fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Pamiętniki Pandemii

W tym cyklu przedstawiamy redakcyjny wybór tekstów nadesłanych na konkurs Pamiętniki Pandemii, sytuując je w kontekstach socjologicznym i literackim. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Logo: Tomasz Stelmaski

 

1

13 marca 2020 r. (pią­tek)

 

Środa była naj­dziw­niej­szym dniem, jaki prze­ży­łam. Po­czą­tek dnia – jak zwy­kle – ozna­czał ner­wo­wość, szyb­kie śnia­da­nie, mała kawa, cięż­ka torba i w drogę moją czar­ną skodą. W po­ko­ju na­uczy­ciel­skim od rana trwa­ły dy­wa­ga­cje na temat za­mknię­cia szkół i ko­ro­na­wi­ru­sa. Po­wie­dzia­łam, że po wczo­raj­szej kon­fe­ren­cji pra­so­wej, na któ­rej wy­stą­pi­li – poza pre­mie­rem -–mi­ni­stro­wie szkol­nic­twa wyż­sze­go, edu­ka­cji i spraw we­wnętrz­nych, za­mknię­cie szkół to tylko kwe­stia czasu. Około 21.00 rzecz­nik pra­so­wy rek­to­ra Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go na­pi­sał, że za­ję­cia zo­sta­ją za­wie­szo­ne do od­wo­ła­nia. Wśród moich ko­le­ża­nek i ko­le­gów dało się od­czuć po­dzie­lo­ne na­stro­je: jedni drwi­li wprost, śmie­jąc się, że to wy­my­ślo­ny pro­blem, dru­dzy byli dla od­mia­ny zdro­wo prze­ra­że­ni. Bi­blio­te­kar­ka, która spę­dzi­ła 2 ty­go­dnie w Reg­gio Emi­lia z mło­dzie­żą na prak­ty­kach za­wo­do­wych, śmia­ła się, że Włosi na we­so­ło spę­dza­ją czas przy kawie i winie, a cały ten ko­ro­na­wi­rus to ście­ma. Ale już wu­efist­ka, która rów­nież z Włoch zo­sta­ła przy­mu­so­wo ścią­gnię­ta, cał­kiem po­waż­nie mó­wi­ła w kącie, że to enig­ma­tycz­na cho­ro­ba skut­ku­ją­ca trwa­ły­mi zwłók­nie­nia­mi płuc. Ta grupa mło­dzie­ży, któ­rej prze­rwa­no mie­sięcz­ny pobyt we Wło­szech, prze­by­wa­ła na do­mo­wej kwa­ran­tan­nie przez ostat­nie 2 ty­go­dnie, w środę wró­ci­ła do szko­ły. Przy­znam, że idąc na lek­cje do tej klasy wal­czy­łam z we­wnętrz­nym stra­chem i nie­chę­cią. Tylko jeden ko­le­ga po­dzie­lał mój strach. Szyb­ko po­cie­szy­li­śmy się myślą, że le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki mają go­rzej. Wi­ce­dy­rek­tor­ka, która jesz­cze dwa ty­go­dnie temu prze­ga­nia­ła z bo­iska wozy trans­mi­syj­ne TVN24, a uczniom wtła­cza­ła: „tylko idio­ta ko­men­tu­je na Fa­ce­bo­oku”, teraz dość ner­wo­wo przy­po­mi­na­ła nam, aby idąc na lek­cje do klas z kwa­ran­tan­ny nie dać po­znać po sobie, że się boimy uczniów. Oczy­wi­ście na sztan­da­ry wy­cią­gnię­to hasła o eto­sie pracy pe­da­go­gicz­nej. Około 11.00 pani dy­rek­tor we­szła do po­ko­ju, oznaj­mia­jąc, że wła­śnie po­ja­wi­ła się de­cy­zja o za­wie­sze­niu lek­cji na dwa ty­go­dnie. Widać było wy­raź­nie u wielu po­czu­cie ulgi i ra­do­ści. Cze­ka­ła nas jesz­cze 3-go­dzin­na kon­fe­ren­cja, pod­czas któ­rej odbył się pu­blicz­ny lincz na nie­obec­nym ko­le­dze, który zło­żył skar­gę na dzia­ła­nie dy­rek­cji i moż­li­we na­ra­że­nie na­uczy­cie­li i uczniów na utra­tę zdro­wia w związ­ku z przy­mu­so­wym po­wro­tem uczniów z Włoch. Już nikt nie śmiał się z ko­ro­na­wi­ru­sa. Wło­chy no­to­wa­ły w ty­sią­cach cho­rych i umie­ra­ją­cych każ­de­go dnia. A do­kład­nie ty­dzień wcze­śniej 4 marca media po­da­ły, że jest pierw­szy chory na ko­ro­no­wi­ru­sa w Pol­sce. Pa­mię­tam, że było to po pierw­szej lek­cji w środę. Moja ko­le­żan­ka po fachu, wy­cho­dząc z to­a­le­ty ra­do­śnie oznaj­mi­ła, że jest pierw­szy chory. Od ty­go­dnia trwa­ły spe­ku­la­cje. Moi za­gra­nicz­ni stu­den­ci na kur­sie ję­zy­ka pol­skie­go spe­ku­lo­wa­li, że pol­ski rząd nie chce ofi­cjal­nie przy­znać się do cho­rych na ko­ro­na­wi­ru­sa i że to nie­moż­li­we, aby w Pol­sce ich nie było, kiedy są w Niem­czech, Cze­chach, na nawet na Ukra­inie.

Za­pa­no­wa­ło to­tal­ne za­mie­sza­nie. Nikt nie wie, co się bę­dzie dzia­ło. Moja ko­le­żan­ka po fachu (ta sama, która prze­ka­za­ła mi news o pierw­szym cho­rym) wes­tchnę­ła tylko: tro­chę się mar­twię, bo pew­nie nie zdążę zro­bić wszyst­kie­go z ma­tu­rzy­sta­mi, a mia­łam wszyst­ko ide­al­nie za­pla­no­wa­ne. Ja do­da­łam: czuję ulgę, bo na myśl, że przez sześć, sie­dem ty­go­dni będę bie­gać jak cho­mik w klat­ce, ro­bi­ło mi się słabo, je­stem zmę­czo­na co­dzien­ną ha­rów­ką i przy życiu trzy­ma­ła mnie tylko myśl o wol­nym za 7 ty­go­dni (Wiel­ka­noc).

W czwar­tek mu­sia­łam po­je­chać do Gli­wic. Praca w dwóch szko­łach dzien­nych i w szko­le ję­zy­ko­wej po­po­łu­dnia­mi daje mi już mocno w kość, cho­ciaż odkąd pa­mię­tam za­wsze mia­łam gra­fik wy­peł­nio­ny po brze­gi. Mie­li­śmy kon­fe­ren­cję, trze­ba było za­bez­pie­czyć kom­pu­te­ry i sale. Czu­łam na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój. Dy­rek­tor po­wie­dział mniej wię­cej tyle: „Nie wiem, kiedy się spo­tka­my na­stęp­nym razem, może za dwa ty­go­dnie, może za trzy mie­sią­ce, a może za rok. Nasz in­ter­nat dla uczniów w razie po­trze­by bę­dzie za­mie­nio­ny na szpi­tal po­lo­wy – to de­cy­zja za­rzą­du mia­sta. Jeśli cho­dzi o lek­cje, to je­ste­ście pań­stwo kre­atyw­ni, a moż­li­wo­ści jakie daje in­ter­net są ogrom­ne, więc na pewno świet­nie sobie po­ra­dzi­cie w zdal­nym na­ucza­niu”.

(…)

 

20 marca 2020 r. (pią­tek)

Moje życie teraz kon­cen­tru­je się na lap­to­pie z do­stę­pem do in­ter­ne­tu. Opra­co­wu­ję ma­te­ria­ły do zajęć dla uczniów klas I – „Mak­bet” i klas II – „Lalka”. Jak już skoń­czę prze­cho­dzę na pod­ręcz­ni­ki i po­mo­ce dla ob­co­kra­jow­ców. Po 20.00 na­da­je na Fa­ce­bo­oku wi­ce­pre­zy­dent mo­je­go mia­sta. Od lat nie tra­wię go­ścia, ale słu­cha­jąc i czy­ta­jąc go, wiem, z któ­rej stro­ny wieje wiatr i kogo ak­tu­al­nie nie­na­wi­dzi. Nie spo­dzie­wa­łam się jed­nak, że w za­wo­alo­wa­ny spo­sób opo­wie o mnie – zwy­kłej mie­szan­ce. W swoim ra­por­cie pan K. opo­wia­dał o ilo­ści osób na kwa­ran­tan­nie, o cho­rych oraz o nie­od­po­wie­dzial­nych za­cho­wa­niach. Nagle sły­szę, jak pan K. przy­ta­cza całą moją roz­mo­wę z wtor­ku łącz­nie z re­ak­cja­mi: „Pro­szę pań­stwa, firma me­blo­wa dzwo­ni do pani w spra­wie mon­ta­żu mebli ku­chen­nych. Pani mówi, że jest w domu, pra­cu­je zdal­nie jak więk­szość z nas, bo kwa­ran­tan­na do­mo­wa, ale za­pra­sza mon­ta­ży­stów. Cóż to za skraj­na nie­od­po­wie­dzial­ność i na­ra­ża­nie pra­cow­ni­ków na nie­bez­pie­czeń­stwo za­ka­że­nia!”. Jak tylko to usły­sza­łam za­la­ła mnie wście­kłość. Nie­wie­le my­śląc, po­wie­dzia­łam o tym mę­żo­wi i na­pi­sa­łam maila do wła­ści­cie­la firmy. Jakim pra­wem opo­wia­da panu K. o na­szych usta­le­niach, po­wta­rza roz­mo­wę i bez­pod­staw­nie rzuca na mnie po­dej­rze­nia o cho­ro­bę. Pod­czas gdy sie­dzę do domu tak jak ty­sią­ce albo mi­lio­ny Po­la­ków, nie je­stem chora, nie mam żad­nych ob­ja­wów. Czy nie obo­wią­zu­je go lo­jal­ność wobec klien­ta? Wie­dzia­łam, że to nie był przy­pa­dek, bo pan czę­sto i chęt­nie pod­czas na­szych spo­tkań opo­wia­dał o bli­skiej zna­jo­mo­ści z panem K. Cze­goś ta­kie­go zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­łam się. Ale po­skle­ja­łam fakty i już wie­dzia­łam, dla­cze­go firma dzień wcze­śniej od­wo­ła­ła mon­taż kuch­ni. Byłam wście­kła. Pro­jekt mebli zo­stał wy­ko­na­ny 29 sierp­nia ubie­głe­go roku po 2 ty­go­dniach pracy, po­mia­rów. Wiele razy syn wła­ści­cie­la nie od­po­wia­dał na maile, umó­wił się na pod­pi­sa­nie umowy i nie przy­szedł. A teraz wy­mi­gi­wa­li się, że muszą mieć z góry pie­nią­dze na wszyst­kie sprzę­ty, bo ina­czej nie za­mon­tu­ją, a to znów nie mieli bla­tów. A to wszyst­ko w sy­tu­acji, kiedy przy pod­pi­sa­niu umowy prze­la­łam 50% za­licz­ki i ko­lej­ne 40% przed mon­ta­żem. Ko­le­żan­ka ra­dzi­ła mi zna­leźć inną firmę, a tą podać do sądu. Wście­kła na­pi­sa­łam jej: dałam im 11000 za meble i 2500 za sprzę­ty, nie mam nawet ter­mi­nu mon­ta­żu, je­stem ob­sma­ro­wa­na pu­blicz­nie, praw­nik na wstę­pie za­śpie­wa 2500 zł za na­pi­sa­nie pozwu, który mogę sobie po­ło­żyć na biur­ku, bo sądy są za­mknię­te do od­wo­ła­nia! Wrrr!

 

21 marca 2020 r. (so­bo­ta)

Słowo na dziś: „Wszy­scy sto­imy na kra­wę­dzi roz­pa­czy. Mo­że­my tylko do­trzy­my­wać sobie to­wa­rzy­stwa” (Ju­sty­na Ko­piń­ska, „Le­kar­stwo dla duszy”).

 

25 marca 2020 r. (środa)

Ofi­cjal­nie za­czę­ło się zdal­ne na­ucza­nie. Mi­ni­ster po­wie­dział w te­le­wi­zji. Dy­rek­to­rzy na­pi­sa­li pięk­ne roz­po­rzą­dze­nia. Za­czę­ła się ma­sa­kra. Na po­czą­tek o 8.15 padł Li­brus, a 10 minut póź­niej -–Vul­can. Na moim pry­wat­nym mailu zna­la­zło się w se­kun­dę 150 maili od uczniów z wia­do­mo­ścia­mi w stylu: „je­stem obec­ny, ale dzien­nik nie dzia­ła”. Dałam sobie spo­kój. Z po­li­to­wa­niem po­my­śla­łam, jak chora jest pol­ska szko­ła i jacy idio­ci nią za­rzą­dza­ją. Osoby od­po­wie­dzial­ne, za­rzą­dza­ją­ce pla­ców­ka­mi oświa­to­wy­mi, które żyją z pie­nię­dzy pu­blicz­nych, po­tra­fią ge­ne­ro­wać tylko do­ku­men­ty z opi­sa­mi pro­ce­dur, któ­rych nie da się wcie­lić w życie, two­rzyć an­kie­ty na temat ochro­ny da­nych oso­bo­wych, szyb­ko­ści in­ter­ne­tu, uży­wa­nych sprzę­tów, ilo­ści do­mow­ni­ków itp. To strasz­nie przy­kre, ale po­ka­zu­je tylko brak za­ufa­nia do na­uczy­cie­li – pra­cow­ni­ków. W pry­wat­nej szko­le ję­zy­ko­wej, w któ­rej pra­cu­je wszyst­ko wy­glą­da ina­czej. Po­mi­ja­jąc pracę in­dy­wi­du­al­ną, szko­ła za­gwa­ran­to­wa­ła na­uczy­cie­lom szko­le­nie on-li­ne i dała do­stęp do plat­for­my, na któ­rej wi­dzi­my się, sły­szy­my, mogę spraw­dzać wszyst­kie kom­pe­ten­cje: wy­sy­łać do­wol­ne pliki tek­sto­we, gra­ficz­ne, audio. Po pro­stu pro­wa­dzić za­ję­cia. Ale też grupy są małe, a kur­san­ci zmo­ty­wo­wa­ni do pracy, a kom­fort pracy wy­so­ki. Marzy mi się taka praca w szko­łach pań­stwo­wych, ale to mrzon­ka. Jak to zro­bić w kla­sach li­czą­cych 35 uczniów. Wtedy kiedy ci ucznio­wie nie widzą sensu ucze­nia się cze­go­kol­wiek. Je­ste­śmy – jako na­uczy­cie­le – ska­za­ni na sie­bie. Nie ma nawet wspar­cia i po­mo­cy we­wnątrz grup przed­mio­to­wych. Każdy gra na sie­bie. I wy­ko­rzy­stu­je fakt, że na­uczy­ciel ma dużą au­to­no­mię, z któ­rej chęt­nie ko­rzy­sta, żeby robić jak naj­mniej. I widzę oczy­wi­ście grupy star­szych na­uczy­cie­li: szcze­gól­nie ci po­wy­żej 15 lat pracy za­wo­do­wej, dy­plo­mo­wa­ni – wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że dy­rek­to­rzy nic im nie mogą zro­bić, wpa­dli w ru­ty­nę, nie muszą już nic udo­wad­niać, więc też w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści nic nie robią w myśl za­sa­dy, że im mniej robią, tym mniej­sze praw­do­po­do­bień­stwo ochrza­nu. Młod­si muszą jesz­cze coś udo­wod­nić, zdo­być awans za­wo­do­wy, za­ro­bić – czy im się chce, czy nie chce są zmu­sza­ni do pracy wsze­la­kiej, do wy­ka­zy­wa­nia się, ale wspar­cia nie do­sta­ją ani od swo­ich sze­fów, ani od star­szych ko­le­gów po fachu. Co bar­dziej świa­do­mi – ucie­ka­ją, szu­ka­ją al­ter­na­ty­wy dla sie­bie. Tak, aby do­ro­bić, mieć po­czu­cie sa­tys­fak­cji i od­skocz­nię od sza­rej szkol­nej rze­czy­wi­sto­ści. Tacy in­we­stu­ją w sie­bie, robią do­dat­ko­we stu­dia, kursy, szko­lą się, za­kła­da­ją firmy spor­to­we, co­achin­go­we, do­rad­cze, ję­zy­ko­we, tre­ner­skie czy tam jakie jesz­cze. Prace w pań­stwo­wej szko­le trak­tu­ją jako pańsz­czy­znę, która daje im fun­dusz gwa­ran­cyj­ny na czynsz teraz i eme­ry­tu­rę za ileś lat. To kij, który ma dwa końce: na­uczy­ciel zy­sku­je w miarę sta­bil­ną, ale słabo płat­ną pracę i staje się spo­łecz­nym ko­złem ofiar­nym, bo coraz mniej ludzi sza­nu­je pracę na­uczy­cie­li, wi­dząc ra­czej tych, któ­rzy nie­wie­le ro­biąc, mają spo­koj­ne życie i raz w roku wa­ka­cje w Gre­cji.

 

28 marca 2020 (so­bo­ta)

Po­szłam dzi­siaj do ap­te­ki po ma­secz­ki. W jed­nej nie było w ogóle, w dru­giej cze­ka­li na za­mó­wie­nie, w trze­ciej jedna ma­secz­ka chi­rur­gicz­na – 13,90 zł. Pod­czas gdy nor­mal­na cena sprzed pan­de­mii to 1,60 zł. Po­my­śla­łam: wy­koń­czą nas ta­ki­mi ce­na­mi. Ku­pi­łam trzy. Dla sie­bie i na wszel­ki wy­pa­dek dla dwóch ro­bot­ni­ków, któ­rzy w po­nie­dzia­łek mają mon­to­wać kuch­nię. Do­słow­nie dwa kroki dalej w skle­pie mię­snym ku­pi­łam ma­secz­kę ma­te­ria­ło­wą wie­lo­krot­ne­go użyt­ku za 14,00 zł.

 

31 marca 2020 r. (wto­rek)

Po dwóch dniach pracy pełną parą wresz­cie mam meble ku­chen­ne. Nie­na­wi­dzę re­mon­tów, do tego stop­nia, że wolę wyjść z wła­sne­go domu, żeby tylko nie oglą­dać tego po­gro­mu. Re­mon­ty to dla mnie naj­więk­szy stres i trau­ma. Nie­ste­ty, od czte­rech lat z prze­rwa­mi byłam na nie ska­za­na. Krok po kroku za­czę­li­śmy re­mon­to­wać miesz­ka­nie: wy­mia­na drzwi, zmia­na cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia na ga­zo­we, zry­wa­nie par­kie­tu z lat 50., ro­bie­nie wy­lew­ki, mon­to­wa­nie pa­ne­li, ob­ni­ża­nie su­fi­tów, wy­rów­ny­wa­nie ścian, ma­lo­wa­nie, pro­jek­to­wa­nie i za­ma­wia­nie mebli. 2019 był zde­cy­do­wa­nie naj­in­ten­syw­niej­szy: pokój za­adap­to­wa­ny na biuro do pracy, salon, kuch­nia i przed­po­kój. Zde­cy­do­wa­nie naj­trud­niej­sze jest zna­le­zie­nie do­brych fa­chow­ców, któ­rzy są ter­mi­no­wi, pro­fe­sjo­nal­ni i słu­cha­ją klien­tów. Tacy są dro­dzy, trze­ba na nich cze­kać mi­ni­mum dwa lata i do tego nie chcą się zgo­dzić na re­mon­ty po­je­dyn­czych po­miesz­czeń, bo mają za­kon­trak­to­wa­ne domy w sta­nie de­ve­lo­per­skim.

Muszę jed­nak uczci­wie przy­znać, że re­mont 80-me­tro­we­go miesz­ka­nia to była nie­zła szko­ła. Nie tylko dla­te­go, że pró­bo­wa­li­śmy w tym miesz­ka­niu nor­mal­nie żyć przez cały czas. Sporo do­wie­dzia­łam się o ma­te­ria­łach bu­dow­la­nych, tech­ni­kach, skle­pach, tren­dach wnę­trzar­skich. Nie­ste­ty nie na­uczy­łam się wy­rzu­cać obi­bo­ków w myśl za­sa­dy „zo­sta­wi mnie z syfem przed świę­ta­mi i co ja zro­bię”. Nigdy już nie po­zwo­lę na to, aby za moje pie­nią­dze ktoś robił coś po swo­je­mu wbrew moim po­trze­bom, ocze­ki­wa­niom, usta­le­niom.

Po­cie­sza mnie też wspo­mnie­nie roz­mo­wy z ko­le­żan­ką, która nie­daw­no wy­bu­do­wa­ła dom i wy­pro­wa­dzi­ła się z du­że­go wie­lo­ro­dzin­ne­go domu swo­ich ro­dzi­ców: „Ko­bie­to, za te pie­nią­dze, które wło­ży­łaś w re­mont miesz­ka­nia, po­sta­wi­ła­bym dom. I na pewno by­ło­by szyb­ciej! Stare miesz­ka­nia i domy to stud­nie bez dna – wiem, bo sama w takim miesz­ka­łam, a nasz nowy dom po­sta­wi­li­śmy w ciagu 11 mie­się­cy. I już bym nie chcia­ła za żadne skar­by wra­cać do sta­re­go”.

Kuch­nia w moim przy­pad­ku ma jesz­cze jeden wy­miar. Jest dla mnie ważna, po­nie­waż stara kuch­nia na­le­ża­ła do mojej mamy – były to jej pierw­sze meble z 1980 roku. Szaf­ki już się nie do­my­ka­ły. Żaden ele­ment nie był funk­cjo­nal­ny. Przez 4 lata mie­li­śmy tylko dwu­pal­ni­ko­wą ku­chen­kę tu­ry­stycz­ną -– żad­ne­go pie­kar­ni­ka czy pieca do nor­mal­ne­go go­to­wa­nia. Znisz­cze­nie mebli mojej mamy miało walor psy­cho­lo­gicz­ny – po­zwo­li­ło mi od­ciąć się od cię­ża­ru życia w cie­niu matki. To było jak ocię­cie pę­po­wi­ny. Zresz­tą widać to było w za­cho­wa­niu mamy – w tej swo­jej sta­rej kuch­ni za­wsze czuła się jak u sie­bie i ukła­da­ła ta­le­rze, fi­li­żan­ki i garn­ki we­dług swo­je­go gustu, zu­peł­nie ina­czej niż ja to ro­bi­łam. Teraz wresz­cie mam swoje meble i naj­po­trzeb­niej­sze sprzę­ty. A wie­czo­rem po­szłam na strych, bo tam mia­łam scho­wa­ne nie­któ­re pre­zen­ty ślub­ne „do nowej kuch­ni”. Z ni­czym nie­po­rów­ny­wal­na fraj­da – roz­pa­ko­wy­wać za­po­mnia­ne pre­zen­ty ślub­ne sprzed pię­ciu lat. Na­czy­nie ża­ro­od­por­ne, sztuć­ce, fi­li­żan­ki, kom­plet noży, kie­lisz­ki do li­kie­ru i do wina z krysz­tał­ka­mi Swa­ro­vskie­go, miski szkla­ne, ron­del ce­ra­micz­ny – re­we­la­cja!

 

2

 

3 kwiet­nia 2020 r. (pią­tek)

Mój chrze­śniak ma dzi­siaj 12 lat. Nie bę­dzie tortu, który był, odkąd się uro­dził, na każ­dych uro­dzi­nach, nie bę­dzie gości, pre­zen­tów. Umó­wi­li­śmy się na roz­mo­wę przez Fa­ce­Ti­me’a. Fajna al­ter­na­ty­wa, ale Młody był strasz­nie stre­mo­wa­ny. Do­ra­sta i wcho­dzi w taki wiek, kiedy cio­cie nie są kom­pa­nem do żad­nej za­ba­wy.

Wspo­mnie­nie jego na­ro­dzin za­wsze mnie wzru­sza. Gosia jest moją przy­ja­ciół­ką od li­ceum. Byłam świad­kiem na jej ślu­bie. I kiedy uro­dził się Mały – zo­sta­łam chrzest­ną. Obie je­ste­śmy je­dy­nacz­ka­mi, więc po­czu­łam się za­pro­szo­na do ro­dzi­ny. Uro­dził się po­po­łu­dniu. Byłam wtedy na wy­kła­dzie z eko­no­mii albo fi­lo­zo­fii na stu­diach dok­to­ranc­kich. Był taki ma­lut­ki i ślicz­ny. Ku­po­wa­nie dla niego ciusz­ków i za­ba­wek było ogrom­ną fraj­dą. No­sze­nie go, cho­dze­nie na spa­ce­ry da­wa­ło spo­kój, ode­rwa­nie od smut­nej rze­czy­wi­sto­ści. Nawet kiedy teraz oglą­dam tamte zdję­cia, to ogar­nia mnie taki ro­dzaj czu­ło­ści bez­bron­nej, spo­ko­ju, mi­ło­ści, za któ­rym okrut­nie tę­sk­nię.

Zro­bi­łam prze­lew na 100 zł i mogę od­ha­czyć w ter­mi­na­rzu ten wy­da­tek i wy­da­rze­nie. Choć ten ter­mi­narz po­ma­ga mi ogar­nąć fi­nan­se, to fru­stru­je mnie co naj­mniej raz w mie­sią­cu. Za­wsze tych po­trzeb i wy­dat­ków jest wię­cej niż pie­nię­dzy i moż­li­wo­ści. Już tak się bar­dzo sta­ram, pra­cu­ję za dwóch albo nawet trzech i cią­gle coś jest do ku­pie­nia, zro­bie­nia. Tak mało jest rze­czy, które nic nie kosz­tu­ją. Kiedy pa­trzę na In­sta­gra­ma albo na Fa­ce­bo­oka, to widzę 24-go­dzin­ne na­pę­dza­cze kon­sump­cjo­ni­zmu. I cią­gle mam żal w sobie, że nie je­stem dość ładna, dość mądra, dość sty­lo­wa. Bo nie uży­wam ta­kich ko­sme­ty­ków, garn­ków, sprzę­tów, nie umiem jesz­cze tego i śmego, nie mam naj­mod­niej­szych butów, je­an­sów, nie wpły­wam na in­nych. Ra­czej sie­dzę w swoim kącie, czę­sto za­pła­ka­na albo wście­kła, cier­pię na prze­mian fi­zycz­nie i psy­chicz­nie, a co kilka – kil­ka­na­ście dni ktoś wy­ży­wa się na mnie: wy­zy­wa­jąc, ob­ga­du­jąc, skar­żąc, igno­ru­jąc, wy­ko­rzy­stu­jąc. Od 4 lat nie­zmien­nie cią­gle coś tracę, a nowe nie przy­cho­dzi. Dla­cze­go ta­kich hi­sto­rii nie ma na Fa­ce­bo­oku i In­sta­gra­mie? Bo ni­ko­go to nie ob­cho­dzi, bo bycie smut­nym nie jest sexy, bo to przy­tła­cza, męczy, wy­ma­ga ja­kiejś re­ak­cji.

 

8 kwiet­nia 2020 r. (środa)

W ubie­głym roku tego dnia (to był po­nie­dzia­łek) roz­po­czął się strajk na­uczy­cie­li, który trwał ponad trzy ty­go­dnie.

Dla mnie to było strasz­ne do­świad­cze­nie. 2 kwiet­nia wró­ci­łam do pracy po zwol­nie­niu le­kar­skim -–mia­łam ostre za­pa­le­nie oskrze­li z po­wi­kła­nia­mi. An­ty­bio­ty­ki na mnie nie dzia­ła­ły, bra­łam ste­ry­dy. Cięż­ko cho­ro­wa­łam. Moja te­ra­peut­ka była prze­ko­na­na, że ten mój „spo­sób cho­ro­wa­nia” po­wta­rza się w mo­men­tach, kiedy nie mam siły już dalej wal­czyć z prze­ciw­no­ścia­mi co­dzien­no­ści i nie po­tra­fię ani się do tego przy­znać, ani po­pro­sić o pomoc. Co su­ge­ro­wa­ło psy­cho­so­ma­tycz­ne pod­ło­że ty­po­wych dla okre­su je­sien­ne­go i wio­sen­ne­go in­fek­cji gór­nych dróg od­de­cho­wych. Po po­wro­cie do pracy spo­tka­ły mnie nie­przy­jem­ne sy­tu­acje: moje ko­le­żan­ki jedne z nie­skry­wa­ną pre­ten­sją, a inne ze współ­czu­ciem i tro­ską do­py­ty­wa­ły mnie i – mia­łam wra­że­nie – spraw­dza­ły plot­ki, jakie pro­ku­ro­wa­ły sze­fo­we na mój temat. Wtedy też – do­wie­dzia­łam się, że je­stem w ciąży, mam raka, rzu­ci­łam szko­łę, bo pra­cu­ję już w dużej mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji. A w ogóle to jak śmia­łam wró­cić, skoro 1 kwiet­nia plan lek­cji zo­stał wy­wró­co­ny do góry no­ga­mi na oko­licz­ność, gdy­bym 2 kwiet­nia jed­nak nie wró­ci­ła do pracy. Była to „wi­sien­ka” na mob­bin­go­wym tor­cie, który trwał juz wiele mie­się­cy. Z naj­lep­szej pra­cow­ni­cy, na­uczy­cie­la, który do­sta­je Na­gro­dę Dy­rek­to­ra sta­łam się wro­giem numer jeden, osobą, którą na­le­ży wy­eli­mi­no­wać. Wiele moich ko­le­ża­nek i ko­le­gów to wi­dzia­ło, ale nikt nic nie mówił. Oka­za­li mi swoją sym­pa­tię do­pie­ro w ostat­nim dniu pracy, nieco ponad dwa mie­sią­ce póź­niej. Do­sta­łam taką dawkę dobra i po­zy­tyw­nej ener­gii, któ­rej w ogóle nie się spo­dzie­wa­łam i która dała mi po­czu­cie, że to nie ze mną jest coś nie tak. Bar­dzo im je­stem za to wdzięcz­na, cho­ciaż chyba nie mia­łam oka­zji po­dzię­ko­wać im za to.

Więc ten pie­przo­ny strajk w mojej szko­le do­pro­wa­dził mnie po ty­go­dniu sie­dze­nia od 8.00 do 15.00 w jed­nym miej­scu wśród ludzi, któ­rzy żuli fleg­mę i pluli jadem i panią dy­rek­tor, która rano życz­li­wie przy­po­mi­na­ła nam „a wie­cie, że ja za strajk nie płacę”, a w po­łu­dnie przy­cho­dzi­ła łka­jąc i pro­sząc o zrzut­kę na cho­ru­ją­ce­go eme­ry­ta, do na­pa­dów lęku. Nigdy wcze­śniej nie prze­ży­łam ni­cze­go po­dob­ne­go i kiedy sły­sza­łam o ata­kach lęku wy­da­wa­ło mi się to czymś na gra­ni­cy snu i jawy, co jest ra­czej wy­my­słem psy­chi­ki nie czymś re­al­nym. W ubie­głym roku prze­ży­łam to na wła­snej skó­rze. Bu­dzi­łam się w nocy, a wła­ści­wie czu­łam, jakby jakaś nie­wi­dzial­na dłoń ła­pa­ła mnie za klat­kę pier­sio­wą i wy­ry­wa­ła ze snu z po­zy­cji le­żą­cej do sie­dzą­cej. Jed­no­cze­śnie mia­łam wra­że­nie, że serce wy­sko­czy mi z pier­si i nie mo­głam zła­pać od­de­chu. Po­szłam do le­ka­rza -–po­twier­dził moje przy­pusz­cze­nia, ale jed­no­cze­śnie uspo­ko­ił, że takie re­ak­cje w sy­tu­acji, kiedy pu­blicz­nie je­ste­śmy jako grupa za­wo­do­wa dys­kre­dy­to­wa­ni, a rzą­dzą­cy upo­ka­rza­ją nas i kła­mią nie są od­osob­nio­ne. Prze­pi­sał mi syrop, dał mi kilka dni zwol­nie­nia. Ciało i umysł uspo­ko­iły się nieco. Strajk nie­ste­ty nie za­koń­czył się w taki spo­sób, jak tego ocze­ki­wa­li na­uczy­cie­le. Po­ro­zu­mie­nie, jakie pod­pi­sa­ła stro­na rzą­do­wa z „So­li­dar­no­ścią” za­kła­da­ła nie­wiel­kie kil­ku­na­sto­zło­to­we pod­wyż­ki przy zwięk­sze­niu pen­sum. W stycz­niu tego roku oka­za­ło się, że po tym „suk­ce­sie ne­go­cja­cyj­nym” pen­sje na­uczy­cie­li sta­ży­stów i kon­trak­to­wych są niż­sze niż naj­niż­sze usta­wo­we wy­na­gro­dze­nie. Taka to była po­pra­wa. Oczy­wi­ście zro­bio­no z na­uczy­cie­li sta­rych za­twar­dzia­łych ko­mu­ni­stów, dając za wzór księ­ży i ka­te­che­tów, któ­rzy straj­ko­wać nie mogli. Sie­dzia­łam tam w środ­ku i to było nie do znie­sie­nia. Media przed­sta­wia­ły wy­rwa­ne z kon­tek­stu in­for­ma­cje, w za­leż­no­ści od ka­na­łu – taki wy­ci­nek praw­dy mniej lub bar­dziej zma­ni­pu­lo­wa­ny. Związ­ki za­wo­do­we – oka­za­ły się biz­ne­sa­mi ma­łych grup wpły­wów. Jedni do­sta­wa­li pacz­ki z je­dze­niem, inni rzu­ca­li le­gi­ty­ma­cja­mi, ci co nie mieli czym rzu­cać ani za co żyć – żyli na­dzie­ja­mi na pomoc fi­nan­so­wą. Po straj­ku oka­za­ło się, że żad­nej po­mo­cy fi­nan­so­wej nie ma. Na­uczy­cie­lom straj­ku­ją­cym za­ka­za­no wy­pła­cać za­po­mo­gi so­cjal­ne. Pu­blicz­na zbiór­ka pie­nię­dzy zo­sta­ła za­własz­czo­na przez ZNP i oso­bi­ście nie sły­sza­łam o żad­nej oso­bie, która z tej formy po­mo­cy sko­rzy­sta­ła. ZNP uzna­ło, że na­le­ży wy­peł­nić wnio­sek. A wnio­sek może zło­żyć tylko mał­żeń­stwo na­uczy­ciel­skie albo sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­ca matka – na­uczy­ciel­ka. Ża­ło­sne. Nie je­stem w żad­nym związ­ku. Nie po­do­ba mi się to, jak jest zor­ga­ni­zo­wa­na pol­ska szko­ła, ani to co się mówi w pol­skim spo­łe­czeń­stwie o na­uczy­cie­lach. Ale tej at­mos­fe­ry nigdy w życiu nie chcia­ła­bym drugi raz prze­ży­wać. Z jed­nej stro­ny: rząd, który za wszel­ką cenę pró­bo­wał po­ka­zać, że na­uczy­cie­le nie są po­trzeb­ni, bo do ko­mi­sji eg­za­mi­na­cyj­nych brano eme­ry­tów z ła­pan­ki, a potem przed ma­tu­ra­mi byli źli na­uczy­cie­le, któ­rzy chcą za­szko­dzić swoim uczniom i za­blo­ko­wać im zda­nie ma­tu­ry. Z dru­giej stro­ny byli nad­zor­cy na po­zio­mie gmin, miast, szkół, któ­rzy pró­bo­wa­li za wszel­ką cenę do­pro­wa­dzić do roz­ła­mu, na­kła­nia­li do fał­szo­wa­nia do­ku­men­ta­cji, do tego złość uczniów i ich ro­dzi­ców. No i sami na­uczy­cie­le, któ­rzy da­wa­li upust swoim emo­cjom, hej­to­wa­li sie­bie wza­jem­nie. Myślę, że wiele przy­jaź­ni wtedy pękło i wielu ludzi z wiel­kim nie­sma­kiem wra­ca­ło do „po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go”.

Będąc w oku cy­klo­nu, w ubie­głym roku po­czu­łam, że je­stem nie­po­kor­ną oby­wa­tel­ką i za­słu­gu­ję na po­tę­pie­nie tak samo jak inni, któ­rzy upo­mi­na­li się o zmia­ny, nową ja­kość: le­ka­rze i pie­lę­gniar­ki, sę­dzio­wie, po­li­cjan­ci, służ­by gra­nicz­ne….

W ta­kich mo­men­tach przy­kro żyć w tym kraju.

(…)

 

14 kwiet­nia 2020 r. (środa)

Ostat­nie trzy dni były pięk­ne. Cisza, spo­kój. Tylko dobre filmy. Książ­ka M. Ho­uel­le­be­cqa „Se­ro­to­ni­na”. Dobre je­dze­nie. Zero te­le­wi­zji, Fa­ce­bo­oka i te­le­fo­nu. Bło­go­stan. Bu­dzik za­dzwo­nił przed 7.00. Sta­ram się za­cho­wy­wać co­dzien­ną ru­ty­nę. Ale nie wsta­łam od razu. Zwle­kłam się z łóżka do­pie­ro kwa­drans po 8.00. Wła­ści­wie z łóżka wy­go­nił mnie SMS od mo­je­go ame­ry­kań­skie­go stu­den­ta z py­ta­niem, czy dzi­siaj mamy lek­cję on-li­ne. Ta wia­do­mość wy­wo­ła­ła uśmiech i złość jed­no­cze­śnie. Bo choć bar­dzo go lubię i lubię swoją pracę, to na­praw­dę mia­łam ocho­tę, aby ten po­wrót do wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści od­by­wał się na raty. Na­pi­sa­łam mu, że dzi­siaj jesz­cze mam Easter break. Zro­bi­łam dwie krom­ki chle­ba z szyn­ka i żół­tym po­mi­do­rem, her­ba­tę z cy­try­ną. Za­sia­dłam przed kom­pu­te­rem. Spraw­dzi­łam konto, żeby zro­bić prze­le­wy. Nie­ste­ty wy­pła­ta męża, która po­win­na być dzie­sią­te­go nie wpły­nę­ła. Ścię­ło mnie w żo­łąd­ku. Za­ci­snę­ły się wszyst­kie mię­śnie i tak zo­sta­ło do ko­lej­ne­go dnia. Za­lo­go­wa­łam się do dzien­ni­ków elek­tro­nicz­nych. Otwo­rzy­łam swój ter­mi­narz i zalał mnie gorąc, przed ocza­mi zro­bi­ło mi się biało. Wy­glą­da na to, że muszę sie­dzieć dzi­siaj cały dzień przy kom­pu­te­rze, żeby przy­go­to­wać ma­te­ria­ły dla moich uczniów z tech­ni­kum, uczniów ob­co­kra­jow­ców i uczniów ze szkół za­ocz­nych. Czas od­li­cza­łam lo­go­wa­nia­mi do banku. 10.00 – na kon­cie nic, 11.00 – nadal nic. 12.00 – bank za­blo­ko­wał ostat­nie 80 zł i konto na po­czet raty kre­dy­to­wej, któ­rej płat­ność przy­pa­da trzy­na­ste­go każ­de­go mie­sią­ca. 863,98 zł. 13.00 – Boże, nadal nic! Piszę do męża: „gdzie jest kasa?!”. 14.00 – nadal nic. Myślę pa­nicz­nie: „a jak ona (sze­fo­wa) nie prze­la­ła tych pie­nię­dzy?! Jeśli ma pro­blem z kon­tra­hen­ta­mi, no bo prze­cież dzia­ła tylko 1/4 firmy. Wszyst­kie fa­bry­ki sa­mo­cho­do­we w całej Eu­ro­pie stoją. Trans­port mię­dzy­na­ro­do­wy ogra­ni­czo­ny. A może to teraz bę­dzie oka­zja, żeby lu­dziom nie pła­cić?!”. 15.00 – stan konta 0.00 zł Moje ko­lej­ne myśli: „a może po pro­stu mąż mnie okła­mu­je? może już go zwol­ni­li, albo jest na przy­mu­so­wym urlo­pie i tej wy­pła­ty w ogóle nie bę­dzie! Może boi się po­wie­dzieć praw­dę…”. Godz. 16.00 – zwa­riu­je! Z czego ja za­pła­cę ra­chun­ki, raty i kre­dy­ty?! Skąd wezmę pie­nią­dze na pod­sta­wo­we rze­czy, któ­rych po­trze­bu­ję: chleb, masło, cu­kier, który się wczo­raj skoń­czył. Jak bę­dzie­my żyć jutro? Za mie­siąc? Godz. 17.00 – mam dość, za­czy­na mnie boleć głowa, czuję, że każda ko­mór­ka mo­je­go ciała jest skrę­co­na. Nie mogę się sku­pić na ni­czym innym tylko na lo­go­wa­niu do banku. Nie je­stem w sta­nie nic in­ne­go robić. Piszę sms do męża: „gdzie jest kurwa kasa?”. Po 18.00 on dzwo­ni i mówi, że prze­lew wy­szedł z firmy, ale banki prze­trzy­mu­ją pie­nią­dze. Nie wie­rzę. Nie wie­rzę, do­pó­ki nie zo­ba­czę tych pie­nię­dzy na kon­cie. Mówi mi: „boli mnie głowa od 10.00 nie pa­li­łem i nie ja­dłem, bo nie mam za co kupić fajek i cho­ciaż­by jed­nej głu­piej ka­nap­ki”. Wie­rzę mu. Przy­jeż­dża do domu po 19.00. Wia­do­mo, że już dzi­siaj tej kasy nie bę­dzie. Wy­dzwa­nia do mnie wła­ście firmy sto­lar­skiej, upo­mi­na się o trze­cią tran­szę pie­nię­dzy za meble ku­chen­ne. Nie obie­ram. Nie wiem co mu po­wie­dzieć. Nie­na­wi­dzę ta­kich sy­tu­acji. Mam ocho­tę się scho­wać w kącie, za­mknąć, uciec, ale nie mam gdzie. Bez więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia oglą­dam od­ci­nek po od­cin­ku „Suits”. Durny se­rial z księż­ną, która kie­dyś była ak­to­recz­ką. Mi­nę­ła pół­noc. Co ja dzi­siaj ro­bi­łam? Ode­bra­łam kilka maili, na­pi­sa­łam kilka ćwi­czeń o „Mak­be­cie” i kilka pytań z „Lalki”. Je­stem spię­ta, ze­stre­so­wa­na, nie mogę spać. Nie przy­szła jedna (z czte­rech) wy­pła­ta, a ja czuję się jakby świat mi się za­wa­lił. Naj­drob­niej­sze rze­czy ura­sta­ją do rangi pro­ble­mów nie do prze­sko­cze­nia. Wy­obraź­nia pra­cu­je ponad miarę. Lęki są bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce, cho­ciaż wcale nie więk­sze niż przed epi­de­mią.

 

15 kwiet­nia 2020 r. (środa)

Nie mogę się obu­dzić. Co naj­mniej trzy razy pró­bu­je wstać. 8.55 – nie no już muszę. Ubie­ram się szyb­ko, myję włosy, robię kawę, nie jem śnia­da­nia. Szu­kam ner­wo­wo ma­te­ria­łów na lek­cję na po­zio­mie C1. W mię­dzy­cza­sie piszę maile do uczniów, od­pi­su­ję ko­le­żan­ce. Z mo­kry­mi wło­sa­mi ner­wo­wo ska­nu­ję re­pe­ty­to­rium. Nie wiem, dla­cze­go skanu nie widać. Myślę shit! Jest 9.37 – nie wiem czy su­szyć włosy, ska­no­wać drugi raz czy jed­nak zro­bić zdję­cie. Robię zdję­cie. Wy­sy­łam ma­ilem. Bie­gnę do ła­zien­ki na­ło­żyć BB cream, żeby nie stra­szyć w ka­me­rze. T. już dzwo­ni, po­pra­wiam się, uśmie­cham i za­czy­nam. Za­czy­nam 3 razy to samo. Nagle – jak nigdy za­czy­nam się jąkać, po­wta­rzać. Mail ze zdję­cia­mi nie do­szedł. Wy­sy­łam drugi raz. Je­stem sobą za­że­no­wa­na. O czym myślę? Czy pie­nią­dze przyj­dą dzi­siaj na konto? Kiedy za­czną dzwo­nić banki?

W trak­cie lek­cji kątem widzę na ekra­nie te­le­fo­nu po­wia­do­mie­nie z banku o wpły­wie. Uff… Po skoń­czo­nej lek­cji lo­gu­ję się do banku, za­czy­nam robić prze­le­wy. Teraz nie­mal każda trans­ak­cja musi być po­twier­dzo­na kodem SMS. Tylko we­wnętrz­ne prze­le­wy na kwoty po­ni­żej 200 zł nie wy­ma­ga­ją po­twier­dze­nia. Sie­dzę 2 go­dzi­ny i kli­kam. Zo­sta­je mi 1500 zł. Cie­szę się, że nie muszę jeź­dzić do pracy, bo tego mie­sią­ca nie prze­ży­li­by­śmy za taką kwotę. W nor­mal­nych wa­run­kach na pa­li­wo wy­da­ję mie­sięcz­nie 500-600 zł. Do­jeż­dżam 50 km do dwóch miejsc pracy, a dwa razy w ty­go­dniu do firm, z któ­ry­mi współ­pra­cu­je moja szko­ła ję­zy­ko­wa.

Stres mnie nadal trzy­ma. Jest pół­noc – w moim lap­to­pie leci 5 sezon „Suits”, a ja nie mogę spać. Wku­rza mnie ta ame­ry­kań­sko-praw­ni­cza gadka: „bę­dziesz part­ne­rem”, „nie bę­dziesz part­ne­rem”, „sza­nu­ję Ha­rvard”, „tylko Ha­rvard”, „ja tu de­cy­du­ję”, „nie skoń­czy­łeś Ha­rvar­du”, „pójdę na Ha­rvard”, „przyj­mu­je­my tylko z Ha­rvar­du”… W mię­dzy­cza­sie czy­tam roz­praw­ki ma­tu­ral­ne pił­ka­rek. Cie­szę się, że pra­cu­ją. Piszę maile każ­dej z nich z uwa­ga­mi. Je­stem zmę­czo­na. Myślę: „w nor­mal­nych wa­run­kach nie by­ła­bym tak dro­bia­zgo­wa, nie tra­ci­ła­bym tyle czasu, ale może teraz one to jakoś bar­dziej do­ce­nią, bo każda do­sta­nie in­dy­wi­du­al­ną in­for­ma­cję?”. Widzę, że ktoś obcy na­pi­sał do mnie wia­do­mość na Mes­sen­ge­rze. Jakaś Elż­bie­ta, po­wo­łu­je  się na wspól­na zna­jo­mą. Jest za­chły­śnię­ta moż­li­wo­ścia­mi pi­sa­nia i chcia­ła­by wydać książ­kę ze swo­imi do­świad­cze­nia­mi ży­cio­wy­mi. Myślę sobie: „ha ha ha, ko­lej­na idiot­ka, która uważa się za wy­jąt­ko­wą”. Otwie­ram plik i czy­tam beł­kot pełen błę­dów o tym, jak matka ro­dzi­ła ko­lej­ne sio­stry, ona spała na ma­te­ra­cu w kurt­ce, oj­czym ją bił, a ona jed­nak po­sta­no­wi­ła cho­dzić do gim­na­zjum. Głę­bo­kie prze­sła­nie: z każ­de­go dołka można wyjść, ja wy­szłam za mąż. I mój mąż jest naj­pięk­niej­szą rze­czą, która mi się przy­tra­fi­ła w życiu. Tylko on nie może mieć dzie­ci. Ale na pewno sobie z tym po­ra­dzę, bo jak skoń­czy­łam szko­łę za­wo­do­wą i teraz cho­dzę do za­ocz­ne­go li­ceum, to mogę wszyst­ko! Boże, li­to­ści! – wołam sama do sie­bie w my­ślach. Kto na­ga­dał tym idiot­kom, że wszyst­ko mogą, że są wy­jąt­ko­we i że męż­czy­zna to naj­więk­sze szczę­ście ko­bie­ty. Co za gówno! I to już jest ten mo­ment, że świry wy­cho­dzą na po­wierzch­nię. Od­pi­su­ję bar­dzo grzecz­nie:

Dzień dobry! Bar­dzo mi miło, że Ela mnie Pani po­le­ci­ła i dzię­ku­ję, że po­dzie­li­ła się Pani ze mną swoją pasją, swoim opo­wia­da­niem. Muszę przy­znać, że nie bar­dzo wiem, co mo­gła­bym dla Pani zro­bić. Wy­da­nie książ­ki jest pro­ce­sem cza­so­chłon­nym, dość kosz­tow­nym. Ja na ten mo­ment ra­czej nie po­dej­mu­ję ta­kie­go ry­zy­ka fi­nan­so­we­go. Poza tymi kwe­stia­mi, uwa­żam, że pi­sa­nie ma ogrom­ną moc. Także te­ra­peu­tycz­ną i na pewno droga po­przez sto­wa­rzy­sze­nia po­ma­ga­ją­ce ko­bie­tom jest słusz­na. Pani cele są war­to­ścio­we i ważne. Ser­decz­nie Panią po­zdra­wiam!

Po tym mam już ser­decz­nie dość, nie myję się, idę spać.

 

17.04.2020 r. (pią­tek)

Jak ja cze­ka­łam na ten dzień. Dzi­siaj tro­chę lżej: tylko jedna lek­cja na Fa­ce­Ti­me’ie, potem jedna na Di­scor­dzie, po­le­ce­nia dla sze­ściu klas, spraw­dze­nie zadań z dwóch klas pierw­szych i dwóch klas dru­gich. Po­po­łu­dnie będę miała wolne. Efekt jest taki: sie­dzę jak po­tłu­czo­na przy lap­to­pie od 8.30 do 16.00 z dwoma prze­rwa­mi: na obiad (robię ma­ka­ron z pesto) i kawę z pta­sim mlecz­kiem. Boli mnie głowa, oczy. Mam chaos, nie mogę się na ni­czym sku­pić, ani też nic sen­sow­ne­go nie mogę zro­bić. Mia­łam taki am­bit­ny plan, że wy­ko­rzy­stam ten stan przy­mu­so­we­go sie­dze­nia na pi­sa­nie: pro­jek­tu no­wych lek­cji po­za­pro­gra­mo­wych, na pi­sa­nie warsz­ta­tów dzien­ni­kar­skich, na czy­ta­nie, na oglą­da­nie fil­mów, na które nor­mal­nie nie mam czasu, po­sprzą­tam wresz­cie, upo­rząd­ku­je strych, piw­ni­ce. A tu dupa! Niby coś robię cały dzień, wal­czę, sta­ram się za­ro­bić pie­nią­dze na ko­lej­ne ra­chun­ki, kre­dy­ty, ale sens gdzieś umyka. Przy­po­mi­na mi się księ­go­wy z dużej firmy, w któ­rej kie­dyś pra­co­wa­łam. Ten czło­wiek był dobry w swoim fachu, a jed­no­cze­śnie szcze­rze nie­na­wi­dził wszyst­kich: bu­dże­tów­ki, bo nic nie robi i że­ru­je na tych cięż­ko pra­cu­ją­cych i biz­nes­me­nów, bo re­gu­lar­nie okra­da­ją zwy­kłych ludzi, bez któ­rych żaden biz­nes by się nie krę­cił. Czę­sto spo­ty­ka­łam go rano w po­nie­dzia­łek w kuch­ni. Ro­bi­li­śmy pierw­szą kawę. Któ­re­goś dnia ten mały i ma­ło­mów­ny czło­wiek mnie za­sko­czył. Stał przed oknem i pa­trzył gdzieś w dal. Po­wie­dział do mnie: „dzi­siaj znowu po­nie­dzia­łek, znowu za­czę­ło się to nie­zno­śne w kor­po­ra­cjach cze­ka­nie na pią­tek. Potem przy­cho­dzi pią­tek, week­end mija jak z bicza strze­lił i znowu jest po­nie­dzia­łek. I tak całe życie. I wie pani, trze­ba się bar­dzo sta­rać, żeby całe życie nie za­mie­ni­ło się w cze­ka­nie na pią­tek”.

 

3

 

ze środy na czwar­tek (22/23.04.2020 r.)

Jest 1.33. Dawno już nie mia­łam tak roz­re­gu­lo­wa­ne­go ze­ga­ra bio­lo­gicz­ne­go. Niby wsta­łam przed 8.00, wy­ko­na­łam swoje obo­wiąz­ki za­wo­do­we, potem tzw. ro­dzin­ne. Ugo­to­wa­łam obia­do­ko­la­cję, wy­nio­słam śmie­ci, obej­rza­łam ileś od­cin­ków ko­lej­ne­go se­ria­lu „Plan coeur”. Za­opie­ko­wa­łam się mamą. Umy­łam pod­ło­gi. Wy­pi­łam ra­dler­ka cy­try­no­we­go, który mnie usy­pia. Prze­rzu­ci­łam ster­tę pa­pie­rów. Wzię­łam go­rą­cą ką­piel. Po­win­nam być już dawno temu zmę­czo­na i od trzech go­dzin spać. Nie śpię.

O czym myślę? O tym, że jest mi dziw­nie, bo cia­gle mam po­czu­cie, że ota­czam się zbyt dużą licz­bą rze­czy. Nie­mal od roku wy­rzu­cam, wy­rzu­cam, wy­rzu­cam. Już nic nie ku­pu­ję po­nad­to co jest mi nie­zbęd­ne. Chcia­ła­bym prak­ty­ko­wać mi­ni­ma­lizm. Mam – nawet nie kon­sump­cjo­nizm – tylko jakąś chorą mi­łość do pa­pie­rów. Cią­gle two­rzę pliki, dru­ku­ję, no­tu­ję. A potem mam do tego emo­cjo­nal­ny sto­su­nek… Na­pi­sa­ła do mnie moja psy­cho­te­ra­peut­ka z py­ta­niem, jak się czuję i gdy­bym chcia­ła, to mogę mieć sesję przez Skype. Przez ostat­ni rok cho­dzi­łam do niej re­gu­lar­nie raz w ty­go­dniu, cza­sa­mi co dwa ty­go­dnie. Dzię­ki tym se­sjom byłam w sta­nie prze­trwać mob­bing w miej­scu pracy, skoń­czyć re­mont, od­ciąć się od ba­ga­żu ro­dzi­ciel­skie­go miesz­ka­nia. Na nowo uwie­rzy­łam we wła­sne moż­li­wo­ści. Tuż przed pan­de­mią czu­łam się już bar­dzo do­brze i chcia­łam za­koń­czyć te­ra­pię, ale moja psy­cho­te­ra­peut­ka uzna­ła, że­by­śmy dały sobie jesz­cze od dwóch do czte­rech ty­go­dni ob­ser­wa­cji.

Jak­kol­wiek wred­nie to za­brzmi, będąc w izo­la­cji czuję się szczę­śli­wa. Mogę pra­co­wać i moje za­rob­ki nie zmie­ni­ły się dra­stycz­nie. Mam teraz czas na to, żeby po­my­śleć (!) co ja robię, co chce zro­bić, stwo­rzyć coś. Mamy wresz­cie czas z mężem, żeby cie­szyć się wy­re­mon­to­wa­nym miesz­ka­niem, wspól­nie go­to­wać w week­en­dy, w świę­ta obej­rzeć wspól­nie film. To są drob­nost­ki, na które w nor­mal­nym życiu nie mia­łam czasu. Ab­so­lut­nym hitem jest dla mnie to, że nie mam stre­su zwią­za­ne­go z pracą z ludź­mi. Nikt mnie nie upo­ka­rza, nie za­wa­la mnie nie­po­trzeb­ną ni­ko­mu pracą, nie ob­ra­ża, nie stra­szy, nie szan­ta­żu­je–- co nie­ste­ty jest pewną normą w na­szym spo­łe­czeń­stwie. Więc kiedy mnie py­ta­ją, czy tę­sk­nię? Nie, nie tę­sk­nię. Cie­szę się, że nie muszę ob­co­wać z ludź­mi, któ­rzy mnie nie­na­wi­dzą i któ­rych ja nie tra­wię. Serio! Dla mnie to bło­go­sła­wień­stwo. Czuję się jak na upra­gnio­nych wa­ka­cjach. Jest cisza, spo­kój. Nawet w ko­lej­ce do Lidla nikt ze sobą nie roz­ma­wia. Moja mama mówi, że to smut­ne czasy i że ją przy­gnę­bia widok ko­le­jek, ludzi w ma­skach na twa­rzy. Ja mam jed­nak inne do­świad­cze­nia. Rzad­ko do­zna­je życz­li­wo­ści, bez­in­te­re­sow­no­ści, po­zy­tyw­no­ści. Może taka też się sta­łam z bie­giem lat?

Dwa lata temu po­je­cha­li­śmy na ty­dzień nad Je­zio­ro Ochrydz­kie. Mia­łam za sobą trud­ny rok szkol­ny. Klasa ma­tu­ral­na, awans za­wo­do­wy, no i try­liard in­nych obo­wiąz­ków. Ma­rzy­łam o tym, żeby po­ło­żyć się na le­ża­ku i sły­szeć tylko szum wody. W bar­dzo przy­jem­nym ho­te­lu spę­dzi­łam naj­bar­dziej ha­ła­śli­we 8 dni. Nie mo­głam wprost wy­trzy­mać. Na każ­dym kroku Po­la­cy: gło­śni, im­per­ty­nenc­cy, głupi, Ślą­za­cy, war­sza­wia­cy – to było upior­ne. Od wcze­snych go­dzin po­ran­nych do póź­nych go­dzin noc­nych na ta­ra­sie, w ogro­dzie, przy ba­se­nie, w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji, barze wszę­dzie na­chal­ni, gło­śni, prze­mą­drza­li. Mój mąż: – „Chodź pój­dzie­my wie­czo­rem na drin­ka z tymi z Czę­sto­cho­wy” albo „Ci z War­sza­wy wcale nie są tacy źli”. Ja: – „Daj mi spo­kój, nie chce wi­dzieć, sły­szeć ludzi”. Nie mogę znieść tego: „ty, stary kurwa, jak za­pier­do­li­łem”, „a on wy­je­bał na te Ma­le­di­wy 100 tys.”, „nie bę­dzie mi żaden kutas pod­ska­ki­wał w mojej fir­mie, to ja płacę mu ZUS”, „chło­pie, jak my je­cha­li, to żodyn”. Efekt był taki, że choć wi­do­ki pięk­ne, po­go­da ide­al­na, po ty­go­dniu przy­je­cha­łam zmę­czo­na psy­chicz­nie jesz­cze bar­dziej niż przed urlo­pem.

Moja izo­la­cja jest dla mnie dobra. A może ja nie je­stem in­dy­wi­du­ali­stą tylko sa­mot­ni­kiem?

 

4

 

(…)

 

9 maja 202 r. (so­bo­ta)

Mój dzień roz­po­czął się te­le­fo­nem mojej mamy o 7.47. Roz­trzę­sio­na i spa­ni­ko­wa­na pro­si­ła mnie, żebym za­dzwo­ni­ła na po­go­to­wie. Mamo, mu­sisz sama 112, oni będą pytać o ob­ja­wy, mnie nie ma przy tobie, dzwoń sama. 15 minut póź­niej za­dzwo­ni­łam i usły­sza­łam cały prze­bieg udzie­la­nia jej po­mo­cy przez dwóch ra­tow­ni­ków. Po pół go­dzi­nie pod­słu­chi­wa­nia roz­łą­czy­łam się. Nic jej nie było poza po­czu­ciem lęku, który dawał jej symp­to­my skur­czu serca, twar­do­ści ręki i karku, bólu głowy. To już trze­ci ty­dzień ta­kiej jazdy. Po­sy­pa­ło jej się zdro­wie. A za tym po­szło ko­lej­ne roz­pie­prze­nie mo­je­go życia. Na szczę­ście prze­ro­bi­łam swój lęk na psy­cho­te­ra­pii. I sta­ram się być dobrą córką, pomóc jej na tyle, ile po­tra­fię, ale muszę być od jej życia zdy­stan­so­wa­na, bo mam swoje, o które muszę dbać. Nie zmie­nia to mo­je­go po­czu­cia zło­ści. Pierw­szy alarm był w środę 22 kwiet­nia. Mama umó­wi­ła się do le­ka­rza ro­dzin­ne­go z po­wo­du wy­so­kie­go ci­śnie­nia i szumu w uszach. Wy­stra­szo­na, spa­ni­ko­wa­na dzwo­ni­ła do mnie co 15 minut. Na nic zdały się tłu­ma­cze­nia, że mam pracę, że pro­wa­dzę za­ję­cia on-li­ne, na nic wy­ci­sza­nie te­le­fo­nu. I tak dzwo­ni­ła. W przy­chod­ni duży rygor sa­ni­tar­ny z po­wo­du epi­de­mii ko­ro­na­wi­ru­sa. Drzwi za­mknię­te, pil­no­wa­ne przez ochro­nia­rza, do­dat­ko­we for­mu­la­rze, ogra­ni­czo­ny do­stęp do badań i le­ka­rza. Oka­za­ło się, że mama musi już teraz brać cały czas leki na ob­ni­że­nie ci­śnie­nia i przez jakiś czas leki uspo­ka­ja­ją­ce. Z wi­zy­ty u le­ka­rza była ra­czej za­do­wo­lo­na. Po­wie­dzia­ła, że le­karz jej wy­słu­chał, za­py­tał czym się de­ner­wu­je, więc ona opo­wie­dzia­ła mu w skró­cie hi­sto­rię swo­je­go trud­ne­go mał­żeń­stwa. Do­brze nie było. W pią­tek dzwo­ni­ła do mnie cały dzień. Około 16.00 po­pro­si­ła, żebym za­wio­zła ja do szpi­ta­la. Cze­ka­ły­śmy 40 minut na ze­wnątrz zanim ktoś za­re­agu­je i zde­cy­du­je się udzie­lić po­mo­cy. Mamę za­pro­si­li do środ­ka, mnie ka­za­li cze­kać na dzie­dziń­cu szpi­ta­la. Po ko­lej­nych 50 mi­nu­tach wy­szła do mnie pie­lę­gniar­ka i po­wie­dzia­ła, żebym je­cha­ła do domu, bo nie wia­do­mo, jak to długo po­trwa i co zde­cy­du­je le­karz dy­żu­ru­ją­cy. Ka­za­li mi za­dzwo­nić za 1,5 go­dzi­ny. Za­dzwo­ni­łam – le­kar­ka ka­za­ła cze­kać jesz­cze go­dzi­nę, robią ba­da­nia i po wy­ni­kach zde­cy­du­ją. Około 20.00 le­kar­ka za­dzwo­ni­ła z de­cy­zją, że mogę ją za­brać do domu. Do­sta­ła kro­plów­kę, ko­lej­ne leki. W po­nie­dzia­łek 27 kwiet­nia mu­sia­łam ją za­wieźć do pry­wat­nej przy­chod­ni na wi­zy­tę do la­ryn­go­lo­ga. Znowu sta­łam na ze­wnątrz ja­kieś 1,5 go­dzi­ny. Le­karz prze­płu­kał jej uszy, za­pła­ci­ła 150 zł. Było przez chwi­lę le­piej. Po dwóch dniach znowu za­czę­ła się skar­żyć, że nie śpi w nocy, od­czu­wa drże­nie. Wy­bra­ła się do przy­chod­ni do le­ka­rza ro­dzin­ne­go – nie wpu­ści­li jej, sie­dzia­ła na scho­dach. Ode­sła­li do domu i ka­za­li cze­kać na te­le­fon le­ka­rza (te­le­po­ra­dy). Le­karz zmo­dy­fi­ko­wał dawki leków i uznał, że w or­ga­ni­zmie jest zbyt mało po­ta­su. Po dłu­gim week­en­dzie po­je­cha­łam do ap­te­ki ku­pi­łam jej potas, elek­tro­li­ty, dwa dni było do­brze. W czwar­tek 7 maja od rana znowu alarm: „za­wieź mnie do szpi­ta­la”. Jesz­cze się do­brze nie obu­dzi­łam, wrzu­ci­łam na dres płaszcz, za­ło­ży­łam ma­secz­kę i gnam, bo może to zawał albo udar! I znowu przed wej­ściem do szpi­ta­la po­ka­zu­je­my przez szybę wy­pi­sy, re­cep­ty, na migi. Po 15 mi­nu­tach przy­cho­dzi ciem­no­skó­ry le­karz i wrzesz­czy ła­ma­ną pol­sz­czy­zną na moją mamę, że ma iść do re­jo­nu, do swo­je­go le­ka­rza, a nie za­wra­cać głowę le­ka­rzom w szpi­ta­lu. Ona mówi, że jej słabo i że na wy­pi­sie ze szpi­ta­la miała wska­za­nie, żeby w razie po­trze­by zgło­sić się do szpi­ta­la. No to jest po­trze­ba. Wpusz­cza ją. Mnie zwal­nia­ją do domu – nie muszę tam stać razem z ro­dzą­cą ko­bie­tą i fa­ce­tem, który przez szybę krzy­czy, że przy­je­chał zro­bić test na tego wi­ru­sa. Słabo mi. Przy­je­cha­łam do domu i do kom­pu­te­ra, bo już byłam spóź­nio­na, nie mia­łam czasu przy­go­to­wać się do lek­cji. Ten dzień miał być sza­leń­czy. Po dwóch go­dzi­nach znowu te­le­fon. Moja mama chyba myśli, że ja je­stem na jej usłu­gach… Jadę po nią z ze­gar­kiem w ręku. Sły­szę, że jakaś pie­lę­gniar­ka wrzesz­czy do niej: „tu nie można roz­ma­wiać przez te­le­fon, pro­szę się roz­łą­czyć”. Do­sta­ła kro­plów­kę i re­cep­tę na sil­niej­sze leki uspo­ka­ja­ją­ce. Już wiem, że urzą­dza jakiś dziw­ny ry­tu­ał pa­ni­ki, bo nie po­tra­fi za­ko­mu­ni­ko­wać swo­ich po­trzeb, ani tych po­trzeb nie po­tra­fi za­spo­ko­ić. Wra­cam do sie­bie. Myślę: „Boże, czy ja będę miała jesz­cze kie­dyś czas na re­ali­zo­wa­nie sie­bie, na speł­nie­nie swo­ich ma­rzeń, na swoje życie…”. W nie­dzie­lę mój mąż je­dzie na ty­dzień w trasę, nie­wie­le my­śląc pro­po­nu­ję jej, żeby przy­szła na kilka dni do mnie. Wiem, że nie będę się czuła cał­kiem swo­bod­nie u sie­bie, ale lep­sze dla mnie to niż co drugi dzień jazda do szpi­ta­la, do przy­chod­ni. A w mię­dzy­cza­sie moja mama wy­my­śli­ła sobie wi­zy­tę u neu­ro­lo­ga. A jakże 120 zł po to, żeby się do­wie­dzieć, że ma lęki zwią­za­ne z cho­ro­bą i z sy­tu­acją epi­de­mii. Nie myślę, co bę­dzie dalej. Do­ce­niam mo­men­ty spo­ko­ju i ciszy, które są nie­zbęd­ne do życia.

Cięż­ko mi po­go­dzić się z tym, że znowu muszę być ro­dzi­cem swo­jej mamy. Wy­da­wa­ło mi się za­wsze, że jest silna i zna roz­wią­za­nie na każdy pro­blem. Takie to dzie­cię­ce my­śle­nie. Ale odkąd umie­ra­ła bab­cia w 2006 roku jakoś tak się stało, że sta­łam się chcąc nie chcąc pro­te­zą (opar­ciem, po­moc­ną dło­nią) po­ma­ga­ją­cą przejść trud­ne mo­men­ty. Naj­pierw opie­ka nad bab­cią: na zmia­nę spa­ły­śmy u niej, ro­bi­ły­śmy je­dze­nie, po­da­wa­ły­śmy leki, zro­bi­ły­śmy pra­nie, ko­si­łam ogró­dek, no cały ostat­ni rok stu­diów roz­cią­gnię­ty był mię­dzy stu­dia, pracę i opie­kę. Nie mia­łam ani czasu wol­ne­go, ani swo­je­go życia. Potem trze­ba było zor­ga­ni­zo­wać po­grzeb. W 2018 roku po­wtór­ka: umie­ra­ła ku­zyn­ka mamy chora na Al­zhe­ime­ra. Do­pie­ro po paru mie­sią­cach mój mąż po­wie­dział mi i tym samym otrzą­snął mnie z le­tar­gu: „nie po­ma­ga­łaś, tylko od­wa­li­łaś całą ro­bo­tę, prze­cież mama się kom­plet­nie roz­sy­pa­ła”. Po­grzeb, USC, akt zgonu, ZUS, ko­ściół, spra­wy spad­ko­we – wszyst­ko ro­bi­łam z nią, a wła­ści­wie za nią. Je­stem dobra w kry­zy­sach, spraw­dzam się w trud­nych sy­tu­acjach. Moja ko­le­żan­ka, która nor­mal­nie nie roz­ma­wia­ła ze mną przez 9 lat, za­dzwo­ni­ła do mnie ubie­głe­go lata z pro­po­zy­cją wyj­ścia do re­stau­ra­cji. Zgo­dzi­łam się i wtedy się do­wie­dzia­łam, że ma chore dziec­ko i chce roz­wieść się z mężem. Nie wiem, czym sobie za­słu­ży­łam na taką markę, że lu­dzie nawet naj­bliż­si przy­cho­dzą do mnie tylko gdy chcą zrzu­cić cię­żar ze swo­ich bar­ków. A jakoś gdy im we­so­ło, miło i do­brze, to myślą o kimś innym…

 

(…)

 

6

 

17 maja 2020 r. (nie­dzie­la)

Dobrą stro­ną izo­la­cji spo­łecz­nej są dla mnie wolne nie­dzie­le. Praw­dzi­wie wolne. Od 10 lat pra­cu­ję przez pięć dni w ty­go­dniu oraz w week­en­dy. W eks­tre­mal­nych la­tach mia­łam wolne tylko świę­ta za­zna­czo­ne na czer­wo­no w ka­len­da­rzu. To strasz­nie męczy. Byłam zmę­czo­na, ze­stre­so­wa­na. Mia­łam wiecz­ny ba­ła­gan w domu. Nie mia­łam czasu na nic, nawet na od­po­czy­nek. Teraz po dwóch mie­sią­cach mam po­czu­cie, że po­wo­li, po­wo­li od­zy­sku­ję sta­bi­li­za­cję z na­ci­skiem na spra­wy do­mo­we. Mój kosz na pra­nie nie „go­tu­je się” od ubrań, ręcz­ni­ków, po­ście­li. Moje pod­ło­gi są czy­ste. W umy­wal­ce nie ma śla­dów pasty. Mam po­ukła­da­ne w sza­fie ubra­nia. I bar­dzo chcia­ła­bym, żeby ten stan trwał jak naj­dłu­żej. Mam nawet już taki wnio­sek i po­mysł, że praca zdal­na – co robię in­ten­syw­nie, za­ku­py przez in­ter­net – zin­ten­sy­fi­ko­wa­ne, czas na od­po­czy­nek, re­gu­lar­ne sprząt­nie miesz­ka­nia to są rze­czy, które chcia­ła­bym prze­nieść jako nową prak­ty­kę, kiedy już bę­dzie po.

Sie­dzę wła­śnie do­pi­ja­jąc kawę, spo­glą­dam na te­le­wi­zję (cho­ciaż teraz też uwa­żam, że dużo bar­dziej war­to­ścio­we jest to, co sama mogę wy­brać, a nie to, co pod­su­wa­ją mi kla­kie­rzy żądni wła­dzy nad umy­sła­mi) i myślę o mojej przy­ja­ciół­ce, która jutro bę­dzie miała uro­dzi­ny. Znamy się więk­szą część życia. Za­wsze mo­gły­śmy na sie­bie li­czyć. Nawet wtedy gdy by­ły­śmy da­le­ko od sie­bie. Łą­czy­ły nas głę­bo­kie roz­mo­wy, po­ko­ny­wa­nie pro­ble­mów i szu­ka­nie dróg wyj­ścia z wszel­kich kry­zy­sów. Jest dla mnie jak sio­stra. Ostat­nio jed­nak bar­dzo się od sie­bie od­da­li­ły­śmy w mil­cze­niu. Teraz mam w gło­wie bombę po wczo­raj­szej roz­mo­wie z mężem. I nie wiem, co zro­bić…

Kiedy spo­ty­ka­ły­śmy się ostat­nio, to był po­czą­tek li­sto­pa­da. Po­ga­da­ły­śmy, zja­dły­śmy fajny po­si­łek w knaj­pie wło­skiej, było sym­pa­tycz­nie. Do mo­men­tu, w któ­rym po­czu­łam się jak ostat­nia fra­jer­ka. Magda od marca miesz­ka ze swoim nowym fa­ce­tem. De­we­lo­pe­rem, czło­wie­kiem obrzy­dli­wie bo­ga­tym. Przy nim czuję się jak bied­na mysz ko­ściel­na (tylko raz roz­ma­wia­li­śmy). On roz­wią­zał jej wszyst­kie pro­ble­my. Po po­wro­cie z za­gra­ni­cy do Pol­ski nie miała wła­ści­wie nic. To on za­trud­nił ją w swo­jej fir­mie. Wy­na­jął miesz­ka­nie. Wziął dla niej sa­mo­chód w le­asing. Or­ga­ni­zu­je urlo­py i uro­cze week­en­dy. Żal mi serce ści­skał, kiedy ja mę­czy­łam się z ko­lej­ny­mi eki­pa­mi re­mon­to­wy­mi, bra­łam ko­lej­ny kre­dyt, żeby do­koń­czyć re­mont i kupić meble do kuch­ni, a we­szłam do ich wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia i zo­ba­czy­łam wszyst­ko zro­bio­ne jak spod igły. In­te­re­so­wa­ły mnie cie­ka­we roz­wią­za­nia w tym miesz­ka­niu: sprzę­ty do kuch­ni, ory­gi­nal­na pod­ło­ga, ga­zo­we ogrze­wa­nie. Moja przy­ja­ciół­ka nie znała od­po­wie­dzi na żadne py­ta­nie, wszyst­ko kwi­to­wa­ła: „R. się tym zaj­mu­je”. Z jed­nej stro­ny czu­łam za­zdrość, że ona ma wszyst­ko po­da­ne na tacy, a ja trze­ci, czwar­ty rok re­mon­tu­ję miesz­ka­nie, żeby było nor­mal­nie i cia­gle ja­kieś kłody pod no­ga­mi… Z dru­giej stro­ny nie po­zna­wa­łam jej – dziew­czy­ny prze­bo­jo­wej, z uśmie­chem na twa­rzy, z mi­lio­nem zna­jo­mych na Fa­ce­bo­oku, która ma wła­sne zda­nie i nigdy nie ro­bi­ła cze­go­kol­wiek, bo ktoś jej tak kazał… Na samym po­cząt­ku tej zna­jo­mo­ści mó­wi­ła mi szcze­rze, że ma wąt­pli­wo­ści zwią­za­ne z wcho­dze­niem w nowy zwią­zek: on był świe­żo po roz­wo­dzie, miał dwoje do­ra­sta­ją­cych dzie­ci, a ona po wielu krót­ko­trwa­łych związ­kach, chcia­ła prze­stać po­peł­niać ten błąd – wraz z psy­cho­te­ra­peu­tą po­sta­no­wi­ła ze­rwać ten kod, który po­wie­la­ła od lat. Wtedy ude­rzy­ło mnie to, co po­wie­dzia­ła, że dzie­ci są dla niego tak ważne, że nie po­zwa­la jej sta­nąć autem pod jego domem (miała par­ko­wać na innej ulicy), w oba­wie, że była żona, która miesz­ka w po­bli­żu, mo­gła­by ją zo­ba­czyć. Była żona, która miała już dru­gie­go męża i dzie­ci miesz­ka­ły z nią. Za­dzwo­ni­ły mi dzwo­ny w gło­wie. Naj­de­li­kat­niej jak mo­głam ostrze­głam moją przy­ja­ciół­kę. Prze­cho­dzi­łam wiele lat temu przez po­dob­ną sy­tu­ację. Ten facet nie roz­wiódł się men­tal­nie. Mó­wiąc tak, lek­ce­wa­ży cię, nie trak­tu­je po­waż­nie, nie sza­nu­je, nie chce w swoim życiu, wsty­dzi się. Ja też byłam w związ­ku z roz­wod­ni­kiem, dla któ­re­go była żona i dziec­ko były nadal całym świa­tem, który żył prze­szło­ścią, nie­na­wi­ścią, pluł jadem i nie był zdol­ny do po­ko­cha­nia ko­go­kol­wiek poza sobą. Dla mnie ta sy­tu­acja w po­łą­cze­niu z mob­bin­giem w pracy stała się po­cząt­kiem de­pre­sji, z którą bo­ry­ka­łam się przez dwa lata. Bo­gat­sza o to do­świad­cze­nie, chcia­łam prze­strzec przy­ja­ciół­kę przed po­peł­nie­niem tego sa­me­go błędu. Ja bar­dzo chcia­łam być ważna dla mo­je­go chło­pa­ka. Chcia­łam spę­dzać czas z nim i z jego dziec­kiem. Nigdy na to nie po­zwo­lił, za­wsze za­sła­niał się do­brem dziec­ka i jego psy­chicz­nym spo­ko­jem. Na temat byłej żony sły­sza­łam same złe słowa: nie zaj­mo­wa­ła się dziec­kiem, domem, ule­ga­ła wpły­wom matki i oj­czy­ma, wy­jeż­dża­ła na wy­jaz­dy służ­bo­we, zdra­dza­ła go. Kiedy nasz zwią­zek po­sta­no­wi­łam za­koń­czyć, a on nie przyj­mo­wał tego do wia­do­mo­ści i mnie nękał, po­je­cha­łam do niej – byłej żony, miesz­ka­ją­cej 80 km od mo­je­go miej­sca za­miesz­ka­nia. Oka­za­ło się, że dziew­czyn­ka jest po­dob­na do ojca jak kro­pla wody i nie ma mowy, żeby nie była jego dziec­kiem czy po­cho­dzi­ła ze zdra­dy. Była żona czuła się za­szczu­ta, kon­tro­lo­wa­na, na gra­ni­cy de­pre­sji. W życiu bez niego ra­dzi­ła sobie zna­ko­mi­cie. Była szczę­śli­wa i spo­koj­na, uśmiech­nię­ta.

I teraz wra­cam do li­sto­pa­do­we­go spo­tka­nia z moją przy­ja­ciół­ką. W roz­mo­wie rzu­ci­ła: „R. jest u sie­bie w domu z chłop­ca­mi, ma week­end, więc sku­pia się tylko na nich. A we wto­rek le­ci­my do Rey­kja­vi­ku. Muszę za­dzwo­nić do niego, bo nie wiem, jak się spa­ko­wać, o któ­rej mamy lot i skąd le­ci­my”. Przez moją głowę prze­bie­gło WTF!? Za­py­ta­łam, jaki jest powód tej po­dró­ży. Od­po­wie­dzia­ła, że just like that, jest tam jakiś kon­cert mu­zy­ki i R. miał ocho­tę, więc jadą na kon­cert, no i tro­chę od­po­cząć, bo mogą sobie po­zwo­lić na ty­dzień wa­ka­cji w li­sto­pa­dzie. Potem za­py­ta­łam jesz­cze z cie­ka­wo­ści, jaki to kon­cert, bo moja przy­ja­ciół­ka dawno temu miała swój ze­spół, śpie­wa­ła i grała na gi­ta­rze. A ona od­po­wie­dzia­ła mi: „no kon­cert mu­zy­ki!”. Takim tonem jak­bym za­da­ła nie­wła­ści­we py­ta­nie. Ja zaś od­nio­słam wra­że­nie, że chce ukryć za wszel­ką cenę fakt, że nie wie, po co leci ze swoim ko­chan­kiem na Is­lan­dię. Po tej wy­mia­nie zdań po­czu­łam się, jakby ktoś na­pluł mi w twarz. Po­czu­łam, jak­by­śmy stra­ci­ły wspól­ny język. Jakby to nie była Magda, którą znam. Za­mknę­łam się. Jakoś zmie­ni­ły­śmy temat. Na moje uro­dzi­ny nie przy­je­cha­li, bo R. miał inne plany na week­end bez chłop­ców. Potem Magda chcia­ła się spo­tkać w cza­sie świą­tecz­no-no­wo­rocz­nym, ale my je­cha­li­śmy na urlop do Egip­tu. Po po­wro­cie roz­cho­ro­wa­łam się: byłam na zwol­nie­niu, bra­łam an­ty­bio­tyk i sie­dzia­łam 3 ty­go­dnie w domu. Jak wró­ci­łam do pracy, było bar­dzo in­ten­syw­nie: jak zwy­kle ner­wów­ka, żeby zdą­żyć ze wszyst­kim, 2000 km za kół­kiem w ciągu 2 ty­go­dni, trzy, czte­ry miej­sca pracy, do tego skar­gi, uże­ra­nie się z firmą me­blar­ską. Potem w lutym mia­ły­śmy wy­sko­czyć na kawę, bo mia­łam mieć prze­rwę na wo­kan­dzie, ale też nic z tego nie wy­szło, bo osta­tecz­nie z po­wo­du opóź­nień prze­rwy nie było. 11 marca ogło­szo­no za­mknię­cie szkół i uczel­ni wyż­szych. No i mi­nę­ło pół roku, jak nie wi­dzia­ły­śmy się i nie roz­ma­wia­ły­śmy. Nie tę­sk­ni­łam i nie bra­ko­wa­ło mi tych roz­mów, bo byłam zmę­czo­na i nie mia­łam ocho­ty od ko­lej­nej bli­skiej mi osoby wy­słu­chi­wać jak za­je­bi­ście jej się po­wo­dzi, co ku­pi­ła, co zro­bi­ła, co pla­nu­je. Słu­cha­łam tego za długo i do­ro­słam do tego, żeby nie zmu­szać się do tak płyt­kich re­la­cji. Wolę sie­dzieć w domu sama niż spo­ty­kać się z kimś kto bę­dzie się prze­chwa­lał nowym sa­mo­cho­dem, nowym te­le­wi­zo­rem, no­wy­mi me­bla­mi, ro­bo­tem sprzą­ta­ją­cym… Tym bar­dziej, że nowy part­ner mojej przy­ja­ciół­ki jest dla mnie czło­wie­kiem co naj­mniej po­dej­rza­nym, wy­wo­łu­je ra­czej nie­po­kój. W pią­tek mój mąż za­py­tał mnie o Magdę. Dla­cze­go z nią nie roz­ma­wiam. Po­dzie­li­łam się tymi moimi nie­po­ko­ja­mi, od­czu­ciem bycia nie­pa­su­ją­cej do tej wy­so­kiej półki. Mój mąż szyb­ko po­wią­zał fakty i na­zwi­ska, i wy­pa­lił: „Słu­chaj ten R. to jest są­siad mo­je­go szefa. Ja go znam! Latem kosił trawę i na­pra­wiał dach w tym domu. On jest obrzy­dli­wie bo­ga­ty, ale jego była żona jest jesz­cze bo­gat­sza. Ona ma lą­do­wi­sko dla he­li­kop­te­ra przy domu!”. Wczo­raj, jak wró­cił z pracy, mówi do mnie: „Odsuń się de­li­kat­nie od tego syfu, roz­ma­wiaj z nią tylko na tyle, ile mu­sisz, dy­plo­ma­tycz­nie. Ten R. zdra­dził swoją żonę i roz­wód był z jego winy. W grud­niu uro­dzi­ło mu się dziec­ko z jakąś inną ko­bie­tą. S. nawet tą ko­bie­tę w ciąży po­znał. Po­ka­za­łem mu zdję­cie Magdy, to nie była ona”. No chyba bym wie­dzia­ła w li­sto­pa­dzie, że w grud­niu rodzi. Bomba w mojej gło­wie wy­bu­chła! Za­czę­łam my­śleć, prze­li­czać, jak­kol­wiek by nie było, jeśli to praw­da, to zna­czy, że będąc z Magdą, za­płod­nił inną ko­bie­tę i być może jest z nią także w ja­kimś związ­ku. Gło­śno my­śla­łam: „Je­że­li Magda o tym nie wie, to po­win­na wie­dzieć, ale czy ja mam prawo jej to mówić? A co jeśli wie, i godzi się na takie życie, bo ma wszyst­ko, a bez niego nie mia­ła­by nic (miesz­ka­nia, pracy, sa­mo­cho­du, faj­nych urlo­pów)? Boże, co za syf!”. Mój mąż: „Mia­łaś rację, to nie jest nasza półka, facet jest tak obrzy­dli­wie bo­ga­ty, że może robić, co ze­chce, a to jaki ma sto­su­nek do Magdy i jakie łączą ich re­la­cje nie jest naszą spra­wą. Ona musi ude­rzyć o dno, żeby się obu­dzić. To bru­tal­ne, ale nie mo­żesz nic zro­bić zanim nie ude­rzy o dno. Wtedy bę­dzie po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy i po­mo­że­my jej, jak bę­dzie­my mogli. Ale być może wy­god­ne życie zwy­cię­ży i tak bę­dzie trwać w tym cho­rym związ­ku wiele lat, całe życie”.

Bru­tal­nie to ujął. Ale po prze­my­śle­niu – nie chcę być osobą, którą znie­na­wi­dzi, chyba wolę od­cię­cie, bo prze­cież za rękę go nie zła­pa­łam i kar­mie­nie się plot­ka­mi może być groź­ne. Nic prze­cież nie wiem o jej życiu, jakie mam prawo się wtrą­cać?!

 

7

 

24 maja 2020 r. (nie­dzie­la)

Rok temu był to pią­tek. Około 15.45 do­sta­łam od mamy sms z wia­do­mo­ścią, że jej ser­decz­na przy­ja­ciół­ka imien­nicz­ka, z którą sie­dzia­ła w jed­nej szkol­nej ławce zmar­ła. Ta śmierć była tak nie­re­al­na, nagła i nie­spo­dzie­wa­na, że rzu­ci­łam wszyst­ko i jak sta­łam tak po­bie­głam do ga­le­rii upo­min­ków, którą pro­wa­dzi­ła jej córka. Za­sta­łam ją na za­ple­czu roz­trzę­sio­ną i za­pła­ka­ną. Nic nie mó­wi­ły­śmy, za­czę­li się scho­dzić lu­dzie: inne ko­le­żan­ki, syn, part­ner. Może to dziw­nie za­brzmi, ale czu­łam jej ból, we­wnętrz­ne drże­nie, jak roz­pa­da się…

Moja mama też to strasz­nie prze­ży­ła, jesz­cze dzień wcze­śniej roz­ma­wia­ły przez te­le­fon. Stały się sobie bli­skie w ostat­nim cza­sie. Przy­ja­ciół­ka mamy miała 73 lata i pra­co­wa­ła w Niem­czech jako opie­kun­ka osób star­szych. Od kilku lat żyła w ryt­mie 3 na 3 – trzy mie­sią­ce pracy i trzy mie­sią­ce w Pol­sce. Na­ma­wia­ła mamę na taką pracę, żeby sobie do­ro­bić do mar­nej eme­ry­tu­ry. Mama miała po­je­chać w sierp­niu. Dzi­wi­ło mnie już kilka lat wcze­śniej, że sama będąc w nie­naj­lep­szej kon­dy­cji zde­cy­do­wa­ła się na nie­ła­twą pracę. Miała mi­go­ta­nie przed­sion­ków, cho­ro­by ko­bie­ce, zma­ga­ła się z oty­ło­ścią. Po­win­na być za­opie­ko­wa­na przez ro­dzi­nę, a nie opie­ko­wać się in­ny­mi star­szy­mi bar­dziej scho­ro­wa­ny­mi. I kiedy zmar­ła tak nagle, nie mo­głam po­zbyć się wra­że­nia, że gdyby była w Pol­sce, to ży­ła­by. Przy­czy­ną śmier­ci miał być udar albo tęt­niak. Wszyst­kie pro­ble­my zwią­za­ne z jej śmier­cią: sek­cja zwłok, nie­miec­ki pro­ku­ra­tor, ure­gu­lo­wa­nie ra­chun­ku za pobyt na OIOM-ie, trans­port zwłok opóź­ni­ły po­grzeb o 3 ty­go­dnie. Drę­czy­ły mnie myśli, że nie tak po­win­no się jej życie za­koń­czyć, że pra­co­wa­ła ponad siły, że pra­co­wa­ła, choć nie po­win­na, żeby kupić wę­giel do domu na zimę, wy­re­mon­to­wać ła­zien­kę, po­je­chać na urlop. I ta jej śmierć była takim mi­ga­ją­cym neo­nem dla mnie, ostrze­że­niem przed tym, żeby praca i pie­nią­dze nie stały się naj­waż­niej­sze. Strasz­nie to smut­ne i przy­kre, że takie ko­bie­ty jak przy­ja­ciół­ka mojej mamy w Pol­sce po la­tach pracy za­wo­do­wej za naj­niż­sze wy­na­gro­dze­nie, po la­tach pro­wa­dze­nia wzo­ro­wo domu, wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci mają 800-1100 zł eme­ry­tu­ry i zmu­sza­ne są do nad­ludz­kie­go wy­sił­ku, aby za­pew­nić sobie mi­ni­mum eg­zy­sten­cji.

 

26 maja 2020 r. (wto­rek, Dzień Matki)

To był ab­so­lut­nie jeden z naj­bar­dziej cha­otycz­nych dni, a ja cho­dzi­łam na­bur­mu­szo­na, ni­czym ty­ka­ją­ca bomba. Nie­na­wi­dzę nie­za­pla­no­wa­nych dni i pie­prze­nia o ni­czym przez te­le­fon. Dzi­siaj był jeden z ta­kich dni. Prze­bu­dzi­łam się przed 7.00 i stwier­dzi­łam, że mogę jesz­cze tro­chę po­le­żeć, po­drze­mać w łóżku. Ta drzem­ka trwa­ła 2,5 go­dzi­ny! Obu­dził mnie SMS od przy­ja­ciół­ki. Py­ta­ła czy w lipcu zajmę się kotem, bo chcie­li­by po­je­chać w Tatry. No i tak od słowa do słowa pra­wie go­dzi­na ese­me­so­wa­nia. Nie zja­dłam śnia­da­nia, piłam zimną kawę. Już byłam zła. Za­dzwo­ni­łam do le­ka­rza po re­cep­tę na kro­ple do oczu – i ko­lej­ne pół go­dzi­ny mi­nę­ło. Sta­nę­ło na ni­czym. Nie wia­do­mo jaki le­karz i o któ­rej go­dzi­nie bę­dzie mógł wy­pi­sać e-re­cep­tę, może po 15.30 bę­dzie inna pani dok­tor, która może wy­sta­wić pa­pie­ro­wą tra­dy­cyj­ną re­cep­tę. Ale naj­le­piej gdy­bym za­dzwo­ni­ła ok. 18.00, cho­ciaż po­rad­nia pra­cu­je do 15.00. Za­czę­ła mnie boleć głowa i przy­po­mnia­łam sobie, że umó­wi­łam się dzi­siaj z mamą na kawę – że przy­wio­zę ją do mnie i po­świę­tu­je­my dzień mamy. Mia­ły­śmy kupić on-li­ne krze­sło ogro­do­we dla mamy i że­laz­ko, a dla mnie czaj­nik bez­prze­wo­do­wy. Już czu­łam, że to nie jest ten dzień. Ale mama znowu jakoś go­rzej się czuła, po­trze­bo­wa­ła wyjść z domu, więc uzna­łam, że nie będę od­wo­ły­wać na­szych usta­leń. Kiedy usia­dłam do kom­pu­te­ra – zalew maili. Głów­nie ucznio­wie, któ­rzy obu­dzi­li się z pan­de­micz­ne­go le­tar­gu, za­gro­że­ni nie­kla­sy­fi­ko­wa­niem albo je­dyn­ka­mi: „co mógł­bym zro­bić, żeby po­pra­wić oceny? pro­szę pil­nie o od­po­wiedź”. Mam ocho­tę gryźć i pluć. A gdzie byłeś gnoj­ku przez ostat­nie 2 mie­sią­ce? Zero kon­tak­tu, zero prac, teraz bę­dzie winna ta wred­na baba od pol­skie­go. Do tego ster­ta maili od dy­rek­cji z ha­słem: „pilne ważne, na­tych­miast od­po­wiedź”. Teraz sza­now­ne panie żą­da­ją wy­ja­śnień, dla­cze­go uczeń, uczen­ni­ca taka i owaka ma tylko 2 oceny i je­dyn­kę na se­mestr!? No kurwa mać! Co pani ro­bi­ła od wrze­śnia w pracy? Jak pani do­ko­na­ła kla­sy­fi­ka­cji? No i wi­sien­ka na tor­cie pan­de­micz­nych wkur­wień – pięt­na­sty har­mo­no­gram matur. Już sama nie wiem, kiedy i gdzie będę pra­co­wać i jak mam się za­bez­pie­czyć. I wła­śnie w tym mo­men­cie za­dzwo­ni­ła ko­le­żan­ka – wy­cho­waw­czy­ni jed­nej z klas, żeby mi wy­ja­śnić kawa na ławę po ko­le­żeń­sku, że uwagi na temat ocen z za­cho­wa­nia, które do­sta­ła ode mnie wczo­raj są słusz­ne jed­nak ra­czej nie wpły­ną zna­czą­co na osta­tecz­ną ocenę, po­nie­waż więk­szość na­uczy­cie­li nie ma zda­nia i od­sy­ła pro­po­zy­cje bez uwag lub pod­wyż­sza na ko­rzyść ucznia ocenę. Nie zdzi­wi­ło mnie to, po­nie­waż od ty­go­dnia do­sta­wa­łam maile z róż­nych klas i w każ­dej kla­sie w tej szko­le sy­tu­acja wy­glą­da­ła po­dob­nie. Uczeń, który ob­ma­cu­je ko­le­żan­kę w trak­cie lek­cji ma za­cho­wa­nie bar­dzo dobre. Ten, który nie nosi ze­szy­tu i książ­ki i cho­dzi w krat­kę ma wzo­ro­we/bar­dzo dobre. Ci, któ­rzy py­sku­ją, kłócą się z na­uczy­cie­la­mi, mają po 100 go­dzin nie­uspra­wie­dli­wio­nych za­cho­wa­nie dobre! Przy czym przez cały rok w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim sły­chać wzdy­cha­nia: znowu ta 2c, ten Ko­wal­ski znowu się spóź­nił, Nowak nie prze­pro­sił, a Ma­li­now­ski nie miał ze­szy­tu i nie po­tra­fił na­ry­so­wać osi czasu na ta­bli­cy. O 12.00 mu­sia­łam skoń­czyć, bo na plat­for­mie cze­ka­li na mnie ucznio­wie. I znowu po raz ko­lej­ny czu­łam się jak dziad ga­da­ją­cy do ob­ra­zu, a obraz ani razu. Sta­ram się robić wszyst­ko co po­win­nam naj­le­piej jak po­tra­fię, ale fru­stru­je mnie to, że nie widzę ich twa­rzy, re­ak­cji, nie mam moż­li­wo­ści po­dy­sku­to­wa­nia z moimi ucznia­mi, spraw­dze­nia ile z tych tre­ści, które im prze­ka­zu­ję oni za­pa­mię­tu­ją, uzna­ją za cie­ka­we i słusz­ne. Prze­my­cam przy oka­zji inne rze­czy: dzi­siaj za­chę­ca­łam in­for­ma­ty­ków (!) do kon­kur­su o pol­skich więź­niar­kach w Ra­vens­bruck. Bar­dzo wie­rzę w to, że im wię­cej róż­nych dzia­łań wy­ko­nam, tym więk­sza szan­sa, że ktoś zła­pie bak­cy­la, znaj­dzie dla sie­bie coś roz­wi­ja­ją­ce­go. Stwo­rzy­łam kilka zadań do fil­mów, które uwa­żam, że są in­te­re­su­ją­ce. Pró­bo­wa­łam wy­ja­śnić mowę no­blow­ską Olgi To­kar­czuk. Szu­kam te­sk­tów li­te­rac­kich i kul­tu­ro­wych, które na­wią­zu­ją do obec­nej sy­tu­acji epi­de­mii, za­ra­zy. Myślę jak im za­szcze­pić me­to­dy kre­atyw­ne­go pi­sa­nia. Robię quizy w apli­ka­cjach. Stwo­rzy­łam na Fa­ce­bo­oku grupę warsz­ta­tów dzien­ni­kar­skich, aby dać im al­ter­na­ty­wę obok pod­sta­wy pro­gra­mo­wej. I cie­szy mnie to, że na 200-300 uczniów na jedną rzecz za­re­agu­je jeden, dwóch. Nie do­łu­je się tym, bo to kro­pla, mało, za mało. Bo sama widzę po sobie, że wszyst­kich szans, obo­wiąz­ków, moż­li­wo­ści, ko­niecz­no­ści jest taki ogrom, że na­praw­dę wie­lo­krot­nie i na różne spo­so­by nie wiem w co ręce wło­żyć. Więc wy­bie­ram mniej­sze zło – to co muszę bez­względ­nie. Do tego co chcę – może kie­dyś wrócę. Ale ta izo­la­cja uświa­da­mia mi, że nie można tak żyć, nie można od­kła­dać lep­sze­go życia na póź­niej. Bo kiedy wró­cisz do cze­goś za trzy, pięć lat to może się oka­zać, że to już nie jest tak atrak­cyj­ne jak było, prze­sta­ło się li­czyć, zmie­ni­ło. I zo­sta­niesz z po­czu­ciem roz­go­ry­cze­nia, utra­ty, pust­ki, smut­ku. Widzę też teraz, że w tym po­śpie­chu co­dzien­nym, go­ni­twie, zbyt czę­sto im­pro­wi­zo­wa­łam, za mało my­śla­łam, za mało prze­wi­dy­wa­łam, za mało pla­no­wa­łam. Dla­te­go tak czę­sto od­czu­wa­łam złość – jak dzi­siaj, kiedy dzień roz­je­chał mi się to­tal­nie. Nie zdą­ży­łam zdo­bić za­ku­pów, nie zdą­ży­łam wy­słać prze­sył­ki, nie zdą­ży­łam po­ćwi­czyć, po­czy­tać, spraw­dzić prac. Zro­bi­łam to, co za­zwy­czaj ro­bi­łam dotąd: wzię­łam długą go­rą­cą ką­piel i otwo­rzy­łam lap­to­pa. Pi­sa­nie to zrzu­ca­nie emo­cji. Ma dla mnie moc te­ra­peu­tycz­ną. Czuję, ze jest mi lżej. Od­pa­lę sobie ko­lej­ny od­ci­nek se­ria­lu HBO „Press”, który wczo­raj za­czę­łam oglą­dać. A i jesz­cze wy­świe­tli­ło mi się w kom­pu­te­rze zdję­cie z moją mamą – wspo­mnie­nie z 26.05.2018. Po­je­cha­ły­śmy wtedy do zam­ków Mirów i Bo­bo­li­ce. Była so­bo­ta. Fajny dzień tam spę­dzi­ły­śmy. Sta­now­czo muszę po­prze­glą­dać zdję­cia i zro­bić pa­pie­ro­we od­bit­ki i wy­brać coś do po­więk­sze­nia na ścia­nę. To daje ra­dość!

 

(…)

 

4 czerw­ca 2020 r. (czwar­tek)

Po ponad trzech mie­sią­cach mia­łam dzi­siaj pierw­sze po­sie­dze­nie sądu. Było strasz­nie. Oprócz stan­dar­do­we­go spraw­dza­nia jesz­cze de­zyn­fek­cja rąk – jak wszę­dzie. Nie wszyst­kie sale są czyn­ne i nie wszy­scy sę­dzio­wie orze­ka­ją. Sala, w któ­rej dzi­siaj od­by­wa­ły się roz­pra­wy ma za­mon­to­wa­ne plek­sy, na ła­wach są ozna­cze­nia więk­szość miejsc wy­łą­czo­na z uży­cia. Obo­wiąz­ko­wa de­zyn­fek­cja, ma­secz­ki i rę­ka­wicz­ki. Stro­ny i świad­ko­wie wpusz­cza­ni na 10 minut przed go­dzi­ną we­zwa­nia. Co go­dzi­nę przy­cho­dzą panie sprzą­ta­ją­ce, na­stę­pu­je de­zyn­fek­cja wszyst­kich miejsc, z któ­ry­mi ja­ki­kol­wiek kon­takt mieli lu­dzie i obo­wiąz­ko­we wie­trze­nie. Ław­ni­cy nie muszą ubie­rać togi, a świad­ko­wie po­ka­zy­wać do­wo­du oso­bi­ste­go. Toż­sa­mość po­twier­dza­ją ad­wo­ka­ci i stro­ny. Jakby mało było słu­cha­nia o pro­zie życia i dra­ma­tach co­dzien­no­ści roz­wo­dzą­cych się ludzi.

Odkąd pra­cu­ję jako ław­nik bar­dziej do­ce­niam mał­żeń­stwo, zy­ska­łam świa­do­mość jak wiele dra­ma­tów za­czy­na się kiedy lu­dzie ze sobą nie roz­ma­wia­ją… I znowu naj­więk­szy ból po­tra­fią spra­wić sobie lu­dzie, któ­rzy naj­bar­dziej się ko­cha­ją, znają za­ka­mar­ki serca, sła­bo­ści, pra­gnie­nia, ma­rze­nia.

 

5 czerw­ca 2020 r. (pią­tek)

Ten ty­dzień za­koń­czył się nie­po­dzie­wa­nie te­le­fo­nem od bli­skiej zna­jo­mej. Za­dzwo­ni­ła i za­pro­si­ła mnie na spa­cer. Po­szłam, bo bra­ku­je mi już ruchu. Ludzi tro­chę też. Uzbro­jo­na w ma­secz­kę wy­szłam na prze­ciw. Spa­ce­ro­wa­ły­śmy dwie go­dzi­ny. Roz­ma­wia­ły­śmy o oso­bi­stych spra­wach. Ju­sty­na zbli­ża się do pięć­dzie­siąt­ki. Nie­ca­ły rok temu wpro­wa­dzi­ła się do no­we­go domu. Teraz do­wie­dzia­ła się, że za jej pla­ca­mi matka po­zba­wi­ła ją prawa do domu, w któ­rym miesz­ka­ła przez całe swoje życie. Za­pi­sa­ła dom sio­strze. Nie da się ukryć – świń­stwo. Ale też ja­kich wiele w pol­skich ro­dzi­nach. Ona ma żal, smu­tek w głębi serca. Po­wie­dzia­łam jej, że po­win­na sio­strze wy­krzy­czeć, że jest okrop­na. Ju­sty­na: „Nie umiem, to nie leży w mojej na­tu­rze, pa­trzę na to ina­czej niż ty, ale chcia­łam znać twoje zda­nie. Nie mogę sobie po­ra­dzić z tym, że całe życie mnie oby­dwie upo­ka­rza­ły, wma­wia­ły, że je­stem głu­pia, nic nie warta i ni­cze­go nie osią­gnę. Ona mnie nie chcia­ła uro­dzić i da­wa­ła mi to do zro­zu­mie­nia na każ­dym kroku. Oj­ciec nie miał nic do po­wie­dze­nia. Moje życie mogło wy­glą­dać ina­czej. Mo­głam skoń­czyć tech­ni­kum, mieć inny zawód, inną pracę, wię­cej niż jedno dziec­ko”.

Związ­ki matek i córek są naj­bar­dziej prze­mo­co­we, bru­tal­ne, a jed­no­cze­śnie prze­peł­nio­ne nie­po­wta­rzal­ną mi­ło­ścią. Dwie ko­bie­ty mogą dawać sobie naj­więk­sze wspar­cie, mi­łość, roz­wój, a z dru­giej stro­ny mogą pałać do sie­bie nie­na­wi­ścią i rzu­cać sobie kłody pod nogi, ogra­ni­czać, osa­czać.

 

6 czerw­ca 2020 r. (so­bo­ta) – 7 czerw­ca 2020 r. (nie­dzie­la)

Ten week­end był roz­la­zły. So­bo­ta to na Ślą­sku dzień sprzą­ta­nia. Cały czas to prze­ko­na­nie babek i matek po­ku­tu­je w mojej gło­wie. Nie­ustan­nie pla­nu­ję wiel­kie po­rząd­ki na każdą so­bo­tę, a potem i tak nic z tego nie wy­cho­dzi. Tym razem było tak samo – cały dzień oglą­da­łam Net­fli­xa. Na­le­żę do tej ka­te­go­rii osób, które w cza­sie spo­łecz­nej izo­la­cji stały się nie­wol­ni­ka­mi tej plat­for­my. Ale dzię­ki temu nad­ro­bi­łam sporo fil­mo­wych i se­ria­lo­wych za­le­gło­ści.

 

9 czerw­ca 2020 r. (wto­rek)

Te ma­tu­ry za­pew­ne wszy­scy za­pa­mię­ta­ją. Spe­cjal­ne środ­ki ostroż­no­ści: ucznio­wie wpusz­cza­ni we­dług ko­lej­no­ści, z za­cho­wa­niem od­stę­pów 2 m, wszy­scy w ma­secz­kach, rę­ka­wicz­kach.

Za­wsze w cza­sie matur z roz­rzew­nie­niem wspo­mi­nam swoją ma­tu­rę. To było bar­dzo ważne wy­da­rze­nie w moim życiu. Bar­dzo za­le­ża­ło mi na jak naj­lep­szych wy­ni­kach. Jed­nak za­ufa­nie do na­szych pro­fe­so­rów, wspar­cie ro­dzi­ców, przy­ja­zna at­mos­fe­ra, dobre rady spo­wo­do­wa­ły, że osią­gnę­łam swoje cele. Z pol­skie­go – pa­mię­tam – pi­sa­łam o na­dziei, a na hi­sto­rii wy­bra­łam po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną Ja­giel­lo­nów. An­giel­ski to też była pest­ka, cho­ciaż zadań nie pa­mię­tam. Gdzieś w sza­fie mam jesz­cze spe­cjal­nie na ma­tu­rę uszy­ty czar­ny ko­stium i obo­wiąz­ko­wą białą bluz­kę. Ścią­gi wło­żo­ne w spe­cjal­ne kie­szon­ki ra­czej na szczę­ście. No i duma ze świa­dec­twa z czer­wo­nym pa­skiem.

Po la­tach kiedy sta­nę­łam po dru­giej stro­nie – jako na­uczy­ciel pa­mię­tam, że pierw­szą ma­tu­rą moich uczniów bar­dzo się przej­mo­wa­łam. Sym­bo­licz­na była dla mnie nawet data stud­niów­ki – 5 stycz­nia, bo i ja swoją stud­niów­kę mia­łam 5 stycz­nia. Zgod­nie z po­rze­ka­dłem „dobra za­ba­wa na balu, to dobre wy­ni­ki w maju”, mo­bi­li­zo­wa­łam i pod­trzy­my­wa­łam na duchu róż­ny­mi me­to­da­mi „swoją klasę”. Na za­koń­cze­nie roku wy­bra­łam dla nich bre­locz­ki w kształ­cie ko­ni­czy­ny na szczę­ście.

 

9

 

11 czerw­ca 2020 r. (czwar­tek, Boże Ciało)

Dzi­siaj świę­to ko­ściel­ne. Ja – ab­sol­went­ka teo­lo­gii, dla któ­rej lo­kal­na wspól­no­ta pa­ra­fial­na była za­wsze waż­nym ele­men­tem życia – nie mam po­trze­by, aby iść na mszę do ko­ścio­ła. Nie tylko z po­wo­du pan­de­mii. Życie dało mi tyle kop­nia­ków, lu­dzie, z któ­ry­mi łą­czy­łam takie na­dzie­je, oka­za­li się nic nie warci. Tyle roz­cza­ro­wań mło­do­ści, przy­kro­ści, cio­sów, zdrad war­to­ści… Coraz bli­żej mi do ra­cjo­na­li­zmu, do ze­ro-je­dyn­ko­we­go świa­ta. Kie­dyś wi­dzia­łam mi­lio­ny od­cie­ni sza­ro­ści. Teraz uczę się pro­sto: albo coś mi służy, roz­wi­ja mnie i jest dla mnie dobre albo nie i tego nie ma. Długo my­śla­łam, że błę­dem jest ob­wi­nia­nie księ­ży za to, że lu­dzie od­cho­dzą po cichu z Ko­ścio­ła. Mó­wi­łam: „nie wie­rzy się w ludzi, tylko w Boga”. We­ry­fi­ku­ję ten po­gląd. Czy­tam sporo ksią­żek o pracy na­uczy­cie­li. Ostat­nio „Jak nie spie­przyć życia swo­je­mu dziec­ku”. Autor wy­raź­nie mówi: „na­uczy­ciel swoją po­sta­wą, spo­so­bem mó­wie­nia, oce­nia­nia może dzie­ci i mło­dzież zmo­bi­li­zo­wać albo znie­chę­cić do nauki”. Tak po pro­stu jest. Każdy miał w swoim do­świad­cze­niu na­uczy­cie­la, któ­re­go uwiel­biał i ta­kie­go z któ­rym che­mii nie było. Myślę, że z du­chow­ny­mi jest tak samo. Kiedy teraz o tym myślę, co mnie boli, to na pewno prze­pych, luk­sus i wy­bie­ra­nie ludzi, któ­rzy mają coś do za­ofe­ro­wa­nia (głów­nie firmy, umie­jęt­no­ści, chęć pracy za darmo). Ci, któ­rzy nie na­le­żą ani do gor­li­wych, ani do bo­ga­tych, nie mają czego szu­kać. A do tego – hi­sto­rie prze­stępstw sek­su­al­nych. Obej­rza­łam po raz drugi „Spo­tli­ght”. Bar­dziej z po­wo­du dzien­ni­kar­skiej pracy śled­czej, ale prze­ra­ża­ją­cy jest me­cha­nizm ukry­wa­nia wy­ko­rzy­sty­wa­nia sek­su­al­ne­go dzie­ci. Ten temat budzi tyle emo­cji, że nie chcę chyba wię­cej o tym pisać. Prze­ra­ża­ją­ce są zła­ma­ne ży­cio­ry­sy nie­win­nych ludzi. Ten głos boli chyba naj­bar­dziej.

 

14 czerw­ca 2020 r. (nie­dzie­la)

Sześć lat temu stra­ci­łam dziec­ko. Ten smu­tek będę już chyba nosić w sobie do końca życia. To temat, o któ­rym trud­no mi mówić. Cho­ciaż po­tra­fię mówić chyba o wszyst­kim. Nie chcę stra­cić sensu życia. Po la­tach cho­dze­nia do róż­nych le­ka­rzy i słu­cha­nia pa­ra­no­icz­nych bzdur, obej­rze­li­śmy wczo­raj kilka od­cin­ków se­ria­lu do­ku­men­tal­ne­go o in vitro. Pod­ję­li­śmy de­cy­zję o walce o dziec­ko. Pora roz­po­cząć nowy etap życia. Z pod­nie­sio­nym czo­łem. Bez stra­chu.

Pamiętniki Pandemii

W tym cyklu przedstawiamy redakcyjny wybór tekstów nadesłanych na konkurs Pamiętniki Pandemii, sytuując je w kontekstach socjologicznym i literackim. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

Logo: Tomasz Stelmaski


POPRZEDNI

varia pamiętnik  

Bristol furczał jak złoto!

— Agnieszka Indebska

NASTĘPNY

varia pamiętnik  

Amazon nadal zatrudnia

— Agnieszka Buława