54.
Wszystko jest przejebanie i zawstydzająco proste, zatem ja też przejebię i w zawstydzająco prosty sposób poużalam się trochę nad stanem świata; wybaczcie, dla mnie ta jesień – przynajmniej na tyle, na ile zdążyłem się jej przyjrzeć – jest wyjątkowo pochmurna i nie mam już siły tego ukrywać. Ciążę ku spektakularnej kompromitacji. Jedyne consolatio, na jakie mnie stać. Do stracenia mam niewiele; wcale nie jest mi z tego powodu wstyd, być może tylko trochę głupio, ale skoro mam już czelność istnieć, to jakoś dam sobie z tym jojczeniem radę. Zresztą wierzę w ludzi dobrej woli. Mamy jednocześnie najlepiej i najgorzej na świecie, ale mało kto chce się tym dzielić. Szkoda, bo wszyscy moglibyśmy powiedzieć sobie coś ważnego. Kolega z borderem, koleżanka z depresją. Całe serduszko na wierzchu, wszyscy łykamy psychotropy i przechodzimy przez kryzysy: poniedziałek, środa, piątek. Trzeba pielęgnować swoje słabości. To jest prawdziwa siła. Niemniej, kumam, że nie każdemu może się to podobać, mnie przykładowo nie podoba się zajebiście, naprawdę, wolałbym problematyzować piękno złotych zagajników albo zdawać sprawę z tego, jak to zakochuję się w mądrej, pięknej dziewczynie z Drezna i żyjemy razem szczęśliwi czy tam niepomni na wszystko, a pulchne cherubinki z trąbkami budzą nas codziennie ze wspólnego snu, ale co zrobić, co, prawda, zrobić, skoro jestem dokładnie w tym miejscu, w którym wolałbym nie być i robię dokładnie te rzeczy, których wolałbym nie robić. Mam teraz niewiele wpływu na cokolwiek. Zabójcza nuta.
Zawstydzająco proste: trochę ponad miesiąc temu po prostu wyjebałem się ze schodów (takich fest długich – tutaj śmiech pobłażania) i złamałem sobie udo w dwóch miejscach, w związku z czym wylądowałem w szpitalu na Solcu, gdzie spędziłem trochę czasu, a potem, dzięki pomocy rodziców, wróciłem na wieś do domu rodzinnego, żeby przez nadchodzące dwa miesiące „dochodzić do siebie”, czyli leżeć na łóżku i gapić się albo w ekran kompa (opcja dzienna), albo w oczojebny sufit (opcja nocna). Mogło być gorzej, ostatecznie kiedyś to minie, tak mówią mi wszyscy, mama, tata, babcia. Towarzysze dni. I jeszcze okazjonalnie wujek, kiedy przychodzi po zupę i przy okazji zagląda do mnie na fajkę. Najczęściej mówi o piłce nożnej, o polskiej ekstraklasie, a ja udaję, że mnie to interesuje. W szpitalu widziałem typów, którzy mieli najgorzej na świecie, naprawdę. Wątpię, czy kiedykolwiek będzie z nimi lepiej. Pielęgniarki położyły mnie na ciasnej, skrzypiącej pryczy przy wiecznie otwartych drzwiach z widokiem na cieknący kran i odrapany tynk; cały ten przygnębiający stuff. Ropiejące rany i obrzęki, bród na kafelkach, woreczki na krew i plastikowe rurki odprowadzające mocz, ten starszy gościu z plamami wątrobowymi na czole, leżący na wznak w sąsiedniej sali, do której mogłem zerkać przy okazji codziennych, wózkowych wycieczek do toalety. Byłem zachłanny i zaglądałem łapczywie, dziwna fascynacja widokiem cudzego cierpienia. Zawsze leżał w tej samej pozycji. Miał, trzeba to powiedzieć, przejebane. Albo ten obcokrajowiec z kolczykami w japie i niezdrową cerą, który w ciągu dnia nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, a nocami łkał i jęczał w taki sposób, że wszystko rozchodziło się po korytarzu. Ani razu nikt go nie odwiedził. Dziwne, nie był złamany, bo przecież sporadycznie przechadzał się w milczeniu po oddziale. Szczęśliwie, leżę teraz w łóżku mojego brata, a Solec stał się już tylko wspomnieniem, zresztą jak cała Warszawa, którą opuściłem miesiąc temu; okropny i niewypowiedziany żal na myśl o wszystkim tym, co się nie dzieje i w czym nie biorę udziału. Jestem już zupełnie gdzie indziej i często, leżąc bez celu na materacu, wyobrażam sobie, że po prostu spadła kurtyna, widzowie wyszli z sali i zostałem sam w jakimś cieniu, w zabójczej ciszy po nagle urwanym albo po prostu nieudanym spektaklu: tkwię wciąż na scenie w niestosownym ukłonie i nikogo to nie obchodzi, bo dlaczego miałoby. Nie mam sił, żeby jeszcze raz przechodzić przez ten mały solcowy horror, zachowam to dla siebie, a na użytek morału przytoczę tylko nieśmiertelny bon-mot: polskie szpitale to bardzo niemiła sprawa.
55.
Niemiłą sprawą jest również rehabilitacja, najpewniej niezależnie od formy państwowej, przede wszystkim dlatego że wraca ból, a z nim wspomnienie szpitalnej pryczy. Codziennie zginam nogę zgodnie z zaleceniami i przy każdym ruchu mam wrażenie, że spod kolana zaraz wyskoczą mi kości. Pamiętam, że najgorsza była pierwsza noc na koju, nie mogłem spać, z bólu serce waliło mi jak młot i dostałem ataku paniki, przyszedł lekarz, jęczałem i chciałem zniknąć, najpewniej zbudziłem połowę oddziału. Zajebiste przygody.
Szare za oknem niebo, magma i atrament; leniwa, listopadowa mżawka, trochę muzyki, Teleexpres. Niedługo wieczór, ale w zasadzie wychodzi na jedno, skoro raczej nie wstaję z łóżka. W nocy będzie przeraźliwie wiało, wiatr przeraźliwie rozhula się po otwartych polach i rozkołysanych linach, wzdłuż stacji benzynowych na opuszczonej krajówce, sklepów, przystanków, żywopłotów; wzdłuż szlaku nocnych zwierzątek na wiejskiej ścieżce. Poza ich biednym, małym istnieniem nic nie przychodzi mi do głowy, jestem zmęczony, śpię długo, ale nieregularnie, nie umiem, nie mam siły. Wszystko dotkliwe i zamknięte w najwyższej wieży. Moje oczy są ciężkie, ale muszę zostawić je otwarte: niczego ten wiatr nie zdmuchnie, nie będzie żadnego huraganu, żadnego cyklonu, nikt nie zrzuci na tę jebaną wieś żadnej bomby, wszystko zostanie sobie na swoim miejscu.
56.
Był kiedyś – dla niektórych w gimbazie, dla innych w licbazie – taki tekst: „lecz się na nogi, bo na głowę już za późno”. Musiałem robić tyle rzeczy, na które nie miałem ochoty. Po szpitalu wróciłem do domu rodzinnego i miałem sobie tutaj po prostu powoli zdrowieć: nagle mój świat stał się płaski, ociężały i przerażająco powolny, na leżąco piłem herbatę, na leżąco jarałem szlugi, na leżąco jadłem lekkie posiłki, na leżąco brałem leki. Od trzech tygodni nie wychodziłem z domu. Nie było w tym żadnego polotu. Za nic nie potrafiłem się wziąć, tyłem albo traciłem na wadze, sam nie wiem. Po prostu gniłem w łóżku, myśląc, że już nigdy nie odzyskam sił; w nieregularnych odstępach śnili mi się ludzie, z którymi miałem coraz mniej wspólnego, a na których sympatii wciąż strasznie mi zależało. Powtarzałem sobie, że zostanę tutaj na zawsze. Że jestem teraz opuszczony i samotny bardziej niż kiedykolwiek. Że to się już nigdy nie skończy: tak w kółko. Do nikogo nie miałem żalu, ale z dnia na dzień i z nocy na noc oddalałem się coraz dalej i głębiej, w jakiś ciemny zakamarek, w jakąś czeluść, w kraniec, pod ziemię, w bunkier, do pokoju brata, bo był trochę większy od mojego i wychodził bezpośrednio na kuchnię, dzięki czemu łatwiej można było podstawić mi wózek, gdybym chciał jak debil pokręcić się na nim wokół własnej osi w naszym ciasnym mieszkaniu. Mój brat w swoim pokoju z czasów nastoletnich trzymał imponującą kolekcję płyt DVD z serii „wielkie tajemnice drugiej wojny światowej” i pustą butelkę po winie „führer” z podobizną Hitlera, w którą z jakichś powodów wetknął kiedyś smukłą, szarą świecę. Pewnie dla klimatu. Chciałem ją rozbić, ale nie mogłem do niej sięgnąć, więc już tak została i posyłałem jej nienawistne spojrzenia. Naprawdę, robiło mi się słabo na jej widok. Jesień była przerażająco prosta, myślałem tylko o tym, żeby wziąć leki, zrobić sobie zastrzyk i uwolnić się od ciała, które tak strasznie mnie zawiodło, wtedy, na tych jebanych schodach.
Mogło być zdecydowanie gorzej, ale ja nigdy nie uważałem, że jestem „silnym” typem; zawsze byłem podatny na przygnębienie, deprę i inne takie, a to zmulanie w zaciszu domu rodzinnego poza światem raczej pogarszało sprawę, przynajmniej jeśli idzie o rycie bani, no bo kości miały się powolutku i z dnia na dzień zrastać. Przy operacji było mi strasznie przykro, że pod skórą naprawdę mam to wszystko, czego uczą na medycynie, czyli krew, ścięgna, mięśnie, cały ten chwilowy badziew: jasne, „wstyd z powodu bycia człowiekiem”. Wiedziałem, że jestem wobec siebie niesprawiedliwy. Wiedziałem, że wcale sobie nie pomagam, ale nie potrafiłem pocieszyć się samodzielnie, potrzebowałem do tego ludzi, których nie było wokół. Znowu zadręczałem się myślami, że jestem słaby i najgorszy na świecie – to trwało przez całe popołudnia, nic nie mogłem na to poradzić, skoro rzeczywiście nie byłem w stanie nawet samodzielnie przejść do łazienki. Cisza przerywana radiowymi reklamami, brzęczeniem lodówki, szumem telewizji z „dużego pokoju”. Robiło się dla mnie za późno. Trapił mnie brak zainteresowania muzyką, brak zainteresowania literaturą, niechęć do pisania, niechęć do czytania – kartkowałem Mbembego, Conrada i jeszcze kogoś tam, ale nic z nich nie rozumiałem; w ogóle pierdolony koszmar izolacji, wobec którego kapitulują języki, herbata, wygodnie i niewygodnie, zimno w stopy, gorąco na czole, jakieś kłucia gdzieś w środku; bardzo niewyraźne impulsy, szum radia z kuchni, listy przebojów, reklamy, w których pucołowaty kasztan nakręcał do brania kredytu, znałem tę reklamę już na pamięć i życzyłem jej lektorowi śmierci, palenie, brak zasięgu w komórce, wycieczki do toalety, wyprawy do salonu, niechęć wobec ludzi, zazdrość na myśl o ich zdrowiu. Naprawdę zazdrościłem znajomym, że mogą wyjść na spacer, z kimś się spotkać, coś porobić. Przegapiłem „Szatańskie tango” w Muranowie – zajebiście mieszczańskie aspiracje. Miałem coraz mniej szans, żeby zasilić klasę średnią. Codziennie pomiędzy trzecią a piątą przebudzałem się i już po prostu nie mogłem zasnąć, więc po jakimś czasie zsuwałem się na skraj łóżka, czekając na kogoś, kto mnie dobije. I nikt nie przychodził z żadną pociechą, aż wreszcie wstawał świt, szary i beznamiętny jak jeszcze nigdy dotąd. Tak było sobie z dnia na dzień, wciąż i wciąż, z nocy na noc, z poranku na poranek, z popołudnia na popołudnie.
Wstawałem wcześnie, z miejsca wypalałem kilka fajek, a potem włączałem serial o dzielnych, białych żołnierzach pacyfikujących kolorowych rebeliantów gdzieś na drugim końcu świata i tyle, przychodził dzień i mijał dzień, przychodziła noc i mijała noc, kolejna wioska skoszona, kolejne miasto zdobyte, postępy naszej armii zapewniały dostęp do nowych surowców, z których mogliśmy produkować broń jeszcze potężniejszą, finalną. Wyobrażałem sobie, że w centrum dowodzenia steruję elitarnymi oddziałami i wydaję im rozkazy: tych rozjebać! tamtych spalić wpizdu! W tle czułem nacierający niepokój, nie wiedziałem, po co w ogóle jestem świadomy, po co odbieram te bodźce i dlaczego wszystko, co się nie dzieje, tylko rozkręca najgorsze z możliwych kontekstów. Robiłem sobie zastrzyki i łykałem tabletki, po których dopadały mnie lekkie bóle i zawroty głowy, zawsze w tym samym miejscu, z tyłu i trochę po prawej – przelewały się igiełki w stronę ucha, więc leżenie i kręcenie gibonów, bo trochę ich na początku miałem, samotne jaranie gibonów, pozwalały mi odlecieć chociaż na chwilę i zapomnieć, że jestem niepełnosprawny, noga ciężka jak ołów, przeglądanie Netflixa, beznadziejne produkcje, „American pie”, trochę niestosownej ekscytacji na myśl o czymś absurdalnym i nieokreślonym, aż wreszcie, po dwóch godzinach, zwała po gibonach, apatia, przejebanie słodkie przekąski, na które zupełnie nie miałem ochoty, mucha w pokoju, babcia obrała mi jabłko ze skórki, cobym sobie spapusiał, już od wczoraj gniło i kiepowałem w jego kierunku, na blacie gorzka czekolada, złote sreberko, nie chciało mi się na to wszystko patrzeć, wychylałem się i kulą gasiłem światło, ale w nocnym półmroku rzeczy były jeszcze wyraźniejsze, jeszcze bardziej złowieszcze. Myślałem, że może by tak wrzucić sobie benzo, które przy wypisce zlecił mi psychiatra, ale w sumie po co, tylko zmulę jeszcze bardziej, obrus z pepco w sercowe motywy, na ścianie ślady po pająkach, ciekawe, czy pod łóżkiem mają swoją bazę, drobne wypukłości; niech mnie pogryzą, żebym cały zamienił się w bąbel. Leżenie i leżenie, obserwacja sufitu, szum zmywarki, lajwy z instagrama, jacyś ludzie robili sobie coś tam i wyglądali na szczęśliwych, byłem zły na siebie i nic nie mogłem z tym zrobić, kolacja w łóżku, gówniany serial, gówniany film, więcej fajek, najarane w pokoju i śmierdzi, brak pomysłów.
57.
Dochodziła jedenasta i dziwiłem się: jak to, dopiero jedenasta? Chciałbym sobie popływać w basenie wyobraźni, ale byłem ciągle zmęczony, poza tym przestawałem wierzyć w literaturę, skoro miała być „przedsięwzięciem zdrowia”, a ja od miesiąca i tak dalej, i tak dalej; strasznie to wszystko smętne. Nie będzie żadnego mistrzostwa formy. Zaroiło się od trybu przypuszczającego, przestałem interesować się polityką, nie przeszkadzał mi już kapitalizm. No dobra, wciąż przeszkadzał, ale co ja teraz, maluczki i połamany, mogłem z nim niby zrobić. Mogłem się najwyżej pocieszać, że zminimalizowałem konsumpcję. Choroba naprawdę nie jest częścią żadnego procesu, jest przerwaniem procesu – moje już się zakończyły, marnowałem dni i noce, byłem pusty i bezczynny, niczego już nie wyglądałem, utknąłem, nie wiedziałem, co dalej.
Chore gówno. Być może widzimy się kiedyś w zimę, wyjdziemy sobie na styczniowy spacer. Będzie już raźniej. Cierpliwości, Krzysiu. Bądźcie ostrożni i uważajcie na schodach, przyjmujcie kolagen, wystawiajcie się na słońce, łykajcie witaminę D i wapń. Zapraszam do zwierzeń.
(ur. 1991), krytyk literacki, publicysta, prozaik. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN w ramach projektu „Humanistyka cyfrowa”. Publikuje w prasie i internecie. Stały współpracownik „Małego Formatu”. Mieszka w Warszawie.
