fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Kacper Bartczak

poeta, tłumacz poezji, krytyk. Autor monografii o Johnie Ashberym (Peter Lang, 2006) oraz tomu esejów krytycznych „Świat nie scalony” (Biuro Literackie, 2009), za który otrzymał nagrodę „Literatury na Świecie”. Jego tomik „Wiersze organiczne” (Łódź, 2015) był nominowany do nagród Silesius i Gdynia. W 2013 roku, nakładem Instytutu Mikołowskiego, ukazał się tomik wierszy Petera Gizziego w jego przekładzie (współpraca z Andrzejem Sosnowskim), zatytułowany „Imitacja życia i inne wiersze”. W 2017 roku opublikował tom „Pokarm suweren” (Biuro Literackie). W 2018 roku ukazał się zbiór przełożonych przez niego utworów Rae Armantrout, „Ciemna materia” (Biuro Literackie). W 2019 opublikował dwie książki: tom poetycki „Naworadiowa” (Biuro Literackie), a także zbiór esejów „Materia i autokreacja” (słowo/obraz terytoria).

Kacper Bartczak

„Materia i autokreacja. Dociekania w poetyce wielościowej", słowo/obraz terytoria, Gdansk 2019, s. 322.

 

AF: Je­steś de­mo­kra­tą?

KB: De­mo­kra­cję wiążę z prze­ko­na­niem, że rze­czy­wi­stość ma cha­rak­ter pla­stycz­ny, ewo­lu­cyj­ny, nie­esen­cjo­nal­ny, czyli z po­sta­wą, w któ­rej na po­waż­nie trak­tu­je się przy­god­ność świa­ta – jego zdol­ność do nie­sie­nia nam ab­so­lut­nie całej pa­le­ty do­znań. De­mo­kra­cja to dla mnie po­sta­wa bę­dą­ca ak­tyw­ną od­po­wie­dzią na taką przy­god­ność, na wpi­sa­ną weń skoń­czo­ność ludz­kich form życia. De­mo­kra­cja to takie wła­śnie roz­po­zna­nie rze­czy­wi­sto­ści i jest to roz­po­zna­nie ca­ło­ścio­we, doj­mu­ją­ce do szpi­ku kości i się­ga­ją­ce w głąb duszy. Dla­te­go świa­do­mość de­mo­kra­cji ob­ja­wia się u ro­man­tycz­ne­go poety Whit­ma­na – jego to­tal­ny pro­jekt po­etyc­ki brał się ze świa­do­mo­ści końca po­przed­nie­go świa­ta i po­cząt­ku cze­goś no­we­go. To była próba uświa­do­mie­nia ciału in­dy­wi­du­al­ne­mu i zbio­ro­we­mu, jakim tek­to­nicz­nym prze­su­nię­ciem jest przej­ście w prze­strzeń de­mo­kra­cji. Prze­strze­nie przed-de­mo­kra­tycz­ne są usta­bi­li­zo­wa­ne, upo­rząd­ko­wa­ne, dane raz na za­wsze (w tym sen­sie, że same sie­bie tak po­strze­ga­ją). Prze­strzeń de­mo­kra­tycz­na taka nie jest. I przez to jest wiel­ką nie­wia­do­mą – w de­mo­kra­cji nie wia­do­mo, dokąd po­to­czy się hi­sto­ria. I jest nie­bez­piecz­na, bo prze­ni­ka nas w ca­ło­ści. Ale jed­no­cze­śnie jest, jak uwa­żam, naj­wyż­szą formą uczci­wo­ści wobec na­szej kon­dy­cji: kon­dy­cji przy­pad­ko­wych i za­nu­rzo­nych w skoń­czo­no­ści ma­te­rii bytów ob­da­rzo­nych du­cho­wo­ścią. Zo­sta­jąc na te­re­nie po­ezji i es­te­ty­ki – tak, je­stem de­mo­kra­tą, co ozna­cza dla mnie pod­nie­tę bio­rą­cą się ze świa­do­mo­ści, że nie wiem, czym bę­dzie mój wiersz. I że mogę żywić na­dzie­ję, że wier­szo­wi uda się sztucz­ka prze­two­rze­nia mar­twej przy­god­no­ści na żywą po­ten­cjal­ność.

AF: Roz­ma­wia­jąc o two­jej książ­ce, bę­dzie­my się po­ru­szać w ob­rę­bie okre­ślo­nej tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej – tra­dy­cji ame­ry­kań­skie­go prag­ma­ty­zmu – i to wła­śnie o sto­su­nek do tej tra­dy­cji chciał­bym cię na po­czą­tek za­py­tać. Czy twoja silna orien­ta­cja fi­lo­zo­ficz­no-li­te­rac­ka na prag­ma­tyzm wy­ni­ka z tego, że – jak pra­gnę­li jego twór­cy, m.​in Wil­liam James – stał się on współ­cze­śnie „ko­ry­ta­rzem ho­te­lo­wym” łą­czą­cym różne, czę­sto prze­ciw­staw­ne spo­so­by my­śle­nia? A może w twoim wy­pad­ku jest ra­czej tak, że do prag­ma­ty­zmu za­pro­wa­dzi­li Cię twoi li­te­rac­cy prze­wod­ni­cy i prze­wod­nicz­ki – m.​in. Ste­vens, Wil­liams, Gizzi, Ar­man­tro­ut, bo­ha­te­ro­wie ko­lej­nych roz­dzia­łów „Ma­te­rii i au­to­kre­acji”? Pi­szesz w pew­nym mo­men­cie – za Ha­rol­dem Blo­omem ko­men­tu­ją­cym Ste­ven­sa – że „po­ezja od­cho­dzi od fi­lo­zo­fii i jest wobec niej nad­rzę­dna. Fi­lo­zo­fia po­słu­gu­je się po­je­̨ci­ami (Byt, Wola Mocy etc.) i przy­da­je im sta­tu­su sta­bil­no­ści i pier­wot­no­ści, pod­czas gdy one są wy­two­ra­mi fi­gu­ra­tyw­nych gier, któ­rych je­dy­nym te­re­nem ma­cie­rzy­stym jest wiersz” (s. 163).

KB: Mo­że­my oczy­wi­ście po­ru­szać się w oko­li­cach pew­nej tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej, ale chcę za­uwa­żyć na wstę­pie, że ja w tej książ­ce – nie wiem, czy się zgo­dzisz – nie prze­py­cham jej na siłę. Mam na­dzie­ję, że to nie jest cia­sno wy­ty­czo­ny obręb, że są wy­czu­wal­ne otwar­cia, że nie­raz może nawet aż się prosi o ko­men­tarz do innej tra­dy­cji, jakoś spo­krew­nio­nej, albo ina­czej roz­wią­zu­ją­cej po­dob­ny pro­blem. Przy­cho­dzi mi do głowy De­leu­ze, któ­re­mu nie­raz bli­sko do prag­ma­ty­stów, ale który po­szedł w inną stro­nę, bo, jak sądzę, ina­czej czyta Nie­tz­sche­go i Spi­no­zę. I inne jesz­cze spoj­rze­nie na kwe­stie fi­lo­zo­fia a li­te­ra­tu­ra: pra­cu­jąc nad tą książ­ką zro­zu­mia­łem, że jed­nak fi­lo­zo­fię zo­sta­wiam za sobą, że do­cie­ram do otwar­cia, w któ­rym po­ję­cia fi­lo­zo­ficz­ne przy­da­ją się jako współ­rzęd­ne wstęp­ne, teo­rie po­zwa­la­ją­ce na wej­ście w roz­mo­wę, które póź­niej można, a nawet na­le­ży, zo­sta­wić za sobą. I może w ten spo­sób, nieco okręż­nie, do­cie­ra­my do tego nie­szczę­sne­go prag­ma­ty­zmu. Piszę „nie­szczę­sne­go”, bo to jest prze­cież tak skom­pro­mi­to­wa­ne słowo. Po­li­ty­cy go uży­wa­ją na­gmin­nie jako eu­fe­mi­zmu dla kłam­stwa i ma­tac­twa. Kiedy kla­sycz­ni prag­ma­ty­ści pi­sa­li o tym, że praw­da jest w spo­sób nie­unik­nio­ny po­wią­za­na z ludz­ki­mi dą­że­nia­mi, nie pro­po­no­wa­li przy­zwo­le­nia na kłam­stwo i ma­tac­two, tylko prze­my­śle­nie źró­deł i kon­tek­stów, dzię­ki któ­rym rodzi się w ogóle pro­blem z po­ję­ciem praw­dy. Co wię­cej, mój sto­su­nek do prag­ma­ty­zmu jako dys­cy­pli­ny jest bar­dzo luźny: nie je­stem w żad­nym aka­de­mic­kim klu­bie z ety­kiet­ką „prag­ma­tyzm”, co jest dość dla mnie nie­wy­god­ne, bo kor­po­ra­ty­za­cja hu­ma­ni­sty­ki bar­dzo za­chę­ca do przy­łą­cza­nia się do ta­kich klu­bów, a ja mam do tego silną awer­sję.

Więc ta wspa­nia­ła me­ta­fo­ra Ja­me­sa – prag­ma­tyzm jako przej­ście, ko­ry­tarz, może nawet spo­sób po­ru­sza­nia się w te­re­nie, na któ­rym dzia­ła­ją nieco sil­niej za­wią­za­ne i zde­fi­nio­wa­ne po­ję­cia – jest dla mnie jak naj­bar­dziej ak­tu­al­na. To jest me­ta­fo­ra, któ­rej nie po­wsty­dził­by się brat Wil­lia­ma, Henry. Prag­ma­ty­stów łączy próba odej­ścia od sche­ma­tów, w któ­rych sens jest wy­ni­kiem pro­ce­du­ry re­pre­zen­ta­cji: umysł zdaje ra­port z cze­goś, co ma po­sia­dać nie­za­leż­ny byt i ła­du­nek se­man­tycz­ny nie­za­leż­ny od tego umy­słu. Prag­ma­ty­ści tego ro­dza­ju sche­ma­ty uzna­wa­li za me­ta­fi­zycz­ne i tak po­ję­tej me­ta­fi­zy­ki pró­bo­wa­li uni­kać.

By jed­nak zwró­cić się ku naj­waż­niej­szej czę­ści py­ta­nia: przez wiele lat czy­ta­łem rów­no­le­gle pi­sa­rzy uzna­wa­nych za re­pre­zen­tan­tów tzw. „li­te­ra­tu­ry” oraz „fi­lo­zo­fii”. Do­tar­ło do mnie, że tych ety­kiet na­le­ży uży­wać z umia­rem, wa­run­ko­wo, w za­leż­no­ści od kon­tek­stu, w za­leż­no­ści od wa­run­ków aku­rat wy­ko­ny­wa­ne­go za­da­nia. Fi­lo­zo­fo­wie nie zro­bią w ję­zy­ku, a cza­sem też w sfe­rze po­ję­cio­wej, tego, co udaje się pi­sa­rzom; cza­sa­mi na­to­miast fi­lo­zo­fo­wie otwie­ra­ją po pro­stu pola za­gad­nie­nio­we, na któ­rych po­ezja bądź li­te­ra­tu­ra będą miały szan­sę się wy­da­rzyć. Bo po­ezja i li­te­ra­tu­ra są wszę­do­byl­skie, mocno rosz­cze­nio­we: nie wy­star­cza im, że na­zy­wa się je „pięk­ny­mi” – one chcą też po­ka­zać, że mają wiele do po­wie­dze­nia na temat myśli, tego jak ona prze­bie­ga, jak się kształ­tu­je, co ją or­ga­ni­zu­je. Są przy tym sa­mo­lub­ne, bo takie wła­śnie za­gad­nie­nia trak­tu­ją ra­czej jako po­żyw­kę wstęp­ną, a póź­niej może się nimi nieco nudzą i je po­rzu­ca­ją.

W tra­dy­cji ame­ry­kań­skiej – po­nie­waż mu­sia­ła się ona roz­wi­jać w try­bie sztucz­nie przy­spie­szo­nym, hi­sto­rycz­nie skon­den­so­wa­nym – te róż­ne­go ro­dza­ju po­wi­no­wac­twa, po­kre­wień­stwa czy też uzur­pa­cje są bar­dzo wi­docz­ne. U źró­deł tej tra­dy­cji – po­wiedz­my, że u Emer­so­na, Dic­kin­son i Whit­ma­na – dzia­ła jakaś pier­wot­na siła, która kru­szy po­dzia­ły na li­te­ra­tu­rę, my­śle­nie, fi­lo­zo­fię, re­li­gię, myśl po­li­tycz­ną i wska­zu­je na samą sie­bie jako ele­ment za­cząt­ku, który na­le­ży pod­trzy­mać. Prze­ży­cie ludz­kiej skoń­czo­no­ści i śmier­tel­no­ści, w wa­run­kach ma­te­rial­nie kształ­to­wa­nej rze­czy­wi­sto­ści hi­sto­rycz­nej wspól­no­ty, od­da­ne oraz kształ­to­wa­ne po­szu­ku­ją­cym no­wych for­muł ję­zy­kiem – to stały temat tych pi­sa­rzy. Stąd można wejść do róż­nych po­ko­jów: po­li­ty­ki, na­tu­ry, re­li­gii, ję­zy­ka, ciała, bio­lo­gii etc. A potem wró­cić do sa­me­go ko­ry­ta­rza. I tak samo jest u ame­ry­kań­skich mo­der­ni­stów: Wil­liam­sa, Ste­ven­sa, Stein. A także póź­nych mo­der­ni­stów, na przy­kład Ash­be­ry’ego.

AF: In­te­re­su­ją­ca jest forma, jaką przy­bie­ra­ją twoje roz­wa­ża­nia – to, przy­po­mnij­my, „d o c i e k a n i a w po­ety­ce wie­lo­ścio­wej”. Wiemy, że tek­sty, które zło­ży­ły się na „Ma­te­rię i au­to­kre­ację” to roz­bu­do­wa­ne ar­ty­ku­ły i wy­stą­pie­nia kon­fe­ren­cyj­ne z sze­ściu czy sied­miu lat two­jej dzia­łal­no­ści aka­de­mic­kiej i kry­tycz­nej. Nie­któ­re z nich po­wią­za­ne są dosyć sil­nie z twoją prak­ty­ką trans­la­tor­ską, z kolei twoje do­świad­cze­nie aka­de­mi­ka i tłu­ma­cza po­zo­sta­je w roz­po­zna­wal­nej (choć nie tak pro­sto opi­sy­wal­nej) za­leż­no­ści z twoim pi­sa­niem po­etyc­kim. Jak scha­rak­te­ry­zo­wał­byś pro­ces na­ro­dzin i prze­obra­żeń „do­cie­kań w po­ety­ce wie­lo­ścio­wej”? Ten Wit­t­gen­ste­inow­ski rys two­jej teo­rii i, po­wie­dział­bym, fi­lo­zo­fii wier­sza to coś, co było obec­ne w two­ich roz­wa­ża­niach od 2012 roku, czy to ra­czej „rzut oka za sie­bie” skło­nił cię do wy­na­le­zie­nia ta­kiej zbior­czej for­mu­ły dla prak­ty­ki in­ter­pre­ta­cyj­nej, ukła­da­ją­cej się na­tu­ral­nie w „zbiór szki­ców ple­ne­ro­wych”?

KB: Książ­ka zbie­ra te ar­ty­ku­ły w spo­sób upo­rząd­ko­wa­ny, za­sad­ny. Wszyst­kie one prze­szły wie­lo­krot­ną ob­rób­kę. To nie są już te same tek­sty i nie mam na myśli je­dy­nie ob­rób­ki re­dak­tor­skiej. Do­tar­ło do mnie, że przez wiele lat sta­ra­łem się roz­wi­jać jedną wspól­ną kon­cep­cję i ta książ­ką jest próbą jej bar­dziej spój­ne­go za­ry­so­wa­nia. Mimo iż jest tu spora roz­pię­tość te­ma­tycz­na i ga­tun­ko­wa, mimo iż po­zwa­lam sobie na wy­ciecz­ki au­to­bio­gra­ficz­ne – uwa­żam, że książ­ka pre­zen­tu­je jed­nak coś na kształt dość jed­no­li­tej kon­cep­cji. Cho­dzi więc o sil­niej­sze za­ry­so­wa­nie, ale bez ko­dy­fi­ko­wa­nia. Ter­min „do­cie­ka­nia” na­su­nął mi się pod ko­niec robót. Zda­łem sobie spra­wę, że uni­kam głę­bo­kie­go wcho­dze­nia w teo­rię – ra­czej po­dą­żam za im­pul­sem po­da­wa­nym przez sam tekst li­te­rac­ki, sta­ra­jąc się ten mój ogól­ny za­mysł trzy­mać może nieco na dy­stans. Nie pło­szyć go, nie mę­czyć twar­dy­mi stwier­dze­nia­mi, tylko jakoś za­pro­sić do wspól­nej gry. Ta me­to­da wiąże się też z wy­ra­żo­nym w przed­mo­wie prze­ko­na­niem, że tek­sto­wi li­te­rac­kie­mu przy­da­ję więk­szą pla­stycz­ność niż teo­rii, że tekst może prze­cie­rać szla­ki dla teo­rii, ale też póź­niej ewen­tu­al­nie mo­dy­fi­ko­wać czy jakoś – iro­nicz­nie – wy­wie­rać pre­sję na to, co teo­ria bę­dzie chcia­ła bar­dziej ugrun­to­wać. I to jest dla mnie – by po­wró­cić do po­przed­nie­go py­ta­nia – lek­cja prag­ma­ty­zmu, od Emer­so­na po Rorty’ego: li­te­ra­tu­ra wróci i za­ba­wi się z po­ję­cia­mi wy­pra­co­wy­wa­ny­mi przez fi­lo­zo­fię, za­ba­wi się, czyli na­gnie je, bo li­te­ra­tu­rze bli­żej do pla­stycz­ne­go stru­mie­nia na­zy­wa­ne­go ta­jem­ni­czo „ży­ciem”.

Oczy­wi­ście w tle byłem świa­do­my na­wią­zań wit­t­gen­ste­now­skich. My­śla­łem, że mam do nich prawo nie ze wzglę­du na ja­kieś nad­mier­ne kom­pe­ten­cje w dzie­dzi­nie fi­lo­zo­fii ana­li­tycz­nej, tylko ze wzglę­du na po­kre­wień­stwa za­cho­dzą­ce mię­dzy me­to­dą Wit­t­gen­ste­inow­skich do­cie­kań a am­bi­cja­mi li­te­rac­kie­go mo­der­ni­zmu. Pisze o tym świet­nie Mar­jo­rie Per­loff w książ­ce „Wit­t­gen­ste­in Lad­der” – po­mysł Wit­t­gen­ste­ina, żeby po­rzu­cić me­to­dę od­gór­nie zde­fi­nio­wa­ne­go pro­jek­tu i po­stę­po­wać drogą roz­pa­try­wa­nia po­je­dyn­czych przy­pad­ków/pro­ble­mów, w któ­rych pro­ble­mu lo­gicz­ne­go nie da się uj­rzeć bez uwy­pu­kle­nia war­stwy ję­zy­ko­wej – oka­zu­je się wła­ści­wie tym samym, co eks­pe­ry­ment for­mal­ny Stein, Bec­ket­ta, czy też nie­któ­rych po­etów współ­cze­snych. Ale można to po pro­stu ro­zu­mieć jako próbę po­wie­dze­nia cze­goś bez to­por­nej na­uko­wo­ści i do­wo­dze­nia, przez stałe po­zo­sta­wa­nie w płyn­nej sfe­rze na­my­słu, próby, eks­pe­ry­men­tu. Za­cho­dzi tu z pew­no­ścią ry­zy­ko nie­kom­plet­no­ści, nie­do­po­wie­dze­nia, wli­czam je jakoś w ogól­ny ra­chu­nek.

AF: Przejdź­my do za­sad­ni­czej tre­ści two­ich do­cie­kań, któ­rych kul­mi­na­cją są roz­wa­ża­nia nad wier­szem „Wio­sna i wszyst­ko” Wil­liam­sa. Zo­sta­je tutaj prze­rzu­co­ny po­most po­mię­dzy kon­cep­cja­mi wier­sza-ja­ko-or­ga­ni­zmu-mó­wią­ce­go („Świat nie sca­lo­ny”) a wier­sza-ja­ko-śro­do­wi­ska („Ma­te­ria i au­to­kre­acja”). Na czym po­le­ga ta prze­mia­na?

KB: Wiesz, myślę, że wiersz-ja­ko-or­ga­nizm-mó­wią­cy to próba wyj­ścia z im­pa­sów roz­bu­cha­ne­go tek­stu­ali­zmu, z któ­re­go da­ra­mi i prze­kleń­stwa­mi ra­dzi­łem sobie jesz­cze na prze­ło­mie lat 90. i 2000. Trze­ba pa­mię­tać tam­ten kli­mat – kry­tycz­ny, kon­cep­cyj­ny, ale też es­te­tycz­ny. Tek­stu­alizm Ash­be­ry’ego, So­snow­skie­go, Siw­czy­ka, Me­lec­kie­go uwa­ża­łem za wy­zwo­le­nie, przede wszyst­kim z przy­cięż­kich ba­la­stów hi­sto­rycz­nych na­szej po­ezji. I było w tym mnó­stwo nie­zwy­kłej no­śno­ści po­etyc­kiej. Ogrom­ny po­wiew świe­żo­ści. I różne od­mia­ny ar­gu­men­tu de­kon­struk­cyj­ne­go: de Man, Der­ri­da, ale też Sła­wek, Mar­kow­ski, to po­zwa­la­ło do­trzeć do wielu rze­czy, które były – i nadal są, cho­ciaż tu pew­nie tego nie omó­wi­my  – czymś o wiele wię­cej niż miał­kie ro­zu­mie­nie hasła, że „nie ma nic prócz tek­stu”.

Z dru­giej stro­ny moje wy­ciecz­ki na te­re­ny ame­ry­kań­skie, po­wiedz­my że do źró­deł prag­ma­ty­zmu, do Pe­ar­ce’a, do Ja­me­sa, ale też do po­etów, np. do linii Wil­liams-Cre­eley – ka­za­ły mi po­szu­ki­wać spo­so­bów my­śle­nia, które wy­naj­du­ją kom­pro­mi­sy mię­dzy ję­zy­ko­wo­ści a ma­te­rial­no­ścią, przede wszyst­kim ma­te­rial­no­ścią ciała. Po­mysł był więc taki – i to jest po­mysł, przy­zna­ję, pu­ry­tań­ski, który póź­niej zo­sta­je zmo­dy­fi­ko­wa­ny przez ro­man­tyzm Whit­ma­na i Dic­kin­son – in­ten­syw­na praca w wy­po­wie­dzi ję­zy­ko­wej nie­sie ze sobą ślady in­ten­syw­ne­go prze­ży­cia psy­cho­so­ma­tycz­ne­go, a więc sta­no­wi zapis, czy też nawet ma­try­cę dzia­ła­nia w świe­cie, dla ucie­le­śnio­nej, kon­kret­nej pod­mio­to­wo­ści. Można by więc po­wie­dzieć, że to była próba my­śle­nia o wy­łu­ska­niu ja­kie­goś „ciała” z wier­szy tek­stu­al­nych.

AF: Są w dru­giej czę­ści książ­ki dwa mo­men­ty, które z róż­nych, choć nie tak od­le­głych od sie­bie wzglę­dów, szcze­gól­nie mnie in­te­re­su­ją. Pierw­szy to „ów […] więk­szy wiersz po­cho­dzą­cy z dziw­ne­go ze­wnę­trza, który na­pro­mie­nio­wu­je za­rów­no ma­te­rię, jak i psy­chi­kę” (s. 242). Ujęła mnie sama kon­struk­cja tego po­ję­cia, która uświa­do­mi­ła mi chyba do­pie­ro mo­dal­ność i ope­ra­tyw­ność for­mu­ły „wier­sza” w twoim dys­kur­sie. Drugi to twoja roz­mo­wa-po­le­mi­ka z An­drze­jem So­snow­skim i ro­dzaj prze­kro­cze­nia ho­ry­zon­tu „Psal­mu” (z jego słyn­nym, re­gre­syw­no-no­stal­gicz­nym, nie­mal la­men­ta­cyj­nym „Gdzie jesz­cze może uciec, gdzie ma się scho­wać takie życie?”), jaki pro­po­nu­jesz. Wiersz, jak wszyst­ko, zo­stał zha­ko­wa­ny, i co wobec tego?

KB: Kiedy opadł już pył spo­rów o tek­stu­alizm i za­czy­na­ły nam do­skwie­rać po­waż­nie za­awan­so­wa­ne sta­dia glo­ba­li­za­cji, trze­ba było nieco, po­wiedz­my, utaj­nić, bądź też wy­co­fać ten za­ry­so­wu­ją­cy się w po­przed­niej kon­cep­cji ucie­le­śnio­ny pod­miot. Bo jego cie­le­sność była ro­dza­jem otwar­cia i jako taka sta­no­wi­ła też do­stęp do jego psy­cho­so­ma­ty­ki, a także psy­cho­lo­gii, sfery prze­ży­cia emo­cjo­nal­ne­go i psy­chicz­ne­go. I w tym nowym świe­cie jest to sfera pod­da­na ogrom­nej pre­sji, sfera na­ra­żo­na, którą trze­ba chro­nić. Samo eks­ta­tycz­ne do­świad­cze­nie so­ma­tycz­ne już nie wy­star­cza – po­nie­waż jest ono też zbyt ufnym od­sło­nię­ciem sfery psy­chicz­nej, emo­cjo­nal­nej, afek­tyw­nej pod­mio­tu w cza­sach in­ten­syw­nych pre­sji psy­cho-po­li­tycz­nych. Od ja­kie­goś czasu znaj­du­je­my się w sys­te­mie per­ma­nent­ne­go kry­zy­su, w jakiś spo­sób pod­krę­ca­ne­go przez dzia­ła­nia wła­dzy, i jest to za­wsze kry­zys bom­bar­du­ją­cy sferę psy­chicz­ną. Po­wiedz­my więc, że wiersz-ja­ko-śro­do­wi­sko to taki unik, prze­gru­po­wa­nie pod­mio­tu, jego czę­ścio­we roz­pro­sze­nie w celu pod­ję­cia bar­dziej zło­żo­nej gry z tre­ścia­mi przy­cho­dzą­cy­mi do nas ze stro­ny tzw. „świa­ta ze­wnętrz­ne­go”, który co praw­da, jak za­uwa­żył An­drzej So­snow­ski, uległ za­ła­ma­niu pod wpły­wem nad­mier­ne­go na­siąk­nię­cia zmu­to­wa­ną papką me­dial­no-ide­olo­gicz­ną, ale który wła­śnie przez to jest ro­dza­jem sub­stan­cji nie­zmier­nie nie­bez­piecz­nej dla cze­goś, o co po­win­no cho­dzić – do­brze po­my­śla­nej in­dy­wi­du­acji .

Moje nowe wier­sze to śro­do­wi­ska do zmon­to­wa­nia sobie przy­bor­ni­ka wła­snej in­dy­wi­du­acji, co jest też ge­stem obro­ny prze­ciw in­wa­zyj­no­ści in­ten­syw­nej psy­cho-po­li­ty­ki.

Wra­ca­jąc do py­ta­nia: cóż wobec tego? No wła­śnie in­dy­wi­du­acja, czyli pro­jekt ab­sur­dal­nej wiary w pew­ne­go ro­dza­ju au­ten­tycz­ność: au­ten­tycz­ność swo­jej sztucz­no­ści, która stara się nie re­zy­gno­wać z od­wi­ro­wy­wa­nia i uzdat­nia­nia szko­dli­wych tre­ści po­da­nych przez ośrod­ki współ­cze­snej głu­po­ty. Na przy­kład głu­pią wła­dzę (czyli taką, która gra o za­cho­wa­nie wła­dzy), głu­pie po­my­sły za­rzą­dza­nia emo­cją, wie­dzą, in­te­li­gen­cją. Wiersz jest nadal do tego zdat­ny i zdol­ny do prze­ciw­dzia­ła­nia tym zja­wi­skom. Jest apa­ra­tem wy­czu­le­nia, jest pre­cy­zyj­ny, po­tra­fi sku­tecz­niej niż inne formy roz­mon­to­wać re­to­rycz­ne ma­ni­pu­la­cje, któ­ry­mi po­słu­gu­ją się na przy­kład wspo­mnia­ne już ośrod­ki wła­dzy. Ale jest jesz­cze coś in­ne­go – nie tylko ten ruch ne­ga­tyw­ny, roz­mon­to­wu­ją­cy. Otóż ten ruch nie bie­rze się zni­kąd – jest on wy­ni­kiem pracy wier­sza, a to jest już jakaś jed­nost­ka po­zy­tyw­na. Prze­ro­bie­nie pew­nej po­ła­ci śro­do­wi­ska psy­cho-po­li­tycz­ne­go, jego ewen­tu­al­ne uzdat­nie­nie, to prze­cież jed­no­cze­śnie jakaś kon­struk­cja, ja­kieś nowe za­wią­za­nie. A zatem rów­nież gest obron­ny. Wiersz jest też ak­tyw­ną ochro­ną tkan­ki psy­chicz­nej pod­mio­tu, ale ta­kiej, która stara się po­zo­sta­wać w sta­łej ko­mu­ni­ka­cji z ję­zy­kiem, cia­łem, ma­te­rią. Jeśli te ob­sza­ry życia są ze sobą po­łą­czo­ne, to owa łącz­li­wość nie­sie ze sobą wiele nie­bez­pie­czeństw. Ale może też być atu­tem. Ruch ję­zy­ko­wy, który broni się przed ma­ni­pu­la­cją, jest też wzmoc­nie­niem wła­snej sfery psy­cho­so­ma­tycz­nej.

AF: Wspo­mnia­łeś wcze­śniej De­leu­ze’a i to, jak kil­ka­krot­nie ocie­rał się o prag­ma­tyzm, wy­bie­ra­jąc jed­nak osta­tecz­nie inną ścież­kę. Chciał­bym teraz do tego wró­cić. Pi­szesz w za­koń­cze­niu książ­ki (s. 280): „O ta­kich tek­stach nie da się prze­cież po­wie­dzieć, że się je czyta. W nich się uczest­ni­czy i jest to uczest­nic­two w bo­ga­tym, nie­jed­no­rod­nym śr­od­ow­isku, do któ­re­go do­stęp zy­sku­je­my wła­śnie w prze­strze­ni wier­sza”. Brzmi to zu­peł­nie jak De­leu­zjań­skie za­stą­pie­nie in­ter­pre­ta­cji eks­pe­ry­men­tem, wpro­wa­dze­niem do lek­tu­ry ele­men­tu wy­da­rze­nio­we­go; eks­pe­ry­ment to zresz­tą pod­sta­wo­wy ele­ment słow­ni­ka prag­ma­ty­zmu. Nie bra­ku­je też in­nych po­ję­cio­wych/struk­tu­ral­nych ana­lo­gii (spo­ty­ka­na po obu stro­nach za­sad­ni­czo wie­lo­ścio­wa kon­cep­cja sztu­ki; dzie­ło sztu­ki jako po­mnik, a wiersz jako rzez­́ba-sil­nik/rzez­́ba-oł­tarz). Cza­sa­mi te po­wi­no­wac­twa wy­da­ją się sil­niej­sze, cza­sa­mi sta­no­wią je­dy­nie ro­dzaj struk­tu­ral­ne­go lub po­ję­cio­we­go echa. Gdzie wi­dział­byś rze­czy­wi­ste punk­ty stycz­ne z tą myślą, a gdzie wy­czu­wasz mo­men­ty naj­sil­niej­sze­go ro­zej­ścia?

KB: Zga­dza się. Z tym że jed­nak, o ile ro­zu­miem, es­te­ty­ka De­leu­zjań­ska nie za bar­dzo do­ce­nia sam akt kon­struk­cji, praw­da? Za­wsze bę­dzie przed­kła­dać im­puls mo­le­ku­lar­ny ponad mo­lo­wym, jak pisze póź­niej­szy De­leu­ze. A wiersz to chyba jed­nak jed­nost­ka mo­lo­wa. I to nie jest róż­ni­ca ba­nal­na. Ona do­ty­czy in­ne­go spoj­rze­nia na po­ję­cie życia. Ja trzy­mam z prag­ma­ty­sta­mi: życie to jed­nost­ka or­ga­ni­za­cyj­na, która dba o swoją zdol­ność re­or­ga­ni­za­cyj­ną, czyli taką, która po­zwo­li jej od nowa zde­fi­nio­wać swoje po­ło­że­nie po tym, kiedy śro­do­wi­sko się zmie­ni. Celem tego życia jest in­dy­wi­du­acja – ale nie, oczy­wi­ście, na­iw­ny i ślepy, ide­ali­stycz­ny in­dy­wi­du­alizm ro­man­tycz­ny – tylko wie­lo­po­zio­mo­wa, po­zo­sta­ją­ca w kon­tak­cie ze śro­do­wi­skiem in­te­li­gen­cja or­ga­ni­zmu, który wie­rzy, że może uczest­ni­czyć w swo­jej ewo­lu­cji – czyli au­to­kre­acji. De­leu­zjań­skie de­fi­ni­cje życia są dla nie zbyt stru­mie­nio­we. Nie za­wie­ra­ją w sobie ele­men­tu oporu wobec tej stru­mie­nio­wo­ści, która i tak za­wsze do­pa­da nas z ze­wnątrz. Albo ina­czej: De­leu­ze bie­rze się z tego Nie­tz­sche­go, który pisze o ja­kiejś bez­kształt­nej sile prze­ni­ka­ją­cej całą ma­te­rię. A ja wolę Nie­tsche­go w lek­tu­rach Alek­san­dra Ne­ha­ma­sa: to fi­lo­zof es­te­tycz­nej au­to­kre­acji.

AF: Mó­wisz, że staw­ką jest in­dy­wi­du­acja. Wspo­mi­nasz też wie­lo­krot­nie o eko­lo­gicz­nej, uzdat­nia­ją­cej go­spo­dar­ce no­wo­cze­sne­go wier­sza, o jego nie­uchron­nie (samo)oczysz­cza­ją­cym cha­rak­te­rze. Po­wiedz, pro­szę, na ko­niec, czym jest owo „puste ciało for­mal­ne” no­wo­cze­sne­go wier­sza, do któ­re­go do­cie­rasz w fi­na­ło­wym, bra­wu­ro­wym eseju? Czym ono – to ciało – się żywi?

KB: To puste pole for­mal­ne wier­sza to taka za­aran­żo­wa­na w nim opu­sto­sza­łość, wy­two­rzo­na przez akt na­dziei na to, że to bę­dzie dobry wiersz, że okaże się dobry, że on sam bę­dzie do­brym wier­szem, albo że po nim przyj­dzie dobry wiersz, że powie, czym jest jego życie, czym może być, jaki może przy­jąć kształt. Ostat­nio sie­dzę sporo w wier­szach Pe­te­ra Gizzi. W jed­nym z nich jest mowa o „życiu nie­prze­ży­tym w żaden inny spo­sób”. O to cho­dzi: o go­to­wość na prze­isto­cze­nie się w formę życia, w jakiś jego nowy kształt, który od nowa opo­wie o przy­go­dzie życia w ma­te­rii. To pole żywi się tym, czym aku­rat musi, po­ten­cjal­nie wszyst­kim. Ale żywić się to nie zna­czy po­wie­lać, ko­pio­wać, wy­zna­wać. To zna­czy szu­kać no­we­go kształ­tu.

Kacper Bartczak

poeta, tłumacz poezji, krytyk. Autor monografii o Johnie Ashberym (Peter Lang, 2006) oraz tomu esejów krytycznych „Świat nie scalony” (Biuro Literackie, 2009), za który otrzymał nagrodę „Literatury na Świecie”. Jego tomik „Wiersze organiczne” (Łódź, 2015) był nominowany do nagród Silesius i Gdynia. W 2013 roku, nakładem Instytutu Mikołowskiego, ukazał się tomik wierszy Petera Gizziego w jego przekładzie (współpraca z Andrzejem Sosnowskim), zatytułowany „Imitacja życia i inne wiersze”. W 2017 roku opublikował tom „Pokarm suweren” (Biuro Literackie). W 2018 roku ukazał się zbiór przełożonych przez niego utworów Rae Armantrout, „Ciemna materia” (Biuro Literackie). W 2019 opublikował dwie książki: tom poetycki „Naworadiowa” (Biuro Literackie), a także zbiór esejów „Materia i autokreacja” (słowo/obraz terytoria).

Kacper Bartczak

„Materia i autokreacja. Dociekania w poetyce wielościowej", słowo/obraz terytoria, Gdansk 2019, s. 322.

An­drzej Frą­czy­sty
re­dak­tor „Ma­łe­go For­ma­tu".
korekta Jakub Nowacki
NASTĘPNY

szkic  

Materia i autokreacja: dociekania w poetyce wielościowej (fragmenty)

— Kacper Bartczak