(Wspomożycielka zaginionych[1])
„Z głębokości wołam…”.
Słowa zmarłych
Matka wróciła do domu. Zbiegła przed Niemcami i tułała się po świecie, ale nie umiała żyć z dala od rodzinnych stron i wróciła do domu.
Dwa razy przemierzyła pola ziemi niczyjej, mijając niemieckie umocnienia – front był poprzerywany, a ona wybrała najkrótszą, prostą drogę. Nie czuła strachu i nie wystrzegała się nikogo, a nieprzyjaciel jej nie skrzywdził. Szła polami, tęskna, prostowłosa, o zgasłej, jakby niewidzącej twarzy. I obojętny był jej świat i wszystko, co się w nim dzieje; nic nie mogło jej przestraszyć ani uradować, smutek jej był wieczny, a nieszczęście nieodwracalne – matka pochowała wszystkie swoje dzieci. Była tak słaba i obca wszystkiemu, że brnęła przed siebie jak niesione wiatrem źdźbło trawy, i zdawało się, że naprzód pcha ją już tylko ten wiatr, snujący się za nią smętnie po drodze. Matka musiała zobaczyć dom, w którym przeżyła życie, i miejsce, w którym skonały jej dzieci zamordowane w bitwie i kaźni.
Spotykała wrogów na swojej drodze, lecz nie tykali oni tej starej kobiety; czuli się nieswojo na widok tak żałosnej staruchy; ogarniał ich strach, gdy dostrzegali w jej twarzy człowieczeństwo, i zostawiali ją na pastwę losu, by umarła sama z siebie. W ludzkiej twarzy tli się niekiedy ten zmącony pobłysk, który płoszy zwierzynę i wrogiego człowieka – nikt nie jest w stanie uśmiercić takich ludzi i nikt nie zdoła się do nich zbliżyć. Zwierzę i człowiek prędzej zetrą się z podobnymi sobie, odmieńców pozostawią zaś w spokoju, byle tylko ich nie przestraszyć i nie zostać pokonanym przez nieznaną siłę.
Stara matka przeszła wojnę na wskroś i wróciła do domu. Lecz jej rodzinne strony opustoszały. Maleńka zabiedzona chata oblepiona pożółkłą gliną, z przypominającym posępną ludzką głowę ceglanym kominem, dawno już spłonęła od niemieckiego ognia. Pozostały po niej jedynie zarastające trawą kąty. I wszystkie okoliczne domy, cała ta stara mieścina, także wymarły, i wszędzie wokół stało się jasno i ponuro, i widno aż po horyzont na nagiej milczącej ziemi. Minie jeszcze trochę czasu, a miejsce, w którym żyli ludzie, obrośnie dziką trawą, zawieją je wiatry, wyrównają deszczowe potoki, i nie zostanie żaden ślad po człowieku; nikt więcej nie pojmie męki ludzkiego życia i nie zaświadczy o niej innym – wśród żywych nie będzie już nikogo. Na myśl o tym matka westchnęła, a ból ginącego, zapomnianego życia przeszył jej serce. Lecz serce to było dobre i z miłości do poległych zapragnęło bić za wszystkich zmarłych, aby spełniła się ich wola, którą zabrali ze sobą do grobów.
Matka usiadła pośród ostygłych ruin i zaczęła przebierać dłońmi prochy własnego domu. Znała swój los, wiedziała, że nadszedł czas, by umrzeć, lecz jej dusza nie mogła się z tym pogodzić; jeżeli bowiem odejdzie, kto przechowa pamięć o jej dzieciach; kto uchroni je w swojej miłości, gdy jej serce także przestanie bić?
Matka usiadła pośród ostygłych ruin i zaczęła przebierać dłońmi prochy własnego domu
Matka tego nie wiedziała i rozmyślała w samotności. Podeszła do niej sąsiadka Jewdokia Pietrowna – niegdyś urodziwa i krągła dziewczyna, teraz zmizerniała, milcząca, obojętna; dwoje jej malutkich dzieci zginęło od wybuchu bomby, gdy uciekali z miasta, mąż przepadł bez wieści na robotach ziemnych. Ona zaś wróciła, aby pochować dzieci i spędzić resztę swych dni w tym martwym miejscu.
– Dzień dobry, Marijo Wasiljewno – powiedziała Jewdokia.
– To ty, Duniu – odpowiedziała matka. – Chodź tu, usiądź przy mnie, porozmawiajmy. Poiskaj mi głowę, dawno się nie myłam.
Dunia posłusznie usiadła obok. Marija Wasiljewna ułożyła głowę na jej kolanach i sąsiadka zaczęła ją iskać. Obu kobietom ulżyło od tej czynności; jedna uważnie pracowała, a druga przylgnęła do niej i zdrzemnęła się ukojona bliskością znajomego człowieka.
– Twoi wszyscy umarli? – spytała Marija Wasiljewna.
– Wszyscy – odpowiedziała Dunia. – I twoi wszyscy?
– Wszyscy, nie ma nikogo – odrzekła Marija Wasiljewna.
– Więc po równo nie mamy nikogo – powiedziała Dunia, uspokojona, że jej smutek nie jest największy na świecie, a inni cierpią tak samo.
– Mojego nieszczęścia będzie więcej niż twojego: ja już wcześniej byłam wdową – odparła Marija Wasiljewna. – Dwóch moich synów tu, na obrzeżach, spoczęło w ziemi. Wstąpili do batalionu robotniczego, kiedy faszyści z Pietropawłowki wyszli na Mitrofanewski trakt… A córka moja zabrała mnie wtedy daleko, byle dalej stąd, kochała mnie, córką moją była; a potem odeszła, kochała innych, wszystkich kochała, jednego pożałowała – dobra była z niej dziewczyna, została przy nim, źle z nim było, ranny był, wyglądał jak martwy, i wtedy ją też zabili, zabili z góry, z samolotu… A ja wróciłam. I co ja teraz pocznę! Sama jestem jak martwa…
– A co tu niby począć! I ja tak żyję – powiedziała Dunia. – Moi leżą, i twoi legli… Wiem, gdzie są twoi – tam dokąd zawlekli i gdzie zakopali wszystkich, byłam tam, na własne oczy widziałam. Najpierw policzyli wszystkie trupy, spisali na papierze, swoich pochowali oddzielnie, a naszych zawlekli dalej. Potem porozbierali ich do naga i długo liczyli zyski z łupów. Jak skończyli, zaczęli ich grzebać…
Najpierw policzyli wszystkie trupy, spisali na papierze, swoich pochowali oddzielnie, a naszych zawlekli dalej. Potem porozbierali ich do naga i długo liczyli zyski z łupów. Jak skończyli, zaczęli ich grzebać…
– A grób im wykopali? – zaniepokoiła się Marija Wasiljewna. – Głęboki chociaż? Chowali ich gołych i zmarzniętych, w głębokim byłoby cieplej!…
– Też mi głęboki! Lej po pocisku, ot i cały grób. Wypchali go po brzegi, ale miejsca nie starczyło dla wszystkich. To przejechali się czołgiem po nim i po martwych i dopchali tymi, którzy zostali. Do kopania się nie rwali, oszczędzali siły. Z wierzchu przysypali trochę ziemią, a ciała leżą tam teraz i stygną; tylko zmarli zniosą takie męki – leżeć nago na chłodzie po wieczne czasy…
– A moich też przejechali czołgiem, czy położyli całych z wierzchu? – spytała Marija Wasiljewna.
– Twoich? Nie widziałam… Tam, na obrzeżach miasta, przy samej drodze leżą, pójdziesz – zobaczysz. Splotłam i postawiłam im krzyż z dwóch gałązek, sama nie wiem, po co: krzyż rozleci się, choćby był i z żelaza, a ludzie zapomną o zmarłych…
A gdy dzień zaczął chylić się ku wieczorowi Marija Wasiljewna wstała; była stara i zmęczona; pożegnała się z Dunią i oddaliła w półmrok, gdzie spoczywały jej dzieci – dwóch synów w tutejszej ziemi, córka daleko stąd.
Marija Wasiljewna udała się na obrzeża miasta. Wcześniej w drewnianych chatach mieszkali tu rolnicy i sadownicy; żyli tak od niepamiętnych czasów, karmiąc się owocami ziemi przylegającej do ich domostw. Teraz nie było tu niczego, ziemię spalił ogień, a mieszkańcy albo zginęli, albo stali się włóczęgami, albo pojmano ich i wywieziono na roboty i śmierć.
Z obrzeży wybiegał w równinę Mitrofanewskij trakt. Dawniej obie strony traktu porastały wierzby, teraz wojna ogryzła je do samych pni, a bezludna droga stała się tak ponura, jakby świat kończył się tuż-tuż, a człowiek nie docierał tu prawie nigdy.
Marija Wasiljewna dotarła do miejsca pochówku, gdzie stał wbity w ziemię krzyż – dwie żałosne związane w poprzek drżące gałązki. Usiadła obok tego krzyża; pod nim leżały jej nagie dzieci, zakatowane, zbeszczeszczone i ciśnięte w proch przez obce ręce.
Nadszedł wieczór, a po nim noc. Jesienne gwiazdy rozbłysły na niebie jak zdziwione dobrotliwe oczy, które wyjrzawszy spod zapłakanych powiek, wodzą niespiesznie po ciemnej ziemi, tak żałośnie smutnej i pociągającej, że z litości i bolesnego przywiązania nikt nie potrafi odwrócić od niej wzroku.
– Gdybyście żyli… – wyszeptała matka do ziemi swoim martwym synom – …gdybyście żyli, ile jeszcze moglibyście zrobić, ile doświadczyć! A teraz, jak już umarliście – gdzie podziały się wasze życia, których nie zdołaliście przeżyć, kto przeżyje je za was?… Matwiej ile miał? Dwadzieścia trzy skończone, Wasilij dwadzieścia osiem. Córka osiemnaście, teraz miałaby już dziewiętnaście, wczoraj urodziny były… Ile serca wam oddałam, ile krwi przelałam! Ale widać i to za mało, za mało – jedno serce moje i krew moja, skoro zginęliście, skoro dzieci swoich nie uchowałam wśród żywych i nie uchroniłam od śmierci… Czemu one, dzieci moje, one na świat się nie prosiły! Urodziłam je, ale żyć musiały same. A żyć na świecie, widać, jeszcze się nie da, nic ich tu nie czeka: przygotowywaliśmy go dla nich, ale na próżno!… Tutaj żyć nie mogą, gdzie indziej żyć nie było im dane – i co nam, matkom, pozostaje? Żyć bez dzieci nie ma po co.
Urodziłam je, ale żyć musiały same. A żyć na świecie, widać, jeszcze się nie da, nic ich tu nie czeka: przygotowywaliśmy go dla nich, ale na próżno!
Dotknęła grobowej ziemi i przylgnęła do niej twarzą. Pod ziemią było cicho, niczego nie dało się usłyszeć.
– Śpią – szepnęła matka. – Nie ruszają się, umierać było im trudno i zmęczyli się. Niech śpią, ja zaczekam; nie dam rady żyć bez dzieci, nie chcę żyć bez zmarłych.
Marija Wasiljewna podniosła twarz z ziemi; wydało jej się, że woła ją córka Natasza; wołała ją bez słów, jakby jednym słabym westchnięciem. Matka rozejrzała się, pragnąc dostrzec, skąd dochodzi jej urywany głos – z milczącego pola, z głębi ziemi, czy z jaśniejącej wysoko na niebie gwiazdy. Gdzie jest teraz jej zmarła córka? A może nie ma jej nigdzie, a matce uroił się głos Nataszy, dźwięczący wspomnieniem w głębi jej serca?
Matka zdrzemnęła się i w końcu zasnęła na grobie.
O północy wojenna łuna wzeszła w oddali na niebie, a huk artylerii rozdarł powietrze – rozgorzała bitwa.
Marija Wasiljewna obudziła się, spojrzała w stronę płonącego nieba i wsłuchała się w przyspieszony oddech dział. „Nasi idą” – pomyślała. „Niech nadchodzą czym prędzej”.
Matka znów osunęła się na miękką grobową ziemię, aby zbliżyć się do swoich milczących synów. A milczenie to było potępieniem ich morderców i żalem po matce, która pamiętała zapach ich dziecięcych ciał, kolor ich żywych oczu.
Przed południem rosyjskie czołgi wjechały na Mitrofanewski trakt i zatrzymały się na obrzeżach miasta, aby uzupełnić paliwo i dokonać rozpoznania.
Czerwonoarmijny czołgista opuścił swój pojazd i przechadzał się po ziemi, nad którą świeciło teraz pojednawcze słońce.
Naprzeciw splecionego z dwóch gałązek krzyża czerwonoarmista spostrzegł staruszkę leżącą twarzą w ziemi. Pochylił się nad nią, wsłuchał w jej oddech, a następnie przewrócił ciało kobiety na plecy i dla pewności przyłożył ucho do jej piersi. „Jej serce pękło” – zrozumiał czerwonoarmista i przykrył ucichłą twarz nieboszczki czystą chustą.
– Spoczywaj w pokoju – powiedział na pożegnanie. – Czyją matką byś nie była, bez ciebie ja również stałem się sierotą.
[1] Podtytuł opowiadania, w rosyjskim oryginale: „Взыскание погибших”. Nawiązanie do nazwy ikony przedstawiającej Bogurodzicę z dzieciątkiem oraz treści modlitwy o tym samym tytule.
1943
ur. 1899 w Woroneżu, zm. 1951 w Moskwie. W literaturze parał się prawie wszystkim. Inżynier, komunista, uczestnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, wyrzucony z partii. Najbardziej znany z prozy obnażającej stalinizm. Powszechnie uważany za jednego z największych stylistów w dwudziestowiecznej prozie rosyjskiej.
ur. 1994, studiował filozofię i iranistykę na Uniwersytecie Warszawskim; na co dzień pracuje z osobami doświadczającymi bezdomności oraz dziećmi i młodzieżą w ośrodkach dla uchodźców; w wolnym czasie zdarza mu się coś przetłumaczyć.
komentarze

8 min czytania