fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Ten kocur stąpa po cien­kim gzym­si­ku i zdaje sobie spra­wę, że na po­cząt­ku na­le­ży się parę słów za­bez­pie­cze­nia. Otóż „Kocur” do­cze­kał się za­cy­to­wa­nia pod­czas dys­ku­sji o suk­ce­sie, od­by­tej nie­daw­no w ra­mach Fe­sti­wa­lu Li­te­rac­kie­go Si­le­sius. Przy tej oka­zji zo­sta­ło ujaw­nio­ne ku­lu­aro­we stwier­dze­nie Ja­ku­ba Skur­ty­sa, że jego zda­niem mój ko­lej­ny fe­lie­ton po­wi­nien do­ty­czyć Mał­go­rza­ty Lebdy. Oczy­wi­ście, zna­cze­nie miała za­su­ge­ro­wa­na przez pro­wa­dzą­ce­go dys­ku­sję wizja pro­fi­lu dzia­łal­no­ści mojej dzia­łecz­ki, jako spe­cja­li­zu­ją­cej się w „do­wa­la­niu oso­bom, które od­no­szą suk­ces”. Dys­ku­tu­ją­cy – Zu­zan­na Sala i Skur­tys – wy­eks­pli­ko­wa­li wi­ze­ru­nek moich fe­lie­to­nów tro­chę traf­niej, nie re­du­ku­jąc ich do zło­śli­we­go pin­cze­ra, gry­zą­ce­go po kost­kach tych, któ­rym się coś udało, żeby przy­pad­kiem nie zro­bi­ło się im za miło – za co dzię­ki. Mimo to po­cząt­ko­wo zmar­twi­ło mnie to pu­blicz­ne „po­szczu­cie” Lebdy ko­cu­rem. Kocur nie po­wi­nien bie­gać za kim mu każą, więc le­piej żeby w ogóle ten temat zo­sta­wił. A prze­cież z wła­snej woli po­biegł­by i tak. Po­my­śla­łam jed­nak, że mo­ty­wa­cje, dla któ­rych ktoś coś na­pi­sał są wła­ści­wie dru­go­rzęd­ne, je­że­li nie da się do nich zre­du­ko­wać przy­czyn, dla któ­rych w tek­ście po­ja­wia­ją się ja­kieś ar­gu­men­ty czy wątki. Kto chce, niech do­cho­dzi co mi za­gra­ło w gło­wie albo kto mną po­szczuł, ale wolę, żeby mnie roz­li­czać z tego czy ar­gu­men­ta­cja śmiga. Albo cho­ciaż czy nie ku­le­je.

Chyba też dalej niż bli­żej od wła­snej bram­ki sy­tu­uje mnie fakt, że nie in­te­re­su­je mnie tym razem kry­ty­ko­wa­nie osoby z suk­ce­sa­mi w polu li­te­rac­kim (a Mał­go­rza­ta Lebda taką osobą na pewno jest – by wy­mie­nić nie­daw­ną Na­gro­dę Od­kry­cia Em­pi­ku oraz Na­gro­dę Wiel­ko­pol­skich Czy­tel­ni­ków za po­wieść „Ła­ko­me”, ale też wcze­śniej­szą Na­gro­dę Po­etyc­ką im. Wi­sła­wy Szym­bor­skiej za „Mer de Glace”, Na­gro­dę Li­te­rac­ką Gdy­nia za „Sny uckermärke­rów”, Sty­pen­dium im. Sta­ni­sła­wa Ba­rań­cza­ka za „Ma­tecz­nik”, a także „Or­fe­usza” i Kra­kow­ską Książ­kę Mie­sią­ca). In­te­re­su­je mnie na­to­miast kwe­stia, która roz­grza­ła dys­ku­tan­tów i pu­bli­kę wspo­mnia­nej dys­ku­sji o suk­ce­sie – mia­no­wi­cie kwe­stia re­kla­my.

Wszy­scy już wie­dzą, a ci, któ­rzy nie wie­dzą wła­śnie się do­wia­du­ją, że Lebda zo­sta­ła am­ba­sa­dor­ką marki odzie­żo­wej NEW POEMS, któ­rej nazwa swoją drogą w pierw­szym mo­men­cie skła­nia­ła do za­sta­no­wie­nia: czy to po­et­ka wy­my­śli­ła markę, czy też marka po­et­kę? Można by po­cią­gnąć ten dow­cip jesz­cze dalej, mając w pa­mię­ci jeden z wąt­ków wspo­mi­na­nej dys­ku­sji: czy pisze się dla rynku, czy na rynek; czy rynek zja­wia się w mo­men­cie pro­duk­cji dzie­ła, aby ją pod sie­bie ukie­run­ko­wać, czy też przej­mu­je już go­to­wy, po­wsta­ją­cy nie­za­leż­nie pro­dukt. NEW POEMS brzmi wtedy jak jakiś fa­zo­wy, ko­li­sto-przy­czy­no­wy, dnio­świ­sta­ko­wy ko­men­tarz do kwe­stii od­róż­nie­nia sub­sump­cji re­al­nej od for­mal­nej. Ale żarty na bok, bo nie ten temat bę­dzie tu pro­ble­mem. Wiemy że Lebda swo­ich wier­szy oczy­wi­ście nie pisze dla ja­kiejś marki. Ten, który miał już oka­zję wy­stą­pić w re­kla­mie, a mia­no­wi­cie „Z ciała: sie­dem” po­cho­dzi z tomu „Mer de Glace”. NEW POEMS za­po­wie­dzia­ło zresz­tą, że w ra­mach współ­pra­cy z po­et­ką będą pu­bli­ko­wać na In­sta­gra­mie i Fa­ce­bo­oku wy­bra­ne przez au­tor­kę frag­men­ty wier­szy wraz z jej sesją w ich ubra­niach. Oczy­wi­ście ni­g­dzie nie zo­sta­je to na­zwa­ne re­kla­mą – ale wia­do­mo, że w in­te­re­sie re­kla­my jest, żeby za bar­dzo samej sie­bie nie przy­po­mi­nać. .

Na bok od­su­nię­ta musi zo­stać rów­nież kwe­stia, czy re­kla­mo­wa­nie samo w sobie jest w po­rząd­ku, albo le­piej: re­kla­mo­wa­nie czego jest w po­rząd­ku. Lebda pod­czas wspo­mi­na­nej dys­ku­sji po­wie­dzia­ła, że w marce NEW POEMS dużo rze­czy jej „pa­su­je ide­olo­gicz­nie”. Komuś pew­nie bę­dzie pa­so­wa­ło mniej, a komuś w ogóle. No i za­zwy­czaj wszyst­kie dys­ku­sje o re­kla­mo­wa­niu (oczy­wi­ście je­że­li dany pro­dukt nie jest wy­twa­rza­ny przy po­mo­cy nie­wol­ni­czej pracy dzie­ci czy małp) grzę­zną na po­zio­mie za­gad­nień, ile hempu albo in­dyj­skiej ba­weł­ny musi za­wie­rać pro­dukt, albo czy do ceny do­li­czo­na jest opła­ta na po­kry­cie śladu wę­glo­we­go. Można od­nieść wra­że­nie, że kie­dyś w końcu uda się wska­zać takie uni­wer­sal­ne kry­te­rium. No ile w końcu tego hempu? Przy­tu­la­my się do drze­wa i nie wi­dzi­my lasu. A w lesie tym, peł­nym we­gań­skich tka­nin i etycz­nie ki­ca­ją­cych za­ją­ców, na drze­wach ro­śnie pro­sta praw­da, że re­kla­ma re­kla­mu­je pro­dukt, a nie chce ci pomóc; że re­kla­ma sprze­da­je i za­ra­bia, a nie na przy­kład ra­tu­je pla­ne­tę.

Ale to prze­cież oczy­wi­ste. By­naj­mniej nie myślę sobie, że co­kol­wiek od­kry­wam czy komuś coś uświa­da­miam. Oce­nia­nie czy­jejś de­cy­zji o re­kla­mo­wa­niu tego czy owego, pro­wa­dzi  do roz­bi­ja­nia się o bar­dzo waż­kie ka­te­go­rie i ucie­ka­nia do ja­kichś mało pro­duk­tyw­nych ocen etycz­nych. To co jed­nak jest rze­czy­wi­ście in­te­re­su­ją­ce, to kwe­stia tego, co dzie­je się z wier­szem w takim przy­pad­ku – to jest gdy znaj­dzie się w me­cha­ni­zmie re­kla­my. Na­le­ży się nad tym za­du­mać tym bar­dziej, że przez samą po­et­kę współ­pra­ca z marką  zo­sta­ła do­dat­ko­wo opi­sa­na jako swo­je­go ro­dza­ju misja sze­rze­nia po­ezji. „Każdy [ruch], który jest zgod­ny z krę­go­słu­pem mo­ral­nym, a po­zwo­li do­trzeć do po­ezji, to jest dobry ruch” – padło pod­czas wro­cław­skiej dys­ku­sji. Można by iść drogą de­fe­ty­zmu i za­py­tać, czemu wła­ści­wie sze­rze­nie czy­tel­nic­twa po­ezji ma być aż taką wiel­ką staw­ką? Jasne, do­brze jest czy­tać, można nawet cza­sem dojść do war­to­ścio­wych spo­strze­żeń,  któ­rych się wcze­śniej nie miało, ale można też robić ty­siąc in­nych rze­czy.  Nie o to jed­nak tutaj roz­gry­wa się me­czyk, bo taki me­czyk wy­ma­ga jed­nak więk­sze­go bo­iska niż te skrom­ne parę słów ode mnie. Gra toczy się ra­czej o to, na czym po­le­ga w tym przy­pad­ku owo do­cie­ra­nie do po­ezji, co się z nią po dro­dze dzie­je i czy to jesz­cze jest po­ezja. Słowa są oczy­wi­ście na miej­scu, nie zmie­nia się ani jeden prze­ci­nek, ale być może gdy wiersz po­ja­wia się w kon­kret­nym kon­tek­ście, a do­kład­niej zo­sta­je do cze­goś użyty, zmie­nia się isto­ta tego, z czym mamy do czy­nie­nia.

By­li­śmy już ostat­nio świad­ka­mi za­trud­nie­nia jed­ne­go wier­sza do sprze­da­ży. „Por­tret ko­bie­cy” Wi­sła­wy Szym­bor­skiej (po­dob­nie zresz­tą jak w przy­pad­ku Lebdy czy­ta­ny przez samą po­et­kę) zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny w re­kla­mie bi­żu­te­rii YES. Po­mi­jam całe wiel­kie za­gad­nie­nie  krę­ce­nia na po­sta­ci po­czci­wej no­blist­ki gru­bych pie­nię­dzy. To nad czym chyba rze­czy­wi­ście warto się za­sta­no­wić to in­try­gu­ją­ce, to­wa­rzy­szą­ce re­kla­mie od­czu­cie, że ten wiersz do niej do­sko­na­le pa­su­je. Zu­peł­nie nie­źle jest sprze­da­wać bi­żu­te­rię dla każ­dej ko­bie­ty z pod­kład­ką utwo­ru opo­wia­da­ją­ce­go o tym, że ko­bie­ta ma w sobie mnó­stwo sprzecz­no­ści. Do­dat­ko­wo fakt, że wiersz mówi o tym za po­mo­cą ko­lej­nych kon­tra­stu­ją­cych ze sobą ele­men­tów wy­li­cze­nia („Śpi z nim jak pierw­sza z brze­gu, je­dy­na na świe­cie. / Uro­dzi mu czwo­ro dzie­ci, żad­nych dzie­ci, jedno. […] Czyta Ja­sper­sa i pisma ko­bie­ce”) do­sko­na­le struk­tu­ry­zu­je re­kla­mę, która może po­ka­zać różne ko­bie­ty – wszyst­kie bę­dą­ce po­ten­cjal­ny­mi na­byw­czy­nia­mi bi­żu­te­rii YES. Jakie z tego wnio­ski? Że jest to nie­zbyt dobry wiersz. Nawet nie dla­te­go, że ma śred­nio in­te­re­su­ją­ce wnio­ski. Po pro­stu nie sta­wia (zbyt du­że­go) oporu, żeby go do tych śred­nio in­te­re­su­ją­cych wnio­sków (tu: że ko­bie­ty są bar­dzo różne, ale także we­wnętrz­nie sprzecz­ne) spro­wa­dzić. Dla­te­go raz jesz­cze wy­da­je się, że gdy oglą­da­my tę re­kla­mę, to wszyst­ko gra. A to nie jest dobry (dla wier­sza) znak.

Piszę o tym, bo wy­da­je mi się, że spra­wa ma się jed­nak tro­chę ina­czej w przy­pad­ku wier­sza Lebdy w re­kla­mie. W tym wy­pad­ku nie two­rzy się już spój­na ca­łość, która prze­śli­zgu­je się przed na­szy­mi ocza­mi. Do­sta­je­my taki dziw­ny kon­glo­me­rat ob­ra­zów, które pra­cu­ją na ogól­ny na­strój i es­te­ty­kę (morze, ptaki, chmu­ry, trzci­ny), prze­pla­ta­ne na­gra­nia­mi z samą po­et­ką, sto­ją­cą na tle kra­jo­bra­zu. Tro­chę więc su­ge­ru­je się nam, że re­kla­ma stara się do­pa­so­wać do tre­ści wier­sza, bo prze­cież jest nie tyle re­kla­mą, co vi­deo-ar­tem z wy­ko­rzy­sta­niem po­ezji. Szyb­ko jed­nak to złu­dze­nie zo­sta­je zbu­rzo­ne. Po pierw­sze wi­dzi­my, że treść wier­sza roz­jeż­dża się z ob­ra­za­mi: nie do końca wia­do­mo, co ma z nimi wspól­ne­go poza wąt­kiem morza („mied­ni­ca prze­chy­la się ku otwar­te­mu morzu”). Po dru­gie za­uwa­ża­my szyb­ko, że uję­cia po­et­ki mają na celu przede wszyst­kim wy­eks­po­no­wać ubra­nia, które ma na sobie. Zwłasz­cza doj­mu­ją­ce staje się to na samym końcu, kiedy wersy „stopy po­dej­mu­ją tropy nie­miec­kie­go owczar­ka” to­wa­rzy­szą uję­ciu w ja­kiejś stu­dyj­nej prze­strze­ni, na któ­rym wi­dzi­my sto­ją­cą przo­dem po­et­kę, ubra­ną w su­kien­kę z ko­lek­cji LAVA. Dla­cze­go owcza­rek nie­miec­ki po­łą­czył się aku­rat z takim ka­drem? Jak długo video nie przy­zna­je się do bycia re­kla­mą, tak długo nie­moż­li­wość po­da­nia sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej od­po­wie­dzi (czyli innej niż od­wo­łu­ją­cej się do od­po­wied­nie­go eks­po­no­wa­nia pro­duk­tu) jest dla niego pro­ble­ma­tycz­na. I z dru­giej stro­ny: je­że­li uzna­je­my to video za re­kla­mę, ta­kiej od­po­wie­dzi być nie może. W isto­cie re­kla­my nie leży bo­wiem bycie ca­ło­ścią wy­ma­ga­ją­cą in­ter­pre­ta­cji, sta­wia­nie od­bior­cy oporu, tak by ten mu­siał do­pie­ro do­trzeć do jej zna­cze­nia. Nie speł­nia­ła­by wów­czas swo­jej pod­sta­wo­wej funk­cji, to jest two­rze­nia ko­rzyst­nej pre­zen­ta­cji pro­duk­tu, która do­trze do jak naj­więk­szej licz­by od­bior­ców.

Można sobie zadać py­ta­nie, w jaki spo­sób po­ezja Lebdy do­cie­ra do po­ten­cjal­nych no­wych od­bio­rów przez re­kla­mę. Oczy­wi­ście nie cho­dzi mi o to, że po­ja­wie­nie się w re­kla­mie coś zmie­nia w samej po­ezji Lebdy. Takie stwier­dze­nie by­ło­by ana­lo­gicz­ne do za­ło­że­nia, że w mo­men­cie, w któ­rym jakiś twór­ca staje się po­pu­lar­ny i po­ja­wia się cho­ciaż­by na ła­mach „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”, to ma to jakiś nie­ko­rzyst­ny wpływ na jego twór­czość. Za­kła­da­ło­by to, że zna­cze­nie dzie­ła kształ­tu­je się w jego cyr­ku­la­cji spo­łecz­nej, a to znowu ozna­cza­ło­by, że wyj­ścio­wo samo dzie­ło ma nie­wie­le do ga­da­nia (zna­cze­nia) i wszyst­ko za­le­ży od tego, w jaki spo­sób zo­sta­nie użyte. Cho­dzi mi o na­stę­pu­ją­ce py­ta­nie: jako co po­zna­je­my wier­sze, kiedy po­zna­je­my je, gdy sta­no­wią ele­men­ty re­kla­my. Re­kla­ma na mocy swo­jej struk­tu­ry i funk­cji sku­tecz­nie blo­ku­je py­ta­nia o to, dla­cze­go jakiś ele­ment wier­sza zna­lazł się aku­rat w tym miej­scu, co ozna­cza, jak dzia­ła w ca­ło­ści utwo­ru. W video re­kla­mu­ją­cym NEW POEMS ko­lej­ne frazy mają ra­czej wy­wo­łać od­czu­cie, zbu­do­wać na­strój po­etyc­ko­ści, li­rycz­no­ści, związ­ku z na­tu­rą, aby na­stęp­nie po­łą­czyć je z pro­duk­tem marki. Prze­sta­ją więc dzia­łać jako sztu­ka, która wy­mu­sza na od­bior­cy in­ter­pre­ta­cję i py­ta­nie o zna­cze­nie. Funk­cjo­nu­ją ra­czej jak obiek­ty, które są otwar­te na su­biek­tyw­ne od­czu­cia każ­de­go od­bior­cy i nie po­win­ny sta­wiać im oporu. Każdy może po­czuć co chce w sto­sun­ku do ubrań z ko­lek­cji LAVA, po­nie­waż każdy po­wi­nien chcieć je kupić. Oczy­wi­ście, jak wska­za­łam wcze­śniej, wier­sze Lebdy jed­nak jakiś opór sta­wia­ją, co spra­wia, że bar­dziej wi­docz­ne jest to wprzę­gnię­cie wier­sza w ma­chi­nę sprze­da­ży.

Pew­nym pa­ra­dok­sal­nym kon­tek­stem jest jed­nak, że po­et­ka przy oka­zji pre­mie­ry swo­jej książ­ki „Sny uckermärke­rów” w roz­mo­wie z Agniesz­ką Bud­nik z 2018 roku po­wo­ły­wa­ła się na Bar­the­sow­ską kon­cep­cję punc­tum stu­dium (od­no­szą­cą się pier­wot­nie do fo­to­gra­fii), która  w pew­nym stop­niu od­po­wia­da za prze­su­nię­cie wizji od­bio­ru dzie­ła ze zna­cze­nia do su­biek­tyw­nych od­czuć tak, żeby było po­strze­ga­ne jako obiekt. „Ku­szą­ce jest dla mnie my­śle­nie o wier­szu w kon­tek­ście jego punc­tumstu­dium. Sama w po­ezji szu­kam wier­szy, które mia­ły­by w sobie takie punc­tum (ro­zu­mia­ne jako «użą­dle­nie, dziur­ka, plam­ka, małe prze­cię­cie – ale rów­nież rzut ko­ść­mi. Punc­tum ja­kie­goś zdję­cia to przy­pa­dek, który w tym zdję­ciu ce­lu­je we mnie (ale też ude­rza mnie, miaż­dży)»). A więc coś co mnie po­ru­sza, prze­szy­wa i nie po­zwa­la o sobie za­po­mnieć. Są takie wier­sze” – mówi po­et­ka. Stu­dium to za­mie­rzo­ny przez fo­to­gra­fa efekt. Punc­tum z dru­giej stro­ny mia­ło­by być we­dług Bar­the­sa czymś przy­pad­ko­wym, nie­za­mie­rzo­nym, ist­nie­ją­cym wy­łącz­nie w jed­nost­ko­wym od­bio­rze dzie­ła, za­leż­nym od in­dy­wi­du­al­ne­go od­bio­ru dzie­ła, które za­czy­na funk­cjo­no­wać jak zwy­kły obiekt. Po­strze­ga­nie wier­szy jako mo­gą­cych ope­ro­wać punc­tum zbli­ża ich isto­tę do funk­cjo­no­wa­nia re­kla­my, uwal­nia od zna­cze­nia i po­zwa­la my­śleć o nich jako od­dzia­łu­ją­cych in­dy­wi­du­al­nie na każ­de­go od­bior­cę – co jest też wy­znacz­ni­kiem do­brej re­kla­my.

Niech bę­dzie jed­nak jasne: z tego, że Lebda po­wo­łu­je się na Bar­the­sow­skie ka­te­go­rie nie wy­ni­ka, że jej wier­sze same w sobie funk­cjo­nu­ją, jakby były re­kla­ma­mi czy że są po­zba­wio­ne zna­cze­nia. Gdyby tak było, nie mo­gli­by­śmy ich in­ter­pre­to­wać. Nie by­ło­by obec­ne rów­nież to dziw­ne od­czu­cie nie­spój­no­ści, które to­wa­rzy­szy ich wy­stą­pie­niu w re­kla­mie. Wy­da­je się jed­nak, że ist­nie­je coś nie­po­ko­ją­ce­go w teo­rii od­bio­ru sztu­ki, która uła­twia kon­cep­tu­ali­za­cje wier­szy w taki spo­sób, że są one re­kla­mie bliż­sze. Może to też peł­nić funk­cję ja­kie­goś wy­tłu­ma­cze­nia prze­dziw­nej nazwy marki: nie ma żad­nej róż­ni­cy po­mię­dzy tym, jak od­bie­ra­my su­kien­kę i jak od­bie­ra­my wiersz. Oba obiek­ty po pro­stu su­biek­tyw­nie na nas od­dzia­łu­ją. Nie twier­dzę rów­nież, że ab­so­lut­nie nie ma moż­li­wo­ści, że ktoś dzię­ki re­kla­mie NEW POEMS się­gnie po „Mer de Glace”, za­in­te­re­su­je się po­ezją Lebdy czy po­ezją w ogóle. Nie jest to nie­moż­li­we, ale bę­dzie to nie­ja­ko sku­tek ubocz­ny. Je­że­li kam­pa­nia marki za­dzia­ła, to przede wszyst­kim po­win­ni­śmy kupić te la­wo­we, „za­in­spi­ro­wa­ne ma­je­sta­tycz­nym i su­ro­wym kra­jo­bra­zem pół­no­cy” su­kien­ki, któ­rych ceny kil­ka­krot­nie prze­wyż­sza­ją staw­kę, jaką może otrzy­mać autor w  „Małym For­ma­cie”.

Bar­ba­ra Rojek
stu­diu­je po­lo­ni­sty­kę i fi­lo­zo­fię, pisze tek­sty kry­tycz­no­li­te­rac­kie, re­da­gu­je „Mały For­mat”. Współ­za­ło­ży­ciel­ka Kwa­dra­tu Po­ezji Naj­now­szej na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Miesz­ka w War­sza­wie.
redakcjaKrzysztof Sztafa
korekta Jakub Nowacki
POPRZEDNI

varia  varia proza  

Ćwiczenia z afirmacji (1)

— Krzysztof Sztafa