fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format
Ilustracja Jaogdy Jankowskiej do tekstu Michała Wieczorka

Prawdę mówiąc, to po Flannery O’Connor chyba przestałem wierzyć, że to całe Amerykańskie Południe istnieje. Wcześniej mogłem podejrzewać, domyślać się, zachowywać sceptycyzm – teraz prawie wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Jasne, widziałem mapy, obejrzałem kilka filmów, miałem w dłoniach jakieś książki, kiedyś może nawet wybiorę się tam na wycieczkę. I co z tego? Temu miejscu jest w mojej głowie bliżej do Śródziemia niż, na przykład, Otwocka, a opowiadania O’Connor tylko pogłębiły to wrażenie. Nie, nie ma czegoś takiego jak Południe, a nawet jeśli kiedyś było, to dawno już przestało istnieć – to jedyne racjonalne wytłumaczenie.

Trudno inaczej odnieść się do tego zatrzęsienia rasistów, klasistów, hipokrytów i nienawistnych dewotów wylewających się z każdej strony zbioru „Ocalisz życie, może swoje własne”. Pogarda wydaje się najbardziej podstawową emocją, którą żywią postaci stworzone przez amerykańską pisarkę, ale jest tylko niezbyt skutecznym sposobem radzenia sobie z gniewem i rozpaczą, wynikającą z ich beznadziejnego położenia. Mieszkają przecież na Południu (co jest najistotniejszą przyczyną wszelkich problemów, choć żadne z nich tego przed sobą nie przyzna), a sytuacja, w której się znaleźli, jest zawsze najgorszą z możliwych. Pod nimi już tylko biała hołota, przeklęci grzesznicy, albo, co gorsza, Murzyni. I tak, owdowiałe właścicielki ziemskie gardzą swoimi pracownikami najemnymi, przez których jest im przecież tak ciężko (nie dociera do nich ironia tkwiąca w życiu z pracy innych i jednoczesnym pomstowaniu na ich lenistwo). Pracownicy najemni wyładowują się na zabierających im pracę uchodźcach z (a jakże!) Polski, albo przeklinają niegramatyczną i leksykalnie ograniczoną angielszczyznę głupich, leniwych Murzynów. Młodzi, piękni (choć bez przesady, na groteskowym Południu O’Connor wszyscy, nawet ci najpiękniejsi, są okropnie brzydcy), wykształceni i utalentowani z maleńkich miasteczek rozwodzą się na temat ignorancji swoich współmieszkańców i marudzą, że przez wszechobecną małomiasteczkowość nawet ich własny, niekwestionowalny talent, wtłoczony w ramy banalnej codzienności stanu Georgia, Floryda czy Alabama, nie może rozkwitnąć. Wreszcie, i to oni są najlepszym uosobieniem świata opisywanego przez Amerykankę, zgrzybiali, marudni starcy, przedstawiciele upadłych rodzin, przeklinają naiwnych i zidiociałych potomków, przez których wszystko zeszło na psy – do tego stopnia, że nawet Murzynom trzeba mówić „dzień dobry”, albo, co gorsza, siadać koło nich w autobusie.

Z naszej perspektywy trudno wyobrazić sobie relacje zachodzące między wszystkimi tymi absurdalnymi charakterami i przyjąć do świadomości, że istniał (a zdaniem niektórych wciąż istnieje) świat, w jakim podobna zbieranina, pozostawiona samej sobie, stworzyła względnie funkcjonujące społeczeństwo i wykształciła tradycje, o których można robić filmy, pisać książki i z których niektórzy czują nawet dumę. Jednak ludzie opisywani przez O’Connor przypominają stworzenia z obcej mitologii jedynie na pierwszy rzut oka. Bardziej uważna lektura pozwala dostrzec w nich niepokojące podobieństwa do nas samych.

Amerykańska pisarka odznacza się przede wszystkim doskonałym zmysłem obserwacji (co jest tym bardziej imponujące, że swoje najlepsze teksty napisała na odosobnionej farmie podczas walki z chorobą) i mimo nieprawdopodobnych ról, w jakich obsadza swoje postaci, dokładność odwzorowania ich emocji, aspiracji i niezliczonych rozczarowań jest godna podziwu. Wzięty z osobna, każdy z bohaterów zbioru „Ocalisz życie, może swoje własne” okazuje się człowiekiem, którego można zrozumieć, któremu można współczuć i którego można znienawidzić, nawet jeśli jego istnienie wciąż pozostaje nieprawdopodobne. Dopiero lektura całej książki w krótkim czasie zatruwa trochę odbiór opowiadań O’Connor, choć wciąż mowa o tekstach wybitnych. Problemem jest tu ogromne podobieństwo poszczególnych postaci – przeczytanie kilku opowiadań bez zamykania książki wywołuje wrażenie, że nie mamy już do czynienia z żywymi ludźmi, ale z zaledwie kilkoma ogólnymi typami, które głębszych cech nabierają jedynie w obliczu granicznych sytuacji. Dzieła O’Connor ciągle powtarzają te same schematy fabularne. Nie są to teksty dla miłośników suspensu, niespodzianek i eksperymentu – pisarka za każdym razem wyjmuje ze swojego przybornika kilka sprawdzonych kukiełek, wymyśla, czym im tym razem dokuczyć (doklejając elementy niezbędne do poprowadzenia fabuły) i kończy najczęściej śmiercią przynajmniej jednej z nich. Już po kilku stronach można przewidzieć, kto skończy z roztrzaskaną czaszką, poważnym okaleczeniem czy chociaż ze zrujnowaną psychiką, ale procesy ku temu wiodące oraz wymiar opisywanej tragedii wywierają za każdym razem równie mocne wrażenie.

Już po kilku stronach można przewidzieć, kto skończy z roztrzaskaną czaszką, poważnym okaleczeniem czy chociaż ze zrujnowaną psychiką

To podobieństwo nie jest poważną wadą (szczególnie jeśli będziecie czytać prozę Amerykanki w odpowiednich odstępach zamiast pędzić wzrokiem po stronach, by wyrobić się z recenzją przed terminem), bo naiwny podziw dla genialnej pisarki wyczarowującej mocą wyobraźni przejmujące teksty szybko ustąpi jeszcze większemu uznaniu dla wprawnej rzemieślniczki, która opanowała najważniejsze narzędzia i dopracowała do granic każdą ze swoich umiejętności (nawet jeśli zmusiło ją to do świadomego skupienia się wyłącznie na tym, w czym jest najlepsza). O’Connor potrafi wyciągnąć z każdego motywu i z każdego zdarzenia więcej niż mogłoby się na początku wydawać. Pozornie błahe sytuacje okazują się dla niezwykle zaangażowanych bohaterów przeżyciami monumentalnymi, nabierając zgoła biblijnego wymiaru i znaczeń. Skojarzenie z Biblią wynika nie tylko z głębokiej wiary O’Connor (katoliczki wychowanej w protestanckim regionie), przebijającej się często przez karty książki. Twórczość Amerykanki jest tym, czym byłaby właśnie Biblia, gdyby powstała gdzieś w okolicach Atlanty, a nie na Bliskim Wschodzie. Niechęć do faryzejskiej obłudy łączy się w twórczości O’Connor z zamiłowaniem do starotestamentowej brutalności, potęgując jeszcze bardziej wrażenie, że nie chodzi w tych tekstach o konkretne miejsca i ludzi, ale o wyłożenie prawd wiary nieznanej religii i praw rządzących pewną mityczną krainą, w której znaleźć można przede wszystkim przestrogę. Egzegeza takiej świętej księgi prowadzić może do zarazem przerażających i otrzeźwiających wniosków. Sprawiedliwość polega na tym, że Bóg czy też los (bo w praktyce na jedno wychodzi) rzuca wyroki na oślep, nie przejmując się specjalnie ludzkim postępowaniem. Za dobre uczynki może spotkać kara, za złe nagroda i trudno doszukiwać się w tym jakiejś logiki. Światem rządzi raczej kaprys siły wyższej, który jest równie nieuchronny i nieprzewidywalny niczym katastrofy naturalne. By uniknąć uderzenia pioruna czy utonięcia w powodzi wystarczy nie zatrzymywać się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Tylko że u O’Connor nikt nie ma pojęcia, które miejsca są odpowiednie, więc wszyscy błądzą po ogromnych przestrzeniach Południa. Łudzą się, że znajdą w końcu bezpieczne schronienie, a po drodze przewracają się bez przerwy, spychają słabszych na rzekomo gorsze pozycje i sami popychani są przez tych, którzy dawno wyzbyli się skrupułów.

Ci czytelnicy, którzy poświęcą tekstom Amerykanki więcej uwagi, wracając do nich niczym oddani chrześcijanie do Biblii i studiując każdy detal, z pewnością posiądą większą wiedzę na temat praw rządzących Południem, zwiększając tym samym szansę na uniknięcie surowych wyroków losu – przynajmniej w swoich oczach. Detale są właśnie tym, co wyróżnia opowiadania O’Connor i nadaje im ogromnej mocy. Tak jak w okolicach Jerozolimy każda historia stanowi doskonałą podstawę dla przypowieści, tak w okolicach Atlanty każdy szczegół obrasta w znaczenia, zachęcając do konstruowania autorskich hermeneutyk. Nawet tytuł zbioru, przypominający oświeconą mądrość rodem z poważnej księgi, okazuje się zaledwie fragmentem przydrożnej tablicy zalecającej ostrożną jazdę. „Ocalisz życie, może swoje własne” – niepewność i przypadkowość ludzkiego losu opisywana przez O’Connor czyni z tego zdania najlepsze wytłumaczenie dla zadziwiającego uporu, z jakim bohaterowie tych opowiadań brną przez swoją pozbawioną sensu i nadziei codzienność. Prą przed siebie, wystawiając się na nieprzewidywalność owego „może”, bo nie ma innej alternatywy niż pozostać w miejscu i umrzeć lub doświadczyć gorszego losu. Bo na Południu śmierć jest najczęściej jedyną formą łaski.

Jeśli, jak wspomniałem na początku, nie wierzę, że amerykańskie Południe, a w szczególności amerykańskie Południe Flannery O’Connor, może istnieć, to nie tylko dlatego, że trudno wyobrazić mi sobie ten świat – absurdalny, nieludzki i pełen bezsensownej przemocy dotykającej odpychających bohaterów, o których historia, miejmy nadzieję, dawno już zapomniała. Mimo tej obcości i nieprzekraczalnego dystansu (czasowego, geograficznego, ideologicznego), wyobrażenie go jest niekiedy zbyt łatwe. Dostrzegam w nim i w zamieszkujących go ludziach zbyt wiele podobieństw do tego, co otacza nas na co dzień, przez co przede wszystkim chyba nie chcę w niego wierzyć. To nie beznadziejność opisywanych sytuacji, dzikość Południa czy obrzydliwe, krwawe zakończenia są najbardziej niepokojące w opowiadaniach O’Connor. Najgorsze jest wywoływane przez nie przeświadczenie, że to wszystko nie dzieje się gdzieś daleko, w nierzeczywistym miejscu, w minionym czasie, ale że to może być czyjeś życie, może moje własne. Jeśli nie chcecie sięgnąć po „Ocalisz życie, może swoje własne” z powodu niezaprzeczalnych walorów literackich tego zbioru – w hierarchii amerykańskich pisarzy O’Connor bez wahania postawiłbym obok Faulknera, Steinbecka, Rotha czy McCarthy’ego, a w moim przekonaniu wyżej się nie da – zróbcie to chociaż po to, żeby się przygotować. Choć możemy wypierać Południe i próbować zachować od niego jak największą odległość, opowiadania Amerykanki nie pozostawiają wątpliwości – Południe najczęściej samo przychodzi do człowieka, a każdy dzień może być dniem sądu.

Opowiadania O’Connor nie pozostawiają wątpliwości – Południe najczęściej samo przychodzi do człowieka, a każdy dzień może być dniem sądu

Nie oznacza to jednak, że opisywany zbiór mogę polecić bezdyskusyjnie. Wspomniane już podobieństwo poszczególnych tekstów sprzyja raczej sporadycznej lekturze, wyłuskiwaniu pojedynczych opowiadań i zapominaniu o książce na dłuższy czas, być może z korzyścią dla własnego komfortu psychicznego. Problematyczne jest także możliwe uwikłanie O’Connor w opisywane przez nią postawy i, co chyba najgorsze, kwestionowalna jakość polskiego przekładu – te dwie kwestie wpłynęły dość mocno na moją przyjemność z lektury i warto przestrzec przed nimi potencjalnych czytelników.

Nie potrafię wyznaczyć granicy między O’Connor sytuującą się jako zewnętrzna obserwatorka w celu zdemaskowania największych wad często gloryfikowanego Południa, a O’Connor należącą jednak do krytykowanej społeczności i podzielającą opisywane sposoby myślenia czy postawy. Opowiadania płynnie łączą narrację z perspektywy zaangażowanych bohaterów z ironicznymi i subtelnymi komentarzami wszechwiedzącego podmiotu przyglądającego się wydarzeniom. Budzi to jednak wątpliwości, czy pogarda wylewająca się z kart książki jest podzielana jedynie przez poszczególne postaci, czy może samej pisarce również jest blisko do opisywanych uchybień. Celność, z jaką te opowiadania ilustrują klasizm, seksizm i rasizm potrafi być niepokojąca i nie jestem pewien, czy wynika to zawsze z chęci ostatecznego obnażenia i rozprawienia się z tymi postawami. O’Connor z jednej strony krytykuje szowinistów, a z drugiej w zdecydowanej większości opowiadań umieszcza kobiety w roli naiwnych matek, właścicielek ziemskich, radzących sobie jedynie dzięki pomocy zatrudnionych robotników czy przygłupich córek. Jeszcze gorzej wypadają tu stosunki rasowe, których obraz jest wręcz przytłaczająco obrzydliwy, a Amerykankę trudno obronić wskazując wyłącznie na chęć realistycznego opisu ówczesnego społeczeństwa. Osoby o kolorze skóry innym niż biały zdegradowane są do rangi podludzi, ale pisarka zasadniczo nie sprzeciwia się takiej sytuacji. Wykorzystuje rasizm raczej jako narzędzie do zarysowania okrucieństwa i ogólnego zepsucia moralnego. Być może potępia nienawiść, ale zapomina, że jej obiektem jest zawsze drugi człowiek – Murzyni w „Ocalisz życie, może swoje własne” właściwie nie zostają przedstawieni jako ludzie. Trudno nazwać ich nawet jednowymiarowymi postaciami, są raczej traktowani jak rekwizyty – mają stać w odpowiednim miejscu, „szczerzyć zęby” i znosić upokorzenia ze strony bardziej sprawczych bohaterów. Tam gdzie otrzymują trochę więcej wyróżniających cech i gdzie dane im jest odegrać jakąś rolę, w ostateczności i tak określani są przez wpływ, jaki wywarli na białych głównych bohaterów (a do tego niestety potwierdzają swoim zachowaniem rasistowskie uprzedzenia). Jeśli opowiadania Amerykanki uderzają w rasizm, to jedynie w ten najbardziej brutalny, wyraźny i bezpośredni – warto zastanowić się czy nie są jednak zarazem wynikiem głęboko zakorzenionego (i być może nieuświadomionego[1]) przekonania, że w centrum znajdować mogą się jedynie biali, podczas gdy pozostali ludzie powinni im usługiwać, od czasu do czasu przytakując, by podbudować ego swoich panów.

Wrażenie, że wszechobecna pogarda skierowana w stronę niższych warstw społeczeństwa jest także pogardą żywioną przez twórczynię tych opowiadań spotęgowane jest w dodatku przez przekład Michała Kłobukowskiego. Zdecydował się on oddać dialekt niewykształconych (i często czarnych) mieszkańców Południa, sięgając do osobliwej mieszanki polskich gwar i slangów. Dialogi upstrzone są potworkami pokroju „tamój”, „niceśmy” czy „najsampierw”, które i tak nie pozwalają dosięgnąć języka przywoływanego przez O’Connor i zrozumieć jego specyfiki. Zdania wypowiadane przez bohaterów sprawiają wrażenie nieudanych karykatur, a do tego są często trudne lub nawet niemożliwe do zrozumienia. Nawet gdyby taka strategia przekładowa przypadła komuś do gustu (choć moim zdaniem jest zwyczajnie nietrafiona), nie należy zapominać, że zbiór ukazał się dzięki pracy dwóch tłumaczy. Późniejsze teksty O’Connor zostały wydane w Polsce w latach siedemdziesiątych w doskonałych przekładach Marii Skibniewskiej, która zdecydowała się na używanie poprawnej polszczyzny, niekiedy tylko sięgając po „mie” czy „se” i w takiej też formie przedrukowane są w najnowszym wydaniu. Całość wygląda tak, jak gdyby Kłobukowski po prostu nie zapoznał się najpierw z pracą Skibniewskiej, przez co książka okazuje się okropnie nierówna. Nie pomaga również to, że teksty przełożone przez Kłobukowskiego po prostu nie dorównują dojrzałej twórczości O’Connor, chociaż także wśród nich znajdziemy opowiadania godne uwagi: „Pelargonia”, „Fryzjer”, „Plon” czy „Indyk”.

W rezultacie nie jestem pewien czy „Ocalisz życie, może swoje własne” jest właściwym sposobem na zapoznanie się z twórczością Amerykanki. Najlepsze opowiadania z tego zbioru już wcześniej były dostępne w polskim przekładzie, a tłumaczenia Kłobukowskiego mocno psują przyjemność z lektury. Do tego powiększają i tak pokaźną książkę o teksty mniej udane, których brak powinien doskwierać jedynie historykom literatury. Niemniej, Flannery O’Connor po prostu trzeba i warto znać – niewielu jest w historii autorów równie wielkich, których twórczość nawet po latach uderza z tak porażającą siłą. Jeśli kiedyś zastanawialiście się, jak wygląda krótka forma drobiazgowo dopracowana i doprowadzona do perfekcji, to nie musicie szukać dalej, nawet jeśli poszczególne opowiadania O’Connor nie najlepiej znoszą konfrontację z pozostałymi tekstami ze zbioru. Być może Amerykanka miała rację, pisząc, że trudno o dobrego człowieka. Jednak nieporównywalnie trudniej o równie dobrego pisarza.

 

[1] Ochota, z jaką O’Connor opowiadała znajomym rasistowskie żarty sugeruje jednak, że mogło być to, niestety, bardzo świadome.

Okładka Flannery O'Connor / Mały Format

Flannery O'Connor

„Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019, s. 606.

Michał Wieczorek
ur. 1995, studiuje filozofię i czasem filologię angielską w ramach Kolegium MISH UW. Publikował na Facebooku i Twitterze.
redakcjaPaulina Chorzewska
korekta Julia Lange
Okładka Flannery O'Connor / Mały Format

Flannery O'Connor

„Ocalisz życie, może swoje własne. Opowiadania zebrane", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019, s. 606.

POPRZEDNI

recenzja  

Krytyka negatywna (11): Nie będzie bolało

— Jakub Skurtys

NASTĘPNY

szkic  

Trzy opowieści o awansie klasowym

— Paweł Kaczmarski