Andy Weir
„Projekt Hail Mary", przeł. Radosław Madejski, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2026, 512 stron.
Nie lubię komentarzy społecznych. Naprawdę… nie znoszę ich. Gdy czytam książkę, chcę jedynie przyjemnie spędzić czas, a nie być pouczanym przez autora. Ponadto, rujnuje to dla mnie urok opowieści, jeśli wiem, że autor wali mnie po głowie polityczną albo społeczną pałką. Przestaję wówczas zastanawiać się nad tym, jak potoczy się historia, bo z zasady wiem, że uniwersum, w którym toczy się akcja powieści nagnie się w sposób, który potwierdzi polityczną agendę autora. Nienawidzę tego[1].
…powiedział Andy Weir, autor zekranizowanej jakiś czas temu powieści fantastycznonaukowej „Projekt Hail Mary” w wywiadzie udzielonym portalowi „Futurism”. Ta deklaracja wprawiła mnie w zakłopotanie, bo lekturę „Projektu Hail Mary” zapamiętałem właśnie jako bardzo bezpośredni społeczny komentarz.
Nigdy zresztą nie widziałem w tym niczego dziwnego. Ostatecznie najciekawsze literackie science fiction zawsze szło ręka w rękę z komentarzem społecznym, polityczną satyrą albo socjologicznymi rozważaniami, a autorzy najpoczytniejszej fantastyki naukowej nigdy nie kryli się ze swoimi poglądami. Od skrajnie lewicowego ekologicznego anarchizmu Ursuli K. Le Guin po skrajnie prawicowy religijny mormonizm Orsona Scotta Carda, twórcy sci-fi na ogół nie kryją politycznej perspektywy, z której snują swoje opowieści. Najczęściej to właśnie ta szczególna perspektywa czyni je tak fascynującymi. Nawet pradziadek fantastyki naukowej, Jules Verne, niekojarzony na ogół z politykowaniem na kartach swoich powieści okazjonalnie pozwalał sobie na dość otwarte kpiny z amerykańskiej skłonności do rozwiązywania konfliktów natury politycznej za pomocą broni palnej („Z Ziemi na Księżyc”) czy brytyjskiego imperializmu („Dzieci Kapitana Granta”), choć w tym drugim przypadku to być może nie tyle kwestia bycia zaangażowanym pisarzem sci-fi, co bycia Francuzem nieprzepuszczającym żadnej okazji, by dopiec swoim brytyjskim frenemies.
(…) najciekawsze literackie science fiction zawsze szło ręka w rękę z komentarzem społecznym (…)
Wróćmy jednak do „Projektu Hail Mary”. Fabuła powieści toczy się niejako dwutorowo. Pierwszy wątek, którego akcja dzieje się w przestrzeni kosmicznej, w narracyjnym tu-i-teraz, opowiada o doktorze Rylandzie Grace, jedynym ocalałym członku ziemskiej ekspedycji ratunkowej mającej na celu powstrzymać kosmiczny kataklizm, który doprowadzi do apokaliptycznej katastrofy na naszej planecie. Drugi wątek to rozbudowana retrospekcja, której akcja rozgrywa się na Ziemi i która stopniowo ujawnia czytelnikowi pełniejszy kontekst zmagań doktora Grace’a, tłumacząc nam, o co tak naprawdę toczy się stawka, jaka jest natura zbliżającego się kataklizmu, jak wyglądały przygotowania do tej dramatycznej misji ratunkowej oraz dlaczego kluczową rolę pełni w niej nauczyciel z amerykańskiej podstawówki.
Innymi słowy – mamy tu wszystko, czego wymaga przyzwoita powieść katastroficzna: charyzmatycznego, lekko aroganckiego, ale w swej arogancji bardzo sympatycznego geniusza jako głównego bohatera: dojmujące poczucie zbliżającej się apokalipsy; bohaterskie poświęcenia i niełatwe decyzje. To umiejętnie skomponowana, utrzymująca w nieustannym napięciu, nawet jeśli niespecjalnie oryginalna, powieść. Jest to też jednak powieść mająca bardzo czytelny polityczny przekaz – stąd też moje zdziwienie.
Sednem jest postać Evy Stratt, byłej administratorki Europejskiej Agencji Kosmicznej, która na czas kryzysu mianowana została… cóż, można to nazwać „dyktatorką planety Ziemia”, biorąc pod uwagę fakt, jak nieskończoną władzę zdaje się sprawować w ramach swojego zadania. Jeśli potrzebny jest dostęp do jakiegoś konkretnego zasobu albo specjalistycznej placówki badawczej – Stratt jest w stanie załatwić to od ręki. Jeśli potrzebne jest pozwolenie do przeprowadzenia jakiejś skomplikowanej prawnie albo wątpliwej etycznie procedury –Stratt bez problemu, zyskuje na to pozwolenie. Gdy zachodzi konieczność nuklearnego zbombardowania Antarktydy, by przyspieszyć globalne ocieplenie i zyskać w ten sposób nieco więcej czasu na nadchodzącą katastrofę – wątek nieobecny w filmowej adaptacji powieści – Stratt bez mrugnięcia okiem wciska wielki, czerwony przycisk.
Weir – celowo albo nie – kreuje za pomocą tego wątku bardzo czytelne polityczne przesłanie faworyzujące merytokratyczny autorytaryzm jako optymalny sposób na radzenie sobie z poważnymi problemami. Liberalna demokracja ze wszystkimi jej ograniczeniami, hamulcami, regulacjami i biurokracją, zdaje się sugerować autor, to zabawa na spokojne czasy. W momencie, gdy na szali spoczywają losy całej planety, specjaliści powinni mieć stuprocentową decyzyjność oraz niczym nieskrępowany dostęp do zasobów i infrastruktury, którą budujemy o podtrzymujemy my wszyscy. Spójrzcie tylko, co też rodzaj ludzki jest w stanie osiągnąć, jeśli tylko odpowiedni ludzie biorą się za rozwiązywanie problemów bez zmartwień, w jaki sposób uda im się przekonać do swoich racji całą resztę!
Weir (…) kreuje przesłanie faworyzujące (…) merytokratyczny autorytaryzm jako optymalny sposób na radzenie sobie z poważnymi problemami
W kluczowym momencie fabuły Stratt odurza, pozbawia przytomności i przemocą włącza do załogi doktora Grace’a, ignorując jego kategorycznie wyrażaną niezgodę na wzięcie bezpośredniego udziału w misji, pozbawiając go w ten sposób prawa do samostanowienia i, jak się okazuje, skazując na przedwczesną śmierć na obcej planecie, co prawda pod opieką przyjaznych mu przedstawicieli obcej cywilizacji, ale z dala od wszystkiego, co znał i kochał. Decyzja ta ujęta jest w powieści jako zło konieczne, etycznie wątpliwy, ale koniec końców słuszny akt, z czym zresztą ostatecznie zgadza się doktor Grace.
Weir kreśli więc na kartach „Projektu Hail Mary” bardzo czytelną i równie wyrazistą opinię polityczną dotyczącą kwestii zarządzania sytuacjami kryzysowymi na skalę globalną, a być może i zarządzania na skalę globalną jako takiego. I zdaje się bardzo umiejętnie kierować wydarzeniami w sposób walidujący preferowaną przez siebie strategię. A zatem robić dokładnie to, co na poziomie deklaratywnym stanowczo potępia i wobec czego wyraża głęboką niechęć.
Marszczę brwi, bo mam pewne podejrzenia w kwestii tego, co tak naprawdę zaszło. Nie sądzę, by Weir kłamał w udzielonej „Futurismowi” wypowiedzi. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że niefrasobliwie poskładał fabułę „Projektu Hail Mary” z takich komponentów narracyjnych, które umożliwiły mu gładkie, nieskomplikowane i intuicyjnie zrozumiałe dla czytelnika przeciągnięcie doktora Grace’a przez wszystkie zaplanowane wydarzenia, nie troszcząc się o polityczne i społeczne implikacje takiej mieszanki. Pochwała merytokratycznej techno-dyktatury wyszła mu więc czystym przypadkiem, na podobnej zasadzie, na jakiej rozsypane na kuchennej podłodze pałeczki makaronu spaghetti przypadkiem, bez intencji szarpiącego się z krnąbrnym opakowaniem kucharza, ułożyły się w kształt pentagramu. Albo swastyki.
Jest to ryzyko, z którym muszą liczyć się wszyscy autorzy albo mieniący się apolitycznymi albo starający się unikać jakiegokolwiek politycznego przesłania w swojej twórczości. To przesłanie tak czy inaczej wyłoni się z ich dzieła, po prostu nie będą mieli żadnej kontroli nad tym, jakie to będzie przesłanie.
Możliwe też, że Andy Weir ma takie właśnie poglądy, jak zdaje się sugerować struktura fabularna „Projektu Hail Mary”, po prostu – jak każda osoba uważająca się za apolityczną albo niezawracająca sobie głowy określeniem swoich nieuświadomionych, ale istniejących poglądów – nie uznaje ich za poglądy, a za „zdrowy rozsądek”, rodzaj pewnej prawdy o świecie tak obiektywnej i niepodważalnej jak stała Plancka w fizyce.
Jest to o tyle problematyczne, że poruszone – niezależnie od tego czy świadomie, czy podświadomie – przez autora kwestie są w dzisiejszych czasach szczególnie palące. Trudno nie dopatrywać się paralel między zagrażającą weirowskiej planecie Ziemia „cienką czerwoną linią” z „Projektu Hail Mary” a katastrofą klimatyczną, która wisi nad naszymi całkowicie rzeczywistymi, nieliterackimi głowami na podobieństwo miecza Damoklesa. I tu i tam mamy do czynienia z masowym zagrożeniem na skalę globalną – takim, które co prawda nie jest natychmiastowe, i które daje populacji ludzkiej czas na przygotowanie się na nie, ale jednocześnie takie, które wymaga reakcji, jeśli chcemy uniknąć katastrofalnych dla nas skutków. Weir – świadomie lub podświadomie – sugeruje pewien określony model reakcji na tego typu super-problem.
Model dość niepokojący, bo zakładający (co najmniej okresowe) zawieszenie normalnego funkcjonowania liberalnej demokracji, ale też rolą fikcji spekulatywnej jest przedstawianie możliwych, nawet jeśli nieintuicyjnych albo kontrowersyjnych opinii w dyskursie społecznym. Nie to jest problemem. Problemem jest niefrasobliwość Weira, który najwyraźniej pozostaje w głębokim wyparciu faktu, że jego poglądy polityczne są czymkolwiek więcej niż zdroworozsądkową racjonalnością.
Problemem jest niefrasobliwość Weira, który (…) pozostaje w głębokim wyparciu faktu, że jego poglądy polityczne są czymkolwiek więcej niż zdroworozsądkową racjonalnością
Fantastyka naukowa zawsze odzwierciedlała zeitgeist czasów, w których powstawała – od startrekowej Nowej Fali lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z jej hippisowskim radykalnym optymizmem po cyberpunk lat dziewięćdziesiątych wyrażający głęboką i, z perspektywy czasu, całkowicie uzasadnioną nieufność w stosunku do wielkich korporacji.
Może więc i popularność weirowskiego ujęcia sci-fi – ujęcia bezmyślnie apolitycznego, a w praktyce niepokojąco technofaszystowskiego – jest w stanie powiedzieć nam coś o kondycji współczesnego świata. I nie jestem pewien, czy są to rzeczy tak budujące i optymistyczne, jak zdaje się sugerować optymistyczny wydźwięk zarówno „Projektu Hail Mary” jak i jego, nota bene naprawdę całkiem niezłej, ekranizacji.
[1] Oryg. I dislike social commentary. Like… I really hate it. When I’m reading a book, I just want to be entertained, not preached at by the author. Plus, it ruins the wonder of the story if I know the author has a political or social axe to grind. I no longer speculate about all possible outcomes of the story because I know for a fact that the universe of that book will conspire to ensure that the author’s political agenda is validated. I hate that. (tłumaczenie własne)
Andy Weir
„Projekt Hail Mary", przeł. Radosław Madejski, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2026, 512 stron.
rocznik 1990, autor bloga „Mistycyzm Popkulturowy” oraz książki „Remake: Apokalipsa Popkultury”.
komentarze

10 min czytania