Logotyp magazynu Mały Format

Nieżyjący już redaktor naczelny „Przekroju”, Marian Eile, grzmi z kolorowych stronnic nowego „Przekroju”: „Lekko! Pismo robi się lekko”. Wzrok ma przy tym figlarny, ale jednak poważny, pali papierosa w cygarniczce, dziś zwanej już tylko fifką. A więc poważnie, z dystynkcją, ale jednak lekko.

Nic mi o tym nie wiadomo. Jest 3:38, na śniadanie zjadłem kotleta z sosem serowym. Odgrzałem go w mikrofali razem z kubkiem herbaty. W ciągu ostatniego tygodnia schudłem o 5 kilo – bez diety bezglutenowej, bez wychodzenia z domu. Pracuję i śpię na szezlongu z Ikea. Zasypiam tam gdzie pracuję, budzę się tam gdzie zasypiam, zjadam Coś (albo i Nic), włączam laptopa, włączam przeglądarkę, włączam Worda, włączam Gmail, Skype, Facebooka, Google Dysk.

Mój mózg to kosmiczna zupa.

W takich warunkach jakakolwiek koncepcja Ja staje się przecież nie do utrzymania (wytrzymania). Rozpada się w milion kawałeczków, percepcja toczy się równoległe na kilku płaszczyznach, rozlewa po kanałach medialnych i ginie w morzu przełączalnych tożsamości. Najlepszą metaforą cyfrowego życia jest tzw. zapping (skakanie po kanałach – tłum. aut.). Ja jako Ja to nie to samo co Ja jako administrator fanpage’a. Kto to wie, nie wie nikt. Albo kto to jest „kolegium redakcyjne”? Czym się takie kolegium odżywia, jaką formę organiczną przyjmuje? Czy kolegium redakcyjne chodzi do łazienki, a jeśli tak, to razem czy osobno?

Kiedy tak sobie siedzę w półsiadzie praktycznym, na podłodze leżą rozsypane numery Lampy, 50 sztuk, hurt. Dostałem je od barmana z Ulubionej, który wyjechał do Azerbejdżanu i nie były mu już dłużej potrzebne – Polak mały w Azji Mniejszej. Ciekawe który zabrał na pamiątkę?

W takich warunkach jakakolwiek koncepcja Ja staje się przecież nie do utrzymania (wytrzymania). Najlepszą metaforą cyfrowego życia jest tzw. zipping (skakanie po kanałach – tłum. aut.).

Z okładki Lampy patrzy na mnie Świetlicki z doklejonym wąsem. Gdy go rysowano, miał już 50 lat, a może nawet 50 lat twórczości (niedowidzę). Patrzą na mnie dziewczyny z Ballad i Romansów. Patrzy na mnie Kazimiera Szczuka w tipsach. Patrzy na mnie Krzyś Vargas Llosa. Patrzy na mnie Mariusz Szczygieł. Patrzą na mnie wszystkie Cool Kids of Death.

Boję się, że kiedy zasnę, postacie z okładek ożyją.

Po 18 godzinach spędzonych przed komputerem łatwo popada się w wizje, nocne widzenia, majaki. Na przykład dziś przed twarzą staje mi armia okładek, które pomiędzy sobą łączy jedynie to, że zawierają twarz Mariusza Szczygła, więc trochę nim są, a trochę nim nie są. Spotykają się razem na wielkim konwentyklu ożywionych okładek z Mariuszem Szczygłem, okładki gazet, pism, książek… Reporter jest nieobecny (pisze o tym reportaż), ale to nie przeszkadza im bawić się w najlepsze. Wczesny Szczygieł okładkowy trąca się brzegiem ze Szczygłem późnym, zaczynają rozmawiać: a tak na margniesie…

Mimo wszystko zamykam oczy. Powieki to stroboskopowe dywany, ale po chwili zwalniają obroty, interfejs gaśnie. Powoli wylogowuję się do snu.