Logotyp magazynu Mały Format

Spotykamy się na Żoliborzu, nieopodal Placu Wilsona…

No tak, ale ja jestem z tego gorszego Żoliborza, z osiedli z czasów gomułkowskich! Natomiast mam tradycje rodzinne z „dobrego” Żoliborza – niestety dziadkom wszystko spaliło się w Powstaniu, a i tak przed wojną mój dziadek, Władysław Dunin-Wąsowicz, nie wyrobił się z kredytem na wielkie mieszkanie i w 1938 musiał je oddać. W różnych etapach swojego życia był i nauczycielem, i dziennikarzem, i wojskowym – choć nie liniowym oficerem, bardziej na posadzie urzędniczej.

Żyją jeszcze jego uczniowie z żoliborskiego gimnazjum, bliźnięta mające dziś po 98 lat. To przy okazji stryjeczni dziadkowie poety i aktywisty Jarosława Lipszyca. Wydawałem jego tomiki poetyckie, nie mając tej świadomości, dopóki Jarek mnie nie przedstawił. Wtedy pan Tadeusz Lipszyc zapytał mnie, czy jestem krewnym „pana majora”. To było piękne przeżycie, móc potwierdzić, że jestem wnukiem pana majora. Parę lat później czytałem miłe rzeczy o dziadku w wydanych jako druk prywatny wspomnieniach siostry – Marii z Lipszyców Nowickiej, która z kolei była żoną Jacka Nowickiego – projektanta osiedla Zatrasie, na którym się wychowałem.

A podczas okupacji hitlerowskiej dziadek Władysław nie miał, z przyczyn oczywistych, okazji do wykonywania żadnego z wspomnianych wcześniej zawodów i został księgarzem-bukinistą. Prowadził ze wspólnikiem budę antykwaryczną przy placu Napoleona. Więc to, że w tym roku wydałem „Żoliborski przewodnik literacki” jest dla mnie naturalną sprawą wobec mojej małej ojczyzny. To się tak jakoś klei.

Tuż obok stoją budy antykwaryczne przy Merkurym. W jednej z nich do dzisiaj handluje słynny Pan Krzyś [Krzysztof Jastrzębski, autor książki „Wspomnienia żoliborskiego antykwariusza”, do której PDW napisał blurba; przez siedem lat drukował też jego wspomnienia w „Lampie”, przyp. red.]. Do jakich antykwariatów jeszcze chodzisz?

Są teraz dwa antykwariaty, które najbardziej odpowiadają moim upodobaniom i oczekiwaniom. To jest Antykwariat Grochowski pana Marka i Gryf na Mokotowie prowadzony przez pana Pawła. W obydwa miejsca muszę jeździć z Żoliborza komunikacją miejską, ale warto. Z kolei pan Tomasz z Żelaznej dzwoni do mnie mniej więcej raz na pół roku z interesem, bo wie, co zbieram – zwykle te telefony są bardzo owocne. Ale to jest dwadzieścia lat znajomości, bo redakcja „Machiny”, w której pracowałem w latach 90. mieściła się na Żelaznej i zachodziłem wtedy do Toma, nie zbierając jeszcze książek tak maniakalnie jak teraz.

Zbieractwo nasiliło się u Ciebie dopiero ostatnio?

Z poważnym zbieractwem książkowym jest tak, że dotyczy przede wszystkim pierwszych wydań bardzo znanych pisarzy, jak Gombrowicz, Schulz czy Tuwim oraz – to druga gałąź – książek z graficznym projektem okładki. Takie rzeczy na aukcjach potrafią osiągać ceny czterocyfrowe. Mnie interesują bardziej tzw. „złe książki”. Jak się dobrze poszuka na Grochowie albo na Mokotowie, to całą masę złej literatury można kupić po 10 złotych, bo nie jest Gombrowiczem, Schulzem i Tuwimem i nie ma graficznych okładek, więc nie ma na to snobizmu. Moja zabawa to przede wszystkim literatura peerelowska nieznanych autorów. Otóż – bardzo lubię się tym chwalić – jestem w posiadaniu czwartego i piątego tomu „Agonii i nadziei” Kuncewicza. Tam jest streszczona większość tej najgorszej literatury powojennej. Więc jak czegoś szukam to najpierw sprawdzam u Kuncewicza i później łażę po antykwariatach, żeby to znaleźć.

Czyli właściwie nie jesteś bibliofilem?

Nie, w tym sensie, że nie muszę mieć pierwszego wydania „Sklepów cynamonowych”. Mnie bardziej interesuje, żeby mieć rzeczy, o których istnieniu nikt nie wie, np. „Zamach” Mariańskiego, czyli Giertycha. Albo „Młoty nad kowadłem” Łuczyńskiej – zupełna jazda! Tam jest zły Żyd, co gojów oszukuje ile wlezie, ale ma dobrego syna syjonistę, który zakłada na ojcowej parceli wzorcowe gospodarstwo, by przyszłych osadników palestyńskich w rolnictwie szkolić. I dalej historia inżyniera Polaka, który demonstruje w obecności tamtego młodego Żyda lokomotywę w Chinach, a narracja mówi o jednej ojczyźnie Żydów i Polaków (pod warunkiem, że Żydzi z niej wyjadą). Wszyscy omijają złe książki, a ja staram się na nich żerować, żeby nikt mi tego fachu nie sprzątnął sprzed nosa.

Poza tym – to też pewnie przemawiałoby za tym, że nie jestem bibliofilem – strasznie niszczę te książki. Bo ja je czytam! Maciuś Sieńczyk cały czas mi mówi, żeby chować swoje zdobycze w foliowe obwoluty. Ale obawiam się, że on tak mówi dlatego, że nie czyta wielu ze swoich zdobyczy antykwarycznych, czyta zupełnie inne książki, takie jak dzienniki Goebbelsa. Sieńczyk jest absolutnie wybitną jednostką, ilustratorem świetnym, prozaikiem trochę nudzącym, ale też niewątpliwie wartym uwagi.

Wszyscy omijają złe książki, a ja staram się na nich żerować, żeby nikt mi tego fachu nie sprzątnął sprzed nosa

Wasza przyjaźń jest przyjaźnią antykwaryczną?

Tak, wymieniamy się książkami i pijemy wino. On po dwóch godzinach zwykle odchodzi od tematu niestety… Ale do czego zmierzasz?

Punktem wyjścia dla naszej rozmowy jest Twoja ostatnia książka, wydana przez Iskry „Dzika biblioteka” – książka o książkach, której głównym imaginarium jest Twój księgozbiór…

No, śnią mi się czasem antykwariaty. Widmowe antykwariaty, w których na półkach stoją książki, o których istnieniu nie wiedziałem. To jest największa przyjemność – dowiedzieć się o tym, że jest jakaś książka, o której istnieniu nie wiedziałem.

Bo Ty się wychowałeś w bibliotece.

To prawda, miałem to szczęście i nieszczęście, że moi rodzice (mama żyje, tata zmarł cztery lata temu) to byli historycy, którzy mieli w domu ogromny księgozbiór. Całe mieszkanie wypełnione książkami. Jak sąsiadka przechodziła obok naszego okna, to mówiła, że nic nie może zobaczyć, bo okna zasłonięte są książkami ułożonymi w stosy.

Moi rodzice mieli w domu ogromny księgozbiór. Jak sąsiadka przechodziła obok naszego okna, to mówiła, że nic nie może zobaczyć, bo okna zasłonięte są książkami ułożonymi w stosy

Podkradałeś książki rodzicom?

Nie, bo ta biblioteka to był ich warsztat. Ojciec specjalizował się przede wszystkim w historii najnowszej, interesował się różnymi rzeczami, ale tak naprawdę z jego księgozbioru dało się czytać tylko varsaviana, ewentualnie „wspomnienia ludzi kultury”. Natomiast II wojna światowa, obozy koncentracyjne, ruch ludowy, ruch socjalistyczny – a zatem „żerowiska zawodowe” mojego ojca – to nie były wtedy, i dzisiaj nadal nie są moje ulubione tematy. Brałem stamtąd to, co dawało się czytać. U moich rodziców były raptem dwie półki beletrystyki. A oprócz tego sześć tysięcy innych książek.

Wcześnie zacząłeś kompletować swoją własną bibliotekę?

No właśnie jakoś nie. Mieszkałem bardzo długo, pewnie za długo, z rodzicami, dopiero w wieku trzydziestu dwóch lat się wyprowadziłem. Miałem oczywiście swoje półeczki w pokoju. Ale to, co wyniosłem do swojego mieszkania w 2000 roku, to było kilkaset książek. Teraz mam kilka tysięcy. Strasznie mi tego narosło, samych książek przedwojennych mam, niech policzę… Cztery osiemdziesiątki… Na osiemdziesiątce mieści się około stu książek, zależy czy grubszych czy cieńszych…

W jednym rzędzie?

W dwóch!

To są regały Billy z Ikei, prawda?

Tak, to jest tak rozpowszechnione, że moje pokolenie można by pewnie nazwać Pokoleniem Billy.

Trzymasz te książki w jakimś skategoryzowanym porządku, czy w redaktorskim nieładzie?

Nie no, akurat jeśli chodzi o książki, jest u mnie odpowiednia segregacja. Może kiedyś posprzątam i cię zaproszę, to zobaczysz. Układam to według pewnej logiki. Np. Krzysztof Varga (którego w ogóle bardzo lubię, to fajny kolega) wszystko układa alfabetycznie. Ja bym tak nie umiał. Może jak wygram w Lotto, to kupię sobie dom, w którym będę miał dużo miejsca, zatrudnię specjalny zespół od katalogowania i coś takiego sobie zafunduję. Na razie staram się układać kategoriami. Osobny dział ma u mnie fantastyka, osobny humanistyka, poza tym jest dział literatury współczesnej polskiej i literatury współczesnej obcej. Kiedy piszę jakąś książkę, tak jak ostatnio „Polską Bibliotekę Widmową”, „Warszawę Fantastyczną” albo „Żoliborski przewodnik literacki”, wtedy przekładam książki i wydzielam specjalne półki tematyczne, robocze, żeby mieć materiał badawczy przed oczami. Oczywiście jest jeszcze barłóg, na którym sypiam. Wokół niego stoją pryzmy rzeczy aktualnie czytanych. Zgadnij, co mam aktualnie w plecaku?

Liryki lozańskie?

Nie, „Dobrego” Waldemara Łysiaka. Okropna rzecz. Niewiarygodna bzdura o szefie gangu na warszawskiej Pradze, który miał olbrzymią erudycję książkową.

Rzeczywiście, czytasz rzeczy, których nikomu się nie chce czytać.

Przestałem lubić robienie pisma „Lampa” i zacząłem lubić szperanie biblioteczne. Na przykład z wielką radością odkryłem ostatnio, że skrzydlate słowa Juliusza Kadena-Bandrowskiego – „radość z odzyskanego śmietnika” – odnoszące się do początków wolnej Polski po odzyskaniu niepodległości w 1918 r., mają swoją żoliborską genezę. Zauważyłem to, wracając do „Generała Barcza”. Otóż te słowa wypowiada w myśli bohater tytułowy w reakcji na głośne dziwowanie się jego rywala, generała Krywulta, że szubienica na warszawskiej Cytadeli przypomina trzepak. Czyli on odpowiada mu w poetyce podwórkowej!

To pewnie lubicie się z Janem Gondowiczem, innym znanym bywalcem antykwariatów.

No tak, Gondowicza lubię, on ma ten dar, że jak się spisze to, co mówi, to można żywcem wydrukować. Ja tak nie mam, o czym przekonasz się przy transkrypcji wywiadu. Poza tym Gondowicz jest ode mnie bardziej oczytany, lepiej wykształcony i zna języki obce.

Ty nie masz przygotowania polonistycznego i, jak piszesz w „Dzikiej bibliotece”, nie jest to dla Ciebie problemem.

Nie, zauważ, że ani Miriam-Przesmycki, ani Juliusz Wiktor Gomulicki, ani Władysław Kopaliński nie byli polonistami. Trzeba lubić to, co się robi. Studiowałem dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim i to było dla mnie przedłużenie szkoły średniej (w klasie bardziej ogólnej niż humanistycznej). Kolega z roku, który pracuje w zawodzie wyuczonym, robił ze mną ostatnio wywiad, zadał kilka pytań i gdzieś ten wywiadzik sobie upchnie. Pytał, czy żałuję, że nie studiowałem bibliotekoznawstwa. Otóż nie, zupełnie nie żałuję. Bibliotekoznawstwo kojarzy mi się z mierzeniem książek suwmiarką. Opisywaniem, ale nie czytaniem.

Dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim było dla mnie przedłużeniem szkoły średniej

Niestety dopiero w 1998 roku kulturoznawstwo wystartowało jako osobne studia. Większość moich młodszych znajomych to osoby, które mają większe lub mniejsze związki z „Ikapem”, czyli Instytutem Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, więc pewnie gdybym zaczynał później, to tam bym wylądował. Z aktywnych dziś pisarzy przewinęła się przez te studia Dorota Masłowska, Agnieszka Drotkiewicz, Małgorzata Rejmer, Stanisław Łubieński, Xawery Stańczyk, świętej pamięci Mirosław Nahacz; w ich kręgu orbitował też Michał Sufin z dzisiejszego Klancyka, choć to akurat teatrolog. Z pierwszego rocznika IKP – Katarzyna Malinowska, która przez prawie dziesięć lat kierowała redakcją filmową TVP Kultura, Igor Piotrowski i Włodzimierz Pessel, którzy pozostali na IKP jako naukowcy, a także Paweł Soszyński – dziś krytyk teatralny, który jednakowoż wydał u mnie trzy powieści. Pisywała do „Lampy” i kolegowała się Justyna Jaworska, która kończyła jeszcze polonistykę, ale doktoryzowała się już w IKP, gdzie pracuje…  Może prawdziwy Uniwersytet to jest właśnie prawo, historia, polonistyka, nie wiem.

Z tą polonistyką to miałbym pewne obiekcje.

To musisz porozmawiać z Muńkiem Staszczykiem. On skończył polonistykę na UW. Może przez to, w przeciwieństwie do mnie, zachwyca się Czesławem Miłoszem. Podziwiam go za to, że potrafi go kręcić Czesław Miłosz. Mnie zupełnie nie kręci. Ja lubię Lechonia, Broniewskiego, kataryniarzy…

Wierzyńskiego…

Tak, to jest, jak wiesz z książki, mój daleki kuzyn. Mam listy Wierzyńskiego do mojej babci, w liczbie około czterdziestu. Należałoby to kiedyś spisać i wydać. Ale niestety nie ma tam nic o literaturze. To listy całkiem prywatne. O literaturze zaledwie jedno zdanie: „Jak pani spotka Staffa, to niech go pani ode mnie pozdrowi”. Ale akurat Staff pół roku później umarł, więc babcia nie zdążyła go już pozdrowić. W ogóle, skoro jesteś z tego lewackiego „Małego Formatu”, to dlaczego nie zadasz mi pytania, czy nie jest mi wstyd, że pochodzę z takiej starointeligenckiej rodziny…

O tak, mów! To pytanie o coś, co się nazywa kapitałem kulturowym.

Powiedziałem „lewackiego”, biorąc to w cudzysłów. Jacek Dehnel podkreślając ciągłość historii z tym starointeligenckim kapitałem kulturowym, dla wielu działa jak czerwona płachta na byka, choć obaj szczycimy się związkami rodzinnymi z działaczami Polskiej Partii Socjalistycznej albo partii ludowych, a nie konserwatywnych czy endeckich.

Można mi powiedzieć, że ktoś z rodziny inteligenckiej w pierwszym pokoleniu, a pochodzenia chłopskiego nie miał takiego przygotowania jak ja. Będzie to prawda. Ale czy to jest moja wina? Jak przeczytałem w zeszyciku krótkie wspomnienie rodzinne tego mojego dziadka Władysława – notabene z wykształcenia polonisty po UJ – to w tym, co wiedział o swoim dziadku Feliksie, jest prawie taka sama sytuacja jak w opowiadaniu Żeromskiego „Doktór Piotr”. I było, że musiał grzechy tego typu odpracować – tu odwołuję się do ambicji lekturowej czytelników tej rozmowy i nie wyjaśniam dokładnie, o co chodzi. A o swoim kuzynie Patrycym, co też nosił niby tak ładnie brzmiące nazwisko Dunin-Wąsowicz, dziadek Władysław przekazał wiadomość, że był biednym tragarzem bagażowym na dworcu we Lwowie – ale dzieci swe kształcił.

Mam zatem ten kapitał kulturowy, bo wyższe wykształcenie mieli pradziadek, dziadek i ojciec, a ironicznie zauważę, że dopiero od paru lat ten kapitał marnuję, skupiając się na własnych książkach, a nie organizowaniu – jak wcześniej – pracy innych autorów, którym nie jestem w stanie w obecnej sytuacji medialno-ekonomicznej zapewnić ani sławy, ani tym bardziej godziwego wynagrodzenia. Więc nie wolno mi już niczego obiecywać, pracuję sam na siebie.

To oczywiście fajne, jeśli się ma pewną ciągłość. Ale prawdziwym szlachectwem jest to, co się robi samemu. A jeśli gada się o przodkach, to mamy z Dorotą Masłowską do pogadania dobrze o tym, że nasi nie bawili w Nicei, tylko w Sztutowie, choć ten – w interesującym nas okresie – nazywał się trochę z niemiecka.

Co rodzice sądzili o Twojej działalności?

Część swojej działalności przed nimi ukrywałem, część nie. Długo z nimi mieszkałem, chyba za długo. Nie no, ojciec był dumny ze mnie, matka trochę też.

Czytali „Lampę”?

Niestety tak.

Miałeś ten problem, że nie mogłeś czegoś napisać, bo wiedziałeś, że czytali?

O tak, bardzo wielu rzeczy nie mogłem napisać.

Jakich?

A jeszcze za wcześnie, żebym o tym opowiadał. Ale nie chciałem robić tego, co oni. Nie chciałem też być archeologiem, chociaż podobnie jak moja mama jeździłem od drugiej klasy liceum na wykopaliska archeologiczne w charakterze kopacza. Więc wiedziałem, czego nie chcę robić w życiu. To pewna przygoda, ale nie pomysł na całe życie. To są wakacje.

A wydawanie pism to nie były wakacje?

To było hobby. Chociaż w pewnym momencie straciłem rozeznanie, co jest moim hobby, a co pracą. I to wcale nie jest takie fajne. Bo potem okazuje się, że wszystkiego nie znosisz. Przestałem chcieć wydawać „Lampę”. Dobrze było, kiedy pracowałem jako dziennikarz w „Życiu Warszawy” albo w „Machinie” i raz na pół roku robiłem rodzaj święta – ludzie przysyłali mi teksty, niczego od tego nie chcieli, a ja wydawałem pismo. Tymi ludźmi okazywali się z czasem Varga, Świetlicki czy w końcu Masłowska. To było fajne.

W pewnym momencie straciłem rozeznanie, co jest moim hobby, a co pracą. I to wcale nie jest takie fajne

A praca redaktora Cię kręciła?

Mnie kręcił udział w powstawaniu gazety.

Taki fizyczny?

Tak! Pisanie zajawki, skracanie tekstu, wymyślanie podpisu pod zdjęcie. Ja, jak już mówiłem, nie jestem szczególnie wykształcony. Moje wykształcenie jest oczytaniem nieregularnym i mam tego świadomość. Mam dużą zdolność czytania bez zrozumienia. Mam dar skanowania i znajdowania tego, czego chcę – na tym się opiera moja działalność. Jak napisałem we wstępie do „Dzikiej biblioteki”, jestem samolotem rozpoznawczym, a nie bombowcem. Ty będziesz bombowcem. Ale samoloty rozpoznawcze też są potrzebne.

Natomiast przepraszam bardzo, ty masz 23 lata. Dwadzieścia lat temu miałeś trzy lata. Dwadzieścia lat temu drukowałem właśnie „Brejkam wszystkie rule” Świetlickiego. Wiesz, lubimy się, ale jesteśmy z innych pokoleń.

Dunin, lubimy się, ale odwracając Twój argument mogę powiedzieć – ja mam dziś dwadzieścia trzy lata, a Ty – nie wypominając – pięćdziesiąt! Dla naszego pokolenia Świetlicki to jest ktoś taki, jak dla Twojego Czesław Miłosz. Jest starym smokiem z Krakowa.

To jest ciekawe spostrzeżenie! Ciekawe też, że trzy lata starszy od niego Maciej Piotr Prus opublikował tej jesieni w Ha!arcie powieść „Przyducha”, którą przedstawiciel Twojego pokolenia – Michał Sowiński – w swojej recenzji w „Tygodniku Powszechnym” zinterpretował, jak mi się zdaje, jako epitafium dla takich ostentacyjnie niezaangażowanych twórców. A Prus prowadzi w Krakowie Pięknego Psa, gdzie w czasach, gdy tam bywałem, panował swoisty apartheid – w jednej sali pili Świetlicki, Baran i inni z pokolenia „bruLionu”, a w drugiej piło ostentacyjnie zaangażowane środowisko Ha!artu. Super książka skądinąd ta „Przyducha”, ale teraz w grudniu na warszawskie spotkanie z Maćkiem Prusem, które poprowadziłem, przyszło wszystkiego dwanaście osób, z czego dwie trzecie to dawni znajomi autora.

Dziś publiczność czytelnicza w swej masie preferuje pisarzy takich jak Twardoch czy Żulczyk – ja też ich cenię, ale oni sami mają inne podejście do swojej twórczości, bardziej rzemieślnicze, tak bym powiedział. Żulczyk – który przecież dwie pierwsze książki wydał w moim wydawnictwie – ma olbrzymi fandom internetowy osób z Twojego pokolenia, które całkiem słusznie traktuje go jako starszego brata. Jego, a nie pisarzy zaangażowanych z Ha!artu czy Krytyki Politycznej.

I ostatnią „hłaską” polskiej literatury, kimś kto jest ważny dla jednych i drugich, to była Dorota, szczególnie w momencie debiutu.

Dziś publiczność czytelnicza preferuje pisarzy takich jak Twardoch czy Żulczyk – ja też ich cenię, ale oni sami mają inne podejście do swojej twórczości, bardziej rzemieślnicze

Chyba jest dalej?

Lubimy się.

Chociaż już nie zarabiasz na jej książkach?

Nie zarabiam.

Ale to rozstanie było…

Miękkie.

Dzięki niej mogłeś wydawać „Lampę”.

Tak, przez dziesięć lat. Ale też przestałem to lubić. W końcowej fazie „Lampy” nie dość, że sam redagowałem, składałem, zamawiałem teksty, wystawiałem faktury, to jeszcze nosiłem prenumeratę w plecaku na pocztę. A jeszcze dawniej, w 1991 roku, umiałem jechać nocnym pośpiesznym z plecakiem pełnym wydrukowanego na lewo nakładu „Lampy i Iskry Bożej” z Wałbrzycha do Warszawy. Jak dojechałem do Warszawy Wschodniej, to plecak mi się rozwalił i musiałem wziąć taksówkę, a taksówkarz wziął ode mnie więcej, niż kosztował bilet kolejowy. I to jakoś lubiłem – bo to było święto raz na pół roku, a nie tyrka co miesiąc. I w ogóle mam większy sentyment do starej „Lampy”, niż do tej miesięcznikowej, robionej z dotacji z Ministerstwa Kultury. Mnóstwo kasy straciłem bez sensu na księgowości po zaostrzeniu przepisów związanych z tymi dotacjami, nie chcę o tym gadać. Ale wydaje mi się, że moje zdolności kompilacyjno-erudycyjne są na tyle fajne, że nie należy ich zamieniać na działalność handlową. Inne osoby mogłyby robić dobre pisma kulturalne, ale te moje obecne książki to niestety tylko ja.

Gdybyś dzisiaj zaczynał pismo, takie artzinowe, to założyłbyś je w internecie?

Pewnie tak, gdybym miał dziś 23 lata, jak wtedy, kiedy poszła w świat pierwsza drukowana „Lampa i Iskra Boża”.

Ale z drugiej strony widzę, że papier jest czymś elitarnym i są jakieś artystowskie pisma teraz, które widzą w tym potencjał. Może jak wygram w Lotto, to jeszcze coś zrobię. Może i bez takiej wygranej wypuszczę kiedyś w dawnej formule jeden czy drugi almanach, poproszę o teksty Dorotę, Marcina, Krzyśka (bo o nich wiem, że gdybym ich poprosił, to by mi dali – choć pewnie niekoniecznie chcieliby być publikowani dziś obok siebie, w jednym numerze), poproszę tych mniej znanych, których drukowałem tyle razy – Kazia Malinowskiego czy Marka Sieprawskiego – wyszukam nowe rzeczy i zrobię parę razy taką „Lampę” zinową jak w najntisach. Kto wie…

 

Ilustracja Macieja Sieńczyka pochodzi z książki „Fantastyczny atlas Polski”. Za zgodę na jej wykorzystanie dziękujemy Narodowemu Centrum Kultury.

Paweł Dunin Wąsowicz

Dziennikarz, publicysta, krytyk literacki, wieloletni redaktor naczelny „Lampy”, założyciel wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, miłośnik starych książek i "złej literatury". Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Wraz z Tomaszem Łubieńskim i Kingą Dunin prowadził program „Dobre książki” w TVP1. Pracował w „Życiu Warszawy”, „Machinie” i „Przekroju”. Odkrywca i wydawca Doroty Masłowskiej. Laureat Paszportu „Polityki” w kategorii „kreator kultury”. Autor książek, m.in. "Parnasu bis" (1997), "Oka smoka" (1997), "Warszawy fantastycznej" (2010), "Fantastycznego Krakowa" (2013), "Fantastycznego atlasu Polski" (2015), "Żoliborskiego przewodnika literackiego" (2017). Ostatnio w Wydawnictwie Iskry ukazała się jego książka pt. "Dzika biblioteka".

Paweł Dunin-Wąsowicz

"Dzika biblioteka", Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017, s. 296.

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował teksty o literaturze w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym", "Ha!arcie", "ArtPapierze", "Popmodernie", kwartalniku "KONTENT" i "Niewinnych Czarodziejach". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.

Paweł Dunin Wąsowicz

Dziennikarz, publicysta, krytyk literacki, wieloletni redaktor naczelny „Lampy”, założyciel wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, miłośnik starych książek i "złej literatury". Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Wraz z Tomaszem Łubieńskim i Kingą Dunin prowadził program „Dobre książki” w TVP1. Pracował w „Życiu Warszawy”, „Machinie” i „Przekroju”. Odkrywca i wydawca Doroty Masłowskiej. Laureat Paszportu „Polityki” w kategorii „kreator kultury”. Autor książek, m.in. "Parnasu bis" (1997), "Oka smoka" (1997), "Warszawy fantastycznej" (2010), "Fantastycznego Krakowa" (2013), "Fantastycznego atlasu Polski" (2015), "Żoliborskiego przewodnika literackiego" (2017). Ostatnio w Wydawnictwie Iskry ukazała się jego książka pt. "Dzika biblioteka".

Paweł Dunin-Wąsowicz

"Dzika biblioteka", Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017, s. 296.