Ładowanie strony

Paweł Sołtys

„Monolok", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, 120 stron.

 

Ciekawe, czy ktoś pamięta – muszą chyba jeszcze żyć ludzie, którzy pracowali przy usypywaniu pagórka – co jest pod kamieniem i pod pagórkiem. Czy pagórek usypano z gruzu, który potem zakryto warstwą ziemi? Czy w ogóle nie trzeba go było usypywać i warstwą ziemi zakryto wówczas to, co pozostało z domu, w którym – pod którym – znajdował się bunkier?

J. M. Rymkiewicz, „Umschlagplatz”

 

1.

A już najgorzej, kiedy pisarz książkę napisze i chodzi po mediach, radiach głównie i kanałach, tych – wie Pan – internetowych, albo na rolkach wydawniczo-księgarskich się pokaże, a wszędzie rozprawia, o czym jest powieść.

Może właśnie tak, kto wie, rozpocząłby recenzję „Monoloku” jego własny bohater – rozgadany fryzjer z grochowskiego salonu, który napatrzywszy się na losy ludzi i zwierząt jął snuć w niedalekiej knajpie prywatną filozofię przemijania. Bolączka fryzjera byłaby bolączką recenzenta, bo trudno przejść przez tzw. literacki feed i nie dowiedzieć się, że najnowsza powieść Pawła Sołtysa to głównie „hołd dla opowiadaczy” i „pochwała daru snucia opowieści”.

Dziwi postawienie na tę kartę przez autora. Rozczarowuje, gdy robią to media i zawodowi czytelnicy. Trudno nie nabrać tu podejrzeń o wdzięczenie się do czytelnika ze słabością do pilchizmów i ogorzałych gawędziarzy. I jasne, że lepiej, gdy rzecz dzieje się na etapie promocji niż pisania; można mieć jednak niedosyt, bo to tylko część prawdy o „Monoloku”. Choć bowiem istotnie, w retorycznej warstwie książki czynność opowiadania jest wysunięta na plan pierwszy, więcej – wyniesiona do wartości samej w sobie, traktowana nieomal jak sport (zob. s. 24-25), to znacznie bardziej, niż na gadaniu, powieść skupia się na utracie i cieniach przeszłości, które nie pozwalają wyprostować się do życia na co dzień. Uprawiana demokratycznie i sprzeciwiająca się demonstracyjnie bożkom produktywności gawęda jest rekwizytem świata, którego już nie ma; sama zaś tylko użycza swych powabów, by się o ten świat rozpaczliwie upomnieć.

Trudno przejść przez tzw. literacki feed i nie dowiedzieć się, że najnowsza powieść Sołtysa to głównie «hołd dla opowiadaczy» i «pochwała daru snucia opowieści»

 

2.

Jaki świat wzbudza sentyment u głównego narratora? Chyba przede wszystkim analogowy i sprzed transformacji, która przyniosła głównie gentryfikację i obcość między klasami. W „Monoloku” opłakuje się więc pokątny, klaustrofobiczny Bar Mambo (zob. s. 12), „budki […] z dorabianiem kluczy na bazarku”, Uniwersam (zob. s. 16), małe pączki na Paca (zob. s. 23), przedsiębiorstwo kołdrzarskie zatrudniające kupców puchu, „bo to jeszcze wtedy ludzie sami skubali” (s. 71), a nade wszystko – epokę naturalnej demokratyzacji usług i konsumpcji, nieporanionych jeszcze przez kapitalizm jaskrawymi szramami dystynkcji:

no i siedzieli wszyscy obok siebie: profesor, aktor, ślusarz, złodziej. […] Dach ten sam co na całej krytej, ławki te same, takie same gazety pod tyłkiem, żeby wilka nie złapać. A tu mieszkali też obok siebie, taka polityka: robotnik, literat, drobny paser, nauczycielka, inżynier. Dziś się grodzą […]. […] A najbardziej demokratyczny to nasz zawód był. […] Dziś do barbera […] inni ludzie chodzą niż do mnie czy do Wieśka na Kępie. No ale i wtedy bywało: ja strzygę Marka, doliniarza z Mińskiej, a pan Antoni profesora z politechniki. I siedzą ucho w ucho, strzygnięcie w golenie, i obaj jakoś gadają, choć jeden ma więcej przymiotników w zanadrzu, a drugi mniej. I z tego dziwne przyjaźnie bywały (s. 23-24).

Historia dzieje się jeszcze na jednym planie, w zasadzie przeoczonym w recepcji „Monoloku”, a może najbardziej w nim wstrząsającym. Mowa o wojnie i powstaniu, którymi mówią nieustannie miasto i jego mieszkańcy. Duch traumy przepełnia kamienice, wkrada się do sennych koszmarów, unosi się nad wodami Wisły. Uśpiona parabelka z wojny czeka, by wystrzelić (zob. s. 30), powstanie „odbija się czkawką […] na drugim brzegu” (s. 20), a krzyk współczesnej pani Helenki niesie się aż „z tego przeklętego czterdziestego czwartego” (s. 22). Sołtys przetyka tą grozą całą swoją książkę, z czasem jakby traci jednak stylistyczny zapał. Pomruki krwawych dziejów zastępują opatrzone w swej stylistyce wspomnienia i międzypokoleniowe wymiany zdań.

Duch traumy przepełnia kamienice, wkrada się do sennych koszmarów, unosi się nad wodami Wisły. Uśpiona parabelka z wojny czeka, by wystrzelić

Mimo różnic ciężaru gatunkowego, obie odnogi pisania o przeszłości łączy metoda; rodzaj struktury, do której odwołuje się Sołtys, by unaocznić zacieranie się tego, co dawne. Jak na książkę o mieście zbudowanym na gruzach przystało, „Monolok” chętnie posługuje się metaforą przysypania, zagrzebania. Dzielnica z tradycyjnym barem znika więc „pod nowymi blokami, pod Żabkami, Biedronkami i budami kebabów” (s. 12), a język, którym się już dziś nie mówi „nie wygrzebał się spod łapanek i handlu” (s. 88). Konsekwencja Sołtysa zostaje zwieńczona w finałowej opowieści książki, w której cmentarzysko europejskich dzwonów zwiezionych ongiś przez Niemców pod Hamburg wygrywa kakofoniczny koncert w imieniu wszystkich zgładzonych:

A potem przyszła burza […] [z] gradem jak przepiórcze jaja. […] A te dzwony, piętnaście tysięcy dzwonów grały pod tym gradem. […] Chaim do mnie: to te siedemdziesiąt pięć tysięcy się odzywa, tych przetopionych, zabitych dzwonów […]. A ja czułem jeszcze inaczej: że to wszyscy zabici w tym piekielnym Hamburgu, w obozie, ci zbombardowani przez Anglików na statkach, bo ich lotnicy myśleli, że tam SS ucieka z rodzinami, a to byli więźniowie z lagru, że to wszystkie dziewczyny i chłopaki z warszawskich kanałów, zaczadzeni, utopieni w gównie, rozerwani szwabskim granatem, że to oni spod ziemi wołają (s. 111)[1].

Ustrukturyzowanie pamięci pomaga wreszcie Sołtysowi w naszkicowaniu wspomnianej filozofii fryzjera, który fantazjując o rozpadzie czasu i pomnożeniu widzialnych miejsc odnajduje ukojenie po stracie. Istnieje bowiem jakaś „podszewka Grochowa, gdzie chodzą ci, których znałem, którym przycinałem baczki, których kochałem” (s. 116). To właśnie z tamtego, przysypanego świata równoległego dobiegają huki powstania i krzyki cierpiących. Podszewką miasta bezpiecznie przechadza się też jednak żona, ukochana „moja”:

Chodzimy równoległymi ulicami, Niepodległości i Puławską, Czerniakowską i Sobieskiego, Kickiego i Siennicką. Holoubek ciągle gra w teatrze, tylko ja nie wiem w którym. Tadek Nalepa jeździ w trasy, ale omija to miasto, a moja żona po prostu sobie kogoś znalazła (s. 10).

3.

Przysypanie, zasłonięcie, ukrycie to również ulubiona metoda konstruowania pozytywnych bohaterów „Monoloku”, których największą cnotą jest staroświecka solidność; moralność napędzana cichą przyzwoitością:

zwykły chłop, kanalarz bez farta w miłości. Ale tam pod spodem też jest cegła jak z kanałów prezydenta Starynkiewicza, może brudna, może śmierdzi, ale trzyma to miasto nad gównem (s. 94).

O takich ludziach mówi się niekiedy, że „już takich nie robią” i do takich właśnie, „z krwi, kości i blagi” (s. 12), sołtysowy narrator czuje największą słabość. Owa „blaga” jest przy tym pojemna semantycznie, oderwana od jej standardowych, ujemnych konotacji – najczęściej wtedy, gdy pozory estetycznych i społecznych zaszeregowań przesłaniają prawdę o wnętrzu człowieka. Najwięcej jest chyba – a jakże – o skrywanej wrażliwości mężczyzny; w tym kontekście paradoksalnej, bo wolnej od frazesu, kłócącej się z szorstką powierzchownością. Sygnału o zainteresowaniu Sołtysa tym motywem dostarczyła już prawie siedem lat temu „Opowieść wigilijna” („[…] coś tam przywoziła temu swojemu wujkowi, u którego się wychowała, bo i nie był taki najgorszy. Na pewno lepszy niż jego siostra i jej gach, od których ją w końcu zabrał, lata temu, miał kawałek serca pod marnym tatuażem”), „Monolok” mieści jednak w sobie osobny traktat o samotnych ojcach uczących się gotować (zob. s. 52-53) i niepozornych cwaniaczkach, którzy w godzinie próby zachowują się jak trzeba (zob. s. 94-95).

Z takich też jednostek rekrutują się „dziwne ekipy”, które u Sołtysa jawią się jako sól ziemi i gwarancja normalności – „dwóch pedałów, dwóch Diabłów, małżeństwo krawieckie, […] [moja piękna i ja sam, młody, silny, choć wyciągnięty ze złej bajki]” (s. 53-54). Siłą tych inkluzywnych przestrzeni azylu jest brak oceny i poszanowanie dla codziennego znoju, wskrzeszanie ich mieszkańców to zaś wyzwanie etyczne. Galeria poranionych stworzeń oraz miejsc, w których mogą one doznać namiastki godności i czułości to inna, może najpiękniejsza, mapa monolokowego świata:

ale przeżył, łapał się każdego dobrego słowa, a na rok było ich może dziesięć, każdego głaśnięcia […] (s. 8);

(…) okruchy ich gestów, pogłaskanie, zmierzwienie włosów, buziak przed snem, ja sobie odtwarzałem (s. 10);

(…) kto widział faceta, co tuli gołębia jak niemowlę, szepcze mu słowa, których i ślubna nigdy nie słyszała, ten inaczej popatrzy. Ale ona z kolei wszystkie te koty po imieniu znała (s. 49);

jeśli ktoś nie widział piętnastoletniej dziewczyny, która ma pierwszy raz w życiu fryzurę, o jakiej marzyła, ten o świecie wie niewiele. Albo chłopaka, który przegląda się w lustrze i mówi: to ja? (s. 96);

a i widziałem parę razy, jak stare konie i dziewczyny już biodrzaste, gdy myślały, że nikt nie widzi, też się załapywały na te głaski jak bezdomni na zupę. Ja tak samo (s. 101)[2].

Sołtys posługuje się przy tym dość standardową dla siebie i swoich poprzedników po piórze gradacją w zakresie rozumienia istoty rzeczy, chciałoby się rzec – „rozumienia, o co chodzi”. Im ktoś bliżej ziemi, a dalej od profesury czy elitarnie pojmowanego artyzmu, tym większa przenikliwość i czułość jego historii. Podskórne pulsowanie i przetrwałe przez dekady krzyki miasta są wyczuwalne i słyszalne przede wszystkim przez prostego człowieka, bardziej jakby wrośniętego w bruki i klatki prawobrzeżnych dzielnic Warszawy. Nawet pan Andrzej, zasiadający (zgodnie z obyczajem epoki) fotel w fotel z panem Piotrusiem, nie jest wolny od małych natręctw inteligenta i łapiącą za serce historię „robotnika z Peruna” zakłóca karykaturalnymi: „to jak u Gombrowicza” (s. 25) i „to jak u Leśmiana” (s. 28). Mnie zaś, szkolonemu gryzipiórkowi (choć z plebejskim nazwiskiem i dłońmi), wypada tylko dorzucić, że u Sołtysa jest pod tym względem prawie jak u Jasieńskiego – „bezpłatne widowisko” i „przedśmiertny balet” są dostępne tylko „motłohowi”; „ńe wiedzą tego pańe i panowie z taktem pszechodzący na drugą stronę”[3].

 

4.

„Monolok” realizuje trudną fantazję wielu młodocianych autorów, by swoją historię nagrać, a później wiernie spisać – oddać hołd żywej mowie; w najwyższym możliwym stopniu osłonić ją przed zanieczyszczeniem, które niesie konwencja słowa pisanego, siła formatująca i tępiąca ostrze wyrazu. Potrafił to Białoszewski, co do zasady potrafi i Sołtys, dukt jego prozy, jak to spontaniczna ględa, wyłożony jest więc powtórzeniami, przycięciami i zapętleniami. Balans na granicy oddzielającej witalny strumień świadomości od śmietniczka z błędami składniowymi i wulgaryzmami jest jednak niezwykle trudny, sztuką jest zaś starać się tak, by nie było widać – Sołtys szczęśliwie z tych, którzy swój mozół i cyzelacje ukrywają z rzadką u nas finezją.

Piszę: „co do zasady”, bo mimo licznych ściśnięć gardła i dmuchnięć nosem zdradzających uznanie, trudno mi przeoczyć, że nie wszystko wyszło tak, jak wyjść chyba miało. Sporo jest tu miejsc, w których z niedbałością się przesadza, stylizuje mowę w sposób, który narusza dyskretny pakt autentyzmu i pretensjonalności, pcha język w rejony znane dziś głównie z zadymionych seriali polskiego Netflixa. I może można bronić to dziwactwami prywatnej dykcji narratora, można też tym, że to drobiny – choćby takie, jak, przywoływane nierzadko, „pięćdziesiąte” (s. 56), „dziewięćdziesiąte” (s. 47, 112) i „dwutysięczne” (s. 100), niemal zawsze pozbawione wzmianki, że o „lata” tu chodzi, takoż „pobicie ze skutkiem” (s. 36) (prawilniakom nie przechodzi, jak widać, przez gardło słowo „śmiertelny”) – wobec intensywności książki stają się w końcu męczące.

Mimo licznych ściśnięć gardła i dmuchnięć nosem zdradzających uznanie, trudno mi przeoczyć, że nie wszystko wyszło tak, jak wyjść chyba miało

5.

Jako się rzekło wyżej, Sołtys potrafi w swoim pisaniu niektóre rzeczy ukryć. Najmniej zręcznie kamufluje jednak samego siebie, hojnie wyposażając narratorów w swoje własne, sprawdzone już w boju, zabiegi pisarskie – gorzko-ironiczne dorzutki z przenośnią („Ale i tak w tej kotłowaninie dymu i dźwięków szło dziecko albo ślubną zgubić. A moralność na pewno” – s. 44) i skłonność do niby-to-ulicznej sentencji („Po latach wojen taki im się remis trafił” – s. 14; „[…] z nożem pod żebrem ciężko się talię tasuje i można kartę zgonu zamiast króla z kapelusza wyciągnąć” (s. 77-76); „[…] i tak połowa chłopaków do świętego Piotra sznurkiem” – s. 109). Wyobraźnia, koncepcja czasu i podejście do gruzów przeszłości to zaś szkoła W.G. Sebalda, do której Sołtys niewątpliwie należy:

Albo zdawało mi się, […] że ojciec nadal jest w Paryżu i poniekąd czeka tylko na odpowiednią okazję, żeby się ukazać. Takie odczucia nachodzą mnie niezawodnie w miejscach przynależnych raczej do przeszłości niż do dnia dzisiejszego. Kiedy na przykład idąc przez miasto, zaglądam na jedno z tych cichych podwórek, gdzie od dziesiątków lat nic się nie zmieniło, czuję niemal cieleśnie, jak strumień czasu spowalnia w polu grawitacji zapomnianych rzeczy. Wydaje mi się wtedy, że wszystkie chwile naszego życia dane są naraz w przestrzeni, jak gdyby przyszłe zdarzenia już istniały i chodzi tylko o to, byśmy wreszcie znaleźli do nich drogę, tak jak na zaproszenie docieramy o określonej godzinie do określonego domu. A czy nie można sobie wyobrazić […], że mamy umówione spotkania także w przeszłości, w tym, co już było i po większej części przeminęło, i mamy tam odszukać miejsca i osoby, które, niejako poza czasem, pozostają z nami w jakimś związku?[4]

Jest też wreszcie erudycja, poetyczność frazy i kompetencje kulturowe, które namolny stereotyp każe kojarzyć prędzej z pisarzem fryzjerem (nawet tym starej daty i może z maturą, która jeszcze coś znaczy), a nawet płynność metafor, która nie cechuje raczej spontanicznej gadaniny:

tylko on jeden elektryczny fachowiec. […] Matka i siostra na pogrzebie same wyglądały jak druty do niczego już niepodłączone, nic, tylko żeby je chłopaki zza Wschodniego wózkami na złom odwieźli (s. 6);

(…) widelec złamał się jak zapałka, miał przecież swoja lata, zgasło światełko dynama. Światło, zdawało się dotąd, wiekuiste (s. 21).

Pierwszy pisał o tym Igor Kierkosz, nie będę więc rozgrzebywał tematu po raz drugi, dorzucę tylko, że poszukiwanie uzasadnień, „że wszystko tak ładnie tu się plecie, […] [byśmy – R.S.] nie nabrali zbyt wielu podejrzeń, że to może wcale nie tak autentyczna mowa” rusza od samego początku książki, tak jakby Sołtys sam przeczuwał, że ta maska jest skazana na sukcesywne rozszczelnianie („[…] pan Antoni […] uczył jak swoje własne dziecko i […] pokazał, że jest teatr, że jest muzyka, że można wino wypić z szarlotką, a nie tylko gołdę i śledzie” – s. 11).

 

6.

„Na długo przed pisarskim debiutem Paweł Sołtys zdążył zyskać rozgłos jako piosenkarz, tekściarz i muzyk znany pod swym artystycznym pseudonimem, Pablopavo”[5] – informuje zagraniczną czytelniczkę Eliza Marciniak, autorka biogramu pomieszczonego w wydanym niedawno wyborze polskich opowiadań i nowel. Różne były twarze Sołtysa-tekściarza, różne też wrażliwości i tematy, ku którym ciążył. Jego wytworami niemal zawsze rządzi jednak ulotna historia pojedynczego człowieka; najlepiej niepasującego i zgruchotanego, szukającego czułości. Czasem upadłego, a z racji na przyczynę i styl upadku – godnego elegii. To właśnie „Monolok”, a więc dopiero czwarta prozatorska książka Sołtysa, daje największe możliwości, by oprzeć się recenzenckiej pokusie i poigrać interpretacyjnie z lirycznym dorobkiem autora. A może też – w końcu odpowiedzieć, czemu to opowiadanie ma w gruncie rzeczy służyć.

Zadłużenie książki w „piosenkowej” poetyce objawia się wręcz na poziomie konkretnych opowieści: głupia śmierć Janka przekreślająca proletariacką miłość (zob. s. 5-6) to przecież „Warszawa Wschodnia”, Masio (zob. s. 7-9) nieuchronnie kojarzy się z „Krzyśkiem”, piknikowa podróż kochanków „przez park na Kępę” (zob. s. 38) dźwięczy melodią „Kotów”, a same koty, jak w „Sobocie”, dokarmia się i truje przy pudełku po margarynie (zob. s. 47). Polityczna wszechwładza komercyjnych organizatorów przestrzeni z „Telehonu” nabiera z kolei w „Monoloku” jeszcze bardziej ponurego wyrazu, gdy „dewelopersko […] [płonie]” (s. 76) dom pana Zbyszka; bohatera, który – zgodnie z sołtysowymi instrukcjami – spisał na własnych ścianach nieopowiedzianą dotąd wystarczająco historię życia. Wyliczenie tych podobieństw to oczywiście tylko drobna złośliwość, bo trafne jest przecież rozpoznanie Sołtysa, że niektóre z historii znamy już wszyscy, ale „opowiadamy na nowo”, bo jest w nich „taka jakaś […] siła” (s. 18). Zresztą, skoro te fikcyjne kreśli się głównie po to, by pamiętać typy i z męską łzą w oku nadawać godność możliwym do pomyślenia nieszczęśnikom, to można je przecież powtarzać do woli – dalej, dalej.

 

[1] Wyróżnienia w tym i we wszystkich kolejnych cytatach pochodzą ode mnie (RS).

[2] Prototyp tych wyimków ponownie znajdujemy w „Opowieści wigilijnej” – „Dziczka. Taka była, wyrosła na uboczu, poza spojrzeniami, w których jest miłość i czułość, jakby przypadkiem. Nie obumarła z niewyjaśnionych przyczyn, a przecież powinna, ale ludzie czasem nie robią tego, co powinni, gdy braknie słońca ogrzewają się ogarkami papierosów i pogardą – byle czym”.

[3] B. Jasieński, „Pieśń o głodzie”.

[4] W.G. Sebald, „Austerlitz” w tłumaczeniu M. Łukasiewicz, wyd. Ossolineum, Wrocław 2020, s. 281.

[5] „The Penguin Book of Polish Short Stories”, red. A. Lloyd-Jones, wyd. Penguin Books, Londyn 2025, s. 37. Przekład własny, oryginał: „Long before becoming a published writer, Paweł Sołtys made his reputation as a singer, songwriter and musician known by his stage name, Pablopavo”.

Paweł Sołtys

„Monolok", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026, 120 stron.

Rafał Stronk
Doktorant na Uniwersytecie Warszawskim oraz student polonistyki i socjologii w ramach MISH UW. Z wykształcenia prawnik. Interesuje się socjologią literatury, opozycją przedsierpniową, historiami sportowymi i liturgiką. Przygotowuje doktorat o stabilności orzeczeń w sprawach cywilnych i wpływie ideologii na sądowe stosowanie prawa.
korekta Jakub Nowacki