Ładowanie strony
Opowiadanie "Morowe powietrze" Andrieja Płatonowa w tłumaczeniu Mateusza Stefańskiego.

Utwór dedykuję towarzyszowi Cachowowi, bezrobotnemu Niemcowi, świadkowi w procesie w Lipsku, więźniowi hitlerowskiego obozu koncentracyjnego.

 

Zostawcie moje szaleństwo.

I wydajcie mi tych,

którzy odebrali mi rozum.

„Księga tysiąca i jednej nocy”

Na niebie wzeszła poranna zorza i rozpoczął się nowy świetlisty dzień 16 lipca 1933 roku. Lecz już przed godziną jedenastą rano dzień ten postarzał się przesycony nadmiarem niepospolitej energii – żarem, przyćmiewającym przestrzeń pyłem zwietrzałej ziemi, rozkładem wszelkich żywych oddechów, pobudzanych zawieszoną w powietrzu spiekotą – a letni dzień stał się niespokojny, ociężały i zgubny dla ludzkiego wzroku.

Promienie słońca wpadały przez duże rozgrzane okno i oświetlały człowieka śpiącego samotnie na żelaznym łóżku w nędznej, wzburzonej sennymi ruchami pościeli. Śpiący nie był stary, lecz jego pospolita twarz dawno już wyblakła od napięcia, z którym ten przedzierał się przez życie, a niepokój nieprzemijającej udręki przylgnął do jego twarzy ze sztywnością kości, niby nowa część ludzkiego ciała.

Była niedziela. Do pokoju weszła żona śpiącego – pochodząca z rosyjskiej części Bliskiego Wschodu kobieta o śniadej cerze, o imieniu Zelda. Z czułą dokładnością narzuciła ubranie na nagiego męża i obudziła go:

– Wstawaj, Albert. Wstał już dzień, trzeba coś zjeść…

Albert otworzył oczy – najpierw jedno, potem drugie – i cały świat wydał mu się tak obcy i nieprzystępny, że poczuł w sercu bolesne ukłucie, zmarszczył czoło i zapłakał jak w najstraszliwszym dziecięcym koszmarze, kiedy wie się, że matki nigdzie nie ma, a niewyraźne przedmioty podnoszą się z miejsc i nacierają wrogo na maleńkiego, zaciskającego powieki człowieka. Zelda pogładziła Alberta po twarzy; uspokoił się, a jego oczy zastygły – czyste, wypalone do cna, spoglądające nieruchomo, jak u ślepca. Z początku nie docierało do niego, że istnieje i musi dalej żyć, stracił pamięć ciężaru i władności swojego ciała. Zelda, zwiędła od głodu Afganka, niegdyś zjawiskowa i pełna wdzięku istota, pochyliła się nad nim bliżej.

– Wstawaj, Albert… Mam dwa ziemniaki z omastą.

Albert Lichtenberg spostrzegł z odrazą, że jego żona stała się zwierzęciem: puch na jej policzkach zmienił się w sierść, oczy pałały dziką wściekłością, a zaśliniony pysk wypełniły żądza i nienasycenie; pochylona nad jego twarzą wydawała z siebie tępe porykiwania. Albert krzyknął i odpędził ją od siebie. Ubierając się, Lichtenberg patrzył jak Zelda skomle, zaległszy na podłodze; jej noga była odsłonięta – brudna i zaniedbana, pokryta liszajami, których bestia nawet nie wylizywała; była w tym gorsza od małpy, która z troską dogląda swoich członków.

Albert wziął laskę i zapragnął odejść: jego umysł pociemniał; niegdyś, będąc jeszcze kobietą, Zelda wysysała jego młodość, wytykała mu biedę, bezrobocie, męską bezsilność a nocami, goła, siadała na nim okrakiem. Teraz jest dzikim zwierzęciem, bydlęciem o nierozumnej świadomości, a on do grobowej deski nieodwołalnie pozostanie człowiekiem, fizykiem przestrzeni międzygwiezdnych; i niech głód trawi jego żołądek aż po serce – nie wzniesie się on ponad gardło, a życie skryje się w jamie czaszki.

Albert uderzył Zeldę laską i wyszedł na zewnątrz w południową niemiecką prowincję. Dzwoniły dzwony rzymskiej wiary, a z niewielkiego przydrożnego kościoła wychodziły przystrojone w biel błogosławione dziewczęta o oczach zaszklonych raczej wilgocią miłosnych uniesień, niż łzami umiłowania Chrystusa.

Albert popatrzył na słońce i uśmiechnął się do niego, jak do oddalonego człowieka. Nie, to nie słońce, nie ten globalny rozbłysk energii, i nie komety, nie włóczące się po niebie czarne gwiazdy położą kres ludzkości: są one zbyt wielkie dla tak błahego czynu. Ludzie sami się wykończą i rozszarpią nawzajem, lepsi z nich polegną w walce, a gorsi zmienią się w zwierzęta.

Na kruchtę katolickiej świątyni wyszedł rzymski kapłan, podniecony, mokry i czerwony – boski nuncjusz przypominający ludzką narośl moczową. Po nim z kościoła wyłoniły się staruchy, kobiety, z których kipiące niegdyś namiętności wyciekały teraz jako ropa, a w grobowych ciemnościach ich łon tliły się ostatki miłości i macierzyństwa. Kapłan pobłogosławił z kruchty gorącą przestrzeń i wycofał się w chłód swojej parafialnej celi.

Niewielkie dzwony wciąż jeszcze biły na wieży, wznosząc wyśpiewywane modlitwy ponad męczeński wierzchołek gotyckiej świątyni w mętne, zaćmione słonecznym znojem niebo. Wieczne dzwony biły o tym samym, o czym rozpisywały się książki i gazety, o czym nocami grała muzyka w kawiarniach: „Męcz się – męcz się – męcz się!”.

Wieczne dzwony biły o tym samym, o czym rozpisywały się książki i gazety, o czym nocami grała muzyka w kawiarniach: »Męcz się – męcz się – męcz się!«

Albert Lichtenberg już od dwudziestu lat słyszał ten jednostajny, wszechogarniający dźwięk: „Męcz się!” – a wezwanie do udręki, spowolnienia, do unicestwienia życia coraz bardziej przybierało na sile – i jedno tylko serce biło niewinnie i jasno, nieskazitelne i niczego nieświadome.

Albert usiadł gdzieś w mieście pośród strumieni żaru; dzień przemijał nad nim ze starannością drobiazgu, z sumiennością państwowej egzekucji i wytrwałością niepojętego miłosierdzia. Lichtenberg dotknął rosnącego przed nim drzewa. Zaczął uważnie i czule przyglądać się zdrewniałej roślinie, zgnębionej tą samą udręką, tym samym oczekiwaniem chłodnego powiewu w wypełnionym kurzem, duchowym trwaniu.

– Kim jesteś? – zapytał Lichtenberg.

Gałęzie i liście pochyliły się ku udręczonemu człowiekowi. Albert chwycił najbliższą gałąź z tą namiętnością i napięciem samotniczej czułości, przy której wszelka błogosławiona miłość na ziemi traci swą doniosłość. Z drzewa spadły martwe motyle, a w suchą pustkę wzleciała żywa ćma.

Lichtenberg ścisnął w dłoni laskę; ruszył dalej ze wzburzeniem swojej ostrej świadomości, czuł w głowie myśli, zjeżone niczym sierść, przenikające kości na wskroś. W żarzącym się, zmęczonym powietrzu ujrzał miejski plac. Ogromna katedra, jak senne tysiąclecie, jak skoncentrowane w kamieniu cierpienie, stała w milczącym skupieniu, osadzona głęboko w grobowcach swoich budowniczych. W dole unosił się kurz: około stu narodowych socjalistów w brunatnych uniformach własnych przekonań stawiało pomnik Adolfowi Hitlerowi. Gotowy pomnik przywieziono ciężarówką z Essen, gdzie odlany został z wysokiej jakości brązu. Z drugiej ciężarówki, z dźwigiem na platformie, wyładowano pomnik na ziemię, podczas gdy kolejnymi czterema przywieziono tropikalną roślinność w niebieskich skrzyniach koloru morza. Narodowi socjaliści pracowali, nie żałując odzieży; ich bielizna nasiąkała potem, kości ulegały zużyciu, ale ubrań i kiełbasy mieli pod dostatkiem – w tym samym czasie w Rzeszy miliony maszyn i ponurych istnień ludzkich trudziły się, tarciem metalu i człowieczych kości pracując na chwałę jednego człowieka i jego popleczników.

Z głównej ulicy miasta wyłonił się jednomyślny tłum – tysiącami ludzkich głosów tłum wyśpiewywał pieśń wprost ze swoich trzewi – Lichtenberg bez problemu wyodrębnił bas przewodu pokarmowego i tenor drżących kiszek. Tłum zbliżył się do pomnika; ludzkie twarze naznaczone były szczęściem: biła od nich satysfakcja z siły i bezmyślności, spokój nocy i pewność strawy były każdemu zapewnione przez ciemną potęgę ich liczebności. Podeszli do pomnika – czoło tłumu chórem pozdrowiło przedstawionego w brązie człowieka – po czym przyłączyli się do pracujących. I kurz buchnął od nich z siłą żywiołu, tak że Lichtenberg poczuł drapanie nawet we własnej duszy. Pozostałe tysiące i miliony ludzi także deptały teraz starą ociężałą niemiecką ziemię, wyrażając swą wspólną egzystencją wdzięczność wybawcy prastarej ojczyzny i współczesnego człowieczeństwa. Miliony nie musiały trudzić się pracą, jedynie salutować; poza nimi były jeszcze całe chmary przesiadujących w kancelariach, którzy pisemnie, optycznie, muzycznie, myślowo i psychicznie umacniali władzę geniusza–zbawcy, sami pozostając przy tym niemi i bezimienni. Ani salutujący, ani niemi nie potrzebowali nawet czarnego chleba – żywili się masłem, pili wino i wykarmiali po jednej wiernej żonie na głowę. Oprócz nich, po całej Rzeszy w maszerujących kolumnach paradowały uzbrojone oddziały, strzegące chwały rządzących i porządku posłuszeństwa ich woli – i te kolumny niemych, skupionych ludzi dzień w dzień żywiły się kiełbasą, a władza podtrzymywała w nich heroicznego ducha celibatu, zaopatrując w pipetki przeciwko roznoszonemu przez Żydówki syfilisowi (niemieckie kobiety świadomie nie chorowały na syfilis, ich ciała nie wydzielały nawet przykrego zapachu dzięki wyższej rasowej kompleksji).

Lichtenberg również nie pracował – on cierpiał. Wszelka oglądana przez niego ludzka liczebność albo umierała z głodu i szaleństwa, albo kroczyła w rzędach służb państwowych. Kto zaś karmił ich wszystkich strawą, przyodziewał w mundury i gwarantował luksus bezczynności i dzierżenia władzy?… Gdzie żyje proletariat? Czyżby wyginął umęczony, zużyty pracą i zapomnieniem? Kto, biedny, potężny i milczący, podtrzymuje ten otoczony murem idoli świat, który zamiast w twórczości, pogrąża się coraz głębiej w przerażeniu i gorączkowej euforii?

Gdzie żyje proletariat? Czyżby wyginął umęczony, zużyty pracą i zapomnieniem? Kto, biedny, potężny i milczący, podtrzymuje ten otoczony murem idoli świat, który zamiast w twórczości, pogrąża się coraz głębiej w przerażeniu i gorączkowej euforii?

Albert Lichtenberg stał wyczerpany pośrodku starego katolickiego placu i rozglądał się w osłupieniu po tym królestwie fikcji; sam z trudem odczuwał własne istnienie i wytężał siły, by przywołać jakiekolwiek wspomnienie o samym sobie; Lichtenberg zwykle bez przerwy zapominał siebie, być może to nadmiar cierpiącej świadomości wyłączał w nim życie, aby mogło schronić się choćby w ponurej nieświadomości.

Obcy wszelkiemu namysłowi, obojętny, jakby nieistniejący, Lichtenberg zbliżył się do chłodnicy ciężarówki. Trzepoczący żar zionął od żelastwa; tysiące przemienionych w metal ludzi spoczywały ciężko na dnie silnika, nie potrzebując już ani socjalizmu, ani prawdy, odżywiając się wyłącznie tanim gazem. Lichtenberg wtulił twarz w karoserię, jak w pierś poległego towarzysza; poprzez szczeliny chłodnicy ujrzał grobowe ciemności maszynerii, człowieczeństwo zbłądziło i padło martwym w jej ciasnocie. Z rzadka jedynie po pustych fabrykach snuli się niemi robotnicy, z których na każdego przypadało dziesięciu członków gwardii państwowej; i każdy z nich wykonywał dziennie pracę stu koni, aby zapewnić panującym wyżywienie, komfort i uzbrojenie. Jeden zgnębiony robotnik utrzymywał dziesięciu triumfujących panów, którzy wcale nie żyli w szczęściu, lecz w ciągłym strachu – zmuszeni ściskać w rękach broń skierowaną przeciwko biednym i osamotnionym.

Nad chłodnicą pojazdu wisiał złoty pasek materiału z czarnym napisem: „Oddajcie cześć niemieckiemu wodzowi – mądremu, mężnemu, wielkiemu Adolfowi! Wieczna chwała Hitlerowi!”. Po obu stronach napisu, jak ślady po odnóżach insekta, widniały symbole swastyki.

– Wspaniały wieku dwudziesty, zbłądziłeś! – Lichtenberg wypowiedział te słowa w zakurzone powietrze, a jego myśl stanęła nagle i przeobraziła się w fizyczną siłę. Uniósł ciężką laskę i uderzył nią w pierś pojazdu – tak, że wgniótł żebra chłodnicy. Narodowy szofer podniósł się w milczeniu zza kierownicy, chwycił ciało wątłego fizyka i z identyczną siłą uderzył jego głową o tę samą chłodnicę. Lichtenberg zwalił się w proch ziemi i leżał w nim jakiś czas bez czucia; to już nawet nie było dla niego cierpienie – i bez tego prawie nie czuł samego siebie, ani jako powszedniego ciała, ani egoistycznie, głowa zaś bolała go bardziej od przesiąkniętej kurzem rzeczywistości, niż od uderzenia o żelazo.

Dzień bielał blado ponad jego wzrokiem, a on wpatrywał się w niego bez mrugnięcia; proch wgryzł się w jego źrenice, które roniąc obfite łzy usiłowały pozbyć się drażniącego je osadu. Szofer stał nad nim; cała zjedzona i strawiona w ciągu całego życia zwierzyna – krowy, barany, owce, ryby, raki – pozostawiła w ciele i wyrazie twarzy kierowcy ślad swojej wściekłości i niemej dzikości. Lichtenberg wstał, trącił laską jego zwierzęce ciało i oddalił się od maszyny. Szofer pozostał na miejscu – zdumiony tym aktem niezamierzonego męstwa – i zapomniał powtórnie uderzyć Lichtenberga.

Południowy wiatr szedł z Francji, Włoch i Hiszpanii, niosąc w przestrzeń kurz gospodarstw domowych, zapach miast, resztki wzburzonego szumu, urwany głos ludzki. Lichtenberg zwrócił twarz w jego kierunku; usłyszał odległy kobiecy lament, żałosny krzyk tłumu, tarcie obrotów silnika, śpiew wilgotnych kwiatów znad brzegu Morza Śródziemnego. Zanurzył się w tę lejącą się nieprzejrzystość, w ten długi strumień powietrza –  pozostawiony bez odpowiedzi, przepełniony żalem nad ciszą tutejszej nędzy.

Lichtenberg podszedł do ludzi uwijających się u stóp pomnika. Ich praca miała się już ku końcowi. Na żeliwnym postumencie stała odlana z brązu, zwieńczona głową półpostać.

Na jej twarzy widniały chciwe, lubujące się w jedzeniu i pocałunkach wargi oraz tłuste od światowej sławy policzki; pospolite czoło artysta opatrzył głęboką zmarszczką, aby podkreślić męczeńskie skupienie postaci nad ideą organizacji losów człowieczeństwa oraz zdać sprawę z naprężenia jej zatroskanego ducha. Pierś pomnika była wydatna, przypominająca kobiecą, opuchnięte usta spoczywały w delikatnym uśmiechu, gotowe oddać się namiętności i państwowej przemowie – jeśliby przyprawić pomnikowi dolną połowę ciała, mógłby on uosabiać postać kochanka, pozbawiony jej mógł jednak przedstawiać już tylko wodza narodu.

Lichtenberg uśmiechnął się; jedna jedyna przyjemność jeszcze go nie opuściła – mógł wciąż mimowolnie, powodowany zapominalstwem, myśleć.

– Cudowny wieku dziewiętnasty! – Lichtenberg zaintonował głośno w otaczające go duszne tchnienie żaru, maszyn i ludzi. Narodowi socjaliści przysłuchiwali się jego niewyraźnej mowie: ich wódz przyrównał niegdyś związek myśli i słowa do małżeństwa – jeżeli myśl wierna jest tylko wodzowi, jak swojemu mężowi, jest ona pożyteczna; jeśli jednak błądzi pod osłoną nocy po przytułkach rozpaczy, szukając spełnienia w występnym wątpieniu i tułaczce wraz ze swoimi bolączkami – wtedy staje się ona bezmyślna, a dobrze zorganizowana głowa powinna ją unicestwić; myśl taka jest groźniejsza niż komunizm i traktat wersalski razem wzięte. – Wielki wieku! – ciągnął Lichtenberg – u swego progu zrodziłeś Adolfa Hitlera: przywódcę ludzkości, przepełnionego pasją geniusza czynu, który zgłębił największe tajniki europejskiego przeznaczenia!

– Tak jest! Heil Hitler! – zakrzyknęła obecna na miejscu masa narodowych socjalistów.

– Heil Hitler! Będziesz królował na wieki – trwalszy niż wszystkie cesarskie dynastie: twojemu panowaniu nie będzie końca, dopóki sam nie wybuchniesz śmiechem, lub śmierć nie zawiedzie cię do piachu – naszego wspólnego domu! Co za nieszczęście! Po tobie nadejdą inni, bardziej żarliwi od ciebie… Ty jako pierwszy zrozumiałeś, że na barkach maszyn, na ponurym wysłużonym garbie nauki nie należy budować wolności, lecz bezwzględną tyranię! Gromadzisz pod swoim sztandarem wszystkich uwolnionych przez maszyny – bezrobotnych i błądzących w ciemnościach, i wcielasz ich do gwardii strzegącej ciebie i twojej sławy. Wkrótce wszyscy żywi staną się twoimi sprzymierzeńcami, a ta garstka udręczonych ludzi, których pozostawisz przy maszynach aby wykarmili twoją armię, nie zdoła cię obalić. Imperatorzy ginęli, ponieważ ich gwardie karmili ludzie, ludzie zaś odmawiają posłuszeństwa. Ty nigdy nie zginiesz, ponieważ twoją świtę wykarmią mechanizmy i ogromna nadwyżka sił produkcyjnych! Nie zginiesz i zażegnasz każdy kryzys!

– Heil Hitler!

– Wynalazłeś nowe zajęcie, przy którym będą pracować w znoju miliony, nie produkując nigdy nadwyżki towarów – będą chodzić po kraju w obuwiu i odzieży, będą zużywać nadmiar żywności, będą starzeć się i umierać, w radości i pocie sławiąc twoje imię. Ten nowy przemysł, nowa praca na rzecz inspirowania narodu i powiększania twojej chwały, zażegnają kryzys i zajmą nie tylko muskuły, lecz także serca populacji, i zmęczą je spokojem i zadowoleniem. Wziąłeś sobie moją ojczyznę i dałeś każdemu zajęcie – krzewienie twojej sławy!

Lichtenberg rozejrzał się wyczerpany. Słoneczne ognisko płonęło z nieprzerwaną siłą w zakurzonej pustce przestrzeni, wysuszone owady i niesione wiatrem strzępki nerwowo szumiały w powietrzu; ludzie zaś milczeli.

– Ziemię zaczynają zaludniać bogowie, nie widać nigdzie śladu prostego człowieka, ludzie wokół przeistaczają się w zwierzęta… Cóż więc mi pozostało? – Ot co!

Z siłą swojego ciała pomnożonego przez cały rozum, Lichtenberg uderzył dwa razy kijem w głowę pomnika, i kij roztrzaskał się nie zazdrasnąwszy metalu; mechaniczna półpostać nie poczuła wściekłości zrozpaczonego człowieka.

Narodowi socjaliści chwycili ciało Lichtenberga, pozbawili je obu uszu i zmiażdżyli do szczętu jego narząd płciowy; pozostałe mięso zagnietli ze wszystkich stron, przechadzając się po nim marszem. Lichtenberg w spokoju i zrozumieniu kontemplował swój ból, nie żałując niknących organów cielesnych – były one koniec końców powodem jego cierpienia, dokuczliwymi uczestnikami ruchu w tej wszechogarniającej duchocie. Poza tym, od dawna uważał, że przeminęły czasy ciepłego, umiłowanego, zupełnego ciała ludzkiego: każdemu przeznaczone są kalectwo i ułomność. Lichtenberg wkrótce zasnął ze słabości, pozwalając krwi zakrzepnąć na ranach. Ocknął się w nocy; na niebie nie było gwiazd i padał drobny ostry deszcz, tak drobny, że wydawał się suchy i niespokojny jak pył.

Narodowi socjaliści chwycili ciało Lichtenberga, pozbawili je obu uszu i zmiażdżyli do szczętu jego narząd płciowy; pozostałe mięso zagnietli ze wszystkich stron, przechadzając się po nim marszem

Nieznajomy człowiek usunął Lichtenberga spod stóp pomnika i powlókł dokądś ze sobą. Lichtenberg zdziwił się, że są jeszcze na świecie czułe nieznajome dłonie, które pod osłoną nocy gotowe są nieść w milczeniu obcego kalekę do swojego domu. Wkrótce jednak człowiek zaniósł go w głąb czarnego podwórza, otworzył drzwiczki nadstawki nad kloaką i wrzucił tam jego ciało.

Lichtenberg zagrzebał się w ciepłej wilgoci odpadów bytowych, zjadł coś miękkiego i nieokreślonego, a potem znowu zasnął, utulony ciepłym rozkładem mętnej substancji.

Przez wzgląd na oszczędność gospodarz rzadko opróżniał zawartość kloaki, toteż Lichtenberg przeżył długo pośród kuchennego żelastwa, żywiąc się bezwolnie tym, co wpadało do jego wnętrzności i ulegało strawieniu. Od ran i brudu rozniosła się po jego ciele ciemna, przypominająca toczeń zaraza, która obrosła gęstą maskującą sierścią. W miejscu wyrwanych uszu wyrosły kępy włosów, lecz prawa strona jego głowy zachowała jeszcze słuch. Chodzić dłużej nie mógł – wraz z organem rozrodczym uszkodzeniu uległy także nogi, nad którymi utracił władzę. Raz tylko Lichtenberg wspomniał swoją żonę Zeldę, bez żalu i bez miłości – jedną jedyną myślą w swojej kościanej głowie. Czasem mamrotał sam do siebie, leżąc w rybich odpadach – skórki chleba trafiały mu się bardzo rzadko, skórki ziemniaków nie trafiały się nigdy. Lichtenberg dziwił się, dlaczego nie został pozbawiony języka, to państwowy brak przezorności: tym, co w człowieku najniebezpieczniejsze nie jest przecież organ płciowy – ten niezmienny, pokojowy reakcjonista, lecz myśl, która, gorzej niż prostytutka, włóczy się tam, gdzie jej nie chcą, i oddaje takim, którzy nic jej nie płacą. „Wielki Adolfie! Zapomniałeś o Kartezjuszu: kiedy zabroniono mu działać, ten ze strachu zaczął myśleć i z przerażeniem odkrył, że istnieje, a więc – działa. Ja też myślę i istnieję. A skoro żyję, to znaczy, że ciebie nie ma! Ty nie istniejesz!”

– Kartezjusz idiota! – powiedział na głos Lichtenberg i wsłuchał się w dźwięki swojej błądzącej myśli: co myśli, nie może istnieć, moja myśl to zakazane życie, które wkrótce umrze… Hitler nie myśli, tylko aresztuje, Alfred Rosenberg myśli same głupoty, papież nie myślał nigdy, a wszyscy oni jakoś istnieją!

I niech sobie istnieją: bolszewicy niedługo uczynią ich przelotną myślą we własnych wspomnieniach.

Bolszewicy! Lichtenberg w zamroczonej głębinie swojego umysłu wyobraził sobie czyste, zdrowe światło słońca nad porosłą chlebem i kwiatami chłodną, wilgotną krainą, oraz poważnego, zamyślonego człowieka, podążającego w ślad za ciężką maszyną. Lichtenberg poczuł nagły wstyd za tego odległego, nieszczęsnego robotnika, i, pogrążony w ciemnościach, ukrył posmutniałą twarz w swoich dłoniach. Posmutniał, ponieważ jego ciało było stracone a wśród uczuć nie odnajdywał nadziei; ponieważ nigdy nie ujrzy porosłej żytem chłodnej równiny, nad którą przepływają białe góry obłoków, oświetlone dziecięcym, sennym blaskiem wieczornego słońca; ponieważ nigdy nie zanurzy swoich stóp w wysokiej trawie. Nie będzie przyjacielem olbrzymiego, poważnego bolszewika, milczącego i zadumanego nad losami świata pośród swojskich przestrzeni – umrze tutaj, zakrztuszony wszechobecnym morowym powietrzem, w suchej duchocie zwątpienia, w sypiącym się z ludzkiej głowy na europejską ziemię prochu.

Odpadów bytowych ubywało. Lichtenberg zjadł wszystkie miękkie, mniej lub bardziej przyzwoite pokarmy. Ostatecznie w komorze kloacznej pozostały same puszki i kawałki potłuczonej ceramiki.

Lichtenberg usnął z zaćmionym umysłem. We śnie ujrzał rosłą kobietę, która pieściła go, on zaś był w stanie jedynie płakać w ciasnym cieple jej ciała, wpatrując się w nią z żałością. Milcząca kobieta ścisnęła go tak, że przez chwilę poczuł, jak gdyby jego nogi mogły znów biegać o własnych siłach – Lichtenberg krzyknął z bólu i schwycił dłonią obce ciało. Złapał szczura, który gryzł jego nogę podczas snu; szczur rwał się do życia z potęgą racjonalnej niecierpliwości, a kiedy zatopił zęby w jego ręce, Lichtenberg go udusił. Skosztował rany zadanej mu przez zwierzę; była rwana i wilgotna, szczur wypił dużo krwi, zjadł wierzchnią warstwę mięsa i wchłonął jego żywotność – siła Lichtenberga spoczywała teraz w spokojnym ciele zwierzęcia.

Lichtenberg poczuł przypływ skąpstwa w stosunku do nikłej resztki swojego istnienia, zrobiło mu się żal przynależnego mu zabiedzonego ciała, wyczerpanego pracą i udręką własnego myślenia, do wapna w kościach przeżartego głodem, nigdy niezaznajomionego z rozkoszą. Dobrał się do martwego szczura i zaczął go konsumować w nadziei na odzyskanie zawłaszczonych przez niego mięsa i krwi, nagromadzonych w ciągu ostatnich trzydziestu lat ze znikomych dochodów nieustającej biedy. Lichtenberg zjadł maleńkie zwierzę razem z sierścią i zasnął spełniony po odzyskaniu swojej własności.

Rankiem wystraszony pies przywlókł się do kloaki jak żebrak. Lichtenberg od razu rozpoznał w nim byłego człowieka, za sprawą cierpienia i potrzeby doprowadzonego do zwierzęcej bezmyślności, i postanowił go nie płoszyć. Lecz pies, kiedy tylko spostrzegł człowieka, zadrżał z przerażenia, a jego oczy nabiegły łzami śmiertelnej rozpaczy – bezsilny ze strachu, z trudem zbiegł stamtąd o własnych siłach. Lichtenberg uśmiechnął się: kiedyś zajmował się badaniem kosmicznych przestrzeni, formułował fantastyczne hipotezy o krystalicznych oceanach na powierzchni odległych gwiazd – wszystko w jednym sekretnym celu: objęcia rozumem wszechświata – a teraz, gdyby gwiaździsty wszechświat odkrył przed ludźmi swoje tajemnice, ci pierwszego dnia by się rozpierzchli, aby żyć w samotności miliardy kilometrów od siebie, a na ziemi wyrósłby rajski ogród, który zasiedliłoby ptactwo.

W ciągu dnia służby policyjne wysiedliły Lichtenberga z jego kryjówki i wywiozły, jak zwykłego bezdomnego lub przestępcę, do ogrodzonego potrójnym drutem kolczastym obozu koncentracyjnego. Po terenie obozu rozsiane były ziemianki, wykopane przez zagnanych tu ludzi dla ich długiego życia.

W obozowym biurze o nic Lichtenberga nie wypytywali – obejrzeli go i od razu zrozumieli, że to, co przed nimi stoi ledwo można nazwać człowiekiem. Na wszelki wypadek zdecydowano się skazać go na bezterminowe przetrzymanie, a w osobistej kartotece zanotowano: „Nowy potencjalny gatunek socjalnego zwierzęcia, obrasta włosowym płaszczem, kończyny osłabione, cechy płciowe niezdefiniowane, obiekt wycofany z życia społecznego, nie może być jednoznacznie przypisany do określonej płci seksualnej, wnioskując po kształcie głowy – cierpi na debilizm, jest w stanie artykułować niektóre słowa, bez zauważalnego entuzjazmu wypowiedział frazę najwyższa półpostać Hitler – i zamilkł. Bezterminowo”.

W obozie rosło jedno drzewo. Lichtenberg wykopał pod jego korzeniem niewielką jamę i zamieszkał w niej w celu przedłużenia na nieokreślony czas swojego życia. Na początku inni więźniowie unikali go, a on sam trzymał się od nich z daleka. Z czasem jednak polubił go jeden komunista. Był to młody człowiek z czarnymi uważnymi oczami, o twarzy upstrzonej pryszczami od bezczynności i naporu sił organicznych. Nosił Lichtenberga na rękach, jak drobne, przykrótkie ciało, i powtarzał, że nie należy się smucić: słońce wschodzi i zachodzi, w lasach rosną gałęzie, a czas historyczny wpływa do oceanu socjalizmu; faszyzm skończy jako monstrualne światowe pośmiewisko – to skromne milczące dotąd masy roześmieją się, obróciwszy w proch rządy żywych i odlanych z brązu idoli.

Po jakimś czasie życia w obozie Lichtenberg odnalazł spokój. Całymi dniami czekał na wieczory, kiedy więźniowie wracali z robót, gotowali wodziankę i oddawali się rozmowom. Nie zmuszano go do pracy – ledwo mógł pełzać po ziemi. Nie bał się już i nie żałował niczego: ani przeżytego życia, ani miłości do kobiet, ani spowitego mrokiem przyszłego losu; całymi dniami leżał w swojej jamie, wsłuchany w szumiący uciążliwie w powietrzu kurz oraz odgłosy pociągów, które kursowały wzdłuż nasypu, wożąc funkcjonariuszy władzy w sprawach wagi państwowej.

Przyjaźnił się głównie z komunistami: wygłodniałymi niewolnikami, biegającymi i dokazującymi wieczorami jak dzieci, które bardziej niż rzeczywistości, dowierzają samym sobie, ponieważ rzeczywistość zasługuje wyłącznie na unicestwienie; Lichtenberg pałętał się wśród nich i uczestniczył w ich powszechnej dziecinnej motaninie, mającej w sobie jednak coś z wytrwałego męstwa. Następnie zasypiał ogarnięty szczęściem, spał całą noc i wstawał wcześnie rano, aby odprowadzić swoich towarzyszy na roboty. Pewnego razu, kiedy przetrząsał krzaki w poszukiwaniu pożywienia, natrafił na fragment gazety, w którym przeczytał o publicznym spaleniu swojej broszury „Wszechświat – bezludna przestrzeń”. Broszura była wydana pięć lat wcześniej i dowodziła panującej w kosmosie pustki, którą niemal w zupełności wypełniają minerały. Zniszczenie tej broszury potwierdzało, że Ziemia także staje się wyludniała i mineralna, lecz nie zmartwiło to Lichtenberga; pragnął on jedynie, aby każdego dnia nastawał wieczór, i by przez jedną godzinę mógł czuć się szczęśliwy w otoczeniu zmęczonych, zniewolonych ludzi, oddanych przyjaźni tak, jak małe dzieci były jej oddane w swoich zabawach i fantazjach na zarośniętych podwórkach dawnej ojczyzny.

Lichtenberg przyjaźnił się głównie z komunistami: wygłodniałymi niewolnikami, biegającymi i dokazującymi wieczorami jak dzieci, które bardziej niż rzeczywistości, dowierzają samym sobie, ponieważ rzeczywistość zasługuje wyłącznie na unicestwienie

Pewnej nocy pod koniec lata Lichtenberg nieoczekiwanie się przebudził. Obudziła go stojąca przy drzewie dziewczyna. Dziewczyna miała na sobie długi płaszcz, małą okrągłą czapkę, spod której wystawały loki, a jej wdzięczne ciało spoczywało smutne pod ubraniem – w rzeczy samej, była to kobieta. Obok niej stało dwóch strażników.

Stęsknione serce Lichtenberga zabiło szybciej: pozbawiony zdolności do kochania i poruszania się na kończynach w pozycji pionowej, dręczony poczuciem wstydu i strachem w stosunku do dziewczyny, spróbował stanąć na obu nogach, i udało mu się ustać na nich przy pomocy kija. Kobieta odeszła, a Lichtenberg podążył za nią, czując na nowo krzepnącą w nogach siłę. Nie mógł jej o nic spytać, jego ekscytacja narastała, szedł, pozostając w tyle, i widział bok jej twarzy, odwróconej od niego w kierunku zalegających na drodze ciemności.           W biurze czekał ich sąd złożony z trzech wojskowych. Kobieta stanęła za Lichtenbergiem. Sędzia wyjaśnił Lichtenbergowi, że grozi mu rozstrzelanie – wskutek niezgodności cielesnego i umysłowego rozwoju z teorią niemieckiego rasizmu oraz poziomem zaawansowania narodowej refleksji – w celu radykalnego uzdrowienia narodowego organizmu z podmiotów popadłych w stan zezwierzęcenia, a także profilaktyki zakażenia rasy elementem nierasowym.

– Co na to oskarżony? – sędzia zwrócił się do Lichtenberga.

– Jestem niemy – odpowiedział Lichtenberg.

– Hedwigo Wotman! – kontynuował sędzia. – Należałaś do miejscowej organizacji komunistycznej. Podczas narodowej rewolucji jawnie naśmiewałaś się z najwyższego wodza. Od tamtej pory, znajdując się już w zamknięciu, dwukrotnie odmawiałaś poślubienia dwóch wyższych oficerów narodowej służby, obrażając tym samym ich rasową godność. Decyzją sądu zostajesz skazana na stracenie, jako osobisty wróg geniusza teutońskiego plemienia. Czy chcesz coś powiedzieć?

– Chcę – z uśmiechem rozumu i ironii odpowiedziała towarzyszka Lichtenberga. – Dwóch oficerów otrzymało odmowę mojej miłości, ponieważ ja jestem kobietą, a oni nie są mężczyznami…

– Jak to nie są?! – krzyknął zszokowany sędzia.

– Należałoby ich rozstrzelać za utratę zdolności do płodzenia potomstwa, do reprodukcji pierwszorzędnej niemieckiej rasy! Oni, Niemcy, zdolni byli uprawiać miłość tylko po francusku, nie po teutońsku: są wrogami narodu!

– Jesteś komunistką? – spytał członek sądu.

– Oczywiście – odpowiedziała Wotman. – W zamian za odpowiedź na to pytanie proszę, abyście oddali mi swoją broń!

Jej prośba została odrzucona. Sędzia zlecił komendantowi wykonanie kary śmierci.

– Wprowadzić następną parę zwyrodnialców! – nakazał sędzia.

Lichtenberga i Hedwigę Wotman wyprowadzono poza granice obozu. Eskortowali ich czterej oficerowie, dzierżący w dłoniach gotowe do wystrzału rewolwery. Dwoje innych skazańców szło przodem, niosąc na głowach wykonane własnoręcznie w obozie tarcicowe trumny.

Hedwiga Wotman kroczyła jak wcześniej – elegancka i nieporuszona, niechybnie zmierzała nie ku śmierci, lecz kolejnemu wcieleniu. Oddychała tym samym morowym powietrzem, co Lichtenberg, cierpiała w niewoli głód i udrękę, oczekiwała nastania komunizmu, szła na śmierć – lecz ani rozpaczy, ani chorobie, ani trwodze, ani żalowi, ani skrusze nie odstąpiła niczego ze swojego ciała i swojej świadomości; porzuciła życie, zachowawszy wszystkie siły, zdolne zwyciężyć w znoju i triumfować po wsze czasy. Niosące ciemność żywioły wroga zatrzymały się na styku jej ubrania i nie tknęły nawet powierzchni jej policzków – krzepka i milcząca, podążała w noc śladem swojej trumny i nie żałowała nieziszczonego życia, jak gdyby miała to za błahostkę. Czemu więc z zapamiętaniem i na swą zgubę walczyła za klasę robotniczą, jak za własne nieprzemijające szczęście?

Hedwiga Wotman kroczyła jak wcześniej – elegancka i nieporuszona, niechybnie zmierzała nie ku śmierci, lecz kolejnemu wcieleniu

Lichtenbergowi zdawało się wręcz, że Hedwiga Wotman roztaczała wilgotny zapach zdrowego rozsądku i potu zdrowych kształtnych nóg – nic nie wyschło w niej od gorącego, mętnego powietrza, a godność spoczywała we wnętrzu jej samotnego, otoczonego przez kondukt ciała.

Konwojenci zeszli w dół polnej doliny i podążyli dalej po jej głuchym dnie. Wkrótce oczom ich ukazały się zabudowania dawno opuszczonego zakładu ceramicznego, a skazanych na likwidację wprowadzono w ciemną gardziel zakładowych murów.

Lichtenberg trzymał się blisko Hedwigi Wotman i płakał z szaleństwa. Myślał o tej nieznajomej kobiecie z tak wielkim smutkiem – oto nadciągał koniec jego świata, a jedynym czego żałował była rychła śmierć jego przypadkowej przyjaciółki. Pochód skręcił za rogiem, a skazańcy z trumnami na głowach zniknęli za bliżej nieokreślonym obiektem. Idący po lewej stronie Lichtenberga dowódca konwoju znalazł się na skraju przepastnej dziury wyrytej w ziemi dla jakiejś potężnej maszynerii, i ruszył wzdłuż niej ostrożnie i pomyślnie; Lichtenberg jednakże trącił go nagle powodowany dziecięcą skłonnością do wkładania przedmiotów w puste miejsca. Dowódca runął na dno, skąd dobył się jego krzyk połączony ze zgrzytem żelaza i trzaskiem pękających kości. Trzech pozostałych konwojentów doskoczyło do śmiertelnej przepaści, Hedwiga Wotman machnęła zaś połą płaszcza i bezdźwięcznie, niepostrzeżenie jak ptak, zniknęła im na zawsze z oczu. Oficerowie, przekonani, że skazana zbiegła nie dalej niż kilka kroków, rzucili się za nią w pogoń, aby prędko schwytać ją i zaciągnąć z powrotem.

Zdezorientowany Lichtenberg został sam. Dowódca na dnie przepaści dawno umilkł. Skazańcy z trumnami na głowach jak odeszli, tak nie wrócili. W oddali, już w otwartym polu, dało się słyszeć dwa wystrzały: Hedwiga Wotman uciekała coraz dalej i coraz bardziej nieodwołalnie; nikt nie byłby w stanie jej dogonić. Lichtenberg zapragnął, aby pojmano ją i przyprowadzono z powrotem; nie był on w stanie już obejść się bez niej, chciał popatrzeć na nią choćby jeszcze przez krótką chwilę.

Nikt nie powrócił. Lichtenberg zaległ na ziemi. Głęboką nocą usłyszał jeszcze jeden głuchy wystrzał, bezsilny i nieprzekonujący. Chwilę po tym w obozie rozległ się dźwięk alarmu bojowego. Lichtenberg podniósł się i niespiesznie opuścił miejsce, które powinno było stać się miejscem jego wiecznego spoczywania, w jednym grobowcu wraz z ciałem Hedwigi; dziesięć lat później, kiedy trumny i złożone w nich ciała uległyby rozkładowi, a proch ziemi zniszczałby, szkielet Alberta objąłby szkielet Hedwigi na długie tysiąclecia. Lichtenberg pożałował, że nigdy się to nie wydarzy.

Rankiem następnego dnia Lichtenberg dotarł do nieznanego mu miasteczka robotniczego złożonego z sześciu czy siedmiu domów. Rozpoczynał się jasny jesienny dzień, skąpy kurz przemykał po bezludnej drodze między domostwami, w oddali słońce podnosiło się do swej najwyższej pustki. Albert dotarł do ostatniego domu nie napotkawszy nikogo. Znalazł się przy studni na obrzeżach osiedla i ujrzał wznoszący się tu pomnik Hitlera: opuszczoną wykutą w brązie półpostać; naprzeciw twarzy geniusza stał bukiet stalowych kwiatów w kamiennej urnie. Lichtenberg spojrzał uważnie w metalową twarz, próbując odgadnąć jej wyraz.

Odszedł od pomnika i wszedł do najbliższego domu. Wewnątrz nie było nikogo, a w zakurzonej pościeli leżał martwy chłopiec. Lichtenberg poczuł w sobie dziwną lekką siłę, odwiedził jeszcze dwa domostwa i nie znalazł w nich ani mieszkańców, ani zwierząt; z rosnących na podwórzach drzew zdarta była kora, one same zaś uschły; z otworów dołów kloacznych nie wydobywał się żaden zapach.

W ostatnim domu tego wymarłego czy porzuconego miasteczka siedziała kobieta, która jedną ręką kołysała podwieszoną na suficie kołyskę, a drugą bez przerwy owijała i okrywała kocem śpiące w kołysce dziecko. Lichtenberg spytał kobietę, co to jest, lecz ona nie odpowiedziała na jego pytanie. Jej powieki nie mrugały, a oczy wpatrywały się w kołyskę w długim skupionym smutku, który stał się obojętny od długiego trwania. Twarz zbrunatniała jej od głodu i udręki, niczym faszystowska koszula, podskórna warstwa zewnętrznego mięsa została zużyta jako wewnętrzne pożywienie dla organizmu tak, że z kości zeszło całe jej ciało, jak jesienne listowie z drzew, a nawet jej mózg rozlał się z czaszki po całym ciele w celu podtrzymania jego sił, toteż kobieta żyła teraz bez rozumu, pamięć jej zapomniała o konieczności mrugania powiekami, ciało zmniejszyło się do rozmiaru ciała dziewczynki, i tylko smutek działał w niej jeszcze w zgodzie z instynktami. Kobieta z nieustającą energią kołysała i kołysała łóżeczkiem i z niezmordowaną, protekcyjną czułością chroniła śpiące w nim dziecko przed chłodem, którego Lichtenberg nie odczuwał.

– Zasnął już – powiedział Albert.

– Nie, on w ogóle nie zasypia – odpowiedziała matka. – Kołyszę ich już drugą niedzielę. Ciągle marzną i nie mogą zasnąć.

Kobieta z nieustającą energią kołysała i kołysała łóżeczkiem i z niezmordowaną, protekcyjną czułością chroniła śpiące w nim dziecko przed chłodem, którego Lichtenberg nie odczuwał

Lichtenberg pochylił się nad kołyską; kobieta odkryła przed nim wierzchnią część koca: w kołysce na maleńkiej poduszce leżały dwie, zwrócone do siebie twarzami sczerniałe główki martwych dzieci; Lichtenberg odkrył resztę koca i ujrzał chłopczyka i dziewczynkę w wieku pięciu, może sześciu lat, w całości pokrytych już trupimi wybroczynami. Chłopczyk położył rękę na siostrzyczce – w obronie przed horrorem nastałej wieczności, dziewczynka trzymała dłoń pod policzkiem, ufnie i po dziewczęcemu; ich nogi były nieumyte od czasu ostatniej zabawy na dworze, a siność odmrożeń rzeczywiście rozlała się po cienkiej skórze obojga dzieci.

Matka ponownie okryła zmarłe dzieci kocem.

– Widzisz jak zmarzły – powiedziała. – Dlatego nie mogą zasnąć!

Lichtenberg zsunął palcem powieki na czworo dziecięcych oczu i powiedział matce:

– Teraz już śpią.

– Śpią – zgodziła się kobieta i przestała kołysać łóżeczkiem.

Lichtenberg poszedł do kuchni, napalił w piecu resztkami mebli i postawił na ogniu wielki gar z wodą. Kiedy woda zawrzała, Albert wrócił do kobiety i poprosił ją, aby nie zasypiała, ponieważ gotuje dla nich obiad; w razie gdyby on sam niechcący zasnął, niech przypilnuje mięsa, a kiedy będzie gotowe, zje je sama, nie czekając aż Lichtenberg się obudzi. Kobieta zgodziła się i poleciła Albertowi włożyć do garnka najlepszy kawałek – dla swoich dzieci.

W kuchni Lichtenberg rozniecił ogień tak mocno, jak tylko mógł, chwycił kosę i zaczął rżnąć swoją lewą, zdrowszą nogę w miejscu zarośniętej pachwiny. Ciąć było trudno – kosa dawno nie była ostrzona, a świeżyzna odmawiała współpracy; Albert wziął więc nóż i odkroił naprędce gruby płat mięsa wzdłuż kości udowej, aż do samego kolana; płat ten rozrąbał jeszcze na dwa kawałki – jeden lepszej, drugi gorszej jakości – i wrzucił oba do gotującej się w garze wody. Wyczołgał się po wszystkim na ogrodzony dziedziniec i zaległ twarzą w ziemi. Czuł jak obfite życie uchodzi z niego gorącym strumieniem i słyszał jak krew wsiąka w okalającą go suchą glebę. Jeszcze nie przestał myśleć; uniósł głowę, rozejrzał się po pustej przestrzeni wokół, zatrzymał spojrzenie na oddalonym pomniku zbawiciela Niemiec i – zgodnie ze swoim codziennym zwyczajem – przepadł w zapomnieniu.

Po dwóch godzinach cała zupa wyparowała z gara, a mięso usmażyło się w swoim własnym tłuszczu. Ogień zgasł.

Wieczorem do tego samego domu przybył policjant w towarzystwie młodej kobiety o niespokojnej, orientalnej twarzy. Policjant ścigał przy pomocy kobiety państwowego przestępcę, kobieta zaś, nieświadoma intencji policjanta, szukała przy pomocy aparatu państwowego swojego nieszczęsnego szalonego męża.

Policjant i jego towarzyszka znaleźli w domu martwą kobietę. Jej twarz spoczywała w kołysce z dwójką dzieci, tak samo martwych jak ona. Mężczyzny nigdzie nie było.

Gdy tylko ujrzał stojący na kuchni gar z pożywnym, ciepłym jeszcze mięsem, strudzony policjant przystąpił do kolacji.

– Frau Zelda Lichtenberg, niech pani odpocznie – zaproponował policjant.

Lecz niespokojna kobieta nie posłuchała go i wyszła z domu bez określonego celu przez drzwi prowadzące z kuchni na dziedziniec.

Zelda spostrzegła nieznane jej, zarżnięte zwierzę, zaległe pyskiem w ziemi. Trąciła ciało butem i stwierdziła, że mogło należeć ono do porośniętego sierścią prymitywnego człowieka, prędzej jednak wielkiej małpy, okaleczonej i przybranej dla żartu w strzępy ludzkiej odzieży.

Gdy policjant wyszedł z domu, potwierdził on przypuszczenia Zeldy, że leżące ciało należało do małpy lub innego zbędnego dla Niemiec, niezbadanego przez naukę zwierzęcia; za człowieka przebrali je młodzi naziści lub żołnierze Wehrmachtu – dla celów politycznych.

Zelda i policjant opuścili puste miasteczko, w którym życie ludzkie przeżyte zostało do cna.

 

1933

Andriej Płatonow
– ur. 1899 w Woroneżu, zm. 1951 w Moskwie. W literaturze parał się prawie wszystkim. Inżynier, komunista, uczestnik Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, wyrzucony z partii. Najbardziej znany z prozy obnażającej stalinizm. Powszechnie uważany za jednego z największych stylistów w dwudziestowiecznej prozie rosyjskiej.
Mateusz Stefański
– ur. 1994, studiował filozofię i iranistykę na Uniwersytecie Warszawskim; na co dzień pracuje z osobami doświadczającymi bezdomności oraz dziećmi i młodzieżą w ośrodkach dla uchodźców; w wolnym czasie zdarza mu się coś przetłumaczyć.