Sheila Heti
„Alphabetical Diaries”, Fitzcarraldo Editions, London 2024, s. 168.
Zacznę od przyciągnięcia Państwa uwagi wyznaniem, a potem będzie tylko gorzej. Kiedykolwiek napadają mnie okresy tego rodzaju chandry, który uniemożliwia czytanie dla przyjemności, a jednak czytać człowiek musi, choćby po to, żeby na chwilę wyjść z własnej głowy, sięgam po dzienniki Virginii Woolf. (Sięgam po nią również, gdy jestem przeziębiona – wtedy na ogół do listów – oraz po prostu, gdy tęsknota za rytmem jej zdań staje się silniejsza niż wyrzuty sumienia budzone przez przyłóżkowe stosiki złożone z nieprzeczytanych prezentów i impulsywnych nabytków, co następuje regularnie jak pochód pór roku). Nie jest to wyznanie ani szczególnie intymne, ani wyjątkowe i jeśli pozwalam sobie na to zapewne rozczarowująco delikatne podciągnięcie sukienki do kostek w dobie podniecającego negliżu tak zwanych „autofikcji” (choć jak wiemy z „Orlanda”, i widok kostek może mieć zgubny skutek, o czym przekonał się majtek okrętowy na statku powrotnym z Konstantynopola), czynię to po to, żeby zastanowić się nad tym szczególnym doznaniem, jakim jest lektura cudzego dziennika.
Impulsu do rozważań dostarczyła mi najnowsza książka kanadyjskiej pisarki Sheili Heti pt. „Dzienniki alfabetyczne” („Alphabetical Diaries”). Koncept dzieła jest tyleż prosty, co intrygujący: Heti za podstawę przyjęła dziesięć lat zapisków z własnego dziennika, podzieliła je na zdania, ułożyła alfabetycznie, zredagowała – przede wszystkim usuwając niemal 90 proc. tekstu, zmieniając imiona postaci oraz skracając niektóre zdania, ale bez ingerowania w ich treść – i wydała jako – no właśnie, powieść? Jak mówi podśmiewując się w wywiadzie, podczas gdy w Kanadzie „Dzienniki…” reklamowane są jako beletrystyka, w Anglii zostały zaklasyfikowane jako literatura faktu – dla niej samej zaś najodpowiedniejszym określeniem jest po prostu „książka”. Książka, która, jak sama przyznaje w rozmowie z Lilian Fishman, zrodziła się z jej miłości do porządkowania i programu Microsoft Excel.
Nie jest to zresztą pierwszy eksperyment Heti zacierający granicę między życiem a literaturą – jej książka „How Should a Person Be?” (przetłumaczona na polski jako „Kim być? Sheila zaczyna od nowa”), wydana w 2010 roku, opierała się w dużej mierze na nagraniach rozmów autorki z przyjaciółką Margaux Williamson (główne bohaterki książki nazywają się Sheila i Margaux). W przypadku „Dzienników…” całą treść stanowi samiuteńkie, goluśkie życie, przykryte jednak narzutą splecioną z abecadła.
Przypadek znaczenia
Na początku „Fragmentów dyskursu miłosnego” Roland Barthes tłumaczy alfabetyczny układ przedstawianych przezeń figur zamierzeniem „aby odwieść się od pokus szukania sensu”. To piękny paradoks, który obracam co jakiś czas z przyjemnością w myślach: układ prawdziwie przypadkowy rodzi podejrzenia tajemnej porządkującej siły, dopiero układ świadomie nieprzypadkowy, ale arbitralny wyzwala nas z tego podejrzenia – wystarczy pomyśleć na przykład o kolejności podawania nazwisk osób nominowanych do jakiejś nagrody. A jednak w przypadku „Dzienników…” dzieje się na odwrót: choć czytelniczka jest świadoma, że zdania książki sąsiadują ze sobą jedynie w wyniku przypadku – no, przypadku wspomożonego redakcją – duża część przyjemności z lektury płynie z momentów, w których ta przypadkowość rodzi, często żartobliwy, sens. Na przykład:
As we walked to the hotel through the street. As well, I was talking about the sadness of being oneself. Aside from that, life is really good right now (s. 18)
[W drodze do hotelu. Mówiłam też o tym, jak smutno jest być sobą. Oprócz tego mam się ostatnio naprawdę dobrze]
That hot summer, with squares of light coming through the leaves and sparkling on the ground. That is because I got up at six this morning. That is being alive. That is how I felt when I was younger anyway (s. 128)
[To gorące lato i światło padające zza liści, tworzące na chodniku mieniącą się kratkę. To dlatego, że wstałam dziś o szóstej. To jest życie. Tak przynajmniej czułam, gdy byłam młodsza]
Albo jak w tej pięknej serii pytań retorycznych:
Why can’t I just be happy and organize my life as I would like it to be, as I most want to live it? Why do I feel like I’m playing around? Why do I look for symbols? Why do women go mad? Why does one bra clasp in the front and the other in the back? (s. 157)
[Dlaczego nie mogę być po prostu szczęśliwa i urządzić swojego życia tak, jak bym chciała, zgodnie z tym, jak chciałabym je przeżyć? Dlaczego mam poczucie, że się wygłupiam? Dlaczego poszukuję symboli? Dlaczego kobiety wariują? Dlaczego niektóre staniki mają zapięcie z przodu, a inne z tyłu?]
Pewna radość wynika więc może z samego faktu, że znaczenia nie da się uniknąć – „pokusa szukania sensu” jest tak silna, że pozornie niezwiązane ze sobą frazy zaczynają tworzyć w umyśle czytelniczki ciąg przyczynowo-skutkowy. Wyrwane z kontekstu, natychmiast zapuszczają korzenie w nowej ziemi, gdziekolwiek by nie trafiły.
Podobnie jest z pojawiającymi się w zapiskach postaciami – chociaż obraz, który otrzymujemy, jest nie mniej migotliwy niż opisana przez Heti kratka światła na chodniku, podczas lektury powoli układamy kawałki układanki ważnych relacji autorki/narratorki. Zamiast jednak postępować zgodnie z uświęconą zasadą puzzli, czyli zacząć od znalezienia czterech rogów, następnie zbudować brzegi, a na końcu wypełnić środek, w tym emocjonalnym i chronologicznym miszmaszu kawałki dostajemy do ręki na chybił trafił.
(…) w tym emocjonalnym i chronologicznym miszmaszu kawałki dostajemy do ręki na chybił trafił
Najwięcej kawałków przynoszą naturalnie rozdziały na literę, na którą zaczyna się imię ważnej w książce postaci, jak gdyby były to wpisy w encyklopedii życia. Pod „A” poznajemy zatem Agnes, która jest piękna, ma męża, dziecko i z perspektywy autorki/narratorki świetnie sobie radzi z życiem – w odróżnieniu od niej samej. Pod „C” dowiemy się sporo o przyjaciółce Claire, która również jest artystką, choć ocena jej działań na polu sztuki zmienia się w obrębie trzech następujących po sobie zdań: „Claire is a great artist. (…) Claire is an entertainer and a politician, but she is not actually an artist” (s. 25) [„Claire to świetna artystka. (…) Claire uprawia rozrywkę i politykę, ale tak naprawdę nie jest artystką”]. Litera „L” przyniesie nam opis relacji z redaktorem Lemonsem, a „M” i „D” to miejsce na mniejsze kawałki poświęcone rodzicom (mom i dad). Wreszcie głównymi bohaterami – oprócz, naturalnie, samej autorki/narratorki – są mężczyźni, z którymi wchodzi w niestabilne, pełne pożądania, miłości i nienawiści związki romantyczne: Lars, Paweł oraz Vig.
„The taste of lemon cake on Pavel’s lips”
Szczególnie pierwsi dwaj zajmują w „Dziennikach…” wiele miejsca. Już w pierwszym rozdziale dostajemy przebłyski tych relacji: autorka/narratorka opowiada, zapewne przyjaciółce, o Pawle w większych szczegółach, niż planowała (s. 9); jest szczęśliwa pomimo nieudanego seksu (s. 11) i notuje zazdrość partnera skupioną na jej ciele (s. 15). O Larsie dowiadujemy się, że pragnie przenieść się do Londynu lub Nowego Jorku (s. 10-11) oraz że jest niebywale piękny, choć sam tego nie zauważa (s. 16). Jego piękno będzie powracało co jakiś czas, połączone z bólem, jaki sprawia jego zdystansowanie, zamknięcie, nieodpisywanie. Autorka/narratorka co i rusz sama sobie tłumaczy, że powinna odpuścić, że chłopak nie jest nią wystarczająco zainteresowany, że istnieją inni mężczyźni, a jednak znów powraca do jego bolesnego piękna jak ćma do światła. Alfabetyczny układ książki, który odbiera opisowi związku chronologię, znakomicie podkreśla zaklęty krąg wytwarzany przez sytuację: przeskakiwanie z uwielbienia w momenty trzeźwych rozliczeń i z powrotem. Nie wiemy, jak dokładnie przebiegał i jak skończył się związek z Larsem. Heti łapie jednak coś kluczowego dla pewnego przeżycia, gdy duża część zdań zaczynających się od imienia ukochanego tak naprawdę nie dotyczy jego samego, lecz stanowi próbę wpłynięcia na własne uczucia – jak w poniższej sekwencji:
Lars is a beautiful man. Lars is not going to write me back, either because he is a selfish and uncaring person, or because I’m a bad and selfish person. Lars is not interested in being your boyfriend or husband, ever. Lars is not interested in you. Lars is not superior to any man. Lars is not superior to any of my friends (s. 88).
[Lars jest pięknym mężczyzną. Lars mi nie odpisze, albo dlatego, że jest samolubny i nieczuły, albo dlatego, że ja jestem zła i samolubna. Lars nie jest zainteresowany byciem twoim chłopakiem ani mężem, kropka. Lars nie jest zainteresowany tobą. Lars nie jest lepszy niż inni mężczyźni. Lars nie jest lepszy od moich przyjaciół]
Próby te jednak okazują się nieudane, a dawny ukochany nie daje się spętać w granicach przeznaczonej mu litery, co i rusz nawiedzając inne miejsce dziennika – na przykład, gdy autorka/narratorka nie może przestać o nim myśleć podczas stosunku z innym, nienazwanym mężczyzną (Then he got in the bath with me, and this is the night when he was going down on me for so long and I was thinking about Lars, s. 134).
Związek z Pawłem zdaje się zawierać mniej lęku. Mężczyzna wyraża swoją miłość, poświęca autorce/narratorce dużo uwagi i często ją rozśmiesza. Tym razem jednak to partnerka nie umie się zaangażować – Paweł wytyka jej ciągłą zmianę zdania i skarży się na jej nieprzewidywalne reakcje. To on chce więcej, więcej miłości, a autorka/narratorka widzi w tej potrzebie chciwość i nie jest w stanie jej sprostać (s. 142). Wreszcie – jeżeli moja rekonstrukcja wydarzeń jest prawidłowa – rozstają się, lecz po pewnym czasie, gdy Paweł jest w nowym związku z niejaką Laurel (być może tą samą Laurel, której sztuka jest „fatalna” na s. 120?), nawiązują romans (s. 109, 120).
W zapiskach znajdujemy też bolesną uwagę Pawła dotyczącą pisanej przez autorkę/narratorkę książki (s. 103). Pisanie to kolejny wielki temat „Dzienników…” – zmaganie się z tworzeniem kolejnych dzieł, radość, gdy idzie dobrze, wątpliwości, czy pisane rzeczy są wartościowe. Mężczyźni i książki są w pewien sposób wymienni – autorka/narratorka często zaklina się, żeby przestać tyle myśleć o mężczyznach i zwolnić w ten sposób przestrzeń w umyśle na pisanie (np. s. 76, 100, 103). Wchodzi też w relacje romantyczne z kobietami, ale te zdają się nie budzić aż tak trudnych emocji, a co za tym idzie, być przyczynami aż tylu wpisów. Na kartach książki miłość – przypadkiem? – wygrywa:
The struggle through it all was how to make writing primary over love, when love insisted on its primacy. The task now is to speak truthfully. The taste of lemon cake on Pavel’s lips (s. 133).
[Zmagałam się przez cały ten czas z tym, jak sprawić, żeby pisanie było ważniejsze niż miłość, podczas gdy miłość nastawała na swoją pierwszorzędność. Zadanie na teraz to mówić prawdę. Posmak ciasta cytrynowego na wargach Pawła]
Choć może powinniśmy wziąć samo wydanie książki za znak, że wygrało pisanie? Jak Puszkin w „Eugeniuszu Onieginie”, Heti jest z tych, którym uczucie pozwala pisać dopiero, gdy uwolni ich ze swojego żelaznego uścisku – z tych, którzy nie umieją w momencie zakochania „się stosownie w sławę wkupić”, bo „kochają się jak głupi”.
Heti jest z tych, którym uczucie pozwala pisać dopiero, gdy uwolni ich ze swojego żelaznego uścisku
„But I had some good pierogis anyway”
Przywołanie „Oniegina” jest o tyle na miejscu, że ze względu na swoją formę „Dzienniki…” są momentami niezwykle poetyckie. Alfabetyczny układ niechybnie prowadzi do dłuższych passusów rozpoczynających się anaforą, a nieoczywiste połączenia między następującymi po sobie zdaniami zapraszają do lektury aktywnej, wypełniającej białe przestrzenie między obrazami:
Right before we parted, he picked me up and swung me around and put me back down on the steps. Right now I am cleaning the apartment for his arrival. Right now I am living on the surface of the earth (s. 118).
[Tuż przed pożegnaniem podniósł mnie, obrócił się ze mną w ramionach i postawił z powrotem na schodach. Teraz sprzątam mieszkanie na jego przyjazd. Teraz żyję na powierzchni ziemi]Remember the winters of your childhood, all that snow? Remember there’s nowhere else to go. Remorse, pride, and modernism (s. 118).
[Pamiętasz zimy, gdy byłaś dzieckiem, ile śniegu? Pamiętaj, że nie ma innego miejsca, do którego mogłabyś się udać. Żal, duma i modernizm]
Zdania Heti – jak widać, mam nadzieję, z przytaczanych cytatów, ale widać byłoby jeszcze lepiej w cytatach zbyt długich na wtręty w takim tekście – pisane językiem codziennym, kolokwialnym, mają też bardzo dobry rytm.
To być może cecha mniej typowa dla dziennikowych zapisków, które zwykle czytamy nie oczekując poezji. Nie znajdziemy tu też innego zwyczajowego – i kuszącego – wymiaru dzienników, czyli kroniki towarzyskiej. Choć okazjonalnie pojawia się jakieś słynne nazwisko, jak Zadie Smith, „Dzienniki…” to ostatecznie – mimo swojego radykalnego odsłonięcia, które obejmuje choćby szczegółowe opisy życia seksualnego – przestrzeń prywatna. Najważniejsze osoby występują pod zmienionymi imionami, a sama struktura książki w pewnym sensie sprawia, że opinie i informacje, które otrzymujemy, nie mają posmaku ostateczności: po pierwsze, pamiętamy, że są wyrwane z kontekstu, po drugie, sąsiadują nieraz z własnym zaprzeczeniem. Oczywiście to samo przecież można by powiedzieć o „normalnych” dziennikach. Żadna opinia o znajomych Virginii Woolf czy Marii Dąbrowskiej nie jest nam przez nie podana w wyczerpującym kontekście, nie jest również wieczna. U Heti jednak te warunki lektury, które zazwyczaj, jeśli majaczą czytelnikowi, to raczej z tyłu głowy, zostają wysunięte na pierwszy plan.
Co oczywiste, zapiski kanadyjskiej pisarki nie są również przyporządkowane datom. Zamiast linearnego a nieustępliwego pochodu czasu, mamy cyrkularność, wieczny powrót tych samych pytań, zmagań, planów. Książka Heti jest nie tyle dziennikiem, co destylatem dziennika – a więc i życia. Widzimy w nim zestawione obok siebie to, co, rozproszone, znamy przecież z dzienników cudzych i własnych: słowem, powszednią i powszechną wielogłosowość. Obejmuje ona sprzeczne potrzeby (być wśród ludzi, mieć czas dla siebie; czytać, pisać, bawić się, odpoczywać), uczucia (nie chcę go więcej widzieć, chciałabym go zobaczyć) i opinie (Claire to wielka artystka, Claire nie jest prawdziwą artystką). A także, jak to w życiu, całą masę szczegółów dotyczącą jedzenia, ubioru, pogody, seksu, zdrowia, podróży i samopoczucia. I utrwalenie momentu zjedzenia smacznych pierogów.
Książka Heti jest nie tyle dziennikiem, co destylatem dziennika (…)
Co z dziennika mają w sobie „Dzienniki…”? Z dziennika pisarki oczywiście pisanie o pisaniu, a nawet częściej o niepisaniu i konieczności pisania. Ale nie tylko – znajdziemy też parę dobrych uwag o świecie i ludzkiej psychologii:
Been thinking about authenticity, and about we have been done a great disservice by being taught that what we are to be authentic to is our feelings, as opposed to our values (s. 21).
[Myślałam o autentyczności i o tym, jak to nam wcale nie wyszło na dobre, że byliśmy uczeni, żeby być „autentycznym” względem swoich uczuć zamiast swoich wartości]„No one at this point in history knows how to live, so we read biographies and memoirs, hoping to get some clues” (s. 101).
[Nikt w tym momencie dziejowym nie wie, jak żyć, więc czytamy biografie i wspomnienia licząc, że znajdziemy tam jakieś wskazówki]
Wreszcie jednak książka Heti mimo nietypowej formy wywołuje doznanie, o którym wspomniałam na początku artykułu. Dzienniki są szczególnym rodzajem tekstu dlatego, że pobudzają do szczególnego rodzaju lektury – bliskiej, emocjonalnej, porównawczej, w której instynktownie przykładamy same siebie do strony jak sweter do spodni, żeby zobaczyć, czy pasują. Heti daje nam dwa w jednym, intymne zapiski i literacki eksperyment, notatki i literaturę, dzienniki i „Dzienniki…”.
[i] Numery stron odnoszą się do wydania: Sheila Heti, „Alphabetical Diaries”, Fitzcarraldo Editions, London 2024. Cytaty podaję we własnym tłumaczeniu, które, jak widać, gubi układ alfabetyczny – jak można by przetłumaczyć książkę Heti zachowując ten układ to osobne, cudne pytanie.
Sheila Heti
„Alphabetical Diaries”, Fitzcarraldo Editions, London 2024, s. 168.
filolożka klasyczna, anglistka, redaktorka czasopisma "Meander".
komentarze

7 min czytania