Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

 

Inkipo nie zostało pomyślane ad hoc, motyw ten prześladował mnie przez lata, przekształcał się, rodził różne warianty. Żadnego wariantu nie próbowałem przelać na papier. Napór rzeczywistości, w której żyłem, wytrącał mi pióro z ręki, ile razy nachodził mnie ten temat.

Bo Inkipo, choć miało dla mnie urok poetycki, we wszystkich swoich wariantach było zawsze wątkiem prozatorskim.                                                                       

Przypomniała mi się atmosfera okresu, który w skrócie nazywają „lata dwudzieste”, tak jak ją odczuwałem należąc do pewnego pokolenia i pewnej formacji umysłowej uroki mistyfikacji intelektualnej, paradoksów historii, fantazji Wellsa i pomysłów Chestertona, marzenia o połączeniu treści sensacyjnej z myślą filozoficzną, smak do niesamowitości, uroki podmiejskich mitologii…

Adam Ważyk, z różnych pism

[…]

I

1. Kiedy pani Jones była młodą dziewczyną, wszyscy mówili na nią długo: Sally Molly Nelly Lana. Nie lubiła tego. Ani kucyków — tych prawdziwych, co robią kupę, ani tych magicznych z Hasbro, na które wskakują rozczesane blond ideały ze stajni Mattel. Lubiła za to czytać à la derobée fioletową serię kieszonkowych powieści o uczuciach prostych jak strzała i kobietach, polegających głównie na mocnym makijażu, nie marzeniach za zielonymi wzgórzami. Dorosła szybciej, bo była ładna. A kiedy w końcu dorosła, zaczęła mówić na siebie Salmonella. Jones, oczywiście.

1. Chłopak dorastał wolniej. Długo po nocach przysięgał na klęczkach wierność plastikowym modelom okrętów, po czym zanurzał czoło głęboko w wodzie. Miał policzki w kolorze brudnych żagli nadętych haustem powietrza i zaparowane okulary zakładał do nurkowania w blaszanej miednicy. Uwielbiał morze, bo jego ojciec służył na morzu. A ojciec uwielbiał służyć na morzu, dlatego, zanim wyjechał na zawsze, obdarował syna, mimo gromkich sprzeciwów matki, imieniem najdzielniejszego marynarza, jakiego znał, dowódcy słynnego na wszystkie oceany niszczyciela HMS Shark, imieniem Loftus. Jones, oczywiście.

1. Tylko kosmosom przystoi dorastać w nieskończoność. W powietrzu czuć było jeszcze świeży proch. Opadając, dym osiadał w otwartych oczach. Leżeli blisko obok siebie i, jak między krami woda, tak między nimi krew szybciej zamarzała.

[…]

 

III

3. Na dobrą sprawę Sally Molly Nelly Lana nigdy nie czuła się młoda. Dorastała szybciej niż układano dla niej świeczki. „Mogę zdmuchnąć dwa razy więcej” – wypaliła pewnego razu nad przekładanym tortem. Zanim wszystkie poszły z dymem pomyślała o czymś jeszcze. O czym, zamknąwszy oczy? Niedostępnym najlepiej! Nie miała rodzeństwa, więc nie mogła zazdrościć dojrzalszych prezentów, jakie zazwyczaj otrzymują starsze siostry. Ale matce. Sally Molly Nelly Lana kopnęła kosz zabawek. Pod nieobecność rodziców zakradła się do ich łazienki na piętrze i ukradła karminową szminkę (Margaret Astor, jeszcze Margaret). Zanim jedwabną chustką matka ruchem stawiającym w szeregu starła kolor z jej twarzy, dokładnie się przyjrzała. Jones, jak wszystkie Jones w rodzinie.

3. Loftus przekonał się, że dorośli układają bajki, którym brakuje szczęśliwego zakończenia. W dzień odświętny wszyscy jego koledzy jak jeden dostali terenowe rowery i zegarki z kalkulatorem. On jeden nosił tabliczkę mnożenia w kieszeni, a o czas pytał obce osoby i patrzył na własny, równo opalony nadgarstek. Z ołowianym wzrokiem żołnierza studził dziecięce zachcianki. Zorientował się, że dojrzewać szybciej – boli. Zmienił uścisk dłoni. Na plażę wyrzucony usechł śledź. W portowym mieście, leżącym na styku kilku szlaków komunikacyjnych oraz kultur, które to można byłoby pomylić jedynie z mitteleuropejskim Triestem albo Wolnym Miastem Gdańsk; w pokoiku na poddaszu, gdzie mieszkali we dwójkę; na skrzypiącym łóżku należącym niegdyś do ojca siedział Loftus. Tak mocno myślał nad szczęśliwym zakończeniem, aż obrósł w śliską zbroję z łusek węża. Postanowił nigdy nie wypływać w morze. Matka, całując go do snu, poczuła dziwny smak na wargach. Jones było już inną przyprawą niż zwyczajne nazwisko.

3. Na sznurku wisiał okrawek słoniny jak prymitywne ostrzeżenie dla intruzów. Sikorka wbiła w nią swoje pazurki. Urywane ruchy i podskoki mówiły: „Jestem taka roztargniona”. Czarne drzewa na białym dywanie. Żółty brzuszek jest jedynym kolorem tego krajobrazu. Płoszy się sikorka.

[…]

 

VIII

8. Pani Jones posadziła córkę w rodowym fotelu naprzeciw siebie i powiedziała, że życie Banana Splita to ledwie kurzawa skrzypiących w podskokach kół taboru. Na wschód. Powiedziała twardo, że nie dla niej taki komiks. Sally Molly Nelly Lanie było przykro jak nigdy w życiu. Cierpiała na iks powodów plus jeden. Nie wiedziała, na co bardziej. I ta żonglerka mogła trwać jak powinien tradycyjny żal (dwa tygodnie) po stracie, ale nie ona. „Dobrze więc” – postawiła sprawę jasno. Na pożegnanie z cyrkiem kącikiem chusteczki wytarła kącik oka i zrobiła listę życzeń. Matce wręczyła tylko pierwszy punkt – wyjazd. Limuzyną na zachód. Jones po raz trzeci. Nie, jeszcze nie teraz. To jeszcze matka powiedziała.

8. Wieżowiec nosi na głowie melonik słońca. Rozgrzany gzyms jest krótszy niż piekące stopy. W dole ludzie wielkości paznokcia są na wagę złota, jeśli tylko można się w którymś z nich ukryć. I zapomnieć o sobie i o niej. Daleko stąd wiatr potrząsał workiem chmur. Dźwięk dzwonka w drzwiach miał jedno imię – Vanessa! Zatańczył wazon ze sztucznego kryształu, kiedy ślepy na świat Loftus potknął się o puste butelki i uderzył głową w stół. Przeciąg w pokoju zatknął wzrok listonosza na fladze firanki. Między mężczyznami niebieski długopis do pokwitowania. Rozdarta drapieżnie koperta uderzyła o podłogę. Adresat się zgadzał, ale nie nadawca. Nie ona. „Znałem pana ojca” – poruszyły się sztywne wąsy. – „Lepiej pan zamknie to okno” – i dwa palce urzędnika stuknęły daszek czapki, dyskretnie zmieniając radę w rozkaz, powitanie w pożegnanie. Po chwili przeszedł błysk. Zawstydzona głowa siniała Loftusowi równo z niebem. O włos zostałby pierwszym fruwającym Jones w rodzinie o tradycjach morskich jak latające ryby.

8. Cienka tafla szkła odcina ludzi palących papierosy na balkonie willi od tańczących w balowej sali. „Czy wiadomo państwu, że za tym parkiem znajduje się stary dom zdrojowy?” – powiedział ktoś. Ktoś inny powiedział nawet, że zaszła tam zbrodnia. „Ja tam kiedyś byłam” – otwiera usta Sydonia spreparowana na wschodnią xiężniczkę, otyła, błyszcząca. Ale wtedy nazywała się Walentyna. Zabity leżał jednym strzałem albo dziesięcioma, nie pamiętała, choć swego czasu interesowała się tym bardziej niż inni. „Przed śmiercią morderca ukazał się w lustrze” – zakończyła. Słychać sceptyczny ton: – „Bzdury! Wtedy piła i teraz pije, nikt tam nie zginął, po prostu trudne czasy nadeszły”. „A ty nie pijesz?!” – krzyknął ktoś trzeci i do gardeł obaj. Za taflą szkła tańczą bal.

 

IX

9. Sally Molly Nelly Lana wybrała ciepłe kraje z pięknymi miastami. Rozwydrzone wydry kuzynostwa i inne trust fund babies zataczali się nimi, na ulicach tańczyli rozgwiazdę. Upał trzymał ludzi po domach, ale spuszczał podniecenie z łańcucha. Sally Molly Nelly Lana przesypiała poranki i w łóżku czytała wczorajsze gazety. Jutrzejsze książki. Słuchała o rozwodach, które kosztują, i o czerwonym sorbecie egzystencji. A kiedy lato dobiegło końca, wpisała się na listę obecności. Na co dzień galerie wysokie i niskie. Jedne tłumaczyły językiem poważnych elementarzy usta wstawione w białą brodę bliższą snom o karmieniu ptaków w parku niż temu słońcu zaledwie sprzed chwili. A drugie usta bez brody wprawione w ustawiczny ruch. Sally Molly Nelly Lana nosiła lekką torebkę na cienkim pasku, a w niej szminkę bez imienia, notes pełen imion. Imion bez znaczenia. „Francja” – jak to łatwo powiedzieć, powiedziała Jones.

9. Mur był bardziej szary niż powietrze i twardo stał. Deszcz padał długo jak mur. Szczęśliwie dach Akademii w porę przygarnął Loftusa. „Pan spojrzy, przejaśnia się” – usłyszał od człowieka stojącego pod drzewem, moje uszanowanie. Z wysuszonymi  włosami i w białym fartuchu Loftus zaczynał wszystko od nowa, ale nie startował od zera. W pamięci stanął schowany w pawlaczu plastikowy zestaw do zabawy w doktora. Na szpicu strzykawki w dużym powiększeniu połyskuje szklana kula i serum prawdy zdradza tajemnice. Rwie się skóra na kontynenty odpowiedzi – ciała nakłute nie płaczą, a śmieją się! Proste! Poczuć jak łatwo pękają żyły serca było zadaniem domowym intymności. Loftus odrobił je i rano wstał świeży jak dzień. Jones, życie prywatne zakwitało w pracy!

9. „Zapalimy?” – otworzył paczkę. – „Legenda głosi, że usługiwał tam pewien barman, który opracował koktajl miłości. Receptura ściśle strzeżona. Wszyscy mówili, że magiczny”. „Alkohol czy człowiek?” – spytała i nie czekając na odpowiedź przyspieszyła kroku. Takie zimno. Takie buty. A ruchy jak mamuty.

[…]

 

XIV

14. Sally Molly Nelly Lana nauczyła się handlować sztuką. Eksponaty z katalogu szły pod oficjalną batutą młotka — sprzedano! Skarby z Makau czy innego krańca świata podawano sobie nieoznakowanymi awionetkami tuż pod falami radaru, z ręki do ręki, niczym tajemne przywitanie. Szklane wysokościowce miały przekrój ołówka. Ostatnie piętro przygotowano na ucztę nieskończoności. Czarne ściany apartamentu ozdobione panneau w perwersyjne mity przysłuchiwały się dionizji dobitego targu. Nad Sally Molly Nelly Laną et consortes kryształowy żyrandol. Nad ranem wszyscy mieli dość. Sally Molly Nelly Lana opadła na beżową berżerę. Strużkami z parasoli postawionych nosami w dół czarny makijaż spływał jej z oczu po policzkach. Kokaina polegiwała na tafli, a jeśli kichniesz, to przyklei się do śladów łez. A psik! W Berlinie zima była gorąca. Eins, Zwei, Drei, Polizei! „Ręce na stół, jesteście aresztowani!”. Konstabl prowadzący śledztwo tłumaczył, że w dionizyjskim panneau zainstalowano specjalne ucho Dionizjusza do podsłuchu — pomysł, na który wpadł podczas rodzinnych wakacji we Włoszech… Ale nikt go nie słuchał. Jones, jej kolorowe życie w stolicy runęło jak historia, na mur beton.

14. Odkąd nad niesławnym doktorem zawisła groźba podobna cieniom sterowców nad Londynem podczas wojny, o której mówiono „Wielka”, wiódł żywot od wyspy do wyspy. I płakał w rękaw za dawnym życiem. „Podróże, kuchnia, sport” — popularne hobby nowego życiorysu pobranego online stworzyło perfekcyjne przebranie. King Cake potrafił wyleczyć globus, a zachorował na mapę. Kopalnie królów, klątwa faraona, długa preria, którą można beztrosko wsadzić między zęby, siedząc na tronie świata ponad rozłożystym łopianem. Jadł głównie palcami. Konserwę ze świeżo złowionych ryb, wyprodukowaną na radzieckim statku. Sterylizowaną. A potem spalał kalorie. Kompletnie pijany. W ustach sport zlewał mu się ze szprot. Między King Cakiem a resztą świata wyrosły bluszcz listu gończego i gęsta broda. Nieobmyte przybory do golenia zostały daleko w domu. Tuż obok żelazka z płomieniście czerwoną żarówką. Jones, gdy był jeszcze Jones, dbał o toaletę, ale teraz z wieloma sprawami musiał zawrzeć pokój.

14. Albo taki widok z zewnątrz. Obrębione krzewami żwirowane ścieżki, prowadzące do jasnego inhalatorium. Drobnymi kroczkami przechadzają się wiotkie panie. Parasolkę trzymają w jednej ręce, a białą chusteczkę z czerwoną plamką w drugiej. Wszystkie znaki świadczą o niezachwianej wierze w piękno choroby, a wybite szyby i potłuczone kieliszki na stołach przypominają o skończonej zabawie. Jedna alabastrowa szyja, a na dwoje babka wróżyła.

 

XV

15. Pieniądze i ostatnia przysługa zapewniły Sally Molly Nelly Lanie przymusowy urlop w zaciszu prywatnej kliniki z widokiem na staw. Pośród innych wykolejonych. Obowiązkowe zwierzenia, obiad, sen. Raz zeszła do automatu z napojami. Ekran telewizora wspólnej świetlicy nieśmiało rozświetlał przestrzeń. Oparła się o framugę drzwi i zaszeleściła otwieraną puszką koli cherry. „Też nie możesz zasnąć?”. Nie mogła. Do rana oglądały stare filmy. Nad ranem Sally Molly Nelly Lanę obudził dźwięk odkurzacza pod stopami. Beza zniknęła. W stołówce stoi się w kolejce, aż jajecznica całkiem wystygnie. Dziewczyna ze świetlicy na imię miała Beza. Sprytnie nabierała śniadanie, że talerz pozostawał pusty. „Po podwieczorku nad stawem”. Sally Molly Nelly Lana szukając go niemal zgubiła pantofel w zaroślach i skrzeku. Biały proszek zamienili jej na zieloną galaretkę. Beza w ogóle niczego nie potrafiła przełknąć. Zza stanika wyciągnęła zakazanego papierosa. Na pół. „Wiesz, że jest miasto ukryte w dżungli, gdzie ludzie żyją szczęśliwi?” – powiedziała Beza, wypuszczając dym, i rzuciła płaskim kamieniem po lustrze wody. Jones nie była święta i życie klasztorne za nic jej nie urządzało.

15. King Cake pędził żywot na złamanie karku. Z małymi przerwami na uzupełnienie płynów. I przechytrzenie Interpolu. W koloniach wszystkie plaże są żółte. Ale, gdy dobił motorówką do brzegu zdjął go lęk dziecka wbiegającego do pokoju dorosłych podczas świętowania. To było jak na jednej z widokówek, które otrzymywał w poprzednim życiu! Dziś puste poste restante. Biorąc na barki bukłaki wody na herbatę, od słowa do słowa King Cake usłyszał od handlarza: – „Jones? Mamy tutaj starego Jonesa!”. Dłuższe niż cień palmy molo wbijało się w morze. Zmywane falą, niepewne niby ostrze miecza. King Cake poczuł na karku oddech alkoholu o smaku orzechów kokosowych. Jones, kapitan szkunera, któremu, co noc wierne kurewki zostawiały szklankę płynu na stoliku, miał sześć palców u jednej dłoni i mniej zębów niż rozumu. King Cake puknął się czoło i opuścił śliskie molo. Jones, nigdy nie wychodziło poza pięć liter jednej dłoni naraz.

15. Jeszcze jedno zdjęcie. Może najważniejsze, bo zostało na sam koniec. Człowiek w białym fartuchu. Ale to nie fryzjer. Serwuje napój, uśmiech, aż ząbek błyszczy. W czosnek. Czesany. Kobieta teraz przybliża twarz. Zdecydowanie nie fryzjer. I twarz z fotografii ze szklanym odbiciem nakładają się na siebie w niepokojące podobieństwo. Prawdopodobieństwo! „To jest ten magiczny człowiek? Patrz, jakie ma śmieszne znamię na policzku”. Mężczyznę bardziej niż znamię interesuje inna rzecz. Przybliża twarz do fotografii w to samo niepokojące… Podąża wzrokiem za wzrokiem kelnera. Jakby wskazywanie. Między klepki podłogi. Niemożliwe!

[…]

 

XVII

17. Sally Molly Nelly Lana wróciła do rodzinnego domu na przyjęcie urodzinowe. Pomiędzy cocktailparty stał jubilat, Napoleon Jones. „Pamiętam, jak pani była, o, taka mała, tutaj” – ręka jednego ze starych gości zawisła na wysokości talii. – „A już nosiła perły”. „Pan ma wyborną pamięć do młodych dziewcząt. I ich klejnotów” – Sally Molly Nelly Lana trzymała fason, ale passa ssała i w cieniu ogrodowej huśtawki skazana była na innych. Napoleon wziął córkę na stronę. „Musisz pomówić z kimś na osobności”. O kompromitującym zdjęciu dwojga ludzi zza żaluzji, którzy nie powinni się na nim znaleźć. Rzucić na to okiem i przymknąć na to oko. Zdobyć negatyw. Zamrugać na potwierdzenie. „Ani słowa matce”. Nie przepadała za takimi układami, ale czasy, kiedy robiła, co lubiła, jak lato niemal minęły i musiała odzyskać reputację. Matka zapytała jeszcze, czy znalazła w końcu jakiegoś porządnego kawalera i słychać było, że to podwójny Manhattan mówi. Sally Molly Nelly Lana z miejsca zgodziła się na propozycję Napoleona. Jones, była wyjątkowa, ale rodzinę miała jak każdy.

17. Ostatkiem sił doczołgał się do krawędzi burty. Reling był za wysoki, przeturlał się więc pod najniższą liną jak bokser po nokdaunie prosto w toń. Dwóch mężczyzn celowało w pęcherze powietrza, odbijające się od księżyca i dwóch reflektorów.

48 godzin wcześniej

King Cake porzucił morskie przygody i osiadł na stałe. W bocznej uliczce łkało niepilnowane maleństwo. Pochylił się nad nim, aż mu się w głowie zakręciło. Biała chustka umaczana w chloroformie i białka oczu wywrócone w zwarciu. Pod pachy, za nogi, do furgonetki. Ciemny pokój, knebel i sznur. Najpierw była pięść, potem długo by wymieniać. Pytać później – było procedurą. Zapłacisz za to, co jej zrobiłeś – było sprawą osobistą. „Doktor Loftus Jones” – usłyszał imię, które pozostawił daleko za plecami podeptane. Chciał zaprzeczyć, ale bilans tego starcia wypadł blado jak ząb. Czwórka, diagnozował. Lampa prosto w oczy. Prócz czterech tępych oprawców tajemnicza postać skryta w ciemnym kącie ładowni. Patrząc w jej stronę, miał dziwne uczucie w brzuchu, to samo, gdy zjeżdża się szybką kolejką głową do góry nogami. Kiedy kidnaperzy wyszli coś zjeść, King Cake nie zwlekał – wyłamał kciuki, które wyminęły pętle kajdanek. Jones, kładł dłonie na wielu sercach, ale teraz leczyć mógł już tylko katar.

17. „Wiesz, czego mi brakuje?”. „Do szczęścia? Czegoś z górnej półki?” – odpowiedział jakby znali się całe życie. „Podaj lepiej eliksir. No i jak będzie” – spytała, oddając butelkę. „Pusta”. „Słyszałeś?”. Spojrzał na ladę, po czym zmiótł z niej rękawem połamane szklanki i pozostawione łyżeczki po kawie. Podłoga skrzypiała, kiedy się po niej chodziło. Kontuar skrzypiał, choć nie był łóżkiem.

 

 

Krzysztof Pietrala
Wczesne lata osiemdziesiąte. Etnolog. Szlifbruk. Głosuje w Krakowie.
redakcjaAndrzej Frączysty
korekta Julia Lange
POPRZEDNI

varia  

Noc nie noc, poezja nie poezja

— Paulina Chorzewska

NASTĘPNY

varia wiersz  

Wierzaj w me tumany

— Paweł Harlender