Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Festlab Ha!wangarda
Tekst jest relacją z tegorocznej edycji festiwalu twórczości eksperymentalnej i awangardowej Ha!wangarda, która odbyła się w dniach 3-6 X 2018 roku w Krakowie.

Piotr Marecki
„Niepodległa Google”, Korporacja Ha!Art, Kraków 2018, s. 100.

Yedda Morrison
„Ciemności”, tłum. Mikołaj Sporadyk, Korporacja Ha!Art, Kraków 2018, s. 156.

Noc poezji w Krakowie to jedno wielkie kłamstwo, bo – jak się przekonałam – niewiele ma wspólnego zarówno z nocą, jak i z poezją. Ulotka festiwalowa głosi, że najwcześniejsze wydarzenie zaczęło się o dziesiątej nad ranem (modelowy, wyobrażony poeta jeszcze wtedy odsypia), a najpóźniejsze kończy się zaledwie godzinę po północy (czyli o godzinie, w której nawet ja – nie poetka – jeszcze nie śpię). O braku poezji wspominam, ponieważ tegoroczna noc (dzień) poezji w Krakowie przeplotła się z programem Ha!wangardy, tworząc warkocz dobierany – taki, nad którym trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby go ładnie wykonać i nic w nim brzydko nie odstawało. Noc nie noc, poezja nie poezja.

W tegorocznej edycji Ha!wangardy na próżno szukać spotkań skonstruowanych wokół wąsko, tradycyjnie rozumianej poezji, a więc spotkań z osobami, które w pierwszym odruchu nazwałyby się poetkami. Niewiele utworów przedstawionych w tym roku na festiwalu przyznaje się też do bycia wierszem. Zamiast literatury były koncepty, spojrzenia i pomysły na rozgrzebywanie w poszukiwaniu literatury dziedzin ze swej natury głęboko nieliterackich – na przykład demosceny. Właściwie każda z zaprezentowanych perspektyw literackich bazuje na formie mniej lub bardziej kontrowersyjnej, takiej, która raczej nie mogłaby z powodzeniem zostać postawiona na półce z napisem „literatura piękna” (co nie wyklucza jej piękna, ale o tym za chwilę).

Piotr Marecki, realizując linię konceptualną od 2015 roku, tworzy konsekwentny projekt przenoszenia literackich struktur myślowych z amerykańskiej literatury eksperymentalnej na grunt polski. Mam na myśli literackie poletko, ścisły geograficzny grunt polski, a także lokalne wspólnotowe doświadczanie i formy użycia języka, problemy i tematy. Twardym dowodem na konsekwencję i silną, nieukrywaną inspirację projektami amerykańskimi jest struktura „Sezonu grzewczego”, w którym każdy rozdział został zadedykowany oryginalnemu pomysłodawcy konceptu. Książki z linii konceptualnej Ha!artu są zawsze wyposażone we wnikliwy opis procedury autorskiego działania. Jest to właściwość, która może być irytująca. Po co jako czytelniczka mam się głowić i składać te lśniące, nowomedialne klocki w interpretacyjną całość, skoro autor sam elegancko wykłada cały warsztat i jeszcze zapodaje swoje wnioski. Z drugiej strony obramowanie każdej konceptualnej książki Ha!artu namysłem naukowym (kulturoznawczym czy socjologicznym) sprawia, że coraz częściej myślę o nich tak, jak postuluje Marecki – jako projekcie bardziej naukowym niż literackim. Dochodzę też do wniosku, że moje (i jak sądzę nie tylko moje) wątpliwości i opory, generowane przy odbiorze kolejnych konceptualnych propozycji krakowskiego badacza, wynikające przede wszystkim z przywiązania do starych linii demarkacyjnych oddzielających sztukę od niesztuki, literaturę od nieliteratury, mogą świadczyć tylko o tym, że Mareckiemu granice w określonych dziedzinach przesuwać się udaje. Podobnie dzieje się w ramach twórczości cyfrowej – doskonałym przykładem jest zaprezentowany na tegorocznej Ha!wangardzie „Cenzobot”, który został przedstawiony jako reprezentant gatunku (a więc rzecz dostojna) trzeciej generacji literatury cyfrowej (a więc jednak literatury).

Piotr Marecki tworzy konsekwentny projekt przenoszenia literackich struktur myślowych z amerykańskiej literatury eksperymentalnej na grunt polski

Oficjalnie, wydawniczo do linii konceptualnej dołączyła w tym roku książka ważna i poważna – „Ciemności” Yeddy Morison w przekładzie Mikołaja Spodaryka. Słuszne wydaje się stwierdzenie, które cytuje Marecki na stronie wydawnictwa za Kennethem Goldsmithem: „konceptualizm jest jak Apollo, podczas gdy Flarf to Dionizos”. Kwestie narodowe w perspektywie konceptualnej są tu skomplikowane, nie do śmiechu. Mamy w końcu Conrada (pisarza „angielskiego? polskiego?” – jak zapytuje tłumacz, Mikołaj Sporadyk) oraz wielopoziomowe relacje postkolonialne. Koncept „Ciemności” opiera się na wyjęciu czy wypreparowaniu z „Jądra Ciemności” tylko jednego aspektu – przyrody. Takie wymazywanie (chociaż graficznie tekst nie został skreślony, zamazany – na każdej stronie zostały puste miejsca po usuniętym tekście) może z powodzeniem stać się narzędziem teoretycznym (badawczym), ćwiczeniowym czy po prostu czytelniczym, a więc czymś na wpół naukowym, na wpół literackim.

W zeszłym roku, także w okolicach Ha!wangardy, do linii konceptualnej dołączyła książeczka „Wiersze za sto dolarów”, zaprojektowana (lecz nie w całości napisana) przez Piotra Mareckiego. W tym roku mamy (poza linią konceptualną) rzecz podobną – tom pod tytułem „Niepodległa Google”. Joże jednak órej nawet ja – nie y przeoczenie? agowanie zaznaczonego fragmentu bności w stosunku do standardowych, tradycyjnych uż na okładce książki znajdują się informacje stanowiące o jej odrębności w stosunku do standardowych, tradycyjnych tomów wierszy. Książka zawiera „wiersze napisane za pomocą wyszukiwarki”, gatunek został określony jako „polski flarf”, a autokomentarz okładkowy głosi dodatkowo – „niedobra poezja” (szkoda, że inni wydawcy nie zamieszczają tego rodzaju ostrzeżeń[1]). Spis treści podzielny jest przez trzy i zawiera następująco: wstęp, w którym Marecki opisuje swą metodę i inspiracje, flarfy, czyli wiersze, i – na końcu – historię wyszukiwania – element zdradzający źródła jednego z wierszy.

Flarf jest podtypem literatury elektronicznej, tworzonej za pomocą tekstów wiszących niepozornie w internecie. Marecki, tworząc materiały poetyckie do „Niepodległej Google”, sprofilował wyszukiwanie na tematy narodowe, aktualne narodowe fazy i frazy. Na stulecie niepodległości Polski wprowadził do Polski nowy gatunek literacki (bardzo szlachetne posunięcie) i wypełnił go słowami Polek i Polaków. Na poważnie, dogłębnie zaszczepił w gatunku polskość, bo każdy wers ma 13 zgłosek, co pełnić może kilka funkcji. Po pierwsze i najważniejsze jest żartem, smaczkiem, który zadowoli, rozbawi odkrywającą to czytelniczkę. Po drugie, co wydaje się spójne z autokrytycznym podejściem Mareckiego, ma podkreślać rozbieżność literacką między wieszczami a googlującą po polsku zbiorowością. Marecki niesłusznie podkreśla w wielu miejscach, że zmiksowane przez niego teksty są złe i kiczowate. Bez przesady. Jest to na pewno poezja miejscami chaotyczna, ale do czytania. Wyszły też Mareckiemu wiersze naprawdę bardzo dobre, z pięknie poprowadzoną opowieścią i z wciągającym flow, na przykład mocno liryczna „Odzież patriotyczna narodowców”.

Marecki nie pokazuje bezpośrednio miejsc, w których wykorzystywane wypowiedzi zostały ucięte i na nowo sklejone. Nie zdradza swojego warsztatu tak dokładnie jak w przypadku wcześniejszej książki poetyckiej, co zdecydowanie wychodzi na plus. Wszystkie zacytowane tematy i wypowiedzi, zbierane przez Mareckiego przez kilka miesięcy, zlewają się w wielki brudny kanał szumu. Gdy czytam „Niepodległą Google”, wydaje mi się, że siedzę zamknięta w pokoju pełnym nadpsutych telewizorów. I w każdym z tych telewizorów leci podobna papka z gatunku infotainment.

Gdy czytam »Niepodległą Google«, wydaje mi się, że siedzę zamknięta w pokoju pełnym nadpsutych telewizorów

Myślę, że za kilka lat niektóre wiersze („Zdrada elit”, „Długopis podpisał”) mogą sprawiać mniej czytelniczego funu, co jest zrozumiałe i mieści się w projekcie uchwycenia w poezji zbiorowej świadomości Polek i Polaków w rocznicę stulecia niepodległości. Czy przetrwa czytelność nawiązań do takich postaci jak Testoviron? Czy zapamiętana zostanie instytucja Studia Yayo? Czy będziemy wspominać „Koronę Królów”? Na te i inne pytania należy sobie odpowiedzieć, myśląc o uniwersalności wierszy zebranych w „Niepodległej Google”. Warto zajrzeć do książki Mareckiego, chociażby po takie smaczki jak lekko depresyjny, ale niepozbawiony uśmiechu cytacik internauty z wiersza „Samospalenie zombie Ziemkiewicza” – „Lekko Nie / Będzie :)))))))))))))))))))))))))”.

[1] Trochę strach podpowiadać, ale wyobraziłam sobie następującą strategię marketingową – wydawca poezji widzi, że dany tom wierszy został negatywnie skomentowany przez szanowanego krytyka i zamiast się smucić – korzysta. Są ludzie, którzy lubują się w oglądaniu złych filmów, dlaczego by nie zaprojektować grupy odbiorców, którzy specjalnie czytają złą poezję. Wydawcy mogliby dodrukowywać swoim książkom specjalne szarfy (takie jakie zakłada się im przy okazji zwycięstwa w prestiżowych konkursach) z napisami głoszącymi na przykład coś takiego: „Książka – omówiona przez Jakuba Skurtysa w cyklu „Krytyka negatywna”. Ale by było.

Festlab Ha!wangarda
Tekst jest relacją z tegorocznej edycji festiwalu twórczości eksperymentalnej i awangardowej Ha!wangarda, która odbyła się w dniach 3-6 X 2018 roku w Krakowie.

Piotr Marecki
„Niepodległa Google”, Korporacja Ha!Art, Kraków 2018, s. 100.

Yedda Morrison
„Ciemności”, tłum. Mikołaj Sporadyk, Korporacja Ha!Art, Kraków 2018, s. 156.

Paulina Chorzewska
ur. 1996, studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Niewinnych Czarodziejach”. Woli wiersze, w które można poklikać.
redakcjaAndrzej Frączysty
korekta Lidia Nowak
POPRZEDNI

recenzja  

Czytanie non-fiction (4): Seks wojenny

— Paulina Małochleb

NASTĘPNY

varia proza  

Story Jones – poematy prozą

— Krzysztof Pietrala