Logotyp magazynu Mały Format

Z kilku powodów zależy mi na tym, by „Kord” Natalii Malek nie przeszedł bez echa – póki co zostawiam na boku fakt, że jest to książka, która daje wiele czytelniczej przyjemności i w tej materii sprawdza się jeszcze lepiej niż poprzednie tomy autorki, wydane nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie („Pracowite popołudnia” z 2010 roku i „Szaber” z roku 2014). Dla kogoś zafiksowanego na obserwowaniu powolnych zmian zachodzących w całościowym pejzażu poetyckim i na kartograficznym ich rejestrowaniu książka Malek będzie miała znaczenie przede wszystkim dlatego, że wchodzi ona do obiegu jako wyrzut sumienia krytyki literackiej.

Z jednej strony, jest to książka wyraźnie nawiązująca do jednej z poetyk do perfekcji opanowanych przez Johna Ashbery’ego. Nie chodzi jednak o tę poetykę, która na stałe związana jest w Polsce z przymiotnikiem „ashberiański”, odnoszącym się głównie do pewnych fragmentów pierwszych książek Andrzeja Sosnowskiego, pewnego okresu w twórczości Krzysztofa Siwczyka itd. Zmarły niedawno autor funkcjonuje u nas przede wszystkim jako twórca „Three Poems”, poeta flowchart, językowego spływu – zawiłych, mocno rozrzedzonych zdań, tworzących intuicyjnie wchłanianą przez odbiorczynię chmurę informacji, smugę jednolitego sensu bez konturu. Tymczasem Malek pielęgnuje frazy krótkie i szeroko rozstawione, nie dobrane przypadkowo, ale raczej skutecznie rozpychające horyzont poznawczy czytelniczki. To frazy podobne do tych, na których Ashbery pracował w późniejszym okresie, np. w tomie „Breezeway” (Carol Rummens określiła to zjawisko trafnie jako „tryb staccato”).

Malek pielęgnuje frazy krótkie i szeroko rozstawione, nie dobrane przypadkowo, ale raczej skutecznie rozpychające horyzont poznawczy czytelniczki

Z drugiej strony, autorka „Kordu” ze swoją nową książką zbliża się jeszcze bardziej w stronę jednej z najbardziej zaniedbanych u nas „szkół” pisania; to szkoła, której początków szukać trzeba chyba w działaniach rówieśników brulionowców, niewiele mających jednak  wspólnego z „BruLionem”, jak myślimy o nim dziś. W ich ręce w 1996 wpadły „Straszne święta” Tomaža Šalamuna (kluczową postacią byłby tu oczywiście Miłosz Biedrzycki, dla którego jednakowoż, jako dla siostrzeńca Šalamuna, rok 1996 nie był pod tym względem epifanijny). Krytyczne niedowartościowanie takiego ekstatycznego stosunku do wiersza i „szerokiego” sposobu pisania, który zdecydowanie przekraczał prymitywną, odpolitycznioną wsobność, a jednocześnie był zbyt temperamentny i nerwowy, by kojarzyć go z gładką teksturą eksperymentu Sosnowskiego, z konieczności musiało doprowadzić do pominięcia nowych pomysłów na poezję, jakie kwitły w pierwszych latach XXI wieku. „Gruba tańczy” Dominika Bielickiego znika w krytycznoliterackiej czarnej dziurze podobnie jak „Nadal aksamit” Piotra Janickiego (jego „Wyrazy uznania” zostają docenione Nagrodą Literacką Gdynia – najwyraźniej dla świętego spokoju, bo „13 sztuk” nie jest już szeroko komentowane; książkę tę recenzuje jednak… Natalia Malek). Debiut Andrzeja Szpindlera spotyka się z pewnym zainteresowaniem, ale wyłącznie w młodoliterackich kręgach; pierwsza książka poetycka Rafała Wawrzyńczyka wciąż jest w Polsce jednym z najbardziej wyczekiwanych tomów tego dwudziestolecia. I nie zmieni tego fakt, że wyczekuje jej około 17 osób.

To w tej przestrzeni, jak sądzę, lokować należałoby nowy tom Malek – poetki, której technikę opisać można w dużym skrócie jako opartą na dwóch ruchach: permanentnego rozszerzania pasma emisji wiersza i jednoczesnego wygładzania wynikającej z takich praktyk szorstkości emisji. Innymi słowy, Malek nie testuje po prostu awangardowej jukstapozycji, ale łączy odległe porządki tak, aby balansować na granicy figuratywności wiersza, nigdy nie osuwając się w pełni w językowość rozumianą jako pożywka taniego postmodernizmu. Tytułowy „Kord” metaforycznie odpowiada tu za trwałe wiązanie niekompatybilnych w innych warunkach fenomenów. Wiersz taki nie wymusza na czytelniczce, aby nadążała za eksperymentem (przez co zwykle zupełnie gubi tok wypowiedzi i pozostaje względem wiersza wyalienowana, nawet jeśli ów wiersz ceni), za to łokciami rozpycha się wewnątrz nawyków lekturowych, poszerzając tym samym pasmo odbioru, jakie ma do dyspozycji.

Technika Malek oparta jest na dwóch ruchach: permanentnego rozszerzania pasma emisji wiersza i jednoczesnego wygładzania wynikającej z takich praktyk szorstkości emisji

Jednym z najciekawszych sposobów na osiągnięcie takiego efektu jest stosowana przez Malek taktyka przekornego, specyficznie humorystycznego otwierania wierszy frazami wybitnie „powieściowymi”. Wrzucenie w głąb narracyjności – a zawsze jest to narracyjność wykraczająca poza prozatorską sztampę i nieznajdująca prostych analogonów w historii literatury – jest oczywiście wyłącznie migawkowe. To nie historia jest istotna, ale wywołujące natychmiastową euforię poczucie ujawnienia się setek wirtualnych linii, którymi podążać mógłby wiersz, choć nigdy tego nie zrobi. Ale wielość możliwości kompozycyjnych nie jest jedyną wielością, na jaką tu trafiamy.

Bardzo bliska jest mi wykorzystywana przez warszawską poetkę technika osłabiania pozycji indywidualnego podmiotu, a także jej podstawowy, dobrze widoczny cel: autorka, jak sama podkreśliła w rozmowie z Jakubem Skurtysem, nie stara się w wierszu „zrobić miejsca” dla postaci i zjawisk, którym miałaby oddać głos, sama odsuwając się w cień. Raczej traktuje tekst jako plan, mapę pełną napięć i intensywności, zaludnianą przez pragnienia, siły, ruch, przez wielość bohaterów, ich stanów, przeżyć i oczekiwań. Pierwsza ze wskazanych strategii jako „projekt etyczny” jest po prostu wysoce podejrzana, nawet kiedy stoją za nią dobre intencje. Wycofując się na drugi plan, silny podmiot nigdy nie znika, ale umacnia hegemonię własnej perspektywy, zza kulis kreując świat jako leżący u jego stóp, jaśniejący swoim blaskiem specjalnie dla niego. Druga strategia nie ukrywa podmiotu, ale każe mu się niejako „rozwarstwiać”, to znaczy – bardzo przepraszam – stawać-się wielością, eksplorować molekularny charakter ja, odkrywać w sobie nieznany, mniejszościowy i wirtualny lud. Jeśli literatura ma polegać na „wymyślaniu ludu, którego brakuje” – jak chcieli tego Gilles Deleuze i Felix Guattari – poezja Natalii Malek realizuje ten postulat w stu procentach.

Jeśli literatura ma polegać na „wymyślaniu ludu, którego brakuje” – jak chcieli tego Gilles Deleuze i Felix Guattari – poezja Natalii Malek realizuje ten postulat w stu procentach

Wszystkie te kwestie mocno zachęcają do powierzchownej, czy raczej powierzchniowej lektry wierszy Malek, choć ona sama niechętnie nastawiona jest do takiego trybu lekturowego. Kojarząc go z konsumpcyjnym stosunkiem do wiersza, sygnalizuje, że klasycznie hermeneutyczny odbiór jej tekstów jest legitymizowany przez możliwość deszyfrowania pewnych fragmentów książki, a więc dość tradycyjnego nurkowania w głębi sensu, zawierającej dobrze ukryte, wartościowe treści. Nie zaprzeczam, że z takim modelem odbioru wiązać się może pewne uczucie spełnienia, sam jednak ręczyć mogę za „Kord” jako za książkę, która w sugestywny sposób kieruje uwagę krytyki w stronę hermeneutyki immanentnej. Bez radykalnych przesunięć w kierunku intuicyjnego, intensywnego odbioru wiersza, wciąż poszukiwać będziemy transcendentnego względem tekstu „przekazu”, tkwiąc permanentnie w konserwatywnych, elitarystycznych koleinach, które wbrew pozorom wcale nie wpływają na jakość powstającej poezji, a jedynie stwarzają coraz bardziej kuriozalne wrażenie społecznej nobilitacji stojącej za pracą poetycką. Gdy podmiotka pyta: „lecz co z tymi, którzy (Już na zawsze!) podłapali trop hyle?”, odnosi się w gruncie rzeczy do odbiorców „Kordu” – płynących z nurtem po wytyczonych przez poetkę płaskich liniach sensu. Efekt otwarcia wywoływany przez każdą właściwie frazę, w nowej książce Malek wcale nie domaga się zamknięcia, ale zaakceptowania i przyjęcia potencjalności: tego, co mógłby wiersz. W konsumpcji tekstu zresztą nie widzę nic złego, tak jak w konsumpcji w ogóle – nie ona odpowiada za sposób produkcji prowadzący do rozkładu społecznych więzi.

Bardzo konsekwentna jest Malek w swoim ujęciu wiersza jako obiektu czy rzeźby, sposób pracy nad utworami godząc z wizualną warstwą książki. „Kord” udowadnia, jak wielkie znaczenie ma lekceważony zwykle sposób ekspozycji tekstu: aby każdy detal, drobny szlif i retusz – bo to one przecież „robią” tę książkę – były dostrzeżone przez odbiorcę i wpłynęły na jego doznania, należy odpowiednio zadbać o przestrzeń ich prezentacji. Zdjęcia Anny Grzelewskiej nie ilustrują natrętnie wierszy, lecz korespondują z nimi dość niezobowiązująco, podkreślając obecne w nich światło oraz ich przestronność – nie mówię oczywiście o literalnie rozumianej treści utworów, ale o ich kompozycji, o wspomnianym wcześniej „szerokim” trybie pisania i umiejętnym, lekkim wiązaniu dalekich od siebie porządków wypowiedzi. To też dają tekstom wprowadzające dużo światła rozwiązania typograficzne, dzięki którym pismo może właściwie oddychać.

Co do tego, że „Kord” – zdecydowanie najlepsza książka Natalii Malek i na pewno jedna z lepszych książek poetyckich tego roku – przyciągnie sporo uwagi, nie mam żadnych wątpliwości; zajmuje mnie jednak to, gdzie tom ten zostanie usytuowany, gdy będzie się o nim dyskutować. Po cichu bowiem liczę, że przyczyni się on do wydobycia na światło dzienne niezwykle silnego, podziemnego nurtu, który płynie w ostatnich dekadach równolegle z tak zwanym „poetyckim mainstreamem”, a dziś coraz mocniej inspiruje młode poetki i poetów.

 

 

Natalia Malek

„Kord”. WBPiCAK. Poznań 2017.

Dawid Kujawa
ur. w 1989, krytyk literacki, mieszka w Katowicach.

Natalia Malek

„Kord”. WBPiCAK. Poznań 2017.