fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

 

Dla M.

Maria Du­lę­bian­ka (1858‒1919) i Maria Ko­nop­nic­ka (1842‒1910) spę­dzi­ły razem dwa­dzie­ścia lat, a roz­łą­czy­ła je do­pie­ro śmierć tej dru­giej. Wspól­nie miesz­ka­ły, po­dró­żo­wa­ły, uczest­ni­czy­ły w życiu ro­dzin­nym, tro­skli­wie i z od­da­niem opie­ko­wa­ły się sobą na­wza­jem w cho­ro­bie, każdą ży­cio­wą de­cy­zję po­dej­mo­wa­ły z uwzględ­nie­niem part­ner­ki. Wspie­ra­ły się i dą­ży­ły do sie­bie, nie­rzad­ko idąc na ogrom­ne kom­pro­mi­sy. Miały wspól­ne domy, meble, pie­nią­dze, plany i ma­rze­nia. Mu­sia­ły być bar­dzo do­bry­mi przy­ja­ciół­ka­mi. Na prze­kór pręż­nie roz­wi­ja­ją­cym się ba­da­niom nad qu­eero­wą hi­sto­rią w ten spo­sób re­la­cję Du­lę­bian­ki i Ko­nop­nic­kiej zin­ter­pre­to­wa­ła Ka­ro­li­na Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka, au­tor­ka wy­da­nej w 2022 roku bio­gra­fii „Sa­mot­ni­ca. Dwa życia Marii Du­lę­bian­ki”.[1]

Eman­cy­pant­ka, nie les­bij­ka

Na ko­niec zo­staw­my wątek naj­bar­dziej oczy­wi­sty i jed­no­cze­śnie przy­spa­rza­ją­cy au­tor­ce naj­wię­cej trud­no­ści – zwią­zek z Ko­nop­nic­ką. Nawet gdyby uznać, że ko­bie­ty rze­czy­wi­ście były tylko przy­ja­ciół­ka­mi – że łą­czy­ło je ser­decz­ne, pla­to­nicz­ne uczu­cie mo­ty­wo­wa­ne po­szu­ki­wa­niem swo­bo­dy, któ­rych nie za­zna­ły­by u boku męż­czy­zny, jak zdaje się to ro­zu­mieć au­tor­ka – nie eli­mi­nu­je to wątku nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­no­ści Du­lę­bian­ki. Orien­ta­cja sek­su­al­na, szcze­gól­nie gdy od­bie­ga od więk­szo­ścio­wej normy, jest jed­nym z czyn­ni­ków sil­nie de­ter­mi­nu­ją­cych bieg ludz­kie­go życia, po­dob­nie jak klasa spo­łecz­na, toż­sa­mość płcio­wa czy kolor skóry. Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka nigdy jed­nak wprost nie od­no­si się do tego te­ma­tu, nie pró­bu­je ująć ży­cio­ry­su swo­jej bo­ha­ter­ki w ramy hi­sto­rii qu­eero­wej, nawet gdy się do ta­kich od­czy­tań od­wo­łu­je, a ko­lej­ne etapy życia Du­lę­bian­ki ana­li­zu­je z per­spek­ty­wy fe­mi­ni­stycz­nej lub po­zo­sta­wia bez ko­men­ta­rza, nie bio­rąc pod uwagę teo­rii qu­eero­wych. W ten spo­sób po­ka­zu­je, że nie od­ro­bi­ła lek­cji z fe­mi­ni­zmu, który współ­cze­śnie jest nie­ro­ze­rwal­ny z qu­eerem, po­dob­nie jak hi­sto­ria ko­biet – z hi­sto­rią osób LGBTQ+. Te dzie­dzi­ny czer­pią z sie­bie na­wza­jem i czę­sto się za­zę­bia­ją. W lek­tu­rze „Sa­mot­ni­cy” co krok daje się od­czuć ten brak.

Naj­wy­raź­niej­szy chyba przy­kład do­ty­czy mę­skiej eks­pre­sji płcio­wej Du­lę­bian­ki: re­la­cje zna­ją­cych ją osób wska­zu­ją na to, że „męski” strój był sta­łym ele­men­tem jej toż­sa­mo­ści. Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka ‒ po­mi­mo za­zna­cze­nia, że Du­lę­bian­ka „zde­cy­do­wa­nie wy­róż­nia­ła się na tle współ­cze­snych sobie ko­biet” (153) ‒ tłu­ma­czy tę cha­rak­te­ry­sty­kę jako godną ty­po­wej eman­cy­pant­ki, „bo mę­skość zna­czy wol­ność. Od­po­wied­ni strój może więc stać się tar­czą prze­ciw­ko świa­tu, bez­piecz­nym uni­for­mem, prze­pust­ką do upra­gnio­nej swo­bo­dy” (145). Rów­nież krót­kie fry­zu­ry są ozna­ką jed­nej tylko toż­sa­mo­ści: „Nie­jed­na eman­cy­pant­ka wy­bie­ra taką fry­zu­rę: pro­stą, prak­tycz­ną, »męską«” (145). Nie­wąt­pli­wie część eman­cy­pan­tek za po­mo­cą ubio­ru ma­ni­fe­sto­wa­ła swoje po­glą­dy i dą­ży­ła do wol­no­ści. Nie można jed­nak po­mi­jać faktu, że „męski” ubiór czy krót­kie fry­zu­ry były także ty­po­wym spo­so­bem eks­pre­sji za­rów­no nie­któ­rych nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nych ko­biet, jak i trans­pł­cio­wych męż­czyzn. Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka cy­tu­je nawet frag­ment „Ho­mo­bio­gra­fii” Krzysz­to­fa To­ma­si­ka, w któ­rym de­fi­niu­je on zwią­zek Du­lę­bian­ki i Ko­nop­nic­kiej za po­mo­cą tra­dy­cyj­nych les­bij­skich ter­mi­nów „butch” i „femme”. Au­tor­ka „Sa­mot­ni­cy” od­rzu­ca jed­nak tę in­ter­pre­ta­cję: „Choć po­zor­nie można przy­po­rząd­ko­wać te role także Ma­riom, a for­mu­ła wy­da­je się po­ręcz­na, rze­czy­wi­stość prze­ło­mu dzie­więt­na­ste­go i dwu­dzie­ste­go wieku oka­zu­je się bar­dziej zło­żo­na. Czy te ka­te­go­rie nie są zbyt ana­chro­nicz­ne?” (407). Nawet gdy bie­rze póź­niej pod uwagę, że współ­cze­sna ter­mi­no­lo­gia być może po­zwa­la le­piej zro­zu­mieć Du­lę­bian­kę, szyb­ko wy­co­fu­je się z tej hi­po­te­zy:

Rów­no­cze­śnie warto pa­mię­tać, jak wie­lo­znacz­na by­wa­ła ta ze­wnętrz­na »mę­skość«. Czę­sto miała inne pod­ło­że, sta­jąc się sym­bo­lem nie­za­leż­no­ści, ma­ni­fe­stem po­stę­po­wych po­glą­dów. Cza­sem, jak w przy­pad­ku Rosy Bon­heur, sta­wa­ła się wręcz na­rzę­dziem po­ma­ga­ją­cym zy­skać więk­szą swo­bo­dę. Krót­kie włosy i ko­szu­lę z kra­wa­tem no­si­ła choć­by Ju­sty­na Bu­dziń­ska-Ty­lic­ka. Ra­dy­kal­na fe­mi­nist­ka, ale także szczę­śli­wa – jak się zdaje – żona i matka. (408)

Po­dob­nie do Du­lę­bian­ki Rosa Bon­heur wcho­dzi­ła w związ­ki wy­łącz­nie z ko­bie­ta­mi. Jed­nak przy­to­czo­na in­ter­pre­ta­cja każe są­dzić, że ich spo­sób eks­pre­sji wy­ni­kał je­dy­nie z toż­sa­mo­ści eman­cy­pant­ki, nie les­bij­ki.

Dzimira-Zarzycka nie odrobiła lekcji z feminizmu, który współcześnie jest nierozerwalny z queerem, podobnie jak historia kobiet – z historią osób LGBTQ+. W lekturze »Samotnicy« co krok daje się odczuć ten brak

A gdyby przy­jąć, że Du­lę­bian­ka była bucz­ką, a Ko­nop­nic­ka femką? Wów­czas można by do­strzec inne ty­po­we ele­men­ty ce­chu­ją­ce wiele par jed­no­pł­cio­wych. Na przy­kład nie­zbyt mocne przy­wią­za­nie do swo­je­go gen­de­ru. Ko­bie­ty w żar­tach mię­dzy sobą wcie­la­ły się nie­raz w role maj­stra i chłop­ca (243) lub maj­stra i szew­ca (152). Wia­do­mo też, że star­sza part­ner­ka nada­ła młod­szej męski przy­do­mek i czę­sto tak o niej pi­sa­ła, nawet w li­stach do bli­skich: „Pie­trek blady i mężny nic się nie bał, tylko mnie bro­nił”. Warto za­zna­czyć, że w od­nie­sie­niu do „Pietr­ka” uży­wa­ła mę­skich za­im­ków. Au­tor­ka bio­gra­fii za­sta­na­wia się, czy Du­lę­bian­ka ma­ni­fe­stu­je „nie­dba­łość o strój i wy­tar­te łok­cie”, czy „pewną ze­wnętrz­na »mę­skość«”, po czym jed­nak ka­pi­tu­lu­je: „Nie wia­do­mo” (152).

Marie spo­ty­ka­ły w swo­ich śro­do­wi­skach licz­ne les­bij­skie pary. W śro­do­wi­sku li­te­rac­kim ich drogi krzy­żo­wa­ły się na przy­kład z Pau­li­ną Ku­czal­ską-Re­in­sch­mit i Jó­ze­fą Bo­ja­now­ską czy Marią Ro­dzie­wi­czów­ną, któ­rej to­wa­rzy­szy­ła He­le­na Wey­chert, na­to­miast w bli­skim Du­lę­bian­ce świat­ku ma­lar­skim Pa­ry­ża mogły spo­ty­kać choć­by Annę Klump­ke, drugą part­ner­kę Rosy Bon­heur, Ga­briel­le de Veaux Cle­ments i Ellen Day Hale. Wia­do­mo rów­nież, że Du­lę­bian­ka ko­re­spon­do­wa­ła z ma­lar­ką Ma­de­le­ine Zil­l­hardt, part­ner­ką Lo­uise Ca­the­ri­ne Bre­slau, rów­nież ma­lar­ką. Du­lę­bian­ka nie tylko ota­cza­ła się ko­bie­ta­mi, lecz także in­spi­ro­wa­ła się nimi w swo­jej twór­czo­ści, co za­uwa­ża Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka: „Raz jest to »Za­du­ma­na« (pro­fil mło­dej ko­bie­ty o de­li­kat­nej uro­dzie), raz dama w ka­pe­lu­szu, kiedy in­dziej mała »Sie­ro­ta«, dziew­czy­na otu­lo­na pe­le­ry­ną czy para me­lan­cho­lij­nych, za­pa­trzo­nych w dal sta­ru­szek” (126). Jej obraz „Chloe” to ko­bie­cy akt, który przed­sta­wiał bo­ha­ter­kę „an­tycz­ne­go ro­man­su roz­gry­wa­ją­ce­go się na wy­spie Les­bos” (162). Nie można od­mó­wić au­tor­ce rze­tel­no­ści w od­no­to­wa­niu sil­nie za­zna­cza­ją­cej się w ży­cio­ry­sie Du­lę­bian­ki kul­tu­ry les­bij­skiej. In­for­ma­cje te po­zo­sta­ją jed­nak roz­rzu­co­ne w tek­ście, nie­omó­wio­ne, a zatem nie dość istot­ne, zda­niem au­tor­ki, by opi­sać je w kon­tek­ście nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­no­ści ma­lar­ki.

„Ku­szą­ca re­cep­ta na sa­mot­ność”

W ży­cio­ry­sie Du­lę­bian­ki bra­ku­je udo­ku­men­to­wa­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia męż­czy­zna­mi czy sta­rań o za­mąż­pój­ście – to wątek dość jed­nak wów­czas po­pu­lar­ny, nawet wśród eman­cy­pan­tek – co jest ko­lej­nym cha­rak­te­ry­stycz­nym (choć prze­cież ni­cze­go nie udo­wad­nia­ją­cym!) mo­ty­wem les­bij­skich bio­gra­fii. Gdyby od­wró­cić py­ta­nie, które wkrót­ce sta­nie się cen­tral­nym dla tego tek­stu – jakie są do­wo­dy na to, że Du­lę­bian­ka za­ko­chi­wa­ła się w ko­bie­tach? – i za­py­tać, czy można jak­kol­wiek udo­wod­nić, że po­do­ba­li jej się męż­czyź­ni, od­po­wiedź by­ła­by jed­no­znacz­na: nie można.

Gdyby przy­jąć za fakt nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ność Du­lę­bian­ki, nawet w upodo­ba­niu małej Marii do wcie­la­nia się w role mę­skie w dzie­cię­cych te­atrzy­kach można by za­uwa­żyć wątek czę­sto spo­ty­ka­ny w bio­gra­fiach les­bi­jek. Jed­nak we wszyst­kich wy­mie­nio­nych po­szla­kach au­tor­ka „Sa­mot­ni­cy” widzi je­dy­nie pra­gnie­nie swo­bo­dy, dą­że­nie do wol­no­ści czy ro­dzą­cą się myśl fe­mi­ni­stycz­ną. Oczy­wi­ście żaden z tych ele­men­tów bio­gra­fii nie jest „do­wo­dem” na jakąś orien­ta­cję sek­su­al­ną i na pewno ist­nia­ły w XIX wieku he­te­ro­sek­su­al­ne dziew­czyn­ki, które wy­bie­ra­ły role ksią­żąt, nawet jeśli miały do wy­bo­ru rolę księż­nicz­ki. Można te pra­wi­dło­wo­ści roz­bić na nie­po­wią­za­ne zja­wi­ska i wy­tłu­ma­czyć sze­re­giem ar­gu­men­tów, a także nie łą­czyć ich z hi­sto­rią związ­ków Du­lę­bian­ki – ale wtedy nar­ra­cja w bio­gra­fii za­czy­na przy­po­mi­nać próbę za­kli­na­nia rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej Du­lę­bian­ka nie ma sek­su­al­no­ści i jest czę­ścią świa­ta tak oczy­wi­ste­go, że w jej cza­sach nie ma nawet swo­jej nazwy.

Au­tor­ka nigdy nie po­dej­mu­je wprost te­ma­tu orien­ta­cji sek­su­al­nej swo­jej bo­ha­ter­ki, po­mi­mo że sze­ro­ko opi­su­je wy­mie­nio­ne po­szla­ki. Pewną stra­te­gią pi­sa­nia ta­kiej bio­gra­fii mo­gło­by być przed­sta­wie­nie wszyst­kich fak­tów i po­zo­sta­wie­nie ich do in­ter­pre­ta­cji oso­bom czy­tel­ni­czym (choć do ich obo­wiąz­ków nie po­win­no na­le­żeć zro­zu­mie­nie qu­eero­we­go do­świad­cze­nia i sa­mo­dziel­ne po­łą­cze­nie za­pro­po­no­wa­nych tro­pów). Jed­nak au­tor­ka bar­dzo czę­sto na­rzu­ca przy­ję­ty przez sie­bie klucz in­ter­pre­ta­cyj­ny, po­wta­rza­jąc ogól­ne hasła: „swo­bo­da” i „wol­ność”. Ko­men­ta­rza na­to­miast nie otrzy­mu­ją takie wątki, które trud­no by­ło­by wy­tłu­ma­czyć wy­eman­cy­po­wa­ną „przy­jaź­nią” z Ko­nop­nic­ką. Jak na przy­kład ten, przy oka­zji któ­re­go au­tor­ka cy­tu­je hi­po­te­zę Leny Ma­gno­ne z książ­ki „Ko­nop­nic­ka. Lu­stra i symp­to­my”: „Być może to przy­jaźń z Du­lę­bian­ką wpły­nę­ła na po­ja­wie­nie się w póź­niej­szej po­ezji Ko­nop­nic­kiej wąt­ków ero­tycz­nych” (248). Gdyby jed­nak au­tor­ka do­strze­gła w Du­lę­bian­ce ko­bie­tę nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ną i ten ele­ment jej toż­sa­mo­ści na­zwa­ła, nar­ra­cja o jej życiu ule­gła­by zmia­nie, a luki w opo­wie­ści mo­gły­by się wy­peł­nić.

Kiedy Du­lę­bian­ka po­zna­je Ko­nop­nic­ką, jest świet­nie za­po­wia­da­ją­cą się, około dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nią ma­lar­ką. Za­pi­su ich pierw­szej in­te­rak­cji, utrwa­lo­nej w no­tat­ni­ku młod­szej part­ner­ki, trud­no nie zin­ter­pre­to­wać jako flir­tu: „Ża­łu­ję, że nie je­stem pani ko­le­żan­ką” (132) – za­czy­na Du­lę­bian­ka, na co Ko­nop­nic­ka od­po­wia­da: „Więc pro­szę nie z pierw­szą, ale i drugą albo trze­cią wi­zy­tą. No i musi pani przyjść sama” (132). Dzia­ło się to na przy­ję­ciu ich wspól­nej zna­jo­mej w War­sza­wie, na które młod­sza Maria przy­by­ła „w to­wa­rzy­stwie mło­dej rzeź­biar­ki Toli Cer­to­wi­czów­ny” (132). Rów­nież ta ar­tyst­ka nigdy nie wy­szła za mąż ani nie miała dzie­ci. Au­tor­ka bio­gra­fii o tym nie wspo­mi­na, nawet nie ko­men­tu­je obec­no­ści tej dru­giej ko­bie­ty u boku Du­lę­bian­ki – nie za­sta­na­wia się, kim była dla niej Cer­to­wi­czów­na. Nie za­uwa­ża rów­nież nic ro­man­tycz­ne­go w przy­to­czo­nej in­te­rak­cji. Czy gdyby na miej­scu Ko­nop­nic­kiej pod­sta­wi­ła, dla ćwi­cze­nia, star­sze­go, zna­ne­go pi­sa­rza, zo­ba­czy­ła­by w tej wy­mia­nie zdań coś wię­cej?

Można więc przy­pusz­czać, że zwią­zek z Ko­nop­nic­ką nie był pierw­szą re­la­cją ro­man­tycz­ną w życiu Du­lę­bian­ki, na pewno nie był także ostat­nią. Nie­dłu­go po śmier­ci Ko­nop­nic­kiej u boku ma­lar­ki po­ja­wi­ła się inna ko­bie­ta, Sa­bi­na Ja­wor­ska. Jak za­zna­cza Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka, rów­nież ona nigdy nie wy­szła za mąż i już wcze­śniej po­zo­sta­wa­ła w związ­ku z inną ko­bie­tą („każda z nich dzie­li­ła już kie­dyś dom z przy­ja­ciół­ką”) (414). Du­lę­bian­ka i Ja­wor­ska szyb­ko we­szły w bli­ską re­la­cję, bo, być może, „obie chcia­ły wró­cić do ta­kie­go ukła­du” (414). Już w kon­tek­ście związ­ku z Ko­nop­nic­ką au­tor­ka wy­ra­ża prze­ko­na­nie, ja­ko­by ko­bie­ty zwią­zy­wa­ły się ze sobą dla wy­go­dy dzie­le­nia z kimś życia, w przy­pad­ku gdy nie mogą lub nie chcą mieć męża. Na przy­kład plan wspól­ne­go za­miesz­ka­nia dwóch Marii w Dreź­nie to „dla Du­lę­bian­ki (…) chyba ku­szą­ca re­cep­ta na sa­mot­ność” (199), a „dzie­le­nie co­dzien­no­ści z przy­ja­ciół­ką jest ła­twiej­sze, mil­sze, bar­dziej prak­tycz­ne” (199). Tak zin­ter­pre­to­wa­ne sto­sun­ki nie­wąt­pli­wie mie­ści­ły­by się w ra­mach re­la­cji ko­biet tam­tych cza­sów (jak choć­by w przy­pad­ku opi­sa­nych już mał­żeństw bo­stoń­skich), ale w kon­tek­ście wszyst­kich in­for­ma­cji, które mamy o tym aku­rat związ­ku, to in­ter­pre­ta­cja co naj­mniej na­cią­ga­na.

Prze­bieg ich pierw­szej roz­mo­wy po­zna­je­my dzię­ki za­pi­skom Du­lę­bian­ki spo­rzą­dzo­nym zaraz po śmier­ci Ko­nop­nic­kiej, przy któ­rej ma­lar­ka była do ostat­niej chwi­li. Pra­gnę­ła za­pa­mię­tać każdy szcze­gół wspól­nie spę­dzo­nych dwóch dekad. Opi­sa­ła na przy­kład pierw­szą wi­zy­tę w czte­ry oczy: „Za­szy­wa­nie łok­cia na pierw­szej wi­zy­cie. Fra­sca­ti. Mu­zy­ka” (133). Zaraz po za­po­zna­niu ich spo­tka­nia na­bra­ły dużej in­ten­syw­no­ści. Jesz­cze w tym samym roku wy­je­cha­ły w pierw­szą wspól­ną po­dróż, nie roz­dzie­li­ły się nawet na Wiel­ka­noc. Latem ko­lej­ne­go roku były już w Au­strii, gdzie roz­po­czę­ły wspól­ne, nie­mal nie­roz­łącz­ne życie. Po­dob­ną in­ten­syw­no­ścią ce­chu­ją się ra­czej hi­sto­rie mi­ło­sne, próż­no tu szu­kać chłod­nej kal­ku­la­cji dwóch przy­ja­ció­łek, które je­dy­nie dla wy­go­dy de­cy­du­ją się na wspól­ne życie. Ko­nop­nic­ka udzie­la­ła part­ner­ce pro­tek­cji, ro­bi­ła jej nie­spo­dzian­ki, za­le­ża­ło jej na roz­wo­ju ka­rie­ry ma­lar­ki. Du­lę­bian­ka tro­skli­wie opie­ko­wa­ła się pi­sar­ką w cho­ro­bie, prze­miesz­cza­ła się z nią tam, dokąd za­le­ca­li le­ka­rze, re­zy­gnu­jąc przy tym ze swo­ich ma­lar­skich am­bi­cji. Przez wiele lat żyły z da­le­ka od swo­ich ro­dzin i przy­ja­ciół, będąc dla sie­bie je­dy­nym sta­łym to­wa­rzy­stwem, naj­bliż­szą ro­dzi­ną. Z bie­giem lat za­cie­ra­ły się gra­ni­ce ich od­ręb­no­ści. Pie­nią­dze, ro­dzi­na czy wszel­kie­go ro­dza­ju tro­ski stały się wspól­ne. Mało praw­do­po­dob­ne, by siłą na­pę­do­wą ta­kiej hi­sto­rii mogła być tylko przy­jaźń. Au­tor­ka nie­wąt­pli­wie do­strze­ga nie­zwy­kłą bli­skość ko­biet, ich od­da­nie i przy­wią­za­nie. Mimo to nie kwa­li­fi­ku­je ich re­la­cji jako związ­ku – nigdy jej tak w książ­ce nie okre­śla – bo nie uzna­je, że dwie ko­bie­ty w XIX wieku mogły być praw­dzi­wy­mi part­ner­ka­mi ży­cio­wy­mi.

Związ­ki dru­giej ka­te­go­rii

W seks dwóch ko­biet kie­dyś po pro­stu nie wie­rzo­no. Z tego po­wo­du ko­bie­cym parom jed­no­pł­cio­wym było w pew­nym sen­sie ła­twiej niż mę­skim – jeśli coś ofi­cjal­nie nie ist­nie­je, nie może zo­stać uka­ra­ne. W do­dat­ku pla­to­nicz­ne re­la­cje nie­za­męż­nych pa­nien znaj­do­wa­ły spo­łecz­ną ak­cep­ta­cję, na czym ko­rzy­sta­ły te pary, które wią­za­ły się ze sobą nie­pla­to­nicz­nie. Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka przy­ta­cza w tym kon­tek­ście przy­kład słyn­ne­go pro­ce­su są­do­we­go z po­cząt­ku XIX wieku, w wy­ni­ku któ­re­go oskar­żo­ne o ro­mans ko­bie­ty unik­nę­ły kary, bo za nie­pod­wa­żal­ne uzna­no to, że akt sek­su­al­ny jest nie­moż­li­wy bez udzia­łu męż­czy­zny. Au­tor­ka re­la­cjo­nu­je, że w XIX wieku bli­skie re­la­cje ko­bie­ce ro­zu­mia­no jako za­pew­nia­ją­ce „życz­li­wą uwagę, pełne zro­zu­mie­nie, wspól­ne te­ma­ty i po­dob­ne roz­ryw­ki in­te­lek­tu­al­ne” (42). Przy­ta­cza po­ję­cia „po­sie­strze­nia” i „ro­man­tycz­nych przy­jaź­ni” (42), ale nie sto­su­je współ­cze­snej wie­dzy hi­sto­rycz­nej o ko­bie­tach nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nych, żeby głę­biej prze­ana­li­zo­wać ów­cze­sne prze­ko­na­nia i ter­mi­ny. Na przy­kład gdy wspo­mi­na Nar­cy­zę Żmi­chow­ską i Emily Dic­kin­son, pisze:

sBez wąt­pie­nia by­wa­ły to re­la­cje ro­man­tycz­ne – w ro­zu­mie­niu tem­pe­ra­tu­ry uczuć, obu­stron­nej czu­ło­ści i siły przy­wią­za­nia. Czy przy­ja­ciół­ki sta­wa­ły się także ko­chan­ka­mi? Za­zwy­czaj trud­no od­dzie­lić re­al­ne wy­zna­nia od tych wszyst­kich re­to­rycz­nych za­pew­nień o hoł­dzie i czci dla dro­gich osób. O ile nie tra­fi­my na drugą Anne Li­ster (na­zy­wa­ną Gen­tel­man Jack), która w za­szy­fro­wa­nych pa­mięt­ni­kach opi­sa­ła swoje mi­ło­sne pod­bo­je, to nie spo­sób tego po­twier­dzić. Zdaje się, że naj­czę­ściej ko­bie­ce pary prze­kra­cza­ły swoim za­cho­wa­niem zwy­kłe do­wo­dy przy­jaź­ni, ale nie gra­ni­ce wik­to­riań­skiej przy­zwo­ito­ści. (41)

Żmi­chow­ska, co praw­da, pi­sa­ła listy mi­ło­sne, ale – twier­dzi Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka – był to wyraz eg­zal­ta­cji, która ce­cho­wa­ła po­ko­le­nie au­tor­ki „Bia­łej róży” (284). Dy­na­mi­ka ho­mo­sek­su­al­nych uczuć rzą­dzi się widać in­ny­mi pra­wa­mi, mi­łość za­wsze za­trzy­mu­je się na de­kla­ra­cjach, a po­żą­da­nie się po pro­stu nie po­ja­wia. Ko­bie­ty w XIX wieku nie upra­wia­ły ze sobą seksu – zdaje się my­śleć au­tor­ka. Co in­ne­go, gdyby pisał listy i de­kla­ro­wał swoją mi­łość męż­czy­zna! Ale tylko do ko­bie­ty, bo gdyby ad­re­sa­tem był drugi męż­czy­zna, na­le­ża­ło­by uznać to za dowód ich przy­jaź­ni, ty­po­wy, na przy­kład, dla epoki ro­man­ty­zmu – tak in­ter­pre­to­wa­no listy mi­ło­sne, które pi­sa­li do sie­bie Ju­liusz Sło­wac­ki i Zyg­munt Kra­siń­ski czy Fry­de­ryk Cho­pin i Tytus Woy­cie­chow­ski. Spe­cy­fi­kę li­stów męż­czy­zny za­ko­cha­ne­go w dru­gim męż­czyź­nie w ze­sta­wie­niu ze zbio­ro­wy­mi wy­zna­nia­mi mi­ło­ści fi­lo­ma­tów kie­ro­wa­ny­mi do Mic­kie­wi­cza szcze­gó­ło­wo ana­li­zu­je Marta Ju­sty­na No­wic­ka w bio­gra­fii „Sło­wac­ki. Wy­cho­dze­nie z szafy”. Warto dodać, że qu­eero­wość wiesz­cza pod­le­ga­ła ana­li­zie już wcze­śniej, choć­by w ba­da­niach To­ma­sza Ka­li­ścia­ka czy, jesz­cze w 2002 roku, Ger­ma­na Ritza. Na przy­kła­dzie Sło­wac­kie­go można zo­ba­czyć, że usta­le­nie qu­eero­wo­ści osób w hi­sto­rii jest za­zwy­czaj wy­ni­kiem wie­lo­let­niej pracy ba­da­czy i ba­da­czek queer stu­dies i nawet jeśli ta nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ność wy­da­je się dziś oczy­wi­sta, mu­sia­ła zo­stać wcze­śniej uhi­sto­rycz­nio­na. Nawet qu­eero­wość Anne Li­ster, którą au­tor­ka wspo­mi­na w wyżej wy­mie­nio­nym cy­ta­cie, ba­dacz­ki mu­sia­ły po­twier­dzić i opra­co­wać. Co cie­ka­we, praca nad li­sta­mi i pa­mięt­ni­ka­mi tej „pierw­szej współ­cze­snej les­bij­ki”, jak bywa na­zy­wa­na Li­ster, trwa­ła od końca lat 80. XX wieku – do­pie­ro póź­niej jej qu­eero­wość mogła zo­stać uzna­na za tak oczy­wi­stą, jak okre­śla to au­tor­ka „Sa­mot­ni­cy”.

Ustalenie queerowości osób w historii jest zazwyczaj wynikiem wieloletniej pracy badaczy i badaczek queer studies i nawet jeśli ta nieheteronormatywność wydaje się dziś oczywista, musiała zostać wcześniej uhistoryczniona

W cha­rak­te­ry­sty­ce ko­bie­cych związ­ków jed­no­pł­cio­wych w XIX wieku au­tor­ka od­wo­łu­je się do qu­eero­wej ba­dacz­ki Li­lian Fa­der­man, która w „Sur­pas­sing the Love of Men” z 1981 roku opi­su­je m.​in. zja­wi­sko „bo­stoń­skich mał­żeństw” ‒ związ­ków po­mię­dzy dwie­ma ko­bie­ta­mi z wyż­szych klas, czę­sto wy­kształ­co­nych ‒ po­pu­lar­ne szcze­gól­nie w oko­li­cach Nowej An­glii w XIX wieku i spo­łecz­nie ak­cep­to­wal­ne. Wybór aku­rat tej formy re­la­cji jed­no­pł­cio­wych – cha­rak­te­ry­sty­ka bo­stoń­skich mał­żeństw sta­wia na­cisk na dą­że­nie ko­biet do swo­bod­ne­go życia i roz­wi­ja­nia swo­jej pracy za­wo­do­wej, bez ogra­ni­czeń na­kła­da­nych przez zwią­zek z męż­czy­zną – w od­nie­sie­niu do re­la­cji Du­lę­bian­ki i Ko­nop­nic­kiej spra­wia wra­że­nie ar­bi­tral­ne­go, jakby zo­sta­ła wy­ło­wio­na z dłu­giej i róż­no­rod­nej hi­sto­rii les­bij­skich związ­ków i opi­sa­ne tak, by re­la­cja tych dwóch ko­biet mogła po­zo­stać do utrzy­ma­nia w ra­mach he­te­ro­nor­ma­tyw­ne­go świa­ta. Fa­der­man pisze nawet ‒ a Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka ją cy­tu­je ‒ że „więk­szość par za­pew­ne nie wcho­dzi­ła w re­la­cje ero­tycz­ne” (193). Tym­cza­sem teza ame­ry­kań­skiej ba­dacz­ki wy­ni­ka z prze­ko­na­nia, że seks nie po­wi­nien być cen­tral­nym ele­men­tem w ba­da­niach nad sa­fic­ką mi­ło­ścią w daw­nych cza­sach, na­to­miast bez­sprzecz­ne jest dla niej to, że ta mi­łość była obec­na na wszyst­kich eta­pach hi­sto­rii. Ba­da­nia Fa­der­man po­zwa­la­ją zresz­tą na­zwać związ­ki takie jak ten Du­lę­bian­ki i Ko­nop­nic­kiej les­bij­ski­mi, co jest bar­dzo istot­ne w przy­pad­ku bio­gra­fii ży­ją­cych daw­niej qu­eero­wych ko­biet, po któ­rych życiu ero­tycz­nym nie mamy śladu:

Brak jaw­nej sek­su­al­nej eks­pre­sji w tych ro­man­tycz­nych przy­jaź­niach nie mogła zmniej­szyć wagi czy siły na­mięt­no­ści, jaką ży­wi­ły wobec sie­bie ko­bie­ty – oraz faktu, że jeśli ro­zu­mie­my jako »les­bij­ski« zwią­zek wszech­ogar­nia­ją­cy emo­cjo­nal­nie, w któ­rym dwie ko­bie­ty są od­da­ne sobie ponad wszyst­kich in­nych, te wszech­obec­ne szes­na­sto-, sie­dem­na­sto-, osiem­na­sto- i dzie­więt­na­sto­wiecz­ne ro­man­tycz­ne przy­jaź­nie były »les­bij­skie«[2]

Fa­der­man prze­no­si sku­pie­nie z seksu na mi­łość i od­da­nie, co po­zwa­la uwol­nić się od ko­niecz­no­ści spraw­dza­nia, czy dane osoby łą­czy­ła re­la­cja ero­tycz­na, i mimo to na­zwać ją związ­kiem. Ta­kich związ­ków „dru­giej ka­te­go­rii”, w któ­rych, we­dług cha­rak­te­ry­sty­ki au­tor­ki, cho­dzi­ło przede wszyst­kim o po­ro­zu­mie­nie in­te­lek­tu­al­ne czy zbli­że­nie emo­cjo­nal­ne, nie można jed­nak trak­to­wać po­waż­nie. Nie jak „praw­dzi­we­go” związ­ku czy, jak to uj­mu­je, „głęb­szej re­la­cji”.

Do­wo­dy na seks

O ile seks nie wy­da­rza się po­mię­dzy ci­spł­cio­wą ko­bie­tą i ci­spł­cio­wym męż­czy­zną, ra­czej nie po­zo­sta­wia na­ma­cal­nych śla­dów, szcze­gól­nie jeśli do­szło do niego wiele dekad temu. W wielu sy­tu­acjach nie ocze­ku­je­my zresz­tą na tę czyn­ność pi­sem­ne­go bądź na­ocz­ne­go po­twier­dze­nia, po­dob­nie jak nie po­trze­bu­je­my do­wo­dów na to, że Ko­nop­nic­ka cho­dzi­ła do to­a­le­ty, mie­siącz­ko­wa­ła czy mie­wa­ła bóle brzu­cha. Jeśli dodać do tego, że osoby qu­eero­we były zmu­szo­ne ukry­wać swoją ak­tyw­ność sek­su­al­ną i dbały o to, żeby nikt się o niej nie do­wie­dział, otrzy­mu­je­my wy­jąt­ko­wo trud­ne za­da­nie: do­wieść, że w XIX wieku dwie osoby tej samej płci łą­czy­ła re­la­cja ero­tycz­na. A jed­nak przy­ję­ło się, że to wła­śnie ona ma de­cy­du­ją­ce zna­cze­nie w pro­ce­sie de­cy­do­wa­nia o tym, czy dwie osoby były parą lub czy można je na­zwać qu­eero­wy­mi. W przy­pad­ku ko­bie­ty i męż­czy­zny jest od­wrot­nie – re­la­cje sek­su­al­ne są do­mnie­ma­ne i po­trze­ba do­wo­dów na to, że ich nie było. Wy­star­czy, że dwie osoby róż­nych płci stoją obok sie­bie, żeby za­kwa­li­fi­ko­wać je jako parę. Nikt nie do­cie­ka, czy ze sobą sy­pia­ją. Czy gdyby Du­lę­bian­ka przez dwa­dzie­ścia lat żyła i po­dró­żo­wa­ła z ja­kimś ka­wa­le­rem, jej bio­graf­ka w ogóle wpa­dła­by na po­mysł, że uczu­ciem na­pę­dza­ją­cym wspól­ne życie była przy­jaźń? W takim przy­pad­ku Du­lę­bian­ka i ka­wa­ler zo­sta­li­by przez hi­sto­rię okrzyk­nię­ci parą i nikt nawet nie po­my­ślał­by o spraw­dze­niu, czy łą­czy­ły ich sto­sun­ki in­tym­ne.

To nie seks de­ter­mi­nu­je, czy dwie osoby są w bli­skiej re­la­cji czy nie, ale na przy­kład to, czy zdają się sie­bie ko­chać – pra­gną spę­dzać ze sobą każdą chwi­lę, tę­sk­nią za sobą w chwi­lach roz­łą­ki, trosz­czą się o sie­bie, chcą dzie­lić się swo­imi fa­scy­na­cja­mi, słu­chać swo­ich myśli, dążą do wspól­ne­go życia. Seks czę­sto jest ele­men­tem ta­kiej re­la­cji, oczy­wi­stą ema­na­cją mi­ło­ści. Ale wła­ści­wie po co mie­li­by­śmy o nim wie­dzieć?

W roz­mo­wach au­tor­ka nie­jed­no­krot­nie wy­ra­ża ubo­le­wa­nie, że nawet w pry­wat­nym dzien­ni­ku Du­lę­bian­ki nie udało jej się zna­leźć po­szlak na to, że ko­bie­ty były razem – nie mogła więc przy­jąć ta­kiej tezy[3]. W Sa­mot­ni­cy czy­ta­my:

W mojej gło­wie mnożą się py­ta­nia. Czy Du­lę­bian­kę i Ko­nop­nic­ką łą­czy­ła głęb­sza re­la­cja? Czy „głęb­sza” musi ozna­czać »in­tym­na«? Do­wo­dów jest nie­wie­le, wła­ści­wie same po­szla­ki. Choć ta śled­cza no­men­kla­tu­ra to chyba nie­for­tun­ny wybór. Prze­cież nie za­mie­rzam ani mojej bo­ha­ter­ki osą­dzać, ani ni­cze­go udo­wod­nić (283)

W re­zul­ta­cie nie wiemy, czy dwu­dzie­sto­let­ni zwią­zek dwóch ko­biet był „głęb­szą” re­la­cją. Nie jest też jasne, dla­cze­go ewen­tu­al­na war­stwa in­tym­na mia­ła­by ozna­czać osąd. Au­tor­ka pod­su­mo­wu­je swój wywód czę­sto po­wta­rza­nym w wy­wia­dach żar­tem: „sta­tus ich związ­ku – to skom­pli­ko­wa­ne” (408)

Kiedy po­wsta­je ten tekst, zbli­ża się czer­wiec, mie­siąc dumy. „Sa­mot­ni­ca” uka­za­ła się dwa lata temu, jak gdyby z tej samej oka­zji, bo książ­ka pro­mo­wa­na była ha­słem „kiedy dziew­czy­na spo­ty­ka dziew­czy­nę”. Trud­no nie ulec wra­że­niu, że to qu­eer­ba­iting, bo te­ma­ty­ka nie­wąt­pli­wie za­chę­ci­ła do lek­tu­ry nie­jed­ną czy­tel­nicz­kę, jed­nak sama za­war­tość książ­ki wiele qu­eero­wej per­spek­ty­wy nie ofe­ru­je. Mniej wię­cej rok wcze­śniej uka­za­ła się bio­gra­fia „Sło­wac­ki. Wy­cho­dze­nie z szafy”, a rok póź­niej ogło­szo­no „Ro­dzie­wicz-ów­nę. Go­rą­cą duszę” Emi­lii Padoł. Ju­liusz Sło­wac­ki uro­dził się 52 lata przed Du­lę­bian­ką, a Maria Ro­dzie­wi­czów­na 3 lata po niej. Żadna z tych po­sta­ci nie za­de­kla­ro­wa­ła nigdy na pi­śmie, że kocha osobę tej samej płci mi­ło­ścią nie­pla­to­nicz­ną i nie tylko ro­man­tycz­ną, ale rów­nież ero­tycz­ną; żadna z nich nie pi­sa­ła o swoim życiu in­tym­nym wcale. Po­mi­mo to au­tor­ki bio­gra­fii Sło­wac­kie­go i Ro­dzie­wi­czów­ny zde­cy­do­wa­ły się wprost na­zwać ich od­mień­czość, wy­ko­rzy­stu­jąc przy tym współ­cze­sną wie­dzę o qu­eero­wo­ści. Przy­to­czo­na przez No­wic­ką hi­sto­ria opo­wia­da­nia ży­cio­ry­su Sło­wac­kie­go uwy­dat­nia ab­sur­dy, jakie two­rzy ho­mo­fo­bicz­na bio­gra­fi­sty­ka. Dzie­ci uczą się w szko­łach imion ko­cha­nek Sło­wac­kie­go. Lu­dwi­ka Śnia­dec­ka, Del­fi­na Po­toc­ka, Kora Pi­nard – jeśli na­pi­sał o któ­rejś wiersz lub spę­dził z nią tro­chę czasu, to wy­star­czy­ło, żeby zo­sta­ły za­pa­mię­ta­ne przez hi­sto­rię jako jego ko­chan­ki. Nikt nie pytał o do­wo­dy na sto­su­nek płcio­wy (i ta­kich nigdy by nie otrzy­mał), mi­łość wiesz­cza do ko­biet była jasna. Gdy jed­nak pisał wier­sze mi­ło­sne do męż­czyzn, trak­to­wa­no je jako ro­man­tycz­ną ma­nie­rę, ćwi­cze­nie warsz­ta­tu. Au­tor­ka pod­da­je tę nar­ra­cję kry­ty­ce: śle­dzi tech­ni­ki, które sto­so­wał Ju­liusz, żeby wy­ra­żać swoją nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ność, za­uwa­ża, jak zmie­niał się pod wpły­wem zna­jo­mo­ści z Zyg­mun­tem Kra­siń­skim, a także jak sio­strzeń­skie i zde­cy­do­wa­nie nie­ero­tycz­ne miał po­dej­ście do ko­biet.

Po­rów­na­nie bio­gra­fii Du­lę­bian­ki do bio­gra­fii Sło­wac­kie­go nie jest oczy­wi­ste, bo pod wzglę­dem hi­sto­rycz­nym jed­no­pł­cio­we związ­ki męż­czyzn i ko­biet były bar­dzo od­mien­ny­mi ka­te­go­ria­mi. Praca No­wic­kiej po­win­na jed­nak sta­no­wić co naj­mniej pre­ce­dens dla li­te­ra­tu­ro­znaw­ców i li­te­ra­tu­ro­znaw­czyń, po­ka­zu­ją­cy, że można ana­li­zo­wać dia­ry­sty­kę czy epi­sto­lo­gra­fię twór­ców i twór­czyń w klu­czu qu­eero­wo­ści – i nie jest to ide­olo­gi­za­cja, w prze­ci­wień­stwie do upar­te­go nie­zau­wa­ża­nia czy nie­na­zy­wa­nia qu­eero­wo­ści ‒ np. Sło­wac­kie­go ‒ przez po­ko­le­nia bio­gra­fów. Tak było rów­nież w przy­pad­ku Marii Ro­dzie­wi­czów­ny. Jej od­mień­czość, bar­dzo wi­docz­na choć­by w spo­so­bie ubie­ra­nia się, przez wiele lat była po­mi­ja­na w nar­ra­cjach o pi­sar­ce i nie­ste­ma­ty­zo­wa­na. Tym­cza­sem mo­ty­wy omó­wio­ne także w bio­gra­fii Du­lę­bian­ki – męska eks­pre­sja płcio­wa, kon­se­kwent­ne wy­bie­ra­nie ko­biet na part­ner­ki ży­cio­we – są w niej po­trak­to­wa­ne jako ele­men­ty qu­eero­wo­ści Ro­dzie­wicz. Po lek­tu­rze „Sa­mot­ni­cy” słowa Padoł o jej bo­ha­ter­ce są jak od­dech ulgi:

Fak­tem jest więc nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ność pi­sar­ki. Spek­trum moż­li­wo­ści, jakie się pod tym po­ję­ciem kryje, po­zo­sta­je ogrom­ne: Ro­dzie­wicz mogła być les­bij­ką, ale – tej hi­po­te­zy prze­cież też nie można po­mi­nąć – mogła żyć z ko­bie­ta­mi w re­la­cjach bez seksu. A kto wie, może dzi­siaj de­fi­nio­wa­ła­by się jako osoba trans­pł­cio­wa?[4]

Au­tor­ka bio­gra­fii nie musi za­glą­dać swo­jej bo­ha­ter­ce pod koł­drę, żeby na­zwać ją osobą nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ną, a ko­biet, z któ­ry­mi ta spę­dzi­ła całe życie – part­ner­ka­mi, żo­na­mi czy uko­cha­ny­mi. W ten spo­sób przy­wra­ca au­tor­ce „De­waj­ti­sa” god­ność ode­bra­ną przez po­ko­le­nia bio­gra­fów, któ­rzy nie po­tra­fi­li na­zwać wy­raź­nej od­mień­czo­ści Ro­dzie­wi­czów­ny, a na jej part­ner­ki mieli za­pew­ne jedno tylko słowo – „przy­ja­ciół­ki”.

Sto trzy­dzie­ści czte­ry „przy­ja­ciół­ki”

W tym roku, kiedy ten tekst od dawna był już na­pi­sa­ny i cze­kał na swoje za­koń­cze­nie, uka­za­ła się „Moja au­to­bio­gra­fia Car­son McCul­lers” Jenn Sha­pland w prze­kła­dzie Anny Gra­lak. To opo­wieść o życiu ame­ry­kań­skiej pi­sar­ki, która żyła w dru­giej po­ło­wie XX wieku i stała się bo­ha­ter­ką nie­jed­nej książ­ki bio­gra­ficz­nej. Ta, po­mi­mo że nie jest kon­wen­cjo­nal­ną bio­gra­fią, wy­da­je się pierw­szą traf­ną: jej au­tor­ka tropi ślady, które wska­zu­ją na to, że McCul­lers była les­bij­ką. Od­mi­to­lo­gi­zo­wu­je jej mał­żeń­stwo z męż­czy­zną i przed­sta­wia je jako trau­ma­tycz­ne i za­war­te z przy­mu­su; wresz­cie nie dys­kre­dy­tu­je re­la­cji pi­sar­ki z ko­bie­ta­mi, w któ­rych McCul­lers się za­ko­chi­wa­ła i z któ­ry­mi chcia­ła spę­dzać życie. Sama Sha­pland iden­ty­fi­ku­je się jako les­bij­ka i to przez pry­zmat wła­snych do­świad­czeń opo­wia­da życie swo­jej bo­ha­ter­ki. Prze­pla­ta­nie dwóch ży­cio­ry­sów, od­dzie­lo­nych od sie­bie o wiele dekad, ale za­ska­ku­ją­co bliź­nia­czych, to głów­ny kon­cept książ­ki. Jed­nak ele­ment ta­kiej stra­te­gii można od­na­leźć rów­nież w in­nych qu­eero­wych bio­gra­fiach – także w Pol­sce. Osoby bo­ha­ter­skie Padoł i No­wic­kiej po­trak­to­wa­ne są z wni­kli­wą wraż­li­wo­ścią, która, choć nie jest za­re­zer­wo­wa­na dla osób qu­eero­wych, z pew­no­ścią jest dla nich ła­twiej osią­gal­na. I nie cho­dzi o to, że tylko osoby qu­eero­we mogą i po­tra­fią pisać o in­nych oso­bach qu­eero­wych i że „już nic o nikim nie można po­wie­dzieć”. Ale do­pó­ki ci­she­te­ro­sek­su­al­ność bę­dzie po­strze­ga­na jako norma nie­pod­wa­żal­na aż do przed­ło­że­nia twar­dych do­wo­dów na to, że się od niej od­bie­ga, to będą po­wsta­wać bio­gra­fie, w któ­rych dwóch ko­biet nie można na­zwać uko­cha­ny­mi, bo nie dys­po­nu­je­my ich wy­star­cza­ją­co do­kład­ny­mi kar­to­te­ka­mi.

Dopóki cisheteroseksualność będzie postrzegana jako norma niepodważalna aż do przedłożenia twardych dowodów na to, że się od niej odbiega, to będą powstawać biografie, w których dwóch kobiet nie można nazwać ukochanymi, bo nie dysponujemy ich wystarczająco dokładnymi kartotekami

„Sa­mot­ni­ca” Ka­ro­li­ny Dzi­mi­ry-Za­rzyc­kiej trak­tu­je o oso­bie qu­eero­wej. Po­mi­mo to nie można uwzględ­nić jej w two­rzą­cym się ka­no­nie qu­eero­wej bio­gra­fi­sty­ki hi­sto­rycz­nej, do któ­re­go da się za­li­czyć „Pannę dok­tór Sa­dow­ską” Woj­cie­cha Szota i „Ko­wal­ską. Tę od Dą­brow­skiej” Syl­wii Chwe­dor­czuk oraz wspo­mnia­ne książ­ki au­tor­stwa No­wic­kiej czy Padoł – bio­gra­fie, które w prze­ło­mo­wy w Pol­sce spo­sób od­zy­sku­ją ży­cio­ry­sy qu­eero­wych osób, od­cho­dząc od obo­wią­zu­ją­cej do­tych­czas he­te­ro­nor­ma­ty­wej nar­ra­cji. W „Sa­mot­ni­cy” Du­lę­bian­ka i Ko­nop­nic­ka zo­sta­ły na­zwa­ne „przy­ja­ciół­ka­mi” sto trzy­dzie­ści czte­ry razy. Je­dy­ny sy­no­nim – „to­wa­rzysz­ka” – po­ja­wił się w książ­ce trzy­krot­nie. I cho­ciaż samo słowo nie jest w qu­eer­sto­rii pro­ble­ma­tycz­ne, to osta­tecz­ny wynik stu trzy­dzie­stu czte­rech „przy­ja­ció­łek” może po­słu­żyć jako sym­bol nie­zro­zu­mie­nia osób qu­eero­wych przez pol­ską bio­gra­fist­kę Du­lę­bian­ki i do­sad­ne zo­bra­zo­wa­nie, dla­cze­go tak ważne dla hi­sto­rii są gen­der stu­dies, a także roz­wi­ja­nie wraż­li­wo­ści wobec do­świad­czeń osób qu­eero­wych. Ostroż­no­ści przy po­ru­sza­niu qu­eero­wych te­ma­tów w Pol­sce nie bra­ku­je, a świę­te obu­rze­nie na nie­ci­she­te­ro­nor­ma­tyw­ność w przy­pad­ku po­sta­ci hi­sto­rycz­nych i tak bę­dzie się po­ja­wiać, w za­sa­dzie nie­za­leż­nie od za­war­to­ści danej książ­ki. Na­le­ża­ło­by więc ży­czyć bio­gra­fom i bio­graf­kom, żeby za prio­ry­tet uzna­wa­li, obok wie­dzy i rze­tel­no­ści, od­da­nie spra­wie­dli­wo­ści swoim oso­bom bo­ha­ter­skim, które za swego życia nie miały ta­kiej szan­sy.

 

* Ka­te­go­ria „ko­bie­ty” obej­mu­je wszyst­kie osoby AFAB, czyli takie, któ­rym przy­pi­sa­no płeć żeń­ską przy uro­dze­niu.

[1] K. Dzi­mi­ra-Za­rzyc­ka, „Sa­mot­ni­ca. Dwa życia Marii Du­lę­bian­ki”, War­sza­wa 2022. Dal­sze ozna­cze­nia stron w na­wia­sie.
[2] L. Fa­der­man, Sur­pas­sing the Love of Men. Ro­man­tic Friend­ship and Love Be­twe­en Women From the Re­na­is­san­ce to the Pre­sent, New York 1981, s. 19.
[3] Temat ten po­ja­wia się nie­mal w każ­dym wy­wia­dzie z Ka­ro­li­ną Dzi­mi­rą-Za­rzyc­ką, który można zna­leźć w in­ter­ne­cie. Na przy­kład: „Pew­nie za­sta­na­wiać się można teraz, czy może tam zna­la­złam jed­nak roz­wią­za­nie za­gad­ki, co je łą­czy­ło. Nie, tak jak wspo­mi­na­łam, brak jed­no­znacz­ne­go do­wo­du na ro­man­tycz­ny czy ero­tycz­ny cha­rak­ter ich re­la­cji. Ale no­tat­ki Du­lę­bian­ki po­ka­zu­ją ogrom­ną czu­łość, bli­skość czy wręcz in­tym­ność mię­dzy przy­ja­ciół­ka­mi: tro­skli­wą opie­kę, ogrom­ne przy­wią­za­nie, cier­pie­nie po śmier­ci Ko­nop­nic­kiej”. P. Gulda, ”Z Ko­nop­nic­ką two­rzy­ły »bo­stoń­skie mał­żeń­stwo«. Spę­dzi­ły razem 20 lat” (do­stęp: 05.07.2022)
[4] E. Padoł, „Ro­dzie­wicz-ów­na. Go­rą­ca dusza”, War­sza­wa 2023, s. 97.

Karolina Dzimira-Zarzycka
„Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022, s. 536.

Bar­ba­ra Tro­ja­now­ska
ur. 1998 w War­sza­wie. Stu­dio­wa­ła ita­lia­ni­sty­kę i kul­tu­ro­znaw­stwo w ra­mach Ko­le­gium MISH UW, na Uni­wer­sy­te­cie w Bo­lo­nii uczy­ła się o hi­sto­rii płci i sek­su­al­no­ści. Za­ło­ży­ciel­ka i współ­pro­wa­dzą­ca pod­ca­stu „Qu­eer­sto­rie - hi­sto­rie osób LGBTQ+", au­tor­ka tek­stów o qu­eero­wej hi­sto­rii m. in. w kwar­tal­ni­ku „Duma", uczest­nicz­ka sym­po­zjum „Queer so­li­da­ri­ties across and bey­ond bor­ders" na Uni­wer­sy­te­cie w Lun­dzie. W prze­szło­ści współ­pra­co­wa­ła z fe­sti­wa­la­mi fil­mo­wy­mi, m. in. z Fe­sti­wa­lem Trans­atlan­tyk, Fe­sti­wa­lem Dwa Brze­gi czy Fe­sti­wa­lem Ka­me­ra Akcja.
redakcjaMałgorzata Tarnowska

Karolina Dzimira-Zarzycka
„Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022, s. 536.

POPRZEDNI

recenzja  

Uwikłanie i uwolnienie

— Klementyna Szczuka

NASTĘPNY

recenzja  

„Cynicy”, „fanatycy” i sfrustrowani liberałowie

— Xavier Woliński