Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Córka pochylona nad kołyską. Stasiu uśmiecha się szeroko; główkę obrócił w moją stronę, na dziadka patrzy, spogląda – jak się zdaje – niewidzącym wzrokiem. Ja, dziadek, wyobrażam sobie główkę wnuka w czepeczkach najrozmaitszych, hełmach, furażerkach, beretach. Kocham to niemowlę, ten skarb, maliznę, malizneczkę. Jaki on rozkoszny, gdy tak nóżkami przerabia, jakby rowerkiem jechał przez ciemny las, spiesząc się zaglądać do wiejskich studni. Lecz oczy jego błądzą teraz po suficie, za światłem żyrandola podążają. Stasiu chce coś powiedzieć, usta szeroko otwiera, gaworzy. A cóż on widzi, co słyszy? Mógłby nam powiedzieć, gdyby umiał mówić. Powietrze tylko łapie, piszczy i znowu się uśmiecha. Niewątpliwie wygłosiłby zdanie, że lubi podróże i sporo lata. Może nawet w tej chwili, gdy tak rączkami wymachuje i próbuje się unieść w kolebce. Wszyscy chcą go nosić na rękach, przytulać go i całować – bo Stasiu jest oczkiem w głowie najbliższego kręgu. Nie może być obcy i samotny względem naszego języka. Dlatego mówię do niego bez przerwy: – Stasiu, Stasienku, co ci jest, no powiedz, spróbuj, co tam widzisz na suficie, jakieś smugi, światełko, Stasiu, słyszysz mnie, popatrz na mnie, spójrz na dziadka, lubisz dziadka, co?… dziadek jest brzydki, prawda, co?…, nie…, nie jest brzydki, nie…, Stasiu jest ładny, Stasiu jest piękny, co?… Stasiu, co tam widzisz, powiedz… jeszcze nie umiesz mówić, ale nauczysz się, wszystko będziesz opowiadał, każdą myśl wysłowisz, zobaczysz, nie denerwuj się, dojrzewanie to samotnienie, nabywanie obcości względem wiary ojców, wobec obyczajowości bliskich, względem języka… osiągnięcie dojrzałości to nieodwracalne opuszczenie prywatnej ojczyzny… ale ty jeszcze jesteś maleńki, nikt ci nie pozwoli zrobić krzywdy, tak bardzo cię wszyscy kochają…

Córka wzięła Stasia na ramię i stanęła z nim przed lustrem. W odbiciu dwie buźki: matka z synem. Staś podobny do matki, jakby jej z oka wypadł. Co Stasiu widzi w lustrze, kogo widzi? Czy w ogóle kogokolwiek dostrzega po drugiej stronie. To jeszcze dla Stasieńka nie czas na oglądanie spektaklu złudzeń i rytualnych kłamstw, by ujrzeć ludzką śmiertelność i przedrzeć się do niej poprzez gąszcz słów i masek. Matka widzi Stasia i jego uśmiechniętą twarz. I dostrzega, że dziecko jest głodne. Nie jest to trudne: Stasiowi ślinka cieknie, język wydobywa się z ust. Stasiu ciągle by jadł, bez przerwy jest głodny i wypatruje piersi jak zbawienia. Ależ on, ssąc pokarm, jest bezbronny, taki do rany przyłóż, jakby od niechcenia oddychał nieskończonością. I cisza zalega aż do ostatniej kropli, a po chwili czkawka się odzywa. Matka wzięła Stasia na ręce, niech się chłopaczynie zdrowo odbije, jak cała przyszłość widziana w lustrze pamięci. Stasiu buźkę wykrzywia, robi minki, żeby można było pytać, do kogo jest dziecina podobna? Kogo przypomina? Stasiu oczka ma taty, nosek mamy. Czy aby na pewno? Bo jak dobrze się przypatrzyć, to raczej jakiś taki jest pomieszany, a czoło to całkiem ojcowskie, a policzki matczyne, tylko po kim ma kolor włosów? Chociaż kolor włosów jeszcze nieodgadniony, gdyż meszek ciągle zmienia barwę. A do kogo Stasiu podobny? A kto to wie, przecież on ciągle się zmienia. On ciągle jeszcze będzie się zmieniał. A dziurkę w bródce to po kim Stasiu odziedziczył? A czy Stasiu czasem nie do dziadka podobny? Tylko nie do dziadka.

Biedny Stasiu, gdy stanie się taki, jego los dopełni się według ustalonych scenariuszy. Bojąc się kary, będzie uciekał z domu i tak długo chował się po ogrodach, aż matka z ojcem wyjdą z domu, by go szukać. Będzie przynosił z przedszkola zabawki, różnego rodzaju klocki, samochodziki, piłeczki. Z łatwością przywyknie do swoich grzechów. Sam będzie musiał się o wszystko starać: żeby widzieć, słyszeć, wąchać, dotykać, smakować. Nie powinien być podobny do mnie. Powinien być jak ryba, która w wodzie nie utonie, jak ptak, który nie upadnie w powietrzu, jak złoto, które nie ginie w ogniu, a nabiera kolorów.

Jako dziecko często uciekałem z domu. Wystarczyło, że matka z jakiegoś powodu brała do ręki kabel od żelazka, ja natychmiast biegłem na pole, by schować się gdzieś za domem. Długo tam pozostawałem, nasłuchując nawoływań matki. Do dzisiaj mam w uszach: – Waldziu, Waldziu, chodź do domu, nic ci nie zrobię, nie będę cię bić, no chodź już, chodź… Jak zaraz nie przyjdziesz, to zobaczysz, nogi z tyłka ci powyrywam, ostatni raz mówię, wracaj szybko do domu, zmarzniesz, bo zimno się robi, wracaj natychmiast. A gdy jakoś się przełamywałem i wracałem, zaraz nowe pretensje się pojawiały, że cały przemoczony jestem, brudny, umorusany, spodnie trzeba by mi ze stali zafasować. I na nowo trzeba było wiać z domu, bo rózga się pojawiała. A jak było nie dawać nogi przed udręką codziennego odrabiania lekcji. Nieustannie słyszałem od matki: – Marsz do nauki, pokaż, co tam masz zadane, no proszę, jak ty piszesz, co to za literka, do czego to podobne, w kratkach się pisze, równo, a ty co, jak ja cię uczyłam?

I dalej linijką po łapach, aż spuchną. No to co było robić, gdy drzwi otwarte. Szybko przekonałem się, że tylko za drzwiami potrafię myśleć o tym, kim jestem, w co wierzę, czym jest wiara, jaki jest sens ciągu bezużytecznych cyferek i literek, po co to wszystko się robi, jakie uzasadnienie ma spacer po parku, rozpamiętywanie nieba, w jakim sensie to wszystko jest piękne albo nudne; a może piękny jest znak drogowy, a może zieleniejąca trawa na wiosnę. Ale czy ta przeszłość nie jest zbyt jałowa? Czy nie lepiej posiąść to, co wibruje całymi gamami przed moim wzrokiem?

– Jazda chłopcze, w tamtą stronę, by znowu doznać olśnienia, przeżyć zachwyt, odrodzić się w swym zdumieniu.

Podniosłem głowę. Po drugiej stronie ulicy stoi urocza Syrena, której śpiew zwabił mnie tutaj. Jej zielone oczy patrzą na mnie z takim wyrazem, jakim harfistka patrzy na swoją rozstrojoną harfę. Korony akacji uginają się pod ciężarem wiatru. Samotna piłka poturlała się w swoją stronę: jakaś dziewczyna siedząca na parapecie okna wypuściła ją z rąk. Przez otwarte okno słychać walc Chopina rozbrzmiewający w radio. Czarny kundel obszczekuje mnie z satysfakcją – mógłbym go pogłaskać, lecz boję się, że mnie ugryzie. Poczułem się jak altowiolista zdegradowany do skrzypka. Tu sobie podsłuchamy jakąś arię, gdzieś tam jakaś sonata poleci, tu jakaś uwertura, tam nieśmiertelne „Requiem” we fragmencie, tu jakiś fragmencik wolny z koncertu fortepianowego…

Całe szczęście, że w końcu Zenkę widzę, synową Korygi. Z wnukiem spaceruje po ulicy, gdyż kundla mądrego się nie boi, muzyki nie słyszy i mija uroczą Syrenę, nie zauważywszy jej urody. Zaraz też do mnie podchodzi, wnuka za rączkę pociągając, by nie zostawał w tyle. Zenka nie tylko wnukiem się opiekuje, ale także teściami, szczególnie Zdzisiem, który często z domu wychodzi i gubi się gdzieś po drodze, nie umiejąc trafić z powrotem. Z teściem ciągły kłopot, nikogo już nie rozpoznaje, a usiedzieć w miejscu nie potrafi. Nosi go, rozpiera jakaś nikomu nieznany wigor. Trzeba drzwi na klucz przed nim zamykać, bo nie wiadomo kiedy i dokąd się wybierze, a o powrocie mowy nie ma, trzeba go szukać po świecie, ludzi pytać, ogłoszenia na słupach wieszać, że Koryga zaginął.

W głębi ulicy, trotuar, murek z kamieni piaskowych. Podjazd, stoją pełne kosze na śmieci. Widać horyzont, las dotyka chmur.

WALDEK – Ależ te dzieci szybko rosną… czyj to syn?

ZENKA – Młodszej córki, wnuk jak się patrzy, cztery latka.

WALDEK – Ja też mam wnuka, cztery miesiące ma dopiero, Córka późno wyszła za mąż.

ZENKA – Nawet się nie obejrzysz, kiedy zacznie chodzić.

Przejeżdża samochód.

ZENKA – A co u mamy?

WALDEK – Dzięki, dobrze, noga ją trochę boli, ale chodzi po domu, nie zapomina się, trochę niedosłyszy.

ZENKA – U nas coraz gorzej z rodzicami. Wiara i nadzieja są wspólne. Teściowa już prawie nic na oczy nie widzi, teść wszystko pozapominał. Trzeba pilnować, a nie upilnujesz, trzymać pod kluczem też jakoś głupio. Ciągle potykają się o siebie.

Szymon Madej przechodzi, kłania się, samochód przejeżdża.

WALDEK – I co będzie?

ZENKA – Znałam ludzi, pewnego ranka się po prostu nie obudzili. Błogosławiona taka śmierć.

WALDEK – Przychodzi po długim i spełnionym życiu.

ZENKA – Jest ulgą dla zmarłego, nie musi się martwić o dalszy los…

WALDEK – …i dla rodziny, będzie go pamiętała takim, jakim był wczoraj.

Lewandowska z Longinową idą w dół ulicy, rozmawiają.

WALDEK – Widziałem wczoraj w oknie twoją teściową, wypatrywała.

ZENKA – Nie widzi już jaśminu i wiśni przed domem.

WALDEK – Najtrudniej pogodzić się z tym, że wygrywa nieznane.

ZENKA – Nie doceniasz siły przyzwyczajenia. Teść ciągle zapada w drzemkę i tam przebywa, a gdy się ocknie, nieustannie dokądś się wybiera.

WALDEK – Zapewne na tamten świat.

ZENKA – Chyba na zakupy, ludzie widzą, sklepowe opowiadają… a przecież ja teściom wszystko do domu przynoszę, niczego im nie brakuje.

WALDEK – To jest, rzecz jasna, niemiłe, ale lepiej, żeby to się mieściło w głowie. Nie ma co zamykać oczu.

Chłopczyk pociąga Zenobię za rękaw.

Pora rozstać się, bo jak długo można stać tak na bruku i rozmawiać? Zenka skierowała swoje kroki do domu, ale jak tylko uszła parę metrów, przywołała mnie do siebie, żaląc się, że wnuczek zgubił zabawkę. Poprosiła mnie, bym szczególną uwagę zwracał na przejściach dla pieszych, gdyż ktoś może rzucać mi kłody pod nogi, starać się mnie przewrócić lub chwycić za gardło. Jeśli tylko uda mi się odnaleźć ukochany przedmiot wnusia, będzie mi bardzo wdzięczna i postawi coś mocniejszego.

W ulicy zaroiło się. Od razu pomyślałem, że któraś z przechodzących osób mogła podeptać zabaweczkę. Lecz cóż to za przedmiot mógł ulec uszkodzeniu? Przecież nie mam pojęcia o zgubionym przedmiocie. Jak szukać czegoś, nie wiedząc, jak to wygląda. To może być grzechotka, samochodzik na resorach, proca, piłeczka palantowa – nie zdążyłem Zenki zapytać. Może coś mimochodem rzuci mi się w oczy. Zacząłem snuć przypuszczenia, traktować prośbę Zenki z niezwykłą powagą. Zamiast zatoczyć łuk i zawrócić ku domowi, pomknąłem dalej do rynku. Wszakże tam wszędzie tyle różnych miejsc, w których zguba mogła się zawieruszyć.

Szczęście nie dopisało mi jednak. Mimo usilnych poszukiwań nie znalazłem nigdzie żadnej zabawki i żaden z naszych wszechwiedzących kloszardów nie umiał mi powiedzieć, gdzie najlepiej byłoby szukać. Dopiero między dookolnymi dźwiękami i zapachami przyszło mi na myśl, że należało przede wszystkim zajrzeć do sieci rybackiej, którą rozwinięto tego dnia na środku rynku. Siecią taką można łowić wszelkie zaginione wspomnienia. Wplątujesz się w taką sieć, nie możesz wypłynąć, nie możesz dopłynąć, jesteś zmęczony. Czy przyjdzie ktoś z ostrym nożem, kto rozetnie więzy, czy musisz zrobić to sam, czy znowu musisz zrobić to samemu, wiercąc się, gryząc na ślepo? Zaznaczam, że sprawa jest niezmiernie delikatna i wymaga absolutnej dyskrecji, przecież ostatecznie nie mam pojęcia, jak wygląda zabawka poszukiwana przeze mnie. Przesyt interpretacji, koncepcji na życie, nadprodukcja sensów i znaczeń. Boisz się, że nie ma dobrych odpowiedzi, niektóre rzeczy po prostu się stały. Jest za dużo odpowiedzi, a każda jest dobra, tylko że cudza. Może to był samolocik i chyba musiał odlecieć, gdyż najdokładniejsze poszukiwania nie dają wyniku. Co gorsza, patrząc na moje postepowanie, niektórzy mogą odnieść wrażenie, że zwariowałem. Zabawka przepadła bez śladu. Nie potrafisz od tego uciec. Im dłużej o tym myślisz, tym bardziej chcesz być gdzie indziej. Oczy łzawią, ale tym bardziej próbujesz nadążyć za akcją. Przechodzisz obok małych sklepików, przysiadasz się do ludzi, kupujesz piwo w barze.

Wyruszam w dalszą drogę. Jest jeszcze jedno miejsce, o którym na śmierć zapomniałem. To posąg Paderewskiego; pianista odlany z brązu siedzi na ławce, spoglądając od niechcenia na figurkę św. Floriana i wieżę kościelną. Wokół niego mienią się barwne tatuaże i włosy farbowane na wszystkie kolory tęczy. Nie widzę żadnej grzechotki, z tyłu rozległe niebo się panoszy. Młodzież ma do plecaków poprzyczepiane gumowe fallusy, gdzieniegdzie widać też sztuczne waginy: różnych kształtów, kolorów, rozmiarów. Moje poszukiwania są daremne, trzeba natychmiast ich zaprzestać. Mam przy sobie herbatniki i suszone jabłka. Najlepiej zrobię, jeśli rozdam ciastka przechodniom, poczęstuje ich ćwiartkami owoców – są smaczne. Niech skosztują smakołyków, a co mi tam: proszę brać, częstować się, smakować. Syćccie się wszyscy, co do jednego, niech nikomu nie zabraknie. A jeśli ktoś natchnie się na maleńką procę albo bierki, to proszę oddać podobnego rodzaju przedmioty Pani Zenobii Korydze, gdyż mogą one należeć do jej wnuka.

Paderewski jakby się uśmiechnął. Miniaturyzacja i nacisk na przenośność i wszechdostępność degraduje obraz i dźwięk. Omijamy się, staramy się siebie nie widzieć, wychodzimy wieczorami, nie wrzucamy drobnych do misek żebraków na rogach ulic. Wiele godzin w centrach handlowych, tylko żeby patrzeć na ludzi, gubić niepokój, wyprowadzić swoją chimerę, spróbować coś zmienić, czegoś nie przeoczyć, w senny wir się zamknąć. Należy ruszyć się z miejsca, wyciągnąć przed siebie zaciśnięte dłonie.

Przechodząc przez jezdnię, ujrzałem w oddali matkę, zaraz za skrzyżowaniem, na przejściu dla pieszych. Dosyć zmęczona, pochylona, jakby za chwilę miała się wywrócić. Ojciec po drugiej stronie macha do niej ręką, czeka, aż matka znajdzie się przy nim. Powietrzem zatargały przeraźliwe gwizdy. Widzę, jak matka już jest na chodniku i nagle potyka się, upada. Woda rozpryskuje się. Matka upadła w sam środek kałuży. Ojciec doskoczył do matki, położył się z boku i przytulił całym ciałem do niej. Głaska ją po włosach, pociesza, całuje. Leżą tak w tej kałuży, jakby byli skazani na życie w niej, jakby nie mieli nikogo na świecie, zagubieni we wspomnieniach. Ojciec zacisnął dłoń na ramieniu matki. Pewnie będzie chciał pomóc jej wstać. Bo jak długo można leżeć w kałuży? Spojrzał jej w oczy, a ona rozpłakała się wobec ogromu przeżyć i ogólnych zagadnień, które ich trawią.

Chcąc udzielić im wsparcia, przedsięwziąwszy wszelkie środki ostrożności,  przyspieszyłem kroku. Lecz moje starania na nic się zdały, gdyż tylko dotarłem do kałuży, w której moi rodzice jeszcze chwilę temu leżeli skąpani. W miejscu tym nie było nikogo. Nawet nie wiem, kto gwizdał, kto wzywał pomocy. Labirynt drewnianych podcieni, bram i niewzruszonych drzew. Minąłem jakieś schodki. Przed moimi oczyma sprawy codziennego życia schodzą na dalszy plan; są nieważne. Jak to wytłumaczyć? Może własnym, wewnętrznym światem?  Więc starasz się jak możesz, żeby odejść od powszedniości, żeby wszystko było wyjątkowe. I ty jesteś wyjątkowy, dla siebie, ale wszystkie inne problemy są błahe, ledwo zasługują na uwagę. Jak to, dlaczego się tak denerwujesz, co właściwie cię trzyma za słowo? Te barany, które Stanuch codziennie przepędza przez środek rynku? Stado baranów pędzące bezmyślnie przez sam środek miasteczka. W żadnym kinie na świecie do tej pory tego nie grali. Dzwonią dzwoneczki. Zwierzęta beczą. Wysoko załadowane ciągniki przesuwają swoje cienie. Irota i Sojat są pomocni, bo gdy tylko barany znajdą się w zagrodzie, gospodarz postawi wódkę i będzie można pić do woli.

Czuć zapach stada, jego siłę. Nikt nie patrzy w górę, nikt nie ma tyle odwagi ani chęci.  Należy iść, wciąż  iść  przed siebie. Bez pośpiechu przechodzę przez rynek, granitowa kostka ledwie wyłania się  spod nierówności; tylko ja  pamiętam o niej i o jej dawnej chwale. A może nie tylko ja. Widzę pana Zdzisława Korygę. Skąd on się tu wziął. Samotny, opuszczony, jak jakaś zjawa. Zupełnie niedzisiejszy, niepasujący do otoczenia. W jakiejś czarnej skórzanej kurtce, spodniach w kant trzymanych długo pod prześcieradłem, buty rozczłapane, wlokące się po ziemi sznurówki. Jakoś tak mocno wyprostowany, jakby chciał przydać sobie godności. Lecz odzież nie leży na nim jak ulał. Raczej zwisa luźno, jakby sam szkielet oblekała, jakby pan Zdzisław nie posiadał już ciała. Twarz blada, wychudzona. Oczy zamglone: żadnego strachu w nich niema. Czy ja też kiedyś będę tak wyglądał? Posuwa się, kroczy przed siebie zupełnie wyzbyty strachu. Nie mam pojęcia, czy mnie rozpozna, czy jeszcze mnie pamięta? A może mnie sobie przypomni? Czy powiedzieć mu, że wracam od wnuka? A cóż go mój wnuk może obchodzić, jeśli on zapewne nie potrafi orzec, czy ten rynek jest rzeczywisty. Dokąd tak dryfuje pan Zdzisław? Wnuk mój przeżył cztery miesiące, pan Zdzisław przeżył swój czas. Kiedyś nosił wiadra z wodą, woził piasek, ustawiał ludzi po wałach. Był dumnym wojownikiem, był silny i nie miał wątpliwości o co walczy. Wznosił swoją  szablę  ku górze, wyznaczając pułap. Dzisiaj podąża bez celu, bez znaczenia, śni już i nie wie, czy śni. I czy mnie dostrzega? Chyba tak. O co ja mam teraz go zapytać? Sam też niedługo przestanę istnieć. Także patrzę w dal i wyczekuję odpowiedzi. O żonę może spytam, a co mi tam. Niech powie co u niej słychać, jak się czuje pani Korygowa?

Zrównaliśmy, ramię w ramię.

– A dokąd to panie Zdzisławie, dawnośmy się nie widzieli?

– A od kogoś ty chłopocku, czy nie od tej tarnowionki z dołu? – Odpowiadam, że tak.

Pan Zdzisław na to, że do banku się wybrał, po emeryturę, dla siebie i dla żony. A gdy zapytałem o żonę, wzruszył ramionami, niewiele ma o niej do powiedzenia. Coraz rzadziej ją widuje, nie bardzo wie, czy ona, to ona, bo chowa się przed nim, w oknie wystaje, obiadu nie chce ugotować, w ogóle to kurwi się codziennie nie wiadomo z kim i gdzie, sama skóra i kość, chudzina.

– Kiszki bym se kupił, takiej dobrej, głodzą mnie.

Patrzę na pana Zdzisława i widzę tylko jego mizerną twarz, same kości jarzmowe, skórę przykrywającą czoło, każdy szczegół, każdy mały kawałek układanki, nic tylko prochy naszych wspomnień.

– Z domu nie pozwalają wychodzić, to ta synowa, już nie wiem, a u mamusi co tam, u tatusia, żyją jeszcze, pomarli?

Kiedyś zazdrościłem panu Korydze męstwa, pewności  siebie, zawsze wiedział dokąd iść,  co robić. Dzisiaj wydaje się, że podmuch byle jakiego wiatru może go przewrócić, gdy tak ściska moją dłoń, pytając, od kogo jestem.

W zwolnionym tempie się porusza, jakby jakieś nieznane brzegi utrudniały mu dalsze kroki. Próbuje dotknąć niewidzialnej zasłony. Wszystko wiruje jak tęcza, która pokrywa całe niebo. Gdybym tylko mógł wiedzieć, dokąd zmierza.

– A ty co, idziesz żaby miśkować z tym pustym rozporkiem?

I nie czekając na odpowiedź, jakby to przez niego jakiś obcy głos przemawiał: – Oto wezwanie do żalu, do prawdziwego żalu. Nie można się ślizgać po powierzchni zła, trzeba sięgać do jego korzenia, do przyczyn, do całej wewnętrznej prawdy sumienia. Właśnie to chcę ci powiedzieć, dźwigając swój krzyż: „Nie płacz”.

Straciłem z oczu jego profil, nos zgrzybiały, oczy mgliste, włosy śnieżnobiałe, usta sine, w których większość zębów zmarnowanych i gnijących. Czułem dotknięcie jego zimnej dłoni, wchłaniałem w siebie jakieś nędzne skrawki zapachu starości, bez ładu i składu, mydło i powidło.

 

Waldemar Bawołek
ur. 1962 w Ciężkowicach, polski prozaik, laureat konkursu „Nowego Nurtu” i Wydawnictwa Kurpisz. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia: w 2015 za powieść „To co obok” oraz w 2018 za powieść „Echo słońca”.
POPRZEDNI

recenzja  

Czytanie non-fiction (2): Strategia księgowej

— Paulina Małochleb

NASTĘPNY

varia wiersz  

Wiersze

— Aleksander Trojanowski