Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Szkic jest częścią cyklu tekstów krytycznych poświęconych współcześnie wydawanej eseistyce - zarówno polskiej, jak i zagranicznej. By zobaczyć inne teksty z tego cyklu, kliknij TUTAJ.
Ilustr. Olga Budzan.

Przedruk

Tekst ukazał się pierwotnie w październikowym numerze miesięcznika "Twórczość" (2017, nr 10).

 

Pamięci dra Charlesa Kinbote’a, który zrozumiał Johna Shade’a

Wyjaśniło mi się z wolna, czym była dotychczas każda wielka filozofia: oto spowiedzią swego twórcy oraz rodzajem mimowolnych, a jako takie nie zaznaczonych memoarów
Fryderyk Nietzsche

Wgłąb się w głąb!
Koźma Prutkow, którego nie było

1.

Chcę napisać tekst o eseistyce Tadeusza Komendanta i z wolna dociera do mnie skala przedsięwzięcia, którego się podejmuję. Erudycyjna rozpiętość tych tekstów powoduje, że pisanie o Komendancie staje się nieuchronnie pisaniem o całym jego zapleczu lekturowym. To Borgesowski ogród o rozwidlających się ścieżkach – jeden tekst odsyła do drugiego, drugi do trzeciego, nitki plączą się jak w litewskim żmucie, o którym kiedyś tak pisał Jarosław Marek Rymkiewicz:

Żmut jako obraz żmutu. Poplątanie jako obraz tego, co splątane. To, co nazywamy przeszłością albo czasem przeszłym, jak jest nam dane? Właśnie pod postacią żmutu, z którego tu i ówdzie wystają jakieś nici czy sznurki, ale nie widać ich drugiego końca, bo wikłają się, plączą, splatają ze sobą. Umysł bezskutecznie próbuje zaprowadzić w tym jakiś porządek – wydaje mu się, nie wiadomo dlaczego, że najlepszy byłby porządek chronologiczny, linearny – ale wygląda mi na to, że żmut też ma w tej sprawie coś do powiedzenia: zachowuje się tak, jakby było w nim trochę życia i jakby wcale nie pragnął zostać rozplątany[1].

Twórczość Komendanta jest takim właśnie żmutem (czy może deleuzjańskim kłączem – ale wolę pospolity rymkiewiczowski żmut, chachół, kuczmę). Żeby go rozplątać trzeba by było być Tadeuszem Komendantem. A żeby nim być, trzeba by połknąć jak pigułkę Murti-Binga całą jego bibliotekę. Tego zadania się nie podejmuję, jest bowiem niemożliwe.

Splątany żmut Tadeusza Komendanta jest żmutem tekstualnym. Foucault czytany przez Komendanta odsyła do Nietzschego; Mallarmé do Heideggera, Heidegger do Hölderlina – od kolejnych hermeneutycznych kręgów, które się zatacza w trakcie lektury można dostać kręćka. Jego twórczość – nie licząc mnóstwa przekładów francuskich tekstów filozoficznych i literackich – to cztery niewielkiej objętości książki eseistyczne i tysiące stron artykułów rozsianych po rozmaitych czasopismach (przede wszystkim „Twórczości”, w której pracuje do dzisiaj jako zastępca redaktora naczelnego), pisanych w ostatnich czterdziestu latach. To także – chcę wierzyć – pewien niewyrażony nigdy wprost projekt, prywatna mitologia rozpisana na kilka dekad działalności krytycznoliterackiej, przekładowej i eseistycznej.

O tym właśnie chciałbym mówić – o krytycznej strategii, o idiomie. Nie będę pisał o bezkształtnej masie kruszców drogocennych, które Komendant kładł i kładzie na swoje kowadło – zamiast tego spróbuję podpatrzeć jak trzyma młot, jak stoi nad wyrobem (i może czegoś się z tego nauczyć). Rękojmią niech będzie jego deklaracja z eseju o Trentowskim: „chciałbym raczej przedmiotem namysłu uczynić własne nie-rozumienie (…) wychodząc od nie-rozumienia, do nie-rozumienia pewnie powrócę. Choć być może będzie to już inne nie-rozumienie (…) Krótko mówiąc: czytam Trentowskiego, bo chcę się czegoś dowiedzieć o sobie samym”[2].

 

2.

Kiedy odpadam od wznoszonych przez Komendanta konstrukcji, gdy gubię się w intertekstualnym gąszczu, pocieszam się, że gubił się w nim nawet Henryk Bereza. „Tekst pokrętny. Nadmiar niedopowiedzeń w wielostronnych polemicznościach” – kwitował  sucho w „Czytanym w masyznopisie”. Ale zaraz potem dodawał:

Jedyną dla mnie atrakcją opisu jest to, że opis robi Tadeusz Komendant, bo może to znaczyć coś istotnego, liczy się przecież tylko to, kto pisze, a nie o czym.

Mogę powtórzyć, że zawsze coś takiego myślałem i myślę[3]

W tym komentarzu lapidarnym, „berezowym”, zawiera się prawdopodobnie sedno praktyki pisania, którą uprawia Komendant. To regiony wielkiej herezji, obszar Eseju, który – w przeciwieństwie do „krytycznej rozprawki” – czytamy mniej dla tego, o czym jest mowa, a bardziej dla tego, który mówi.

Czym jest esej? Nie umiem i nie zamierzam tego rozstrzygać. Świetną książkę o eseju nowoczesnym napisała Roma Sendyka[4] – jej uwagi wydają mi się trafne, przede wszystkim dzięki zrozumieniu przytłaczającej różnorodności tego, co w różnych sytuacjach esejem nazywamy. Esej – tak mogę przyjąć w kontekście dzieła Komendanta – to forma, w której pod opisywanym przedmiotem (reprezentowanym poprzez cytowanie, streszczanie, aparaturę teoretyczną) w trudny do uchwycenia sposób uwyraźnia się autorska podmiotowość. Nigdy nie wyraża się wprost, nawet jeżeli częściej niż w dyskursie naukowym używana jest tu pierwsza osoba liczby pojedynczej. A jednak opowieści, urwane rozmyślania, próby interpretacyjne snute w esejach, stanowią jakąś narrację o sobie. Dlatego podmiot eseistyczny – jak mówi Sendyka – jest (bywa) podmiotem autorefleksyjnym, autoreferencjalnym.

To podmiot poszukujący siebie, próbujący zrekonstruować się z innych tekstów – a zatem podmiot niepełny, rozchwiany. Przeciwieństwo silnego i samostanowiącego podmiotu Kartezjańskiego. Mówiąc o eseistach wyzbyć się trzeba zatem tonacji heroicznej, nawet jeśli – tak jak Komendant – z tanecznym kunsztem operują cytatem i komentarzem. Mówić trzeba raczej o straumatyzowanym Ja eseistycznym, o eseju jako próbie zapanowania nad walczącymi ze sobą językami, w której jedynym zwycięstwem może być chwilowa ucieczka, wymknięcie się na moment spod władzy dyskursu, „zawieszenie wszechwładztwa języka w momentalnym geście pisania”.

Mówiąc o eseistach wyzbyć się trzeba tonacji heroicznej, nawet jeśli – tak jak Komendant – z tanecznym kunsztem operują cytatem i komentarzem

Oczywiście takie pisanie nigdy nie jest czymś danym i skończonym. Takie pisanie nieustannie wykluwa się w dialektycznym ruchu walki z materią słowa, w ciągłym „przemieszczaniu”, które jest znakiem szamotaniny z sobą i z Formą. W hypomneumatach – ćwiczeniach siebie i w tragicznej wierze, którą niegdyś tak pięknie wyraził Ryszard Przybylski: „Tylko zapisane słowo wygra z materią. Układaj tedy słowa w zdania. I pisz”[5].

Andrzej Falkiewicz – jeden z tych krytyków, którym Komendant dedykował swoje teksty, którego stosunek do literatury jest mu, jak się zdaje, bliski – pisał w zakończeniu swojej książki o Gombrowiczu:

Filozof kultury, antropolog, językoznawca, teoretyk literatury, krytyk znajdują różne racjonalizacje własnego działania – ale nie mogę zaprzeczyć, że działają także po to, żeby „wyrazić siebie”. Zafascynowani i podnieceni przedmiotem poznania, podparci i spiętrzeni tym, co nazywają własną metodą, pod pozorami obiektywnych praw, które odkrywają – głoszą siebie. Ale nie są przecież lirykami; nie obnażają duszy, nie wystawiają na pokaz swej „wewnętrznej prawdy” – wyjawiają z siebie to tylko, co co ma szansę być prawdą powszechną: artykuują tylko tę część własnej prawdy, która może stać się Prawdą Przyszłości[6]

„Wyrażanie siebie” nie jest tu przejawem ekshibicjonizmu, odbywa się poprzez metody subtelne, aluzyjne, często zawężające krąg tych, którzy egzystencjalny sens eseju zrozumieją do kilku bliskich autorowi osób, czasem do „samego siebie”. To rodzaj podwójnego kodowania wpisanego w klasyczne Montaigne’owskie rozumienie eseju, o którym Komendant pisał na marginesie recenzji książki Krzysztofa Rutkowskiego „Zakochany Stendhal. Dziennik wyprawy po imię”:

Odkąd esej (nie tylko zresztą w piśmiennictwie polskim) stał się nieledwie synonimem rozprawki krytycznej, wyparowała gdzieś zeń boska niefrasobliwość, tajemne przejścia wyobraźni i – przede wszystkim – jego wymiar poznawczy. Może i pozostał narzędziem poznania, lecz przestał być narzędziem samopoznania, jakim był w chwili narodzin. (…) w ostatecznej instancji, pisząc o Stendhalu, Rutkowski nie próbuje docierać do pozytywnej wiedzy o autorze „Pamiętnika egotysty”, ale zamierza dowiedzieć się czegoś o sobie. Jest to przecież dziennik wyprawy po imię. Własne – w obu wymiarach tego słowa[7].

Pisać esej, żeby poznać siebie, zrozumieć siebie, zdać świadectwo z wyprawy po imię… Zbliżamy się do tej największej filozoficznej fascynacji Komendanta – do jego przygody z tłumaczeniem i objaśnianiem dzieła Michela Foucaulta. Działalność filozoficzna autora „Hermeneutyki podmiotu” kończy się przecież na fundamentalnym i pozbawionym jednoznacznej odpowiedzi pytaniu – co zrobić ze Sobą?

 

3.

Wydana w 1994 roku książka „Władze dyskursu. Michel Foucault w poszukiwaniu Siebie” jest świadectwem wieloletniego zmagania się z dziełem francuskiego myśliciela – przede wszystkim wielkiej pracy przekładowej, obejmującej nie tylko to, co Foucault pisał, ale też to, co rozmaici wielcy inni o nim napisali. Bardzo duża część cytowanego przez Komendanta materiału podawana jest w jego własnym przekładzie. Bo – jak pisze autor w posłowiu bibliograficznym – „(…) dopiero tłumacząc, redukując to, co napisane, do stanu poprzedzającej tekst myśli, aby oddać to samo w innym języku, najlepiej rozumie się teksty”.

Objaśniając dzieło Foucaulta, Komendant pisze z perspektywy osobistej. Nie ucieka całkowicie z dyskursu naukowego (jest to w końcu jego rozprawa doktorska), rzetelnie przedstawia drogę myśli autora „Słów i rzeczy”, ale zostawia sobie miejsce na mówienie od siebie w pisanych kursywą fragmentach tytułowanych „Michel Foucault, tak jak to widzę”. To – poprzez swoją nieskrywaną literackość, zrastanie się z dziełem Foucaulta, przejmowanie idiomu – najciekawsze fragmenty tej książki.

Nie widziałem nigdy Michela Foucaulta. Na dobra sprawę mogłem go spotkać raz jeden podczas stanu wojennego, kiedy to ulice rozgrzewały koksowniki, z nieba spadały niby gołębie pokoju bądź ulotki wielkie płatki śniegu, a on sam jeden, bez nakrycia głowy, siedział na wielkich schodach kościoła na Placu Trzech Krzyży. To prawda, podczas tych strasznych dni, gdy pod kinem „Moskwa” z reklamą Czasu Apokalipsy stał czołg (to zdjęcie obiegło cały świat) nie myślałem wcale o Foucaulcie, bo trudno było wtedy serio zastanawiać się nad mikrofizyką władzy. Mikrofizyka władzy stawała się tym, czym była Eliotowska Ziemia jałowa, czytana w jądrze ciemności przez oszalałego Kurza.

Powiedział mi o nim Wicek Grajewski, który dostrzegł go przez zamarznięte okno z przejeżdżającego autobusu. Natychmiast tam ruszyłem, ale ponieważ powiedział mi o tym za późno, już po jego śmierci, kiedy znalazłem się na Placu Trzech Krzyży między Komisją Planowania, niegdyś sławnym pisuarem-pikietą i białym frontonem kościoła, już go tam oczywiście nie było. W pozbawionym bizantyńskich ozdóbek, przywróconym do klasycznych proporcji kościele świętego Aleksandra lud dalej śpiewał Boże, coś Polskę, a  w powietrzu unosiły się resztki gazu, który kłuł w oczy[8].

Jeśli „Władze dyskursu” spina jakaś klamra, jeśli nie są one tylko (aż!) próbą wyciągnięcia kilku nitek z foucauldiańskiego żmutu, to jest to pokazanie drogi pomiędzy pojawiającą się w „Archeologii wiedzy” metaforą pisania jako tworzenia labiryntu (i gubienia się w nim, żeby zakryć twarz), a podjętym w ostatnich dwóch tomach „Historii seksualności” tematem praktykowania siebie, estetyzowania siebie, nadawania swojemu charakterowi stylu, tej – jak powiada Nietzsche – „wielkiej i rzadkiej sztuki”.

Pisze Komendant:

Podążam za Foucaultem w głąb labiryntu nie na klęczkach, lecz na stojąco. Nie jest to zatem praca wyznawcza. Ale nie jest to również spojrzenie z perspektywy bezosobowego obserwatora. Jego pytania były i moimi pytaniami. Kwestia, którą zamknął swe dzieło – co zrobić ze Sobą – jawnie bądź niejawnie kieruje krokami każdego humanisty. Nie da się, jak początkowo sądził Foucault, od niej uciec[9].

Oto, jak mi się zdaje, główny temat tej książki – uporczywe poszukiwanie ciągłości podmiotu. Próba odkrycia siebie w tym, co się pisze, poprzez sam akt ecriture. Od zaimka zwrotnego nie da się w końcu uciec, cokolwiek próbuje się napisać.

 

4.

Wydaną dwa lata póżniej książkę „Upadły czas. Sześć esejów i pół” znów rozpocznie Komendant od próby samookreślenia:

W wydanych w 1966 roku „Słowach i rzeczach” Michel Foucault obwieszczał śmierć człowieka i nadejście mowy. Tryumf literatury, która tym samym stawała się najdonioślejszym problemem filozoficznym epoki. Nie pytania filozoficzne „serio” (czym jest byt i jakie są jego formy? Kim jest człowiek i jakie ma powinności?), lecz zupełnie, ale to zupełnie inne pytania miały odtąd rozbudzać nasza ciekawość. Foucault wymienia je: „Co to jest język? Co to jest znak? I czy to, co pojawia się milcząco w świecie, w naszych gestach, w herbie wszelkich naszych poczynań, w naszych marzeniach i chorobach – czy to wszystko mówi i jakim językiem, podług jakiej gramatyki? Czy to wszystko jest znaczące, czy nie wszystko, a w takim razie co? Dla kogo? I zgodnie z jakimi prawidłami? Jaki stosunek zachodzi między mową a bytem i czy to zaiste do bytu zwraca się mowa, przynajmniej ta, która mówi prawdziwie? Czymże jest więc ta mowa, która nic nie mówi, jakkolwiek nie milknie nigdy i nazywa się literaturą?” Całą tę antologię pytań Foucault umieścił w nawiasie, a nawias ten miał odwzorowywać „nie zapełniony nigdy obszar” między Nietzscheańskim pytaniem „kto mówi” a Mallarméańską Księgą[10].

To „obszar w pewnym sensie filozoficznie pusty, bo nie liczy się w nim przedmiotowa prawda sądu, lecz podmiotowa sygnatura; nie orzekanie, lecz czysta forma wypowiedzi”[11]. To obszar „interpretacyjnych fikcji” i prywatnych mitologii. Trudno jest o nim mówić nie używając języka ezoterycznego, bo kończy się tu miejsce obiektywnych racji i sądów naukowych, a zaczyna się mowa wiązana. Tak przecież określał Komendant idiom Michela Foucaulta w posłowiu do „Nadzorować i karać” – jako „połączenie dyskursu strukturalisty z mową poety”.

Otwierają się zatem niebezpieczeństwa i możliwości. Niebezpieczeństwo bycia posądzonym o egzaltację i rozpoetyzowanie i jednocześnie wielka możliwość rozszerzenia dyskursu, włączenia doń innych rejestrów, uczynienia go swoim. Możliwość opisywania doświadczenia, zwrócenia tekstu ku sobie. Czy raczej: stworzenia z tekstu przestrzeni, w której do głosu może dojść „to, co pojawia się milcząco w naszych w naszych gestach, w herbie wszelkich naszych poczynań, w naszych marzeniach i chorobach”.

 

5.

W felietonach Komendanta drukowanych w ostatnich latach w „Twórczości” często powraca świadectwo czytania przed snem, w łóżku, jak Proustowski Marcel czekający na pocałunek mamusi. Tak jakby „Oniriada” Berezy połączyła się z tegoż „Czytanym w maszynopisie”  teksty Komendanta stają się osobliwym dziennikiem lektur odbywanych tuż przed zaśnięciem. W łóżku czyta książki o Kafce, kolejne hasła z „Małego słownika filozoficznego” pod redakcją Rozentala i Judina, „durnowatą książeczkę” Terry’ego Eagletona pt. „Jak czytać literaturę”, ale przede wszystkim słowniki etymologiczne:

Lubię czytać słowniki etymologiczne. Oczywiście nie ten niedokończony Aleksandra Bańkowskiego, bo za to ekskomunikowałaby mnie święta profesor Puzynina, ale z Maksem Fasmerem i Aleksandrem Brucknerem praktycznie w łóżku się nie rozstaję[12].

W felietonach Komendanta drukowanych w ostatnich latach w „Twórczości” często powraca świadectwo czytania przed snem

Coś musi być na rzeczy. Roland Barthes – jeden z tych, którzy etymologią myśleli, pisali i filozofowali – w swoim eseju o „W stronę Swanna” zwraca uwagę na osobliwy stan półsnu, który jego zdaniem kieruje całym Proustowskim siedmioksięgiem:

Co sprawia ów sen (lub raczej półsen)? Prowadzi do „fałszywej świadomości” lub – by uniknąć narzucającego się stereotypu – świadomości fałszywej: bezładnej, chwiejnej, porwanej; zaatakowany zostaje logiczny pancerz Czasu; nie ma już chrono-logii (jeśli można rozdzielić obie części tego słowa); „Śpiący [to znaczy śpiący snem Proustowskim, półsnem] trzyma w dłoni porządek godzin, porządek lat i światów… ich szyki jednak łamią się i mącą. Sen ustanawia osobną logikę, logikę Chwiejności, Rozbiórki, którą Proust odkrywa w epizodzie z magdalenką (…) Gdy zburzona zostanie chrono-logia, intelektualne i narracyjne fragmenty utworzą łańcuch uchylający się dziedzicznemu prawu Opowieści lub Rozumowania (…)  Struktura tego dzieła będzie, ściśle mówiąc, rapsodyczna, czyli (jak podpowiada etymologia) pozszywana. Jest to skądinąd metafora samego Prousta: dzieło powstaje niczym suknia. Tekst rapsodyczny wymaga odpowiedniej sztuki, podobnej do sztuki krawcowej, która z poszczególnych kawałków i skrawków, dopasowując je do siebie, tworzy nową całość[13].

Zaburzenie chrono-logii, świadomość chwiejna i porwana, struktura rapsodyczna i pozszywana…  Czy to nie jeden z lepszych opisów języka filozoficzno-literackiego projektu Derridy? Być może zatem to, co skłonnibyśmy byli uznawać za esej postmodernistyczny, perwersyjną grę z konwencjami – w istocie jest efektem działania jaźni sennej – pokawałkowanej i rapsodycznej.

Jestem głęboko przekonany, że Tadeuszowi Komendantowi, czytającemu przed snem hasła ze słownika etymologicznego, śnią się słowa. Słowa i ich widmowe połączenia, w marzeniu sennym ujawniające całą swoją niezborną przypadkowość. „Musimy na powrót w nich zamieszkać, aby przekonać się, że były naszymi snami” – mówił w „Poetyce marzenia” Bachelard. Tak, to coś w rodzaju szalonego snu strukturalisty.

Bo w gruncie rzeczy chodzi tu o sny. Być może historia myśli to „bezładne nagromadzenie, snów, fantazmatów i metafor” – zastanawiał się Komendant, pisząc o koncepcji przenicowanego świata u Foucaulta. W końcu najważniejszą i najbardziej osobistą jego  książkę, dedykowaną Henrykowi Berezie, przenika ów żywioł senny, oniryczny, mitograficzny.

Jestem głęboko przekonany, że Tadeuszowi Komendantowi, czytającemu przed snem hasła ze słownika etymologicznego, śnią się słowa

 

6.

„Lustro i kamień. Prywatny sylogizm”, książka wydana w 1994 roku (tym samym, w którym ukazały się „Władze dyskursu…”) nakładem dawno nieistniejącej Oficyny Literackiej w ramach dawno zapomnianej serii Otawa[14], to rzecz dziwna, chyba do dzisiaj niezrozumiana, a przez to nieuchronnie pominięta i zapomniana. Składa się z dwóch części – pierwsza to rodzaj nikiformy, młodzieńczej historii miłosnej snutej przez Witolda Sutułę, chłopca z Suchowoli na Grodzieńszczyźnie, „znalezionej na strychu” przez Komendanta. Druga to erudycyjny komentarz do tego apokryfu, w którym pojawiają się między innymi Cervantes, Eliade, Eliot, Girard, Mickiewicz, Seferis. Jak pisał w przedmowie do tej książki Ryszard Przybylski:

Każda tradycja potrzebuje co najmniej dwóch „chłopaków z tej samej wsi”, z tej samej okolicy, z tej samej wspólnoty. Toteż tym razem mamy najpierw tekst napisany spontanicznie, jakby we śnie, przez „dzikusa” z prowincji. Następnie zaś czytamy tekst napisany przez intelektualistę, który opuścił strony rodzinne, wykształcił się na stołecznych uniwersytetach, pochłonął mądre księgi stworzone przez luminarzy współczesnej kultury po to właśnie, aby odkryć sens doświadczenia opisanego przez swojego krajana.

Po latach, w tekście „Związki nienaturalne”, tak wyjaśniał Komendant swój zamysł:

Mała ojczyzna, rodzona ziemia określa pisarza na zawsze, przesądza bowiem o jego świecie wyobraźni i pierwszym języku. Zdradzają nas sny, wracamy w nich bowiem do dziecinnych stron (Bereza zapisuje sny od dwudziestu lat, a większość z nich rozgrywa się w przemielonym przez jego wyobraźnię pejzażu Skierniewic), zdradza nas mowa, bo tylko językiem wyuczonym jako pierwszy umiemy posługiwać się naprawdę (Bereza, choć nie czytuje ani po rosyjsku, ani po angielsku, a priori nie uznaje Nabokova za pisarza — a to dlatego właśnie, że posługiwał się on oboma językami naraz; doświadczenia wielojęzyczności mieszkańca kresów i peryferii Europy, opisywanego na przykład przez Stempowskiego, nie przyjmuje do wiadomości). (…) Bereza ma dobre prawo twierdzić, że „pisarz jest uwięziony w swoim wewnętrznym świecie pierwszym, wyzwolić się od niego nie może, choćby chciał lub musiał, nie powinien zresztą ani chcieć, ani musieć, powinien go w sobie pielęgnować, uprawiać i wzbogacać, powinien strzec jak źródła swego życia i swej twórczości”. Zrozumiałem to znacznie później, dlatego Lustro i kamień (opatrzona przesadnie erudycyjnym komentarzem nikiforma powstała w miejscu mojego urodzenia; mitologizowałem w niej swój pierwszy świat) zadedykowane zostało Henrykowi Berezie[15].

Widać teraz dobrze, że między Berezą a Komendantem, którzy w wielu kwestiach się nie zgadzali i musieli się nie zgadzać, było jakieś głębinowe porozumienie i pokrewieństwo dusz. Ich idiomami krytycznymi rządzi wspólne przekonanie, że mowa kształtowana jest przez to, co ujawnia się w snach – dziecięce obrazy pierwsze, miejsca oswojone. Rynek w Skierniewicach albo dworzec autobusowy w Suwałkach.

Idiomami krytycznymi Berezy i Komendanta rządzi przekonanie, że mowa kształtowana jest przez to, co ujawnia się w snach – dziecięce obrazy pierwsze, miejsca oswojone

Pisanie eseju jest wtedy zawsze – niezależnie od przedmiotu – rysowaniem Schulzowskiej dorożki. „Takie obrazy stanowią program, statuują żelazny kapitał ducha, dany nam bardzo wcześnie w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań” – pisał autor „Republiki marzeń” w swoim quasi-liście do Witkacego.

Dlatego gdy natrafiłem na debiut Tadeusza Komendanta (wydrukowany w 1973 w „Nowym Wyrazie” szkic o Rafale Wojaczku) podkreśliłem ten fragment, napisany przez 21-letniego studenta polonistyki:

Sen jest figurą lepszego Starego Świata, bezpowrotnie utraconego świata celowości i piękna. Powrót tam jest niemożliwy, gdyż jest cofnięciem się do przedgenezyjskiego chaosu, a i „ziemia się właśnie odwrotnie obraca”. Jednakże w momencie powtórnej organizacji świata problem staje się otwarty na nowo. Umożliwione zostaje przeciwstawienie śmierci – negacji innej śmierci, będącej aktem transcendencji[16].

 

 

7.

To rzecz, którą nie ja powinienem był napisać – im dłużej siedzę nad rocznikami „Twórczości” w BUW-ie, próbując dobrze zawiązać sznurki i ułożyć swoje gęste notatki w jakkolwiek koherentną całość, tym uporczywiej powraca do mnie podtytuł tej słynnej książki weredycznego Żyda z Sambora. Istotnie, nie mam specjalnych powodów do pisania osobistego eseju o Komendancie. Widziałem go wielokrotnie na warszawskiej polonistyce, chodziłem do niego na zajęcia z poetyki na pierwszym roku. Paliłem z nim papierosy podczas legendarnych „przerw na jabłko” w połowie zajęć. Widziałem jak wchodzi na katedrę w sali 24 na pierwszym piętrze, rozgląda się po izbie pełnej wystraszonych polonistek wzrokiem starca Zosimy, w którym posępność miesza się z dobrotliwością i mówi „Zamknijcie drzwi od kaplicy!”

Ale mój kontakt z Komendantem odbywał się przede wszystkim poprzez czytanie jego tekstów, które uporczywie próbowałem zrozumieć (nie jest to łatwe). Wciąż wiele dziwnych aluzji, które odkrywam w jego pisarstwie pozostaje dla mnie ciemna i niezrozumiana. 

Myślę, że to dobrze. Choć może to zabrzmieć obłąkańczo – znajomości pielęgnowane poprzez sam akt lektury bywają często lepsze i bardziej owocne, niż te zakorzenione w realności, w tzw. Życiu. Po raz ostatni Henryk Bereza (nie dało się tego uniknąć – musiał nam tutaj  patronować jego cień, cień nieobecnego Ojca):

„(…) status dzieła sztuki zakłada szczególną postać podmiotowości, której podstawa ontologiczna jest trudna do pojęcia i może nawet nie da się jej pojąć

Dla uproszczenia wolno by było – może – przyjąć, że dzieło sztuki jest wolną i uniezależnioną znaczeniowo formą funkcjonowania osobowej (indywidualny twórca) i ponadosobowej (cały świat lub cała rzeczywistość) podmiotowości.

Takie założenie (…) przekształca relacją między krytykiem a dziełem z relacji podmiot – przedmiot w relację podmiot – podmiot.

(…) Przypuszczenie, że relację krytyk-dzieło zmienia się wtedy w powszednią relację człowiek-człowiek jest o tyle mylne, że relacja człowiek-człowiek oznacza niesłychanie rzadko relację podmiot-podmiot.

W rzeczywistości jest to w stosunkach między ludźmi relacja tak trudna, że staje się ona w swej powszedniości prawie niemożliwa, prawie nieosiągalna

Relacja podmiot-podmiot spełnia się twarzą w twarz częściej poprzez sztukę, niż w bezpośrednim doświadczeniu”.

Tak jest.

 

8.

W 2015 roku Komendant opublikował w „Twórczości” tekst pt. „Cieszę się, że…” Pomysł pochodzi od Georgesa Pereca i jego „Je me souviens”. To wyliczanie w punktach powodów radości małej i dużej, wzniosłej i przyziemnej, ale i praca pamięci, przegrzebywanie jej w poszukiwaniu obrazów trwałych (w rytmie autobiograficznego powtórzenia i uporczywego przywoływania postaci rodzinnych przypomina to nieco poetycki projekt Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego). Są tutaj utwory literackie i muzyczne, spektakle teatralne, osoby, słowa i rzeczy. Ale przede wszystkim obrazy przyrody, związanej – jak u romantyków – z dzieciństwem, krajem niewinności:

Cieszę się, że gdy jechało się na rezurekcję, spod zgniłych liści (feuilles mortes) przebijały zawilce, pamiętam ich jasne łany. Zawilce to takie nizinne krokusy.

(…)

Cieszę się, że wiem, jak Winnie-the-Pooh, co to ule, i widziałem, jak mój nieżyjący już stryj wypinał ku ich wlotowi gołą dupę, żeby pszczoły ją żądliły, bo to podobno zdrowe na reumatyzm, tak mówiła mu żona Stacha, do której przed II wojną jeździł w zaloty rowerem z pękiem piwonii.

(…)

Cieszę się, że raz w życiu widziałem żywego turkucia podjadka, bo do tej pory nic, co obce, nie jest mi straszne. Mogę nawet bez mrugnięcia okiem pogłaskać kota.

(…)

Cieszę się, że widziałem jak dzikie pisklęta, obżarłszy się niedorostkami maku, całkowicie znarkotyzowane, próbowały latać brzuszkami do góry. Jeszcze wówczas nie było ani „Osjana”, ani „Maanamu”, opium brałem na uporczywą biegunkę. Zapisał mi je garbaty (ale jak!) doktor Rudziński, pomogło.

(…)

Cieszę się, że w cieniu jesionów latem wypoczywały klacze i tam zrobiły sobie stajnię, w której wyrastały purchawki. Żałuję (nikt mi wtedy nie powiedział, że młoda purchawka to grzyb smaczniejszy od borowika), że tyle naniszczyłem ich witką. A one ciągle rosły.

 

Nie cytuję tych „cieszę się, że”, które zrobiły na mnie wrażenie największe, bo nie wiem czy mi wolno.

Od siebie mogę powiedzieć tyle: cieszę się, że jest Tadeusz Komendant.

 

Warszawa – Malichy, czerwiec 2016 – marzec 2017

 

 

 

[1] J.M. Rymkiewicz, Żmut, Warszawa 2005 (wyd. IV, przejrzane i poprawione przez autora), s. 6.

[2] T. Komendant, Upadły czas. Sześć esejów i pół, Gdańsk 1996, s. 86.

[3] H. Bereza, Czytane w maszynopisie, „Twórczość” 2001, nr 5.

[4] R. Sendyka, Nowoczesny esej: Studium historycznej świadomości gatunku, Kraków 2006. Jeszcze bardziej pomocna w kontekście tego, o czym staram się tutaj opowiedzieć może być inna, nieco nowsza książka Sendyki, także wydana w serii Horyzonty nowoczesności – Od kultury ja do kultury siebie. O zwrotnych formach w projektach tożsamościowych, Kraków 2015. Sendyka, pisząc (w oparciu o późne teksty Michela Foucaulta) o różnych koncepcjach podmiotowości w tekstach eseistycznych, osobny rozdział poświęca Komendantowi. „Wyraziste ślady przemyślenia i stosowania się do koncepcji foucaultiańskiego soi znaleźć można także w pisarstwie Tadeusza Komendanta. Właściwie to on był krytykiem, który jako pierwszy w Polsce docenił szczególność i produktywność tego projektu” (s. 301).

[5] R. Przybylski, Baśń zimowa. Esej o starości, Warszawa 1998, s. 126.

[6] A. Falkiewicz, Polski kosmos. 10 esejów przy Gombrowiczu, Wrocław 1996, s. 230.

[7] T. Komendant, Stendhal fantazmatyczny, „Twórczość” 2006, nr 10, s. 114.

[8] T. Komendant, Władze dyskursu. Michel Foucault w poszukiwaniu Siebie, Warszawa 1994, s. 56.

[9] Ibidem, s. 17.

[10]  T. Komendant, Upadły czas…, op. cit., s. 7 (wytłuszczenie moje – JN).

[11] Ibidem.

[12] T. Komendant, Byt, „Twórczość” 2016, nr 7-8.

[13] R. Barthes, „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”, [w:] tegoż, Lektury, wybór i posłowie M.P.  Markowski, Warszawa 2001, s. 207-208.

[14] W serii wymyślonej przez Komendanta ukazały się w końcu, „z przyczyn pozamerytorycznych” tylko dwie książki – Krótka historia pewnego żartu (sceny z Europy Środkowowschodniej) Stefana Chwina i jego Lustro i kamień.

[15] T. Komendant, Związki nienaturalne, „Teksty Drugie” 1996, nr 5, s. 161.

[16] T. Komendant, Przywracanie symetrii. O poezji Rafała Wojaczka, „Nowy wyraz” 1973, nr 8. Cyt. za Który jest. Rafał Wojaczek w oczach przyjaciół, krytyków i badaczy, pod red. R. Cudaka i M. Meleckiego, Katowice 2001, s. 107.

Szkic jest częścią cyklu tekstów krytycznych poświęconych współcześnie wydawanej eseistyce - zarówno polskiej, jak i zagranicznej. By zobaczyć inne teksty z tego cyklu, kliknij TUTAJ.
Ilustr. Olga Budzan.

Przedruk

Tekst ukazał się pierwotnie w październikowym numerze miesięcznika "Twórczość" (2017, nr 10).

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki UW. Publikował m.in. w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym" i "Ha!arcie". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.
POPRZEDNI

rozmowa  

"Śnią mi się czasem antykwariaty"

— Jakub Nowacki

NASTĘPNY

szkic  

Kilka krótkich spojrzeń w otchłań

— Michał Wieczorek