Ładowanie strony

Ralf Havertz

„AfD, Pegida i Ruch Identytarystyczny. Prawicowy populizm w Niemczech", przeł. Alicja Grabarczyk, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2026, 346 stron.

Wydana niedawno po polsku „AfD, Pegida i Ruch Identytarystyczny w Niemczech” Ralfa Havertza to nie tylko politologiczne studium przypadku. Książka odsłania dyskretny mechanizm, który utorował drogę skrajnej prawicy na długo przed powstaniem Alternatywy dla Niemiec. Dostrzegłam go dopiero, gdy czytając o języku, jakim posługuje się jedna z czołowych i najbliższych ideologii nazistowskiej postaci w partii, zwróciłam uwagę na pewien szczegół. Björn Höcke, bo o nim mowa, wyrażając swoje zaniepokojenie zanikiem „wojowniczych cnót” (s. 251) wśród dzisiejszych Niemców, miał określać „nie dość męskich” mężczyzn „pantoflarzami” (tak przetłumaczono to w książce, ale Höcke użył terminu Weicheier, co dosłownie jest… nieco bardziej wulgarne (s. 250)). Skojarzyło mi się to z fragmentem książki na temat historii społecznej Trzeciej Rzeszy, w której rozpatrywano to państwo pod kątem rozmaitych pomniejszych aspektów życia, w które wkradał się reżim nazistowski. Jednym z nich był właśnie język. Autor pisał:

Naziści splądrowali i zanieczyścili język niemiecki z tą samą bezlitosną sumiennością, z jaką traktowali inne zasoby ludzkie i materialne; pozbawili go wszelkiego wdzięku, subtelności, różnorodności. Używali słów nie jako pomostów do umysłu rozmówcy, ale jako harpunów wbijanych w delikatną materię jego podświadomości[1].

Harpunami nie są jedynie wyzwiska czy propagandowe neologizmy (np. Lügenpresse, czyli „łże-prasa”), jakie stosują politycy AfD. Są nimi liczne książki, artykuły i wystąpienia całej rzeszy zwolenników skrajnej prawicy, która z jednej strony obsesyjnie krytykuje wszelkie ideologie, z drugiej natomiast sama nadbudowuje na nich własne. To dlatego zamiast o liberalizmie, lewicy czy prawicy mówi się o trumpizmie, orbanizmie czy kaczyzmie, czyli lokalnych odsłonach „prawicowego populizmu”. Skandaliczność populistów sprawia, że są oni wyjątkowo atrakcyjni dla mediów, a jak zauważył Berhard Cohen, „prasa może nie być skuteczna w mówieniu ludziom, co mają myśleć, ale jest niesamowicie skuteczna w mówieniu swoim czytelnikom, o czym mają myśleć”[2]. Przez metody przekazu – głośne, spektakularne, silnie nacechowane – choćbyśmy nie podzielali poglądów populistów, ich argumentacja często zostaje ą w pamięci, każąc nam szukać dla siebie kontrargumentów i zmieniając na trwałe kształt debaty społecznej. W końcu czy możemy być tacy pewni, że jakaś elita nie chce nam zaszkodzić? A może imigranci naprawdę są zagrożeniem?

Wróćmy jednak do książki. Havertz, politolog pracujący na Uniwersytecie w Keimyung, postawił sobie za zadanie zbadać ugrupowanie, które w 2026 roku ma największe samodzielne poparcie w kraju. Wziął pod lupę jego historię, strategię, tło ideologiczne i typową dla niego wizję stosunków międzynarodowych. Książka została (według mnie słusznie) uznana za interesującą głównie dla czytelników, którzy nie zgłębiali wcześniej problemu populizmu w niemieckim wydaniu. Rzeczywiście, część postawionych przez autora hipotez – szczególnie z ostatnich rozdziałów, np. te dotyczące luki płciowej – została jedynie pobieżnie naszkicowana. O populizmie powiedziano jednak do tej pory wiele i uważam, że dotychczasowe badania, w tym analiza Havertza, spełniają swój cel, bo pomagają określić, jakie są przyczyny sukcesu populistów, a także wskazują możliwe metody odpierania prawicowej ofensywy. I chociaż w gąszczu wulgarnych tweetów i niepokojących newsów łatwo to przeoczyć, a sam Havertz upraszczająco orzeka, że „stygmatyzacja głosowania na radykalną prawicę nie stanowi już w Niemczech silnego czynnika odstraszającego wyborców” (s. 300), nie należy zapominać, że wielu Niemców wciąż stanowczo sprzeciwia się radykałom z AfD[3]. Pisząc o tej książce, skupię się więc na jednej, zasadniczej kwestii, która według mnie przyczyniła się do sukcesu AfD, czyli jej ufundowanej filozoficznie ideologii i tym, jak ukształtowała ona wyrazisty styl partii.

Ponieważ populizm przede wszystkim przeciwstawia „czysty lud” „zepsutym elitom”, dołożono wielu starań, by zmienić wizerunek domniemanego zwolennika skrajnej prawicy z niezbyt bystrego i kulturalnego łysego chłopaka na romantycznego patriotę sprzed lat (choć z rąk prawicowych ekstremistów od 1990 roku zginęło w Niemczech ponad 200 osób, w tym promigracyjny polityk CDU Walter Lübcke). Jürgen Kasek, polityk Zielonych, w wywiadzie dla Taz mówi, że wspomniany Höcke wraz z Götzem Kubitschekiem, wydawcą pisma propagującego idee Nowej Prawicy i mówcą na wiecach Pegidy, przyjęli strategię, zgodnie z którą „AfD ma sprawiać wrażenie partii w miarę mieszczańskiej, ale na ulicach włączać w swoje szeregi wszystkie inne środowiska” (w tym licznych w m.in. Lipsku czy Chemnitz neonazistów). Między innymi dlatego, jak sądzę, poziom poparcia dla Alternatywy to dowód na skuteczność dbałości o stricte ideowo-intelektualną stronę politycznej kampanii, która umożliwiła budowanie mostów między wieloma odcieniami niemieckiej prawicy i pozwoliła skupić się wokół AfD szerokiemu gronu wyborców. Podobną diagnozę w swojej książce o AfD postawił Łukasz Grajewski:

Wcześniej kojarzona z wytatuowanymi troglodytami, którzy potajemnie czytają Mein Kampf i bezrefleksyjnie polują na każdego o innym odcieniu skóry, dzięki Kubitschkowi stała się gronem intelektualistów omawiających dzieła Petera Sloterdijka, autorów książek naukowych, właścicieli czasopism i instytucji dbających o szkolenie młodych polityków. Na każdym z tych etapów dzieło Kubitschka przenika się z działalnością Alternatywy dla Niemiec.[4]

Jest to powiązane z jedną z najistotniejszych obserwacji na temat populizmu w teorii politycznej, na które wskazuje Havertz. Chodzi o diagnozę, że populizm jako taki, w przeciwieństwie do pełnych, nasyconych znaczeniowo i opartych na wyraźnych, uargumentowanych przesłankach ideologii, takich jak np. marksizm, ma tak zwany „cienki rdzeń”, to znaczy „odwołuje się do niewielkiej liczby kluczowych pojęć”, co sprawia, że musi zwracać się ku innym ideologiom, z którymi może się połączyć (s. 28). Z tego powodu wszędzie tam, gdzie występuje, populizm nabiera cech lokalnych, indywidualnych i staje się zjawiskiem „niezwykle złożonym” (s.14). Choć więc Havertz stara się dokładnie opisać charakter populistycznej polityki AfD, po lekturze jego książki pojawia się równie dużo pytań co odpowiedzi. Jak to możliwe, że tak oczywiste kwestie, jak uznanie rasizmu za godny potępienia, stały się przedmiotem dyskusji? Dlaczego Niemcy szukają powodów do dumy w historii Trzeciej Rzeszy? Czemu najsilniejsze państwo Unii Europejskiej się od niej odwraca? Co to wszystko może oznaczać dla przyszłości Europy? Być może te pytania to najlepszy dowód na to, że to co Havertz określił jako „radykalnie prawicowy populizm” (s. 45) jest raczej symptomem niż remedium bolączek populi Europy.

(…) to, co Havertz określił jako „radykalnie prawicowy populizm” jest raczej symptomem niż remedium bolączek populi Europy

W obliczu narastania w Europie populistycznego stylu politycznego trudno nie porównywać opisów sytuacji niemieckiej z polskimi doświadczeniami. Mimo oddzielnych tradycji prawicowych i różnych pozycji wspomnianych krajów w Unii Europejskiej, polscy i niemieccy populiści odwołują się bowiem do tych samych problemów i lęków społecznych, wzniecanych wokół tematów imigracji, bezpieczeństwa, suwerenności czy demografii. Organizacyjne i intelektualne tło partii wskazuje, że AfD nie tylko zaskarbia sobie jakoś rozczarowanych wyborców starszych partii, ale także aktywnie kształtuje swój elektorat. Nie przypadkiem Havertz uwzględnia w portrecie AfD bliskie jej rasistowskie, islamofobiczne organizacje, czyli Pegidę (niem. Patriotische Europäer gegen die Islamisierung des Abendlandes, pol. Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu) i Ruch Identytarystyczny (Identitäre Bewegung Deutschland, IBD). Robi to, ponieważ swoją działalnością środowiska te wytwarzają dla potencjalnych wyborców szerokie polityczno-kulturowe imaginarium, zakorzenione w tradycji tamtejszej prawicy, a także, a i owszem, w nazizmie.

Niemcy, w porównaniu do Francji czy Austrii, późno zbudowały silną partię prawicową, ale spektakularnie nadrobiły zaległości. Także ze względu na to, że mają bardzo rozbudowaną tradycję myśli (skrajnie) prawicowej. Podczas gdy w Polsce na myśl o nacjonalizmie przychodzą nam do głowy przede wszystkim dość groteskowe i mocno przekłamane obrazy sarmacji czy husarii, Niemcy mają zakorzenioną w myśli antycznej tradycję volkistowską, znacznie bardziej radykalną od zwyczajnego nacjonalizmu. Toteż nierzadkie nawiązania środowiska AfD do tradycji skrajnej prawicy, np. w wydawanym przez Kubitscheka ekofaszystowskim piśmie „Die Kehre” odwołanie do volkizmu i Heideggera zarazem, czy plakatu wyborczego, na którym dwie postaci unoszą ręce w jednoznaczniesię kojarzącym geście, wzbudzają zainteresowanie politologów, ale i zwyczajne „gapiowske” zaciekawienie ekstremistycznym przedstawieniem wśród szerszych grup ludzi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nazywanie AfD nazistami nadaje im aurę transgresji — jakby stara historia, obwarowana wielkim tabu, była na nowo odgrywana jako spektakl.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nazywanie AfD nazistami nadaje im aurę transgresji — jakby stara historia, obwarowana wielkim tabu, była na nowo odgrywana jako spektakl

O ile jeszcze niedawno chodziło się na palcach wokół słowa „faszyzm”, dziś używa się go bez ogródek i jakichkolwiek zahamowań. Kilka tygodni temu Donald Trump, siedząc w Gabinecie Owalnym, przyznał, że nie przeszkadza mu nazywanie go „faszystą”. Do poczucia adekwatności tego określenia przyczyniły się głośne wydarzenia, z aferą Epsteina na czele, które pokazały, jak dużą kontrolę nad instytucjami mają obiecujące realizować wolę ludu (głównie) prawicowe elity, i jak często nadużywają swoich przywilejów. Z tego powodu skupienie badań Havertza na samej partii, raczej niż jej wyborcach, jest słuszne i znajduje potwierdzenie w innych badaniach. Sam Havertz zbyt powściągliwie, jak sądzę, sugeruje, że AfD może mieć charakter czy element elitarystyczny. Amerykański politolog Larry M. Bartels wskazuje, że choć poparcie dla partii populistycznej radykalnej prawicy wzrosło, to „zmiana ta nie wynika ze zwiększonego popytu na prawicowy populizm wśród zwykłych Europejczyków, ale ze zwiększonej zdolności i gotowości populistycznych przedsiębiorców politycznych do mobilizowania i zaspokajania tego popytu. Populistyczna »fala« – jeśli w ogóle można o niej mówić – odzwierciedla zmiany w zachowaniu elit politycznych, a nie przesunięcia w opinii publicznej”[5]. Jest to pozornie paradoks, bo bodaj najważniejszym motorem wzrostu poparcia dla populistów jest przedstawiana przez nich wrogość wobec skorumpowanego establishmentu i zapewnienia o wierności wobec woli ludu. Sęk w tym, że wola powszechna jest tu rozumiana w pełni odgórnie, bo zapleczem intelektualnym partii są postaci inspirujące się m.in. ideologami antydemokratycznej rewolucji konserwatywnej, takimi jak Carl Schmitt (s. 126), dla którego interes państwowy nie może być pluralistyczny. Niemcy ufają swoim autorom. Gdy w 2010 roku bankier Thilo Sarrazin wydał książkę „Deutschland schafft sich ab” (niem. „Niemcy likwidują się same”, w której przedstawił szereg pseudonaukowych argumentów mających potwierdzać jego uprzedzenia, wywołał w kraju zagorzałą dyskusję na temat imigrantów. Sarrazin uderzył w stół, a nożyce cichych rasistowskich podejrzeń się odezwały, bo uzasadnienia dostarczył im autorytet ekonomisty-cywilizacjonisty[6]. Choć w pewnym momencie nastąpił wśród części partii zwrot ku klasie pracowniczej, Havertz podkreśla, że AfD powstawała jako „partia profesorów”, bo jej fundamenty kładli przeciwni udzielaniu Grecji kredytów ekonomiści. Później dołączyli do nich przedstawiciele środowisk nacjonalistycznych i rasistowskich, w tym np. publicyści i zwolennicy zakorzenionej myśli Alaina de Benoist Nowej Prawicy.

Oprócz historii idei, dla dzisiejszej prawicy znacząca jest także historia rodzinna. W wywiadzie dla prawicowego pisma „American Conservative”, Alice Weidel, współprzewodnicząca AfD, powołując się na klasyków filozofii takich jak Fichte i Hegel, wypowiada się nie w sposób „niepokojący”, czy „faszyzujący”, ale jak najzwyklejsza w świecie nazistka. „Albo UE nauczy się brać pod uwagę nasze interesy narodowe, albo zniknie” – grozi, narzekając zarazem, że Niemcy są tak słabe, że mogłoby je pokonać niemal każde państwo. Przedstawia swój naród zarazem jako niezwykle słaby i niezwykle groźny, bo choć niesie całą Unię Europejską na plecach, to jest zarazem „kolonizowany” przez USA. Przez to jest także narodem „niewolników”, który „stracił ducha wolności”. Nie trzeba być specjalistą od historii, aby zauważyć, że to te same metafory i ta sama retoryka, którą w latach 30. stosowali narodowi socjaliści. I nie dziwi to o tyle, że Weidel, podobnie jak np. Marine Le Pen, także przywódczyni radykałów, jest plasującą się wśród elit finansowych (jako ekonomistka pracowała m.in. w Goldman Sachs) potomkinią prawicowych ekstremistów. Dziadek Weidel był prawnikiem i członkiem NSDAP i SS, a jej ojciec zasila dziś szeregi AfD. Choć więc dopiero od niedawna radykalne postulaty mają zwiększony posłuch, to europejska prawica, szczególnie ta skrajna, zachowuje pewną ciągłość. Ojciec wspomnianej Marine, Jean-Marie Le Pen, negował Holokaust i umniejszał zbrodniom nazistowskim, gdy niektórzy z obecnych czołowych członków AfD, robiący obecnie dokładnie to samo, byli jeszcze dziećmi. To kolejny powód, by przypuszczać, że środowiska elit o inklinacjach prawicowych odgrywają wyjątkowo istotną rolę w podburzaniu porządku demokratycznego, dysponując przy tym pokoleniowym kapitałem.

(…) środowiska elit o inklinacjach prawicowych odgrywają wyjątkowo istotną rolę w podburzaniu porządku demokratycznego, dysponując przy tym pokoleniowym kapitałem

Havertz podkreśla także, że na tle innych partii populistycznych AfD wyróżnia się brakiem jednego charyzmatycznego przywódcy. Czy jednak rzeczywiście w partii go nie ma? Jeśli, jak zauważa cytowany przez Havertza Ralph Ptak, „programowa ambiwalencja stała się nieodłączną cechą radykalnie prawicowego populizmu w Niemczech” (s. 92), to można przypuszczać, że niejednoznaczność programu znajdzie odzwierciedlenie w wielości reprezentacji. Dlatego nie ma jednej postaci, która uosabia całą gamę postulatów – od tych najłagodniejszych, po te najbardziej skrajne, jest za to kilka rozpoznawalnych twarzy. Na znakomitej okładce wydanego przez wydawnictwo Książka i Prasa egzemplarza widnieje wizerunek jednej z nich, czyli wspomnianej już Weidel, w mundurze Reichswehry i ze szminką w dłoni. Podkreślający kobiecość kosmetyk zostaje na ilustracji wykorzystany do domalowania sobie charakterystycznego wąsika, podobnie jak kobiecość Weidel jest w strategii jej partii wykorzystywana do pudrowania brutalności postulatów samych w sobie. Obok Weidel, czyli profesjonalnej i otwarcie homoseksualnej bizneswoman, reprezentantami odłamów AfD są niebieskooki Björn Höcke, symbol ideowej czystości, oraz uśmiechnięty Tino Chrupalla, robotnik ze wschodnich Niemiec. To świadome działanie, wyrażane przez neonazistę-asystenta posła członka AfD, Benedikta Kaisera, który, jak pisze sam Havertz, sugerował, że „połączenie kwestii społecznych z nacjonalizmem może pomóc AfD stać się partią dla wszystkich” (s. 284). Ale „wszyscy” to oczywiście wszyscy rodowici Niemcy. Nikt więcej. Obserwacje Havertza na temat różnicy między solidarnością jako taką, np. klasową, a tak opartą o antagonizowanie robotników, np. ze względu na narodowość, nazwaną tu solidarnością wykluczającą (s. 91), pozwalają wyjaśnić, dlaczego przez fakt, że populiści stosują strategię socjalno-populistyczną, zarazem często de facto postulując politykę neoliberalną ekonomicznie, niekiedy postrzega się ich naiwnie jako jakąś bliską lewicy opcję.

Pozostałe, bardziej szczegółowe kwestie, które Havertz pokrótce omawia, układają się w elementy wspomnianego już imaginarium AfD. Można bowiem powiedzieć, że partia ta dokonała czegoś podobnego: w wieloletnią, stabilną tkankę bogatego i gościnnego społeczeństwa wbiła harpuny ksenofobii oraz ekstremizmu. Co więcej, Höcke stara się sprawić, by te skłonności wniknęły jeszcze głębiej. Polityk postuluje bowiem dokonanie „zwrotu o 180 stopni” w polityce historycznej (s. 211), a to służyć ma zrelatywizowaniu zbrodni nazistowskich i usunięciu ich z centralnego miejsca w niemieckiej pamięci narodowej. Zasadniczym celem nie jest jednak po prostu apologia nazizmu – nawet jeśli na to liczą najbardziej zradykalizowani wyborcy – ale stworzenie przestrzeni dla dumy narodowej. I to tutaj rysuje się najważniejszy dla mnie wniosek z przeprowadzonej przez Havertza analizy. W zmieniającej się demograficznie Europie, nauczanie o historii z perspektywy narodu sprzyjać będzie prawicy, dla której nacjonalizm, oparty na wybielaniu swoich wspólnot kosztem oczerniania i separatyzmu względem obcych, jest doskonałym wsparciem „cienkiego rdzenia” populistycznej ramy my/oni.

(…) nauczanie o historii z perspektywy narodu sprzyjać będzie prawicy, dla której nacjonalizm (…) jest doskonałym wsparciem „cienkiego rdzenia” populistycznej ramy my/oni.

Aby właściwie rozpoznać, kim są te manipulujące „zwykłymi ludźmi” elity, o których krzyczą populiści, potrzebujemy innego programu nauczania historii. Takiego, który nie narzuca jednej spójnej perspektywy, lecz uwzględnia historię ruchów oddolnych; takiego, który ukazuje zawiłą sieć społecznych napięć, zamiast widzieć w nich porażkę i zwiastun upadku cywilizacji. W listopadzie ubiegłego (2025) roku w mieście uniwersyteckim Giessen w Hesji odbyła się imponująca blokada uroczystości inaugurującej powstanie nowej młodzieżówki AfD. Jej uczestnicy mówili prasie, że wyszli na ulice, by pokazać, że natywistyczny Volk, jaki chce reprezentować AfD, nie jest jedynym prawdziwym podmiotem politycznym w kraju – większość wciąż stanowi zróżnicowane, także ze względu na pochodzenie, społeczeństwo.

[1] Richard Grunberger, „Historia społeczna Trzeciej Rzeszy”, Tom 2. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987. s. 185

[2] Bernard Cohen, „The press and foreign policy”, Princeton University Press, Prinecton, New Jersey 1963, s. 13.

[3] Według sondażu Fundacji Friedricha Eberta 2025 roku, Alice Weidel jest najgorzej ocenianą kandydatką na kanclerkę, podobnie jak jedyna koalicja z AFD, czyli ta z CDU/CSU, jest najgorzej ocenianą potencjalną koalicją. https://www.fes.de/bundestagswahl, [dostęp: 31.03.2026]

[4] Łukasz Grajewski, „Alternatywa dla Niemiec czy zagrożenie dla świata? Kulisy marszu AfD po władzę”, Wydawnictwo Szczeliny, Kraków 2026.

[5] Cyt. za Larry M. Bartels, „Democracy Erodes from the Top”, Princeton University Press eBooks 2023.

[6] ​​Według Havertza cywilizacjonizm różni się od nacjonalizmu tym, że nie definiuje narodu tylko przez krew, ale przez przynależność do cywilizacji zachodniej.

Ralf Havertz

„AfD, Pegida i Ruch Identytarystyczny. Prawicowy populizm w Niemczech", przeł. Alicja Grabarczyk, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2026, 346 stron.

Zuzanna Antonowicz
absolwentka Wydziału Filozofii UW, redaktorka magazynu „Gromady”.
redakcjaKarolina Kulpa