65.
Dni były bezczelnie długie i zawzięte, naprzemiennie deszczowe bądź słoneczne, chłodne bądź upalne; zapadałem się w nich jak w piaskach. Od kuchni brzęk urządzeń, od ulicy warkot silników, ze stawów – przerażająco suchych – żaby, cała sfora. Gdzie można było się podziać z tym nieubłaganym następstwem, z tym nieporuszonym żarem, z kaskadami namolnych obrazów o śmierci, żalach i wypadaniu włosów? W geometrycznym środku pamiętnego miesiąca nie miałem co ze sobą zrobić, krzątałem się i załatwiałem swoje sprawy, gotowałem proste posiłki, wychodziłem na samotne spacery wzdłuż rzeki. Soła spływała na północ niepokojąco wąskim kanalikiem, na kamiennych płyciznach jej lekko wzburzona tafla wydawała z siebie delikatny szmer, w którym można było przepaść jak w niepamięci.
Chciałbym coś przeżyć.
Śmierć swoich rodziców.
Coś spektakularnego, widok na jakiś widok. Dzieckiem w szkole będąc, za osiągnięcia sportowe zdobywałem liczne medale i puchary. Trzymałem je w domu rodzinnym, do którego właśnie po jakimś czasie – na jakiś czas – wróciłem, w oszklonej gablotce na ścianie swojego ciasnego, trójkątnego pokoiku. Trzecie miejsce w powiatowych rozgrywkach koszykówki, drugie w gminnych zawodach pływackich, pierwsze w czwórboju lekkoatletycznym o Puchar Dyrektora szkoły podstawowej.
I bardzo dużo wyróżnień. Wyróżnienie w sztafecie pożarniczej, do której – pamiętam – zmusili mnie krzepcy, umundurowani chłopcy z pobliskiej strażnicy, wyróżnienie w turnieju siatkarskim, wyróżnienie w zjeździe na nartach przy okazji jakichś smętnych ferii zimowych w Zwardoniu. Zebrane razem, medale ważyły pewnie ze dwa kilo. W fikuśnych, prawda, blaszkach odbijały się papuśne lica niegdysiejszych dni.
Dobrze pamiętam ten Puchar Dyrektora. To było pod koniec roku szkolnego, jakoś przed sobótką, na przełomie maja i czerwca. Pomiędzy boiskiem szkolnym a zapadłym dworkiem szlacheckim, do którego przylegał bryłowaty Dom Kultury, przebiegała ulica Parkowa, sporadycznie tylko przecinana przez pojedyncze samochody. Warkot ich zdezelowanych silników – wszystkie te stetryczałe polonezy, ople, fiaty, skody i volkswageny z pierwszych lat nowego wieku – długo unosił się w rozleniwionym, wczesnowakacyjnym powietrzu. Za dziesięć lat zastąpią je SUV-y. Jaskrawa zieleń parkowych kasztanów; pamiętam drobne lampki zawieszone na topornych drutach i zwisające z nich, bibułowe wstążki. Naftowy zapach podpałki do grilla unoszący się ponad głowami, bigos i fasolka po bretońsku z wielkiej, polowej kuchni – ciągłe wyliczenia, w których musiałem jakoś uczestniczyć. Równolegle do zawodów na rozpalonym od słońca boisku pod Domem Kultury odbywał się festyn. Grała miejscowa kapela weselna Dexter, z non-stopu przy LKS-ie bufetowa przywiozła kegę i za jakiś bezcen rozlewała piwo do plastikowych kubków. Można było też kupić ciasta gospodyń, które w pstrokatych, ludowych strojach z naszyjnikami z krwistej jarzębiny rozstawiły się w cieniu obok niedużej, prowizorycznej sceny. Siedząc ze skrzyżowanymi nogami na kocach, plotły wianki z białych stokrotek, które później zakładały na głowy małych dziewczynek. Sprzedawały makowce, serniki, jakiś ręcznie wypieczony chleb: bogactwa, jak to się mówi, ziemi. Wszystko jak z kampanii medialnej szczęśliwego reżimu. Biesiadnicy siedzieli nieopodal przy długich, drewnianych ławach przywleczonych tutaj dzień wcześniej z okolicznej strażnicy albo na plastikowych krzesłach z magazynu DK: nagrzewały się i odginały w kształty, z którymi nie było wiadomo, co zrobić. Wyglądało, że lada chwila wyparują w czerwcowym skwarze. Ilekroć wyobrażam sobie lato, do głowy przychodzą mi banalne, wiejskie landszafty: bezmyślne, bezchmurne i bezlitosne niebo, które wisi oszalałe nad wysuszonym polem, chłop pochylony naprzeciw wykopek, stogi siana, jakieś dzieciaki uczące się swojej doli. Jaskrawe barwy.
I rozbrajająca intensywność rozkładu. Mój dziadek – pamiętam, jak przy okazji tego Pucharu Dyrektora stoi przy płocie w niestosownie ciężkim garniturze i kościelnych spodniach – mrużył oczy i przykładał do nich ręce, kiedy wysoko nad jego głową przelatywał oszczep. To jedno z ostatnich wspomnień, jakie po nim zachowałem. Drugie to kiedy podczas jakiegoś wielkanocnego obiadu, wstawiony, przerywa ciszę i ni stąd, ni zowąd kładzie na stole grubą książkę, mówiąc, że mamy słuchać jak czyta. I rzeczywiście coś tam zaczął czytać. Przez lata lubiłem myśleć, że był to „Kapitał” – dziadek wstąpił do partii w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i zawsze mówił o sobie, że jest komunistą – ale po latach odkryłem, że chodziło o jakąś amerykańską banialukę w stylu „Wielkiego boju”. Mój zawód był próby wyższej od pieniądza. Teraz, czyli wtedy, przy okazji Pucharu Dyrektora, spoglądał wysoko i miał otwarte usta. W tej spiekocie pewnie był ledwo przytomny, babcia – młodsza o trzynaście lat, całkowicie zdrowa i jeszcze w świetnej kondycji – podtrzymywała go za ramię.
Jeszcze inne, to kiedy w rozpiętej koszuli i ze słomkowym kapeluszem na głowie siedzi w szałasie na ogrodzie i pędzi bimber. Jest strasznie spocony, ledwo dyszy, paznokcie na palcach jego stóp mają mdły, żółty kolor. W zasadzie to nie był kolor, to był jakiś odcień. Pali w małym piecyku, a przez aparaturę do podstawionego na blacie garnka sączą się pojedyncze kropelki. Kiedy pytamy go, ja i mój brat, co robi, odpowiada, że codziennie w pobliskiej wiklinie łapie diabły i wrzuca je do ognia. To, co przecieka przez rurki to ich łzy.
Ciągle lato. Wszystko nudne, ale moje.
66.
Chciałbym coś przeżyć: wakacje w Stegnie. Wąska, ciemna kwatera w leśnym pawilonie. Wybieram się na zachód słońca i zupełnie nic mnie nie porusza, potem śpię do późna, morze jest martwe, a ludzie niemili, we śnie zjadam kanapkę i jeszcze później, już na jawie, idę deptakiem jedynki, żeby zlać się w czerwcowo-lipcową polskość. Żeby żałować, że nie jestem ojcem i że nie mogę pójść w swoje ślady. Jest bezlitośnie gorąco.
*
Dni wciąż były długie, pływałem w nich jak w otchłani. Od godziny czy tam dwóch siedzieliśmy na kocyku po drugiej stronie Wisły między jakimiś krzakami, w najbardziej wysuniętym miejscu. Przed nami rysowały się wieżowce śródmieścia, za nami wyrastało szklane czoło deweloperki, jeszcze w budowie. W przyszłości osiedle miało zataczać triumfalne koła wokół stadionu; z narastającą zgrozą przychodziła mi do głowy wizja, że za tych kilka lat, jak już skończą wiercić, wciąż będę w pobliżu i zdążę to wszystko zobaczyć. Albo nawet opisać. Tafla odbijała liczne refleksy i trzeba było mrużyć oczy. Przez środek rzeki przebijał się pojedynczy kajak. Wyglądał bardzo uroczyście i jednocześnie bardzo banalnie, coś w stylu, że „sam naprzeciw żywiołu”.
To zabawne: zawsze myślałem, że o historiach, w których jakoś tam uczestniczę, nie warto nawet wspominać. Że się do niczego nie nadają. Tamta niedziela to tak naprawdę jedna z nich.
Z tych byle jakich historii. Miałem wtedy jeden cel: przed trzydziestką wyjechać z tego kraju. Bardzo podobał mi się pomysł, że sprzedawszy wszystkie swoje rzeczy, stoję na terminalu lotniska i lada chwila będą mi kibicować obłoki, najbłękitniejsze z możliwych. Że nie mam za sobą już nic, do czego mógłbym wrócić. Od dłuższego czasu byłem przekonany, że kiedy tylko odbiję się od tej ziemi, wszystko będzie już dobrze. Chyba po prostu potrzebowałem jakiegoś zasadniczego cięcia. Byłem w sile wieku i nie wiedziałem, co dalej, myślałem, że utknąłem. Gdybym mógł zamienić się w wampira, zrobiłbym to już wcześniej. Miasto, które mieliśmy na wyciągnięcie ręki, męczyło mnie i nużyło. Wysysało całą moją energię. Niewiele mnie tam trzymało, niewiele mi się w nim udało. Od tygodni czytałem Döblina i myślałem, że chciałbym zupełnie zniknąć. Ostatnie tygodnie przepędziłem w sposób, o którym nie da się powiedzieć nic konkretnego. Dni przychodziły, a ja po prostu musiałem się na nie zgadzać. Miałem wprawdzie jakieś sprawy, ale nic z nich nie wynikało. Gdzieś wychodziłem, skądś wracałem, dokądś miałem się jeszcze wybrać, tyle. Ociekałem potem, przeklinałem spóźnione tramwaje, pomstowałem na sąsiadów. Wszystko bez znaczenia. Wieczorami leżałem na łóżku i przy butelce wina czekałem na moment, w którym będę mógł bez poczucia winy zamknąć oczy. Myśl o nadchodzącym lecie paraliżowała mnie. Gdzie się podziać? Chyba trochę bełkotałem, na twarz padały mi promienie słońca, w gardle miałem zawiesinę, mrużyłem oczy. Musiałem wyglądać bardzo źle. Jak beztroski kuzyn z małego miasteczka, papuśny, cały spieczony przez skwar. Samotny kajak zniknął nam z oczu; stopił się. Rzeka lawy.
Potem wzięliśmy tramwaj i wróciliśmy do domu. Śniło mi się, że całuję się z kolegą i patrzymy sobie w oczy.
67.
I dwa dni później pojechałem do tego kolegi, nie widzieliśmy się pół roku. Mieszkał po drugiej stronie Wisły. Przywitał mnie w drzwiach dziwnie wylewnie. Czułem się, jakbym oglądał film, z którego nic we mnie nie zostanie.
Widok z okien roztaczał się na prostą ulicę z ropiejącymi kamienicami i strzelistym kościołem z ciemnej cegły na samym końcu. Pomyślałem o Śląsku. Słońce wisiało wysoko na niebie, wpuszczając do środka bardzo dużo światła. To było naprawdę wspaniałe mieszkanie. Salon przylegał do kuchni i podzielony był na część dzienną oraz nocną, każda większa od mojego pokoju na odległym Mokotowie. Zaciąłem się gdzieś w połowie, obok skromnej winoteki z fikuśnie wystającymi, ledowymi lampkami na lewo ode mnie. Miały dyskretnie podkreślać etykiety butelek. Były akurat jakieś dwie albo trzy, być może mnożyło mi się w oczach. W rogu stała bardzo przytulna kanapa rogowa – taka ze sztucznej skóry, z wypustkami – wycelowana w wielki, przymocowany na ścianie ekran. Usiadłem na niej, to znaczy na kanapie, i zapaliłem papierosa. Tutaj można byłoby obejrzeć „Szatańskie tango”. Poniżej, na designerskiej półce z ciemnego drewna, filuternie zerkał na mnie zestaw kina domowego i plejak z jednym padem. Na ich malutkich pulpitach wyświetlały się godziny, każda inna. Dla mnie posiadanie w mieszkaniu telewizora – i w ogóle całego tego tatusiowego stuffu – było czymś absurdalnym. Po lewej i prawej stronie od plazmy wisiały grafiki oprawione w antyramę. Nie byłem w stanie ocenić, czy są ciekawe.
68.
Chciałbym coś przeżyć, zniknąć i zobaczyć, co dalej.
(ur. 1991), krytyk literacki, publicysta, prozaik. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN w ramach projektu „Humanistyka cyfrowa”. Publikuje w prasie i internecie. Stały współpracownik „Małego Formatu”. Mieszka w Warszawie.
