Daniel Muzyczuk
„Zmierzch magów", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2025, 416 stron.
Atmosferę czasów schyłku bloku wschodniego zawsze wyobrażałam sobie na kanwie remiksu rockowej ballady „Wind of Change” (1990) grupy Scorpions oraz filmu „Assa” (1987) w reżyserii Siergieja Sołowjowa. To dwa kultowe utwory, wokół których narosło sporo legend. „Assa” była poetyckim portretem pokolenia pieriestrojki skonfrontowanego z systemową przemocą upadającego porządku. Chociaż film nie kończy się dobrze, bo stary system, reprezentowany przez gangstera Krymowa, nie pozwala zaistnieć pięknej miłości zakochanych w sobie dzieci przyszłości, to pozostawia jednak wrażenie, że zmiany są blisko, a stary świat jest już skompromitowany. Tym bardziej że w ostatniej scenie pojawia się Wiktor Coj i śpiewa późniejszy hymn pieriestrojki „Pieriemien”. Utwór „Wind of Change” szybko stał się radiowym szlagierem, popkulturowym hymnem upadku muru berlińskiego. Scorpionsów podejrzewano zresztą o współpracę z CIA, a sama piosenka miała być narzędziem zachodniej propagandy na Wschodzie. W przeciwieństwie do „Assy” jej wymowa jest całkowicie optymistyczna. Kiedy zespół ją komponował, bił już dzwon wolności. Ta pełna nadziei, magii chwili oraz ekscytacji mieszanka zachodniego, nieco naiwnego marzenia o zatarciu się wszelkich granic z piosenki, połączona ze wschodnią zadziornością ironii i audiowizualnej awangardy z filmu, dawała mi komfortowe przekonanie, że serca wszystkich rzeczywiście ufnie czekały na zmianę. Później nadeszła transformacja ustrojowa i czar prysł, choć samo preludium było piękne. Po lekturze książki „Zmierzch magów” Daniela Muzyczuka obraz tego czasu znacznie mi się skomplikował.
Autor sięga po bardziej niszowe rejony kultury lat 80. i 90., skupiając się na działalności undergroundowych artystów z Polski i Rosji. Bohaterami pierwszoplanowymi w „Zmierzchu magów” nie są jednak twórcy kontrkultury, którzy wyryli się już szeroko w pamięci odbiorców, jak Marcin Świetlicki czy Eduard Limonow, ale ci, którzy pozostawali nieco w cieniu. Dzięki Muzyczukowi możemy się zanurzyć w mrok, który odczuwali i spróbować zrozumieć, o co chodziło np. brulionowcom, kiedy próbowali wymyślić na nowo kulturę współczesną, dobierając jej komponenty intuicyjnie i według kryterium mocy. Podczas lektury można odnieść wrażenie udziału w seansie ewokacji, w konfrontacji z duchami niedalekiej przeszłości, o których chciałoby się nie wiedzieć.
Podczas lektury można odnieść wrażenie udziału w seansie ewokacji, w konfrontacji z duchami niedalekiej przeszłości, o których chciałoby się nie wiedzieć
Chociaż znane mi były niektóre słynne akcje artystyczne przywoływane w książce, to dopiero przeprowadzona przez Muzyczuka śmiała i pogłębiona analiza fascynacji intelektualnych oraz estetycznych ich autorów dała mi obraz totalności tego czasu. Zajmujące jest to, jak pozornie odległe od siebie wydarzenia, przykładowo mistyczny koncert rosyjskiej Pop-mechaniki nr 418, będący częścią kampanii politycznej Aleksandra Dugina i Partii Narodowo-Bolszewickiej oraz ironiczna akcja polskiego kolektywu CUKT (Centralny Urząd Kultury Technicznej), który stworzył Wiktorię Cukt – cyfrową kandydatkę do fotela prezydenta RP w 2000 roku, głoszącą pogląd, że politycy są zbędni, łączą się ze sobą w interpretacji Muzyczuka.
Szalejący dziś w Stanach Zjednoczonych i na świecie ruch MAGA to nie wszystko. W książce przeczytamy także o naszych lokalnych „magach”, artystach oraz intelektualistach, współtwórcach tutejszej konserwatywnej rewolucji. Sołowjow w „Assie” mówi o tym, co było przed, a Scorpionsi o tym, co wydarzyło się po końcu bloku wschodniego. Muzyczuk pyta natomiast, co działo się w próżni, która się pojawiła, kiedy upadało stare, a wyłaniało się nowe. Kto i jak ją przeżywał, jakie były na nią pomysły, zwłaszcza wtedy, gdy zawodziła racjonalność. Dobrze ujął to jeden z bohaterów książki, Zbigniew Sajnóg związany z Totartem, który doświadczył „niepojętej niezwykłości czasu, w którym żyjemy; spiętrzeń i uderzeń kosmicznej energii, prób i przemian” (s. 185). Otóż pomysły były nieokiełznane, często sprzeczne i rzadko kiedy spójne.
Doceniam, że autor nie porządkuje obrazu entropii, nie wygładza biografii. Okazuje się na przykład, że zatwardziały eurazjata i konserwatysta Aleksander Dugin miał w sobie przez jakiś czas otwartość na kulturę gejowską, a niegdyś anarchizujący poeta lingwistyczny, Robert Tekieli, nawrócił się na katolicyzm. Autor „Zmierzchu magów” między wierszami sugeruje, że dużo z tego, co się działo wtedy w świecie artystycznym, a może też szerzej, w ogóle w historii jest także kwestią przypadku. I rzeczywiście, nawet w subkulturach, które wtedy kwitły, o tym, czy ktoś był punkiem czy skinem decydował nieraz zwykły zbieg okoliczności. Można się o tym przekonać idąc do dowolnego antykwariatu i wyciągając przypadkową książkę ze stosu Agencji Wydawniczej LAWSONIA. Ja trafiłam bez wysiłku na „My śmiecie” (1993) z podtytułem Git ludzie, Skini, Sataniści, Krysznaici pióra Marka Jędrzejewskiego. Autor tej czarnej książeczki „bez zakłamań i naukowej nowomowy” relacjonuje „z pierwszej ręki” ideowe i estetyczne uwikłania, a przede wszystkim przeżycia oraz przygody szeregowych przedstawicieli kultury alternatywnej. W tym osobliwym świadectwie czasu można prześledzić jak po utracie starego wroga „komucha” z jego liniową wizją kultury chwilę błądzą we mgle i w końcu odnajdują nowego oponenta, kapitalistę wraz z jego kulturą masową. Książka Muzyczuka prowadzi nas do źródeł takich postaw, a przy tym jest dialektyczna, bo z jednej strony obserwujemy w niej jak światem rządzi chaos, a z drugiej, jak wyłania się z niego sztywny ład. Jednym z fundamentów intelektualnych dla samego Muzyczuka jest zresztą „Dialektyka oświecenia” Theodora W. Adorna i Maxa Horkheimera, do której się odnosi i z którą zarazem polemizuje.
Jakby spróbować streścić, o co chodziło twórcom polskiej i rosyjskiej kontrkultury z przełomu lat 80. i 90., to do końca nie wiadomo. Raz świat miał ratować eros, innym razem tanatos, a i tak jeden bez drugiego nie mógł istnieć. Wszelka struktura była zgniła z założenia, nieważne czy komunistyczna czy neoliberalna, każda odbierała wolność. Ratunkiem mogła być siekiera sztuki (może nawet ta sama, co u Kafki w literaturze), która miała odcinać zbutwiałe fragmenty, ale ona także co jakiś czas się tępiła i tak w kółko. Terapia zbiorowa, katharsis przy użyciu ognia, rave jak mania tańca w tarantyzmie, znaki, symbole, energia i wyczerpanie: w tej próżni było wszystko i nie było w niej nic.
Szalejący dziś w Stanach Zjednoczonych i na świecie ruch MAGA to nie wszystko. W książce przeczytamy także o naszych lokalnych „magach”
Podczas lektury momentami można się zniecierpliwić, bo Muzyczuk przywołuje bardzo obszerne fragmenty manifestów, esejów, wierszy i opisy performansów przedstawicieli kontrkultury, przede wszystkim Siergieja Kuriochina związanego z Pop-Mechaniką, Timura Nowikowa od Nowej Akademii, Zbigniewa Sajnoga z Totartu oraz Roberta Tekielego od „brulionu”, ale także ich akolitów. Wszyscy oni byli raczej przekonani o swojej wyjątkowości, bardzo wierzyli we własne ego, którego nie chcieli i, jak twierdzili, nie mogli oddzielić od kosmosu. To przez nich miała przemawiać kultura, oni byli medium między duchem czasu a rzeczywistością. To nie lada wyzwanie, ale bez wątpienia, kiedy się jest artystą misjonarzem, nie jest trudno być Bogiem, wystarczy wyobrazić to sobie. Wszyscy oni metodą wiecznej kontestacji próbowali wynaleźć nowy model kultury. Muzyczuk widzi ich jako elementy większego ruchu, który szczególnie wyraźnie ukazał się w Europie Wschodniej. I choć część ze wspomnianych postaci nie żyje, a inni zostali na marginesie dziejów, to według autora „Zmierzchu magów” dzisiejsza polityka i wiele współczesnych strategii artystycznych wynika z tamtego momentu. Chodzi o powrót mitu zarówno w sztuce, jak i w polityce. Tytułowi magowie na różne sposoby chcieli wyczarować poczucie sensu, uzasadnić swoją obecność, szczególnie w czasie odczuwanego powszechnie pesymizmu. Rytuały, które inicjowali rozładowywały napięcia wiszące w powietrzu. A do tych rytuałów potrzeba przecież było szamanów, którzy ucieleśniali egzystencjalny dramat całej wspólnoty i byli gotowi ją z kryzysu w końcu wydobyć.
Tytułowi magowie na różne sposoby chcieli wyczarować poczucie sensu, jakoś uzasadnić swoją obecność, szczególnie w czasie odczuwanego powszechnie pesymizmu
Autor często zostawia nas osamotnionych w zmaganiach z koncepcjami swoich niepokornych bohaterów, nie komentuje ich obszernie, nie dąży do syntezy. Zapowiada to już w otwierającym książkę cytacie, sugerując, że to, co przeczytamy ma być przeżyciem na poły poetyckim, naukowym, irracjonalnym, apokaliptycznym i ponadczasowym. Rzeczywiście tak jest. To może irytować, ale z drugiej strony może taki właśnie – drażniący – był ten czas? A może taka jest sama natura kontrkultury? Chociaż w sztuce undergroundowej przywoływanych tu artystów i grup nie było ciągot do elitaryzmu (a przynajmniej nie zawsze), to też nie była to nigdy twórczość egalitarna. Docierała raczej do wspominanych w książce wspólnot wtajemniczonych.
Wtajemniczenie to zresztą słowo klucz. Autorowi należy się uznanie za cierpliwość w rekonstruowaniu ezoterycznego, okultystycznego i magiczno-mitycznego zaplecza teorii artystów-magów. Muzyczuk, podobnie jak jego bohaterowie, wraca często do koncepcji modernistów, przekonując za nimi, że to z myślowego eklektyzmu ma wyrastać radykalny system, jak u Ladislava Klímy czy Stanisława Ignacego Witkiewicza. Sugeruje przy tym, że trudno nadać formę procesom bez formy. Kiedy pogodzimy się już z tym, że nie wszystko jesteśmy w stanie zrozumieć i uporządkować (bo częścią oświecenia jest irracjonalizm, jak chcą tego Horkheimer i Adorno), to ten tekst momentami sprawia perwersyjną przyjemność. Jak w starym haśle: anarchia matką porządku.
Książkę docenić warto także za to, że nie opisuje zjawisk kulturowych w Rosji w izolacji od wszystkiego. Niejeden autor pokusiłby się, szczególnie na podstawie tak prowokacyjnego materiału, o wnioski, że Rosja to stan umysłu, „jądro dziwności” i tym podobne. Muzyczuk rekonstruuje bazę intelektualną tych najbardziej odlotowych teorii twórców rosyjskiej kontrkultury i okazuje się, że także, a może przede wszystkim, czerpali oni ze źródeł zachodnich okultystów, mistyków oraz myślicieli. Wśród nich powracają Aleister Crowley, Julius Evola, René Guénon i wielu innych. Między wierszami można dowiedzieć się też, że w Rosji były skłoty, kultura queerowa, rave’y. Szerzej pisał o tym Konstanty Usenko z Super Girl & Romantic Boys, w swojej punkowej etnografii „Wykresy fal środkowej Wołgi”. Fundamenty są więc uniwersalne, a oprócz kultury oficjalnej i opozycyjnej istnieje zawsze cały wszechświat osobnego, osobliwego, często ironicznego buntu. Jest sporo książek o Rosji, które stanowią alternatywę wobec uproszczonych dychotomicznych obrazów, ustawiających państwo naprzeciw społeczeństwa, czy ideologię w opozycji do wolności, ale niestety rzadko trafiają do nas. Daniel Muzyczuk sięga do nich w swojej pracy, wspominając choćby „Everything Was Forever, Until It Was No More: The Last Soviet Generation (In-Formation)” (2005) Alexeia Yurchaka, czyli książkę o tym, co mieściło się pomiędzy tymi binarnościami, a było to nader skomplikowane.
„Zmierzch magów” nie jest lekturą łatwą, nie mam złudzeń, że dotrze do nielicznych amatorów kontekstu rosyjskiego, ale cieszę się, że autor ani trochę nie orientalizuje Wschodu i Europy Środkowej. Szkoda, że takich pozycji prawie nie ma w mainstreamowym obiegu popularnej w Polsce literatury non fiction. Chyba najmniej przekonujące w książce, przynajmniej w kontekście rosyjskim, są fragmenty poświęcone literaturze postmodernistycznej, którą Muzyczuk dość jednoznacznie łączy z konserwatyzmem. O postmodernizm toczyła się tam zajadła walka tradycjonalistów (między innymi Zachara Prilepina, który mianował się nowym realistą) z liberałami, którą ci ostatni przegrali, zresztą jak niemal wszystko inne. Tu zabrakło mi nieco bardziej zniuansowanej rekonstrukcji zdarzeń. Wspominany w książce Paweł Krusanow, autor „Ukąszenia anioła”, nigdy nie zostałby przez rosyjskich postmodernistów uznany za jednego z nich, a tym bardziej jego literatura. Rzeczywiście pisał fantastykę, nawet całkiem ironiczną, zdecydowanie konserwatywną, ale czy można z łatwością stwierdzić, że flirtował z postmodernizmem? Nie do końca. Tu Muzyczuk nie pisze już o polskim świecie literackim, gdzie akurat fantastyka ostro skręciła w prawo. O tym pisał Stanisław Krawczyk w „Guście i prestiżu”. Mimo wszystko ważne jest to, że obok rosyjskiej kultury trzeciego obiegu czasów okołotransformacyjnych Muzyczuk opowiada o podobnych zakamarkach w Polsce, czasem wręcz wskazując na paralele między wydarzeniami, biografiami i twórczością. Jeśli rosyjscy twórcy z Kuriochinem na czele przekonywali, że Lenin był grzybem, to polscy artyści z inicjatywy Jacka Kryszkowskiego rzekomo odkopali kości Witkacego, zmielili je na pył i rozdawali w woreczkach wraz z czasopismem „Hola Hoop”, aby „uczynić zadość umęczonemu społeczeństwu” (s. 206).
Jest sporo książek o Rosji, które stanowią alternatywą wobec uproszczonych dychotomicznych obrazów, ustawiających państwo naprzeciw społeczeństwa czy ideologię w opozycji do wolności, ale niestety rzadko trafiają do nas
Muzyczuk nigdzie nie twierdzi, że Polsce jest generalnie bliżej do Rosji, ale ogląda i porównuje wspólne dla Europy Wschodniej korzenie konserwatywnej rewolucji, jaka tu w wielu miejscach pełza. Choć bardzo byśmy tego nie chcieli, to Rosja, owszem, ma Aleksandra Dugina, ale my niestety mamy Grzegorza Brauna oraz własne zombie teorie spiskowe, jak choćby katastrofę w Smoleńsku. Muzyczuk odważnie zwraca na to uwagę, a jego spojrzenie pozostaje nieco polemiczne wobec oświeceniowo-tożsamościowej koncepcji Europy Środkowej, która chce nas z tej otchłani wschodniości wydobyć. Tyle że, jeśli wejrzeć głębiej, tak jak robi to Muzyczuk, można się zdziwić, że i u nas bywało nihilistycznie. Zresztą nie tylko u nas, bo na Zachodzie też. Fascynacja magią, ruchem New Age, energią była dość powszechna w tamtym czasie, a przynajmniej ujawniała się w popularnych tekstach kultury. Muzyczuk dla przykładu przywołuje tekst szwedzkiej grupy Ace of Base, ja dołożę amerykański serial „Z Archiwum X” i kultowy album polskiej grupy Kaliber 44 „Księga Tajemnicza. Prolog”.
I tu dochodzimy do trudnej tezy tej książki. Z chaosu i przypadkowości wyłonił się w końcu porządek, oczekiwany radykalny system, którym okazał się zwrot większości z tych awangardowych artystów ku konserwatyzmowi. Co jednak najbardziej niepokojące, Muzyczuk nie stawia kropki sugerującej, że to już się wydarzyło, skończyło i nie wróci. Otóż cyniczny Bóg nihilizmu nigdy nie zasypia, czeka tylko na odpowiedni czas, między kolejnym końcem a początkiem, by obudzić ze snu swoich magów gnozy. Mimo poczucia pustki i niepewności, próbują oni ratować świat przed upadkiem, kpiąc jednocześnie z jego słabości i powagi. Ostatecznie zwracają się jednak ku sile, która ma zbawić, uratować, wzmocnić. Dla zobrazowania takich wolt biograficznych, Muzyczuk przywołuje postać Juliusza Słowackiego, który nie od razu widział się w roli wieszcza, jak sam Adam Mickiewicz, ale w końcu ją przyjął. Farsa, groteska, śmieszność i groza. I tak nagle można obudzić się w kolejnych czasach „polikryzysu”, kiedy najbardziej absurdalne teorie narodu wyrastającego z dzikości stepów Lwa Gumilowa zadomowiły się w rosyjskim mainstreamie, a Donald Trump czyni Amerykę „znowu wielką”, bo Bóg po to uratował go z zamachu. Imperia się umacniają. Mało tego, remedium na odczarowany świat ma być jego ponowne zaczarowanie, magia się zmonetyzowała, a szamanami jesteśmy potencjalnie wszyscy. Strach pomyśleć, jaki potężny mag (faszyzmu?) puka już do naszych drzwi, i czy jesteśmy już gotowi masowo w niego uwierzyć.
Na szczęście książka nie przynosi jedynie pesymizmu. Świetnie stymuluje również wyobraźnię socjologiczną, tak jak rozumiał ją C. Wright Mills, a więc jako zdolność przechodzenia od jednej perspektywy do drugiej, np. od przemysłu naftowego do współczesnej poezji, a u jej podstaw leży „(…) pragnienie poznania społecznego i historycznego znaczenia jednostki ludzkiej w społeczeństwie i w czasie, w którym ona żyje i objawia swe cechy”. „Zmierzch magów” chwyta sztukę w jej fazie postautonomicznej i uzupełnia obraz tamtych czasów, przeanalizowany już wzdłuż i wszerz pod kątem kultury pierwszego i drugiego obiegu, ekonomii i polityki. Muzyczuk nie musi już nerwowo udowadniać frazesów w rodzaju „kultura to też polityka”. Nie musi też przekonywać, że twórcy często angażują się społecznie i politycznie poza sztuką, rozszerzając swoją działalność na codzienność. Wystarczy spojrzeć na biografie bohaterów książki. Eduard Limonow stworzył na krótki czas masowy polityczno-artystyczny ruch „Narodowych Bolszewików”, Paweł Konjo Konnak stał się kabaretową osobowością telewizyjną, przyjacielem grupy Ich Troje, Aleksandr Dugin swego czasu był szefem Katedry Konserwatyzmu na Wydziale Socjologii Państwowego Uniwersytetu Moskiewskiego, a Robert Tekieli związał się z prawicowymi mediami, eterem Radia Maryja w końcu popierał kandydaturę Karola Nawrockiego na prezydenta Polski.
Na koniec wrócę do swojej naiwności z początku. Kiedy obejrzałam fatalny film Kiriłła Sieriebriennikowa „Limonow: Ballada” (2024), nakręcony na podstawie książki Emmanuela Carrère’a, natychmiast pomyślałam, że legenda tego antysystemowca w końcu zjadła własny ogon, wyblakła i wszyscy o nim i o niepokornych chłopcach nacbolach zapomnimy. Chciałam wierzyć, że z tego filmu zostanie żywa tylko znakomita ścieżka dźwiękowa stworzona przez Kolę Komiagina z grupy „Shortparis”. Niektóre obrazy z tego filmu są nawet ładne, ale biografia Limonowa jest zdartą płytą, nudą, męczarnią. Znowu dostajemy asamblaż wschodnio-zachodniej odrazy pomieszanej z fascynacją tą postacią i czasami jej świetności. Scenariusz do filmu pisali także Paweł Pawlikowski i Ben Hopkins. Sam Sieriebriennikow jest od dawna emigrantem. W Polsce swego czasu też mieliśmy pasjonatów idei nacbolskiej oraz dość przychylne im doktoraty, jak ten autorstwa Przemysława Sieradzana.Politolog, autor tej dysertacji w pewnym momencie zniknął z polskiej przestrzeni publicznej dosłownie się rozpłynął.
Nadzieję na rozkwit antyprzemocowej awangardy budził już tylko Komiagin. W jego obserwacji ucisku i pełzającej militaryzacji w Rosji, nigdy nie było zachwytu, był za to lęk. Bał się nawet potencjalnej przemocy dobrych lub chociaż lepszych sił politycznych, które miałyby zburzyć stary porządek. Największym wyrazem politycznej wrażliwości Komiagina były jego teksty w połączeniu z wykonaniem. W „Brazylii” z EP-ki „Kiście gniewu” z 2023 roku, wypowiada, że nie jest w stanie poradzić sobie z przemocą, jakkolwiek by jej nie nazywać: rodzimą, ojczystą czy ludową, chociaż zawsze mówiono mu, że to minie wraz z pojawieniem się uczucia bezsilności. W tym samym tekście czuć też poważną wątpliwość pomieszaną z wiarą, że prawicową ideologię można konkretnie kopnąć tylko lewą nogą. Frontman zespołu był artystą estetycznie i politycznie pociągającym. Jego delikatna, choć intensywna sceniczna persona rozbrajała rosyjską kulturę wraz z wpisaną w nią przemocową wielkością. Z kolei jego rytualny taniec, improwizowane ruchy, płynne genderowo stroje i barwa głosu pozostawały w nieustannej konfrontacji z rzeczywistością. Na scenie dawał z siebie wszystko, poza nią nie był gwiazdą, nie kształtował opozycyjnej opinii publicznej, był osobny. Komiagin w lutym tego roku nagle zmarł. Wokalista i autor tekstów zespołu Shortparis zasłabł po treningu bokserskim, jego serce prawdopodobnie nie wytrzymało. Stało się to jeszcze zanim rosyjska lewica zdążyła wytworzyć mit nowej awangardy związanej z postacią Komiagina, choć były na to szanse. Na ten moment legenda Limonowa pozostaje więc nienaruszona, a do upadku starego porządku jest jeszcze daleka droga.
W tym kontekście książka Muzyczuka jest otrzeźwiająca, bo zwraca uwagę na siłę przeciwnika oraz żywotność jego duchów. Awangarda i rewolucja niekoniecznie należą tylko do lewicy. Mało tego, Muzyczuk pokazuje, że nie raz przecież w historii widzieliśmy, jak prawicowe strategie polityczne wyrastały z lewicowych korzeni, czerpały z nich. Autor pokazuje to na przykładzie Viktora Orbána czy ruchu amerykańskich trockistów z lat 70. Bywa też na odwrót. Kojarzony dziś z lewicą ruch ekologiczny w Rosji, ten sam, który zablokował otwarcie gigantycznego wysypiska śmieci w miejscowości Szyjes w obwodzie archangielskim, wyrasta z konserwatywnego kręgu obrońców rosyjskiej przyrody, związanego w latach 70. z kręgiem pisarzy prozy wiejskiej. Przykłady można mnożyć, a to oznacza, że ideowe wolty, choćby te najbardziej egzotyczne, są po prostu częścią polityki i demokracji. Muzyczuk sugeruje wręcz, że stare i sztywne podziały na lewicę i prawicę nie nadążają już za rzeczywistością, którą mają opisywać. Mit, szczególnie ładnie opowiedziany, może uwodzić i mobilizować bardzo skutecznie. Trzeba zatem ostrożnie dobierać mitologię.
Daniel Muzyczuk
„Zmierzch magów", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2025, 416 stron.
literaturoznawczyni, socjolożka. Tłumaczy i pisze. Pracuje w Instytucie Slawistyki PAN. Zajmuje się przecięciem sztuki i polityki. Autorka tekstów o rosyjskim oporze antywojennym.
komentarze

15 min czytania