić zło: innym i sobie samemu poprzez innych. Okrutna ziemio! Jak to zrobić, żeby nie dotykać niczego? Jakie znaleźć ostateczne wygnanie?” (przeł. J. Guze). Rylski w nowej powieści o urządzeniu ludzkiej rzeczywistości mówi tak: „[…] trwanie nasze to tylko mieszanina śmieci i tego, co jeszcze nimi nie jest, a trwanie nauczyło mnie, że dmuchnie wiatr, który te śmieci wywieje w pustkę, by zrobić miejsce następnym…”. Tyle powinowactw i tropów. Czas wejść na dobre w blask. Przyczółkiem władzy w „Blasku” jest pensjonat Wrzos w zakolu Bugu, koło Drohiczyna. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko w garści (i w szachu) trzyma starzejący się satrapa Don. Traci wpływy, osuwa się w niebyt, istnieje na sposób graniczny, jakby jego istnienie stanęło na progu dematerializacji i czekało na ostatni krok. Wegetuje w czymś na kształt sanatorium na głębokiej prowincji, a pamięć o jego chwale zaciera się razem z następująca sentencją: „[…] osiągnął status otumanionego Boga, do którego każdy się odwołuje, ale nikt go nie słucha”.

Watażce służy Gaponia, ni to cyngiel, ni to przyboczny, realizujący polecenia szefa. Jego główną funkcją jest podtrzymywanie iluzji sprawstwa i wpływów swego pana. Jako życiowy rozbitek próbuje zdewastowanej rzeczywistości nadać jakiś porządek, przywrócić godność (światu i własnej osobie). Na swój sposób poszukuje czułości w samym sobie. „Nie było takiego cienia, w którym mógłby się ukryć” – czytamy w powieści. Odczuwając napierające nań wrogie siły, stale usiłuje odnaleźć i utrzymać wewnętrzną energię do stawiania oporu. Próbuje zbliżać się do rzeczy najbardziej odległej, do blasku. Jego postawa w powieści, moralnie wątpliwa, streszcza się w braku sił do przeciwstawienia się oficjalnej narracji: w ten sposób przykłada rękę do deprawacji kraju, obserwuje ekspansję przemocy i bezprawia.

Przez dekadę panowania Dona w kraju istotnie rozgościła się ordynarna przemoc. „Niczego nie można było utrzymać w tajemnicy, choć wszystko się od niej zaczynało”. W narodzie do głosu doszły najbardziej prymitywne popędy, których nikt nie myślał poskramiać ani strukturyzować. W wyniku zanegowania wszelkich swobód wolność okazała się zagrożona. Złudzeniem i mrzonką stały się przyzwoitość i elementarna kultura, a prawda, nawet jako idea regulatywna, zniknęła z horyzontu społecznego. Nienawiść okrzepła, nabrała rumieńców, wyglądała zdrowo jak nigdy. Na względy dyktatury liczyć można tylko wtedy – pisze Rylski – kiedy przejmie się jej reguły. Jedną z głównych, trochę jak w niedawno wydanych „Retrotopiach” Zygmunta Baumana, jest zwrócenie się ku nigdy niezakończonej przeszłości (utraconej, skradzionej, porzuconej) – ów brak domknięcia powoduje, że przy odpowiedniej strategii może ona być głównym komponentem wytwarzanej teraźniejszości.

Powieść Rylskiego, wykorzystując nośność aktywnych obecnie dyskursów krytycznych wobec obozu rządzącego, w dość czytelny sposób zdaje się lansować niedaleką albo alternatywną wizję przyszłości, w której Polska znajduje się pod rządami autorytarnymi. W świecie Rylskiego atmosfera polityczna gęstnieje, swobody obywatelskie topnieją jak śnieg w pierwszych dniach skomasowanej nawały wiosny. „Wrogiem rzeczywistości stawał się każdy, kto jej nie służył czynem lub myślą”. Każde odstępstwo od narodowej normy traktowane jest jako bezzasadna próba sprzeciwiania się dobrze funkcjonującym porządkom. Porządek dyskursu ulega całkowitej binaryzacji, rzutując w oczywisty sposób na porządki egzystencjalny i społeczny. Czy jest inna droga? Rylski usiłuje uświadomić nam możliwość zaistnienia takiej rzeczywistości tkwiącą w realnych uwarunkowaniach społeczno-politycznych dzisiejszego świata i Polski.

„Blask” przekonująco opowiada historię naszej współczesności. Historię tego, co pokraczne i małe, a co próbuje ziścić się po królewsku. To powieść o władzy, jej wypaczeniach i patologicznych wcieleniach. Na szczęście to również powieść pokazująca, że tam, gdzie kończy się dowcip i ironia, pojawia się skostniałe mentorstwo. Rylski odrobił lekcję z „Księcia” Machiavellego, który udowadniał, że dla możnych lepiej jest wśród gminu i pospólstwa budzić strach aniżeli miłość. W sytuacji prowadzenia walki o władzę, lepiej prawo zamienić na siłę i być raczej lisem i lwem, starając się jednocześnie unikać sideł i budzić postrach. Wcześniej obrany cel ma moc legitymizacji kłamstwa, obłudy i niegodziwości przedsięwziętych dla jego powodzenia.

»Blask« przekonująco opowiada historię naszej współczesności. Historię tego, co pokraczne i małe, a co próbuje ziścić się po królewsku

W nowej powieści Rylskiego prawda i fałsz, wina i kara rzadko wynikają z siebie. Ich związek jest wątpliwy, sabotowany przez gwałt. W świecie „Blasku” nie ma fundamentów, przywodzi on na myśl popularne dziś diagnozy społeczne streszczające się w przekonaniu, że oto właściwymi dziedzicami postmodernizmu są twardzi i skuteczni politycznie przedstawiciele prawicy. To oni wyciągają praktyczne konsekwencje z tego, że rzeczywistość dyskursywna rozpada się na nieprzystające do siebie elementy, a przede wszystkim nie jest czymś raz na zawsze danym, dającym się opleść ciągami przyczynowo-skutkowymi i w ten sposób ustatycznić. Rylski nie daje gotowych recept: życia nie da się nauczyć ani puścić samopas. Pozostaje ryzyko, którego stale musimy się uczyć. Ryzyko bycia uczciwym.

 

 

Eustachy Rylski
„Blask”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 376.

Bartosz Suwiński
ur. 1985 r. w Kępnie. Poeta, krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Poezję, prozę, szkice krytyczne i artykuły naukowe drukował m. in. w „Twórczości”, „Odrze”, „Toposie”, „Frazie”, „Zeszytach Literackich”, „Polonistyce”, „Tygodniku Powszechnym” i wielu tomach pokonferencyjnych. Opublikował tomy poetyckie: „Sehir” (Nowa Ruda 2010), „Bliki” (Warszawa 2013), „Odpust" (Gniezno 2013) „Uroczysko” (Poznań 2014), i „Wyraj” (Szczecin-Bezrzecze 2017) oraz monografię: „Pory poezji. Koncepcja czasu w twórczości poetyckiej Krystyny Miłobędzkiej” (Kraków 2017). Niebawem ukaże się jego książka krytyczna: „Po tej stronie rzeki. Szkice o poetach znad Odry”. Mieszka i pracuje w Opolu.
redakcjaAndrzej Frączysty

Eustachy Rylski
„Blask”, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 376.

POPRZEDNI

rozmowa  

Redaktorzy, korektorzy, edytorzy,
łączcie się!

— Andrzej Frączysty

NASTĘPNY

recenzja  

It's over and over again...

— Zbigniew Jazienicki