Logotyp magazynu Mały Format

Ziemowit Szczerek
„Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę”, Wydawnictwo Czarne-Agora SA, Wołowiec-Warszawa 2017, 344 stron.

Oparta w dużym stopniu na wcześniejszych artykułach z „Gazety Wyborczej” i „Polityki”, najnowsza książka Ziemowita Szczerka jest zbudowana wokół wyraźnego zamysłu. Poza historiami z podróży od Estonii po Macedonię, spisanymi w formie krótkich rozdzialików, jest to esej o naturze ludów tytułowego Międzymorza. Ich mentalności, historii i przede wszystkim o powolnym odchodzeniu od demokracji liberalnej, którą – zdaniem Szczerka – bez zrozumienia zaczęły imitować po 1989 roku.

Jak nietrudno się domyślić, tytułowe Międzymorze jest nawiązaniem do stworzonej przez Józefa Piłsudskiego koncepcji sojuszu państw położonych między Niemcami a Rosją, który miałby stanowić dla nich polityczną przeciwwagę. Międzymorze jest zatem krainą pomiędzy, nie do końca pewną własnych cech, raczej wypadkową sił zewnętrznych niż oferującą coś swoistego. Czymś, co próbuje się określić, ale zawsze w oparciu o formy nadane z zewnątrz. Półperyferium.

W snutą przez Szczerka narrację wszedłem z łatwością. Nic mnie nie zaskakiwało. Zawarte obserwacje i przemyślenia były dokładnie takie, jakich mógłbym się spodziewać – idealnie odpowiadały potocznym wyobrażeniom o pracowitych Niemcach, agresywnych Serbach czy straumatyzowanych wojną Bośniakach. Z początku nawet mi się to podobało, z czasem zaczęło irytować. Już na 40 pierwszych stronach miałem okazję się dowiedzieć, że Kaczyński sprzyja putinizacji Polski, Unia dla większości aspirujących do niej państw to kasa, a nie wartości, zachodnie dzieciaki zaś bawią się w humanitaryzm, bo je na to stać. Banały te jednak występują pomiędzy wciągającymi mikrohistoriami, skokami od państwa do państwa w poszukiwaniu środkowoeuropejskiej esencji. Wszystkie spięte jedną klamrą, opozycją Wschód-Zachód.

 

Orient, orient

Zdaniem Edwarda Saida orientalizm jest pojęciem kluczowym dla zrozumienia tożsamości Europejczyków od XVI wieku. Jego historia wiąże się z epoką odkryć geograficznych, kiedy Zachód zaczyna postrzegać siebie jako siedzibę rozumu, prawa i porządku, w opozycji do wrogiego, niezdefiniowanego „Orientu” – krainy pełnej wszystkiego, co nielogiczne, nieprzewidywalne, brutalne i lubieżne. Reprezentujący zły, hobbesowski porządek natury Orient, niczym dzika puszcza może być poskromiony tylko przy pomocy organizującej go kultury. Mechanizm ten, wzmacniając zachodnie poczucie wartości, uzasadniał zatem kolonizację i przemoc wobec „dzikich”. Z drugiej strony Wschód fascynował. Irracjonalny, pełen tajemniczych sił i pokus ciała. Said, powołując się m.in. na wiersze Mickiewicza, ukazuje go jako krainę wypełnioną przygodami, miejsce, gdzie może wydarzyć się Niesamowite.

Schemat orientalizacji występuje też w polskiej wersji. Naszym Wschodem jest Ukraina, Białoruś, a ostatecznie Rosja – Dzikie Pola, postsowieckie Kresy, siedziba wszelkiego bajzlu, brudu, korupcji i dyktatury – tego, co niechciane. Obszar ten Przemysław Czapliński charakteryzuje w książce „Poruszona Mapa” w następujący sposób: „istnieje między błotem a lodem, wypełniając wąską przestrzeń cywilizacją doraźności. (…) Nic tu nie działa, jak powinno, nikt nie poczuwa się do odpowiedzialności za dobre funkcjonowanie konkretnych rzeczy”. Tak rozumiany Wschód jest użytecznym narzędziem, pozwalającym na uzyskanie poczucia własnej wartości i sensu. W wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” Wolfgang Büscher, autor książki „Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę” mówił o nim tak:

Najpierw myślałem, że Wschód zacznie się zaraz za Odrą (…) Potem miałem wrażenie, że Wschód to Podlasie. Ale tamtejsi mieszkańcy się z tym nie zgadzają. Dla nich Wschód zaczyna się u Łukaszenki. Kiedy jednak przekroczyłem granicę z Białorusią, usłyszałem, że zachodnia Białoruś należała kiedyś do Polski, więc tak naprawdę ciągle jesteśmy na Zachodzie.

Wzorzec ten fascynuje Szczerka od pierwszej książki, „Przyjdzie Mordor i nas zje”. Wydany w 2013 roku reportaż opowiada o Ukrainie właśnie przez pryzmat wyobrażeń przyjeżdżających do niej Polaków. Turystów nastawionych na „ruski hardkor” – pijackie ekscesy, skorumpowanych policjantów, prostytutki i malowniczą, ale nie budzącą wyrzutów sumienia biedę. Dzięki Ukrainie możemy poczuć się jak reprezentanci cywilizowanego świata, którymi nie czujemy się przy Niemcach, Francuzach, Anglikach. Słowem, wschodni rozpierdol bawi nas i utrzymuje w poczuciu własnej wartości.

 

Wschód zstępuję na ziemię

Można jednak odnieść wrażenie, że Szczerek powoli odchodzi od rozumienia orientalizmu jako zjawiska kulturowo-społecznego. Coraz rzadziej opowiada o tym, „jacy jesteśmy”, a coraz częściej o tym, „jak jest”. O ile „Mordor…” był gonzo – prowokacyjnie folgującym wyobrażeniom czytelnika, o tyle w „Międzymorzu” wyobrażenia te stają się podstawą poważnej (choć podanej w lekkim stylu) analizy. Wizje Saida materializują się w dialektykę: zachodni dobrobyt i tolerancja – brutalny i zabłocony Wschód. Ta opozycja dwóch „duchów” zdaje się determinować losy ludzi i państw. Staje się magiczną siłą, która emanuje na poszczególne kraje. Cudownym promieniem kształtuje architekturę, modę, muzykę i światopogląd mieszkańców.

Na przykład Czesi „grzeją się w cieple centrum”, jakie stanowią Niemcy, a ich luz i zamiłowanie do przesiadywania w karczmach bierze się z bliskości Zachodu – kulturowej i geograficznej. Łotysze i Estończycy okazują się schludni i uporządkowani tylko dlatego, że mają blisko do Skandynawii. Wpływ ten obejmuje też Rosjan mieszkających przy granicy z Finlandią – oni również są jakby ciut skandynawscy. Podobnie wygląda kwestia ubioru: „Łotysze wyglądają i ubierają się jak Niemcy czy Skandynawowie, bo łotewskość jednak powstała na kulturowej bazie tego, z czym walczyła (…) A Rosjanie często ubierają się i noszą jak ich ziomkowie w Pitrze, Moskwie. Czy w Tallinie”[1]. Z kolei Serbowie spoglądają tęskno na Rosję z powodu swej immanentnej wschodniości, niezanieczyszczonej słowiańskości, niepozwalającej na zrozumienie założeń liberalnej demokracji. Cały serbski nacjonalizm redukuje Szczerek do bukolicznych wyobrażeń o „prostym życiu” i kompleksu pokrzywdzonego. Pomija przy tym fakt, że Rosja już od połowy XIX wieku ma tam tradycyjny status wyzwoliciela, gdyż faktycznie załatwiła Serbom niepodległość, a niecałe 20 lat temu NATO bombardowało serbską stolicę. W równie upraszczający sposób pisze Szczerek o tęsknocie Serbów za Kosowem czy o korupcji, zdając się nie dostrzegać, że łapówkarstwo jest naturalną konsekwencją biedy, której Kosowianie nie zlikwidują magicznie poprzez samo ogłoszenie niepodległości. Zamiast tego woli pisać o „kulturze imitacji” – na zewnątrz flagi Unii i bulwar im. Tony’ego Blaira, a w środku bałkańska dzicz. Szczerek nie komplikuje sobie sprawy – załatwia wszystko uniwersalną matrycą, czernią i bielą, Mordorem i Shire, które toczą wojnę o duszę Międzymorzanina.

Szczerek nie komplikuje sobie sprawy – załatwia wszystko uniwersalną matrycą, czernią i bielą, Mordorem i Shire, które toczą wojnę o duszę Międzymorzanina.

Nie da się jednak odmówić autorowi „Międzymorza” literackiego talentu. Fraza Szczerka wybija się nieraz na niemal gombrowiczowskie wyżyny zabawy polszczyzną, grania różnymi rejestrami i możliwościami składniowymi. Z charakterystyczną dla siebie swadą, nie stroniąc od przekleństw, krążąc między językiem dziennikarskiego opisu, a knajpianą anegdotą, Szczerek pozwala czytelnikowi zanurzyć się w literackiej panoramie. Pochłaniają – choć może trochę zbyt chaotycznie utkane – relacje z podróży do kolejnych krain Międzymorza. Jeżdżąc ze Szczerkiem, możemy zresztą dowiedzieć się sporo rzeczy – autor pochyla się nad popularnością faszyzującej Partii Ludowej na Słowacji, przy okazji tłumacząc meandry słowackiej tożsamości historycznej. W czasie podróży po Słowacji przedstawia też postać „X”, brytyjskiego łowcy duchów, który postanowił przenieść się na wschodnie rubieże tego kraju w poszukiwaniu zjawisk paranormalnych. Szczerek rozmawia z pozbawionymi obywatelstwa estońskimi Rosjanami, relacjonuje przebieg marszu uchodźców przez Bałkany w 2015 roku i krótko streszcza historię Węgier. Skacząc tak w czasie i przestrzeni, autor przywołuje teksty Cata-Mackiewicza, Jurija Andruchowycza, Istvána Bibó. Zabawa jest przednia.

Za jedne z najbardziej cennych uznać należy również fragmenty o Węgrzech. Szczerek stawia sobie za zadanie rozmontowanie mitów o rządach Viktora Orbána, które krążą po wszystkich stronach polskiego sporu politycznego. Orbán pokazany jest tu jako pragmatyk wykorzystujący antyliberalne nastroje do budowania skupionej wokół siebie oligarchii. Ideologia „suwerenności”, tak często przeceniana przez liberalnych publicystów i ich prawicowych przeciwników, schodzi na boczny tor. Przezabawny jest fragment, w którym na zorganizowany przez Orbána wiec trafia przystrojona w karmazynowe peleryny pielgrzymka Ruchu Intronizacji Chrystusa na Króla Polski. Rozdając skonfundowanym miejscowym ulotki o konieczności dokonania tego samego aktu w Koronie Świętego Stefana, sprawiają wrażenie kosmitów albo przybyszy z innego wymiaru, a Węgrzy z trudem powstrzymują chichot.

 

Bohater ma refleksję

Problem zaczyna się wtedy, kiedy po opisach wszystkich podróży, rozmów i obserwacji, następuje „część refleksyjna”. Szczerek czuje się w niej zobowiązany do podsumowania opisanych sytuacji, przedstawienia diagnozy. Wówczas dopiero zaczyna się prawienie banałów zbudowanych na upraszczającym schemacie centrum-peryferia. Całe „Międzymorze” ma swoje lepsze i gorsze momenty, przez wiele stron Szczerkowi udaje się zachować narracyjny rozmach, w pewnym momencie wpada jednak w denerwujący, mentorski ton.

Nie zwracałbym na to większej uwagi, gdyby nie fakt, że głównym obowiązkiem reportażysty jest pisanie rzetelne, przekazujące jakiegoś rodzaju prawdę. Oczywiście należy pamiętać o podtytule książki: „Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową”. Spodobała mi się jego wieloznaczność – Szczerek wyobraża sobie Europę czy ona wyobraża sobie siebie samą? Niestety zbyt często można odnieść wrażenie, że fantazja Szczerka staje się po prostu zakładnikiem idei przewodniej. O ile bowiem w „Przyjdzie Mordor i nas zje” oraz „Tatuażu z Tryzubem” niosła go w dziwne, nieraz surrealistyczne odmęty (jak w przypadku historii lwowskich punków, żyjących w altanie na Cmentarzu Łyczakowskim i hodujących tam zioło), o tyle w „Międzymorzu” zbyt często wydaje się służyć jedynie poparciu stawianych tez.

Ludzie, których Szczerek „spotyka” podczas swoich wojaży, przypominają roboty, pacynki mające ilustrować poszczególne cechy narodowe. Serbowie są nacjonalistycznymi byczkami, Czesi luzakami popijającymi piwko, a Estończyków rozpiera duma z technologicznego rozwoju ich państwa. Nie ma tu zbyt wiele miejsca na światłocień, a przynajmniej tak długo, aż cytowana osoba nie zostaje wymieniona z imienia. Bohaterowie Szczerka zdają się być odzwierciedleniami platońskich idei, niewiele w nich indywidualności. Łączy ich „bydlęcy schemat pogardy wobec tych dalszych od centrum”, dzikszych ludów, każdy bowiem Międzymorzanin uważa się za lepszego od swoich sąsiadów – nie zdając sobie sprawy, że wszyscy tkwią w jednym bagnie.

Bohaterowie Szczerka zdają się być odzwierciedleniami platońskich idei, niewiele w nich indywidualności. Łączy ich »bydlęcy schemat pogardy wobec tych dalszych od centrum«

Szczerkowi nie brakuje również krytycyzmu wobec własnego kraju. O ile jednak inne nacje mają jeszcze jakieś indywidualne cechy, jakieś zalety, o tyle Polacy są po prostu narodem beznadziejnym. Mają jedną twarz – szarej, tępej, zakłamanej i pozbawionej gustu masy, na łamach książki reprezentowanej przez zadymiarzy z Marszu Niepodległości. Naprzeciw tej masy staje kontrmasa, czyli przypominający rodzinny jarmark marsz KOD-u, którego członków wyróżnia tylko to, że są bogatsi i bardziej zadowoleni, ale w gruncie rzeczy pozostają równie głupi. I to tyle. Na tym kończy się portret prawie 40-milionowego społeczeństwa. Szczerek podsumowuje swoje zestawienie, pisząc, że „Wszyscy robią wszystko, aby wzajemnie się nie zrozumieć”. W tym momencie pomyślałem, że nie dodał jeszcze, że istnieje Polska Liberalna i Polska Solidarna. Ale już chwilę później przeczytałem, że tuż po demonstracji, kiedy siedział na pomniku Witosa w Warszawie, podsłuchał dwóch KOD-owców, z których jeden zapraszał drugiego na kawę słowami: to co, na latte? Naprawdę. Na latte.

Wizerunek, jaki przedstawia Szczerek, oscyluje między fanpejdżem „Polaki Biedaki Cebulaki” a utyskiwaniami Filipa Springera na wszechobecną szyldozę, dobudozę i estetyczny chaos. Choćby porównanie Polski do Kosowa: „Nowe domy budowano już prawie tak, że jedne nałaziły na drugie. Straż pożarna zaczęła alarmować, że nie ma dojścia do mnóstwa budynków (…) W końcu więc, ociężale, po latach bicia na alarm państwo zareagowało. I zakazało tej radosnej ceglanej ejakulacji. Po czym znów wróciło do zajmowania się korupcyjnymi dealami i osunęło w obywatelski niebyt, pojawiając się od czasu do czasu po to, by sobie pohisteryzować (…) Dlatego zawsze, z przekąsem, ale lekkim, mówię, że Kosowo przypomina mi Polskę”. Opinia taka jest skądinąd dużo bardziej krzywdząca dla Kosowian, podobnie jak pojawiające się czasem w sieci porównania Polski do Trzeciego Świata. Świadczy o tym, że autor zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze skali problemu i luksusu własnego położenia. Przez tego typu fragmenty trudno mi było zawierzyć Szczerkowi. Bo skoro ktoś pisze o miejscu, w którym żyje, w tak odrealniony sposób, to jak mogę zaufać jego obserwacjom na temat innych państw?

Wizerunek, jaki przedstawia Szczerek, oscyluje między fanpejdżem »Polaki Biedaki Cebulaki« a utyskiwaniami Filipa Springera na wszechobecną szyldozę, dobudozę i estetyczny chaos.

Przykłady takie można mnożyć. Niemal każdy Polak pojawiający się na kartach książki okazuje się postacią głupią i śmieszną. W kontekście reslawizacji ziem Niemiec Wschodnich (której to niby Polacy tak bardzo by pragnęli) Szczerek powołuje się na przykład Stanisława Szukalskiego, rzeźbiarza, założyciela „Szczepu Rogate Serce”, jednej z najbarwniejszych postaci polskiego międzywojnia. Szukalski niewątpliwie był szaleńcem, czego dowodzi stworzona przez niego koncepcja zermatyzmu – teoria o lechickim pochodzeniu wszelkich cywilizacji (na przykład Babilon miał pochodzić od „Babie Łono”, Herkules zaś to nasz swojski „Harculec”), jednocześnie trudno odmówić jego wizji artystycznego rozmachu i talentu, które obecnie podziwiać można w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej (na wystawie „Późna polskość. Formy narodowej tożsamości”). Tymczasem Szczerek sprowadza Szukalskiego do roli zwykłego świra, błazna, którego łatwo wyśmiać, obnażając w ten sposób słowiańskie kompleksy. Orientalizując Polaków, przypisuje im pogląd, który jest udziałem znikomej części społeczeństwa, po czym szybko się z nim rozprawia. Tylko po co? W swej potrzebie „uświadamiania” czytelnika autor najpierw tworzy sobie problem, po czym szybko go rozwiązuje.

Ta samoorientalizacja jest tym bardziej wątpliwa, że często okazuje się jawnie naciągana. Szczerek, znawca regionu, przedstawiając swoje obserwacje jako empirycznie stwierdzone, musi liczyć się z tym, że każdy, kto choć trochę podróżował po Europie, może je zweryfikować. Twierdzi na przykład, że łamanie przepisów drogowych, wyprzedzanie na trzeciego itd. to typowo wschodni sposób jazdy – wschodni, czyli nieracjonalny, niebezpieczny, sygnalizujący panujące bezhołowie. Wschodni, czyli „nasz”, w przeciwieństwie do „ich” przepisowego prowadzenia. Tymczasem każdy, kto choć raz był we Włoszech, zna zapewne tamtejszy chaos na drogach, przy którym większość Polaków, a nawet Ukraińców rozbijających się po Kijowie swoimi SUV-ami to potulne baranki. Czy wobec tego Włosi nadal pozostają Zachodem – a może ten sposób jazdy wziął się z licznej rumuńskiej i albańskiej emigracji w tym kraju?

 

Kraina zmyślona

A jednak, mimo odrzucającego, auto-orientalizującego opisu barbarzyńskiego Wschodu, Szczerek deklaruje, że tylko tutaj czuje się dobrze. To jego ziemia – brzydka i nieuporządkowana, ale jedyna pasująca do jego gruboskórnej mentalności. Porządne, wymuskane Niemcy i Austria go nudzą, inne kraje Zachodu zdają się właściwie nie istnieć. Rytm między opowieściami co jakiś czas wystukują deklaracje miłości wobec Międzymorza i innych zmyślonych krain: Karpatii, Habsburgii, Rurytanii itd., które autor uznaje za swe środowisko naturalne.

Szczerek projektuje sobie Europę Środkowo-Wschodnią, wymyśla dziwaczny terytorialny twór, pas ziemi niczyjej. Gdyby pozostał na poziomie włóczęgi przez swoją Rurytanię – analogiczną do Bałkanów zmyślonych przez Kusturicę, Drohobycza Brunona Schulza czy nawet Ukrainy z „Przyjdzie Mordor…”, nie byłoby problemu. Niestety, przez większość książki próbuje wznieść się na poziom poważnej diagnozy. Analizy świata międzymorskiego, czegoś pomiędzy reportażem prasowym a „syntezą regionu” w rodzaju „Hebanu” Ryszarda Kapuścińskiego. A szkoda.

Ciekawym kontrapunktem jest opis Rosji. Nie czując się zobowiązanym do relacjonowania na żywo meczu Orient-Okcydent, Szczerek zaczyna dostrzegać niuanse, problematyzować sprawę. Owszem, Rosja to kraj autokratyczny, chaotyczny, ale zarazem nieoczywisty – Moskwa ze swoimi ścieżkami rowerowymi i hipsterami, dumni ze swej republikańskiej historii mieszkańcy Nowogrodu wyśmiewający demokrację, opozycjoniści, którzy, protestując przeciw Putinowi, nie mają do zaoferowania nic w zamian. Szczerek pozwala sobie na chwilę zastanowienia – co sprawia, że większość Rosjan, jak napotkany przez niego w Nowogrodzkim tramwaju mężczyzna, uważa, że „demokracja jest dla frajerów”? Chodząc po Moskwie, Petersburgu, Nowogrodzie, widząc obywateli imperium, którzy nienawidzą swojego prezydenta i jego ekipy, a zarazem ciągle ją wybierają, Szczerek dostrzega przyszłość w jej praktycznym kształcie. Podobnie jak w przypadku Węgier opisuje techniki władzy – choćby niesamowitą zdolność proputinowskiej „Jednej Rosji” do wchłaniania wszystkich ruchów politycznych – od lewicy do prawicy, a tym samym utrzymywania pozycji „centrum”. Umiejętność upupiania kontestatorów, czego symbolem jest plakat wzywający do wzięcia rządu pod kontrolę obywateli, sfinansowany przez partię rządzącą. Zamiast ciągłego biadolenia o upadku zachodnich wartości pokazuje czytelnikowi świat autorytaryzmu w jego konkretności: taki, gdzie  frustracja społeczna bierze się bardziej z materialnych przyczyn niż freudowskich problemów z superego.

Po tym udanym rozdziale Szczerek postanawia podsumować swoją podróż i zabiera nas do Lichenia. Miejsca polskiego, ale zarazem symbolicznie międzymorskiego. Licheń jest nieudawany, jest „odbiciem ludowej duszy, czymś, co wychodzi z trzewi polskiego narodu. To, i może jeszcze disco polo”. Okazuje się, że tutaj znajduje się według Szczerka klucz do zrozumienia Międzymorza, którego soczewką staje się Polska. Kraj, gdzie „największe możliwe aspiracje i wizje łączą się z barbarzyńskością, nieumiarkowaniem i koślawością”. Polacy czują się zdradzeni przez Zachód, bo po upadku komuny „miały być dupy z rozkładówek »Playboya« w szybkich furach, a są połajanki feministek, że słowo „»dupa« uwłacza kobiecie, i ochrzan od Zielonych, że szybkie fury zatruwają atmosferę”. Ciągniemy kasę od Unii, póki się da, by na koniec powiedzieć „dałeś frajerze, a teraz się zbieraj”.

Okazuje się, że Polskę (bo to przecież o Polskę, a nie Międzymorze chodziło), w przeciwieństwie do złożonej Rosji, charakteryzują wyłącznie wieśniacki monumentalizm, religijna hipokryzja i chciwość. Wszystko inne to marne ersatze produkowane na zachodniej licencji. Szczerek wybiera to, co pasuje mu do obrazka – wariata Stanisława Szukalskiego, Licheń, szyldozę, dziury w drogach, Marsz Niepodległości. I mówi: patrzcie, oto Polska. Oto wasze korzenie, liberalne fircyki udające mieszczan. Oto nowa siła, którą przez tyle lat ignorowaliście, wmawiając jej, że kapitalizm zachodniego wzoru przyniesie jej zbawienie. Oto wasza prześniona rewolucja. „Byliśmy głupi”.

Szczerek wybiera to, co pasuje mu do obrazka – wariata Stanisława Szukalskiego, Licheń, szyldozę, dziury w drogach, Marsz Niepodległości. I mówi: patrzcie, oto Polska.

Myślę, że nie tylko ja mam dosyć tego ciągłego alarmistycznego trąbienia o fali nacjonalizmu i populizmu przetaczającej się przez Europę. Tego zatroskanego gadania: „o nie, co my narobiliśmy”. Nikogo to już nie rusza, a powoli zaczyna przypominać mantrę, którą pozbawiona pomysłu na przyszłość klasa średnia powtarza, wierząc w jej magiczną siłę. Wszyscy doskonale wiedzą, że koniec historii się nie dokonał. Że wracają dawne resentymenty, że społeczeństwo jest mniej otwarte niż kiedyś, że prekariusze miast walczyć o prawa pracownicze, wyżywają się na imigrantach.

Nie wiem tylko, czy dla takich konkluzji warto pisać książkę. Od człowieka, który, jak sam deklaruje, zjechał opisywany region wzdłuż i wszerz parę razy, oczekiwałbym więcej głębi niż znajduje się w stwierdzeniach, że Polacy muszą wreszcie się dogadać, politycy są cyniczni, a ludzie, nie mając poczucia bezpieczeństwa, zwracają się ku populizmowi.

Gdyby opuścić „publicystyczne” fragmenty, zostawiając tylko opowieści podróżne i rozmowy z ludźmi, mielibyśmy do czynienia z dużo lepszą pozycją. Dobrym przykładem jest fragment, w którym Szczerek spaceruje po mieście Štúrovo przy granicy słowacko-węgierskiej. Miasto, podobnie jak większość południowej Słowacji, jest w dużym stopniu zaludnione przez Węgrów. Z rynku Štúrova widać położoną pod drugiej stronie Dunaju katedrę w Ostrzyhomiu, siedzibę tamtejszych arcybiskupów. Szczerek trzeźwo zauważa, że to dziwne, że słowackie władze nie zasłoniły czymś tej świątyni, bo to tak, jakby z centrum Wilna, pełnego przecież Polaków, widać było katedrę w Gnieźnie. Dlaczego zatem władze Štúrova nic tam nie zbudowały? Otóż autor nie ma pojęcia.

I właśnie o to chodzi – nie trzeba znać odpowiedzi na każde pytanie, nie trzeba podsuwać czytelnikowi gotowych diagnoz. Niestety, większość podobnych historii, od których aż przelewa się „Międzymorze”, kończy się morałem, znaczącą puentą, która pokazuje, że sytuacja nie została odmalowana przypadkiem, lecz ilustruje szerszy problem. Szczerek odwołuje się przy tym wciąż do tych samych antynomii: Wschód-Zachód, liberalizm-nacjonalizm, racjonalizm-irracjonalizm, demokracja-autokracja…

Od reportażu – nawet na wpół baśniowego – należy wymagać więcej. Jego rolą jest ułatwienie rozumienia świata, rozjaśnianie ciemnych miejsc na mapie, problematyzowanie spraw, wokół których narastają uproszczone wyobrażenia i stereotypy. W tym zakresie „Międzymorze” zamiast pomagać – szkodzi. Dostarcza mnóstwa wciągających opowiadań, anegdot i ciekawostek, jeśli jednak poszukujemy głęboko przemyślanych sądów, sięgnijmy do innych pozycji, choćby wcześniejszych książek Szczerka.

 

[1] Tym samym schematem autor tłumaczy również triumf nazizmu w Niemczech. Jego zdaniem powodem była właściwa Środkowoeuropejczykom niepewność, którą ukryli pod maską brutalnego nacjonalizmu. Teza ta jest jednak tak niepoważna, że pozwoliłem sobie jej nie włączać do recenzji.

Ziemowit Szczerek
„Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę”, Wydawnictwo Czarne-Agora SA, Wołowiec-Warszawa 2017, 344 stron.

Aleksander Sławiński
ur. 1993, studiuje filozofię i historię w ramach Kolegium MISH UW. Z Warszawy. Publikował w różnych miejscach, ale raczej niekrytycznie. Poza tym – miły chłopak.