Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Wojciech Wencel

„Polonia aeterna", Wydawnictwo Arcana, Kraków 2018, s. 43.

Mówiąc o Wojciechu Wenclu i jego najnowszym tomiku, trudno nie zająknąć się o miejscu zajmowanym przez niego na dzisiejszej mapie polskiej poezji. Miejscu ważnym, a może nawet najważniejszym. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, kiedy z trudem próbuje się zliczyć jego ostatnie osiągnięcia: prestiżowy tytuł „Zasłużonego dla Polszczyzny” wręczony mu prosto z rąk prezydenta, jednak nie bez środowiskowego skandalu, bo przy votum separatum rekomendującej dotąd kandydatów Rady Języka Polskiego; wciągnięcie jego poezji na nową listę lektur szkolnych, a następnie – żeby to pasmo sukcesów zgrabnie przypieczętować – do prezydenckiej „Antologii niepodległości” (równie kontrowersyjnej co nowy kanon szkolny, chociażby ze względu na uwzględnienie w niej jedynie dwóch pisarek, obu zresztą nieżyjących).

Wydany właśnie zbiorek stanowi jakby potwierdzenie, że wszystkie te zaszczyty są jak najbardziej zasłużone. Stężenie patriotyzmu, począwszy od samej, opatrzonej symbolistycznym olejem Jacka Malczewskiego okładki, zdecydowanie wykracza tu poza zwyczajową normę. Zresztą nie bez przyczyny: „Polonia aeterna”, czyli dosłownie „Wieczna Polska”, jak trochę przesadnie zatytułował swój tomik Wencel, ukazuje się w rocznicę stulecia odzyskania niepodległości, o czym informuje opracowany na zlecenie Kancelarii Prezydenta logotyp z tyłu okładki. A jeśli tego mało, jego lipcowa premiera zbiegła się z „Narodowym Dniem Pamięci Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP”, o czym pisarz z dumą informował na swoim blogu.

Wiersze z tego arcypatriotycznego zbiorku, świetnie wpisującego się w obchody tej cokolwiek ważnej rocznicy, były już drukowane nieco wcześniej w konserwatywnych „Arkanach”, do których Wenclowi, dawniej katolickiemu anarchiście,deklaratywnie chyba obecnie najbliżej. Nim jednak przyjrzymy się im bardziej szczegółowo, zapytajmy o zjawisko nieco szersze, ale sprowokowane właśnie przez korność Wenclowego wierszowania. Jak to się stało, że dzisiejszy polski klasycyzm, pod którego egidą autor „Matki Boskiej Smoleńskiej” od lat konsekwentnie działa, wszedł w symbiotyczną niemal komitywę z rządami „dobrej zmiany”? Poezje Wencla nie są przecież odosobnionym zjawiskiem. Może nie każdy tworzący dzisiaj klasyk czerpie aż takie profity jak skromny poeta z gdańskiej Matarnii, bez trudu można jednak odnotować pewną wyraźną tendencję. Otóż twórczość dzisiejszych poetów podpinających się pod tradycję klasycystyczną, a wypadałoby wśród nich wymienić oprócz Wencla takich autorów jak Jarosław Marek Rymkiewicz, Jan Polkowski, Krzysztof Koehler i najmłodszy w tym gronie Przemysław Dakowicz, pozostaje związana z konserwatywno-rewolucyjnym zwrotem w polskiej polityce kilku ostatnich lat.

Twórczość dzisiejszych poetów podpinających się pod tradycję klasycystyczną, pozostaje związana z konserwatywno-rewolucyjnym zwrotem w polskiej polityce kilku ostatnich lat

Wspominając o polskim klasycyzmie, łączącym poetów o różnym artystycznym stażu i literackiej pozycji, ale na ogół pióra stosunkowo nie najgorszej próby, pomijam oczywiście całe grono smoleńskich grafomanów produkujących swoje epigońskie treny na pęczki. A jeśli wierzyć Maciejowi Urbanowskiemu, poezji tych zebrało się już tyle, że bez trudu można by z nich upleść całkiem pokaźny antologijny wieniec. Jedno jest jednak pewne: Smoleńsk stał się wydarzeniem na miarę tego opisywanego przez Alaina Badiou i naznaczył polskie pole literackie, w tym przede wszystkim prawicową poezję – wiersze zarówno dyletanckie, jak i te z ciut wyższej literackiej półki, do których zwykło się zaliczyć także przykładne poezje Wencla. W lamentacyjnej tonacji utrzymane są właściwie wszystkie utwory pochodzące z wydanego krótko po katastrofie smoleńskiej tomu „De profundis”. Tomu zdumiewającego, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że wiele pochodzących z niego, barokizujących wierszy napisanych zostało jeszcze przed Smoleńskiem – tak jakby prawica potrzebująca kolejnej, ożywczej, napędzającej martyrologiczny dyskurs tragedii sama ją z ulgą wykrakała. I rzeczywiście, smoleńskie poezje Wencla, wyróżnione Nagrodą im. Józefa Mackiewicza i sprzedane na pniu w liczbie trzech tysięcy egzemplarzy (!), wyznaczają wyraźną cezurę w jego twórczości. Poeta dotąd kojarzony z poczciwym katedralnym katolicyzmem, wszedł w buty nadwornego, pełnego patosu kronikarza wiekopomnych narodowych tragedyj. Oprócz Smoleńska w tomiku znalazły się bowiem wiersze opisujące z perwersyjną szczegółowością również zbrodnię katyńską, powstanie warszawskie, rzeź galicyjską czy powojenne egzekucje żołnierzy „wyklętych”.

Kazus Wencla, dla którego Smoleńsk stał się silną poetycką inspiracją („centralnym momentem mojego życia”), określającą jej tematyczny i teologiczny wektor, wydaje się przy tym reprezentatywny dla całego, może nie tyle pokolenia, ale na pewno twórców podzielających zbliżone zapatrywania na poezję. Oprócz „De profundis” mamy przecież również m.in. „Głosy” Polkowskiego (oddające tytułowy głos uczestnikom wydarzeń na Wybrzeżu z roku 1970), mamy „Łączkę” Dakowicza (dosłownie rozkopującego groby „wyklętych” partyzantów, zamordowanych i pogrzebanych w tzw. kwaterze Ł na Powązkach, tuż pod grobami partyjnych dygnitarzy), mamy też takie okolicznościowe, napisane krótko po Smoleńsku wiersze, jak przedrukowana w „Rzeczypospolitej” oda „Do Jarosława Kaczyńskiego” Rymkiewicza czy literacko całkiem sprawną „Odpowiedź” Koehlera. Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że w wyniku tragedii smoleńskiej doszło w polskim klasycyzmie do jakiegoś radykalnego politycznego przełomu wypaczającego jego szlachetną ideę. Sądzę raczej, że Smoleńsk wyłącznie ujawnił jego niebezpieczną potencjalność, polityczność, którą trudno byłoby zarazem sprowadzić do konwencjonalnego konserwatyzmu.

Ta polityczność klasycyzmu, formacji poetyckiej tak świetnie dzisiaj współpracującej – no, współgrającej – z pisowską polityką, nie stanowi nowej jakości, ale wpisana jest w jego ortodoksyjny program, a przynajmniej w ten formułowany za T.S. Eliotem i faszyzującym Ezrą Poundem przez Rymkiewicza już w późnych latach 50., skądinąd krótko po jego rozstaniu z zetempowską młodzieżówką. W manifestach „Czym jest klasycyzm” poeta luzował stereotypowe postrzeganie klasycyzmu, przekonując z młodzieńczą zapalczywością, że nie jest on poezją wyszukanej formy ani erudycyjnych popisów, ale czymś znacznie więcej – formą troski o ciągłość europejskiej tradycji. Rymkiewicz „ponawiając” czy „powtarzając” wzorzec artystyczny, dokonuje tak naprawdę aktualizacji całej tradycji literackiej i zapewnia jej w ten sposób dalsze trwanie. Nic dziwnego, że taki model poezji spotkał się z gorącym odzewem w powojniu, w obliczu kryzysu dawnych wartości i duchowej stabilizacji.

Do Rymkiewiczowskiego programu nowoczesnego klasycyzmu Wencel odwołuje się wprost w „Epigonii”, swoim poetyckim manifeście włączonym do „prezydenckiego kanonu niepodległości”. Jak na epigona przystało, właściwie powtarza on niemal kropka w kropkę powojenne ustalenia Rymkiewicza (choć w powtórzenie wpisując zarazem własną idiomatyczną różnicę, o cal „odginając się” od wielkiego poprzednika). Wencel nie ukrywa jednak, że obiektem jego wierszy jest nie tyle konkretny wzorzec poetycki, ile jego widmo, pustka czy – jak mówi bez ogródek – nicość („Moja muza jest siostrą nicości”). Klasycyzm, dawniej będący walerianą na powojenne bezsenne noce, stanowi obecnie wciąż atrakcyjną odpowiedź na tym razem „postmodernistyczny” kryzys – przejawiający się głównie pożegnaniem z twardymi, narodowymi tożsamościami. Nieprzypadkowo spośród celebrytów dwudziestowiecznej humanistyki szczególną niechęcią obdarzany jest przez klasyków rodak, Zygmunt Bauman, autor znienawidzonego konceptu „płynnej nowoczesności”. Poetyka klasycystyczna, która zakorzeniała doświadczenia w tym, co przeszłe, wydawać się więc może całkiem niezłym sposobem radzenia sobie ze zmorami owego nowoczesnego (czy już ponowoczesnego) fluksu. Połączenie klasycyzmu i nacjonalizmu nie musi być wobec tego niczym zaskakującym. Lekkie programowe przemieszczenie, które możemy zaobserwować m.in. w poezjach Wencla, polega jedynie na zastąpieniu dawnych toposów literackich, wzorców poetyckich, projekcji archetypicznych wyobrażeń, słowem: jakiejś ułudy twardego gruntu – manifestującymi się w narodowej historii namacalnymi „nicami”. To z kolei otwiera przed nami obiecujący namysł nad rolą negatywności czy – pozostając w klimatach spacjalnych – śmiertelnej „retrotopijności” w konstruowaniu wspólnoty narodowej, którą swoimi lamentacjami wspierają przecież raźnie nasi poeci-klasycy, z Wenclem jako jednym z głównych agensów tego tanato-nacjonalizmu na czele.

Wencel nie ukrywa, że obiektem jego wierszy jest nie tyle konkretny wzorzec poetycki, ile jego widmo, pustka czy – jak mówi bez ogródek – nicość

Poezje Wencla przynajmniej od progowego dla jego twórczości „De profundis” wpisują się oczywiście w tę ogólniejszą tendencję obejmującą prorządową, obywatelską lirykę. A więc praktykę artystycznie dość mizernego i afektywnie taniego celebrowania polskich tragedii, służących jednak z sukcesem jako „wspornik” takiej istniejącej-przez-umieranie wspólnoty narodowej. Jeżeli zatem robić Wenclowi zarzut z powtarzalności, to nie z jej powierzchownych efektów – z powracającego w tej poezji na okrągło znanego, świetnie już zgranego repertuaru motywów i symboli. Nie powinno się robić z tego zarzutu, choć czasami aż korci – no bo, Chryste Panie, czy naprawdę symbolem postępującej laickości musi być tutaj pociąg/kolej, symbol postępu zgrany już za prusowskiego pozytywizmu? Czy nie można się było posłużyć czymś odrobinę świeższym, mniej szkolnym? Idea powtarzalności w poezji Wencla domaga się jednak czegoś więcej niż złośliwych podśmiechujek: poważniejszej krytyki teologicznego motoru napędzającego tę (formalną, topiczną) powtarzalność, a pracującą pod pokazowym – właśnie tak! – bogoojczyźnianym katolicyzmem.

Zanim jednak zmierzymy się z filozoficzno-teologicznym spodem tych „panajezuskowych” poezji, przyjrzyjmy się przynoszonym przez ten tomik frapującym nowinkom – zaskakującym zwłaszcza wtedy, kiedy ma się w pamięci boje, jakie Wencel jeszcze w latach 90. toczył z brulionowymi „o’harystami”. Patriotyczne tonacje aż kolą w oczy, jeśli spojrzy się na utrzymaną w bieli i czerwieni okładkę tomu. Ale po jego przewertowaniu okazuje się, że oprócz rażących martyrologią poematów upamiętniających rzeź wołyńską („Alina”, „Cuda wianki”, „Zatruta studnia”) czy konfederatów barskich („Tylicz”) znalazły się tu także wiersze nijak pasujące do wysokiego rejestru typowych „wenclówek”. Przykładem takiego wiersza jest zatytułowany może trochę patetycznie, w stylu biblijnego romansu, „Wiersz nad wierszami”, ale jednak niespodziewanie, niczym u jakiegoś wczesnego Świetlickiego czy Podsiadły, pozwala on nam podejrzeć codzienność poety („teraz rozpalam / w piecu recenzjami moich pierwszych książek”). Takich tekstów bardziej intymnych, prywatnych, zwróconych czule do żony jest w tomiku więcej. Kto wie, może to zapowiedź nieco odświeżonej, sprowadzonej na ziemię poetyki Wencla, niegdyś przez niego spektakularnie odrzuconej (co nie znaczy wcale, że autotematyczność w skali mikro stoi w sprzeczności z martyrologicznym dyskursem w skali makro, o czym słowo jeszcze na koniec).

Muszę przyznać, że najbardziej lubię takiego „niewenclowego” Wencla, którego pewne ślady w „Polonia aeterna” z rzadka, bo z rzadka, ale daje się wychwycić. Lubię go przede wszystkim jako zgryźliwego autora antyoświeceniowych satyr. Szkoda więc, że tę lekkość i złośliwość znaleźć można chyba wyłącznie w otwierającej zbiorek i ostatecznie nie najzgrabniejszej „Modzie polskiej”. Krótkiej balladce o diabłach dyskutujących sobie pod warszawskim daktylowcem warto jednak przyjrzeć się odrobinę wnikliwiej, aby dostrzec nieco dyskretniejsze spiętrzenia znaczeniowe. Wiersz zastanawia bowiem nie tyle trafnością swoich uwag, akurat dość banalnych – ot, kolejny głos przeciwko Polakom oczerniającym własną ojczyznę („nie ma w świecie większych idiotów niż Polacy”). Tytuł utworu daje jednak do myślenia i umieszcza jego ideową wymowę w szerszym kontekście. „Moda polska” to odwołanie tyleż do „polaczkowego”, dobrze widzianego na Zachodzie krytykowania samych siebie, co do słynnego przedsiębiorstwa odzieżowego z ubiegłego ustroju. Znak równości zostaje więc postawiony między pohukiwaniami na samych siebie a odziedziczonym po komunie nawykiem do kalania, cenzurowania własnej historii – równanie świetnie znane na wstającej z kolan prawicy, które napędziło ostatnimi czasy chociażby popularny koncept „afazji polskiej” Dakowicza. Owa „afazja”, odwrotność Lederowej „prześnionej rewolucji”, miałaby tu być procesem wynaradawiania polskiej historii poprzez przykrawanie jej do wersji light, z pominięciem oczywiście wydarzeń mniej przyjemnych, rozpoczętym wraz z fizyczną likwidacją przedwojennej inteligencji, a kontynuowanym za komuny. To jej dziedzictwem miałoby być to znajdujące się wciąż na topie szkalowanie ojczyzny.

Poetycka publicystyka Wencla robi się poważniejsza, kiedy powraca do swojego lejtmotywu – czyli do postępującej sekularyzacji, zwycięstwa „życia światowego / błyskotliwie bezdusznego i kusząco jałowego” („Fortepian Długosza”). Wobec tak ustawionego przeciwnika, za jakiego poeta właściwie od swojego debiutu (błyskotliwego, docenionego nawet przez kapitułę nagrody Nike) obrał laickość, chciałoby się przypisać jego poezje do nurtu postsekularnego. Od razu zapala się jednak czerwona lampka: na ile prefiks „post-” jest tu zasadny, skoro mamy do czynienia raczej z prostym odwrotem na pozycje już przepracowane? A jednak wbrew obiegowej opinii i sądom wygłaszanym przez krytykę literacką, katolicyzm Wencla należałoby podać w wątpliwość, a to już przez sam fakt, że w takiej bojowej, agonistycznej postaci wchodzi on w kolizję z wartościami, które powinien raczej promować. To aksjologiczne pomieszanie dostrzega zresztą sam poeta, w niektórych komentarzach całkiem jawnie dystansując się jeśli nie wobec katolickiego matecznika, to z całą mocą wobec Pawłowego uniwersalizmu – wspierającego zachodnie multi-kulti, a i pewnie wymuszającego gościnne przyjęcie syryjskich uchodźców. Tymczasem, jak twierdzi Wencel, przemawiając w imieniu turbopatriotycznego „my”, są wartości o niebo ważniejsze: „Jeśli uznamy, że postawa chrześcijańska kłóci się ze służbą ojczyźnie, przestaniemy być chrześcijanami” – pisał poeta w wydanych przed pięciu laty „Listach z podziemia”.

Najwyższa więc chyba pora przewietrzyć wenclologię i powiedzieć, że dawny autor katedralnych poezji od katolickiej ortodoksji pozostaje więcej niż daleki. Upierałbym się, że mimo deklaratywnego zawierzenia chrześcijańskiej metafizyce i autorytetowi osobowemu Boga, Wenclowe uniwersum pozostaje wolne od takich zbyt pozytywnych, zbyt kojących konstruktów. Sporo rzecz jasna w jego poezji chrześcijańskich pozostałości. Mimo wysokiego C strzelistych apostrof do Boga, teraz wprawdzie już sporadycznych (a jeśli pojawiających się, to od razu z „bluźnierczą” przewrotką: „wierzę że kiedyś wyschnięte kości pozbierasz sam / lecz jeśli tam jest miłość ojczyzny oddaj ją nam”, „Nocna modlitwa”), jego poetycki światopogląd bliższy jest zdecydowanie jakiegoś niepewnego, wewnętrznie perforującego, ograniczonego do narodowej historii płaskowyżu, z którego próbuje on wykruszyć jakąś niby-boską  resztkę. Sam Wencel jest pewnie przekonany o objawiającej się w tych dziejowych momentach wyższej sile, boskiej racji, demiurgicznej omnipotencji, i że wciąż dochowuje on wierności jakiemuś katolicyzmowi choćby dziesiątej wody po kisielu. Co jednak z tego, skoro wzorem powojennej heglizującej filozofii kontynentalnej igra on jedynie z kategorią negatywności – próbuje ją pod postacią gęsto ścielącego się trupa absolutyzować, by ostatecznie uznać za nowe, zupełnie już niekatolickie bóstwo Polaków.

Poetycki światopogląd Wencla bliski jest niepewnego, wewnętrznie perforującego, ograniczonego do narodowej historii płaskowyżu, z którego próbuje on wykruszyć jakąś niby-boską resztkę

Wencel nie lokowałby się więc daleko od bohaterów monograficznych prac Agaty Bielik-Robson, tropiącej z książki na książkę fetyszyzowanie w nowoczesnej myśli filozoficznej samej Śmierci. Na owym braku polską wspólnotę chciałby budować również autor „Polonia aeterna”. Dodajmy, że bardzo podobną logikę daje się zaobserwować w najnowszej twórczości Rymkiewicza (który przynajmniej uczciwie odżegnuje się od chrześcijańskiego dziedzictwa). Widać przy okazji, jak zwodniczy jest tytuł omawianego tomiku. „Wieczna Polska” to nie żadna platońska idea, ale raczej pusty imperatyw, by umierać za fantomowe ciało umęczonej jak Chrystus ojczyzny i by przypominać raz za razem naszych zmarłych, którzy na to syrenie wezwanie odpowiedzieli własnymi męczeńskimi, po kojève’iańsku pańskimi śmierciami.

Naszych zmarłych, czyli właściwie kogo? Jeśli jeszcze w „De profundis” żałoba odprawiana była wyłącznie po polskich, arcypolskich męczennikach, tak teraz w jej horyzoncie niespodziewanie uwzględnione zostają śmierci żydowskie. Wencel jako jeden z nielicznych na prawicy przypomina, że Zagłada objęła nie tylko obywateli etnicznie polskich, ale również starszych braci w wierze, o których prawicowi poeci jakby zmówieni konsekwentnie milczą (w grę wchodzi pewnie to, że salonowe Holocaust studies miałyby być obecnie zbyt chętnie uprawiane na lewicującej akademii kosztem „studiów narodowych”). W przedziwnym wierszu „Korzec” mówi się jednak o stłuczeniu porcelanowego miasta, słynącego właśnie z produkcji ceramiki: „Niestety pewnej nocy ktoś szarpnął witryną / drzwiczki się otworzyły miasteczko się stłukło”. Podczas porcelanowej nocy na Wołyniu zginęły trzy czwarte mieszkańców miasta, w tym przede wszystkim żydowskiego pochodzenia. Wencel zdaje się w ten sposób sugerować pewne niejawne podobieństwo między żydowskim opłakiwaniem Zagłady a polskimi rozpaczami. Może mielibyśmy więc tutaj do czynienia z ekumeniczną nekrofilią? Próbą spożytkowania podzielanej, nieprzepracowanej żałoby? Domniemane podobieństwo między, dajmy na to, milkliwą, resztkową poezją takiego Celana a pompą prawicowych guseł, choć dla Wencla chyba dopuszczalne, okazuje się ostatecznie ściśle warunkowe: widmontologiczne strategie pisarskie mogłyby zostać przyjęte na żałobnej prawicy tylko za cenę wyrugowania z nich potencjału „rozszczepieńczości”, siły odstanawiającej wszelkie, co bardziej stężałe tożsamości. A więc za cenę przechrzczenia takiego mesjanizmu, pacyfikującego zarazem jego wywrotowość (jednemu ze swoich żydowskich bohaterów Wencel wkłada w usta taką oto marańską kwestię: „Wezmę ja kontusz, wezmę ja żupan, szablę przypaszę, / ja – Żyd słowiański – będę po polsku gadać z Mesjaszem!”, „Tykocin”).

Mimo pewnych podejrzeń nie ma więc u Wencla takich teologii literackich, z jakimi mielibyśmy do czynienia w pracach Agaty Bielik-Robson czy Adama Lipszyca, choć i oni problematyzują nieprzepracowywalność żałoby i pod tym względem rzeczywiście mogą przypominać dużo toporniejsze dyskursy prawicowe. W wypadku teologii Wenclowych nie ma jednak mowy o jakichkolwiek subwersywnych nadziejach – i nie chodzi wyłącznie o ich polityczne wazeliniarstwo, ale samą klasycystyczną ideę powtarzalności. Klasycyzm jest bowiem zorientowany na to, co najtrwalsze, a co w postsekularnym języku określić można (za ABR-ką) jako ontofanię, tj. objawienie bytu pierwszego. Odnajdując go w samej negatywności, Wencel nie tylko bluźni przeciwko katolickiej metafizyce, ale dowodzi, jak dalece jego przedsięwzięcie różni się od mesjańskich dekonstrukcji uprawianych na liberalnej lewicy. Kiedy żydowskie postsekularyzmy interesują się „życiem powiększonym”, wymknięciem się poza mityczną konieczność, Wencel aprobuje świat jako „nietzscheańskie wielkie koło”, naturalny cykl życia i śmierci, który i formalna, i tematyczna powtarzalność jego poezji jedynie imituje. Na tym polegałaby cała diaboliczność Wenclowego pseudokatolicyzmu: zarzekając się, że wciąż dochowuje wierności chrześcijańskiej ortodoksji, w praktyce ją drastycznie ją wypacza, za sacrum uznając jej ontologiczną odwrotność, rytmicznie świętowaną negatywność, jednającą nas ze światem i zamykającą na transcendencję Ziemi Świętej, o której poeta tak zawzięcie skądinąd fantazjuje.

Afektywna dynamika tomiku sprawia tu jednak pewne problemy. O ile we wcześniejszych zbiorkach rzeczywiście dominowała tonacja żałobna, tak silnie działająca na zapatrzonych w Wencla jak w święty obrazek czytelników (celowo używam formy męskoosobowej), tak teraz zastępują ją inne, łagodniejsze odcienie emocji – np. czułość, o której natychmiast po premierze tomiku rozpisywał się na łamach „Gościa Niedzielnego” Szymon Babuchowski. Tej afektywnej podmianie odpowiada układ tomu. Po lekkich, niekiedy autotematycznych wierszach, po wołyńskich trenach z części środkowej, kończymy wierszami na swój pensjonarski sposób pięknymi, wyrażającymi miłość do żony. Problemem jest jednak nie tani sentymentalizm takich miłosnych, natchnionych fraz („jesteś wierszem pisanym przez Boga w moim / sercu”, „Wiersz nad wierszami”), lecz to, że miłość małżeńska ma tu skłonność do abstrahowania od drugiego człowieka i wynaturzania się w miłość nie-ludzką do samego brutalnego świata. Obiecujące potencjały poezji Wencla – afektywna zabawa z miłością, czułością, bliskością, które stać by się mogły autentycznie jednającymi intensywnościami, emancypacyjną political pleasure aktualizują się więc koniec końców jako dobrze znana nietzscheańska amor fati, zaaprobowanie świata w jego dzikiej, naturalnej powtarzalności: „dusze krążą po lesie jak umarła zwierzyna / i na nowo się dramat zaczyna” („Alina”). W rezultacie więc „płaczemy oboje” („Ciche dni”) – Wencel nad poległymi, a my jeszcze rzewniej nad teologizowaniem tych zalatujących siarą świętoszkowatych poezji.

Wojciech Wencel

„Polonia aeterna", Wydawnictwo Arcana, Kraków 2018, s. 43.

Zbigniew Jazienicki
Doktorant Instytutu Literatury Polskiej UW.
Jakub Nowacki
redakcja
Jacek Wiaderny
korekta
POPRZEDNI

recenzja  

Stacja jutro

— Bartosz Suwiński

NASTĘPNY

szkic  

Opowiedzieć historię za pomocą liter

— Agata Szydłowska