Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Przeczytaj też inne teksty z tego cyklu.

test

Kafka: intepretacje

Tekst jest częścią cyklu "Kafka: interpretacje". To cykl tekstów o wznowieniach i nowych odczytaniach utworów Franza Kafki

Ilustr. Monika Sasor

Łukasz Musiał

literaturoznawca, tłumacz, eseista, doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Filologii Germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki "Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości" (Wrocław 2011), za którą otrzymał Nagrodę "Literatury na Świecie", współredaktor (wraz z Arkadiuszem Żychlińskim) antologii "Nienasycenie. Filozofowie o Kafce" (Kraków 2011). Przygotował wybór pism Franza Kafki, który ma się ukazać w tym roku w Wydawnictwie Ossolineum w serii Biblioteka Narodowa. Mieszka w Poznaniu.

Richard T. Gray, Ruth V. Gross, Rolf J. Goebel, Clayton Koelb

"Franz Kafka. Encyklopedia", przeł. Jolanta Kozak, PIW, Warszawa 2017, s. 445.

Czy nad twórczością Franza Kafki – łącznie z tym, co wokół niej „narosło” przez blisko dziewięćdziesiąt lat światowej recepcji – da się jeszcze w jakiś sposób zapanować?

Różnego rodzaju prac dotyczących Kafki (książek, artykułów, esejów itp.) ukazało się do tej pory grubo ponad 40 tysięcy. Nie ma człowieka, który byłby w stanie to wszystko przeczytać, choćby nie wiem, jak się starał. Na polskim gruncie są to w większości prace niezbyt obszerne, przyczynkarskie. Z tym wiąże się pewien minus – dotychczasowa recepcja polska nie była tak wielotorowa jak recepcja w krajach zachodnich. W wielu obszarach wciąż jesteśmy do tyłu.

W Państwowym Instytucie Wydawniczym ukazała się właśnie imponująca praca amerykańskich kafkologów „Franz Kafka. Encyklopedia”. Konsultował pan przekład tej książki.

Taka książka jest potrzebna, bo w pewien sposób porządkuje naszą wiedzę na temat Kafki, wokół którego przez lata namnożyło się bardzo wiele stereotypów. Także jeśli chodzi o najprostsze kwestie biograficzne – zebrać to wszystko pod jednym dachem to pewna wartość dodana. Na dodatek jest tutaj sporo wątków nieobecnych w ogóle lub obecnych tylko śladowo w recepcji polskiej.

Pomówmy chwilę właśnie o polskiej recepcji. Ogólnoświatowa „moda na Kafkę” udzieliła się polskim czytelnikom i czytelniczkom dość wcześnie, między innymi dzięki znakomitemu esejowi Alberta Camusa „Nadzieja i tragizm w twórczości Franza Kafki” przełożonemu przez Joannę Guze. Jednocześnie – jak twierdzi pan w swojej książce „Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości” – zadziałało to paraliżująco na inne strategie interpretacyjne.

Trzeba na pewno wymienić kilka faz tej recepcji. Pierwsza zaczyna się w latach 50. i jest ukierunkowana mocno politycznie. Można to zrozumieć, biorąc pod uwagę kontekst tych czasów – aż się prosiło, żeby spojrzeć na Kafkę jako na proroka totalitaryzmu. W takim kierunku szła recepcja zachodnia i my to w Polsce w naturalny sposób przejęliśmy. Nie czyniłbym z tego zarzutu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy sytuacja polityczna się zmienia, a my wciąż tkwimy w tym samym odczytaniu Kafki jako proroka totalitaryzmu, podczas gdy w innych krajach istnieje już od dawna mnóstwo ujęć, które zupełnie inaczej pozycjonują to pisarstwo. Nie mówię, że lepiej – po prostu inaczej.

W ostatnim ćwierćwieczu nasza wiedza na temat życia i twórczości Kafki w znaczący sposób się zwiększyła. Dowiedzieliśmy się więcej np. o technikach narracyjnych, które Kafka stosuje – czytelnik polski zwyczajnie tego nie wiedział lub wiedział o tym za mało (znakomite studium Romana Karsta to jednak rok 1960, a więc bardzo odległe czasy). Sytuacja zaczęła się zmieniać w latach 90. lub nawet nieco później, w związku z pracami m.in. Michała Pawła Markowskiego, Agaty Bielik-Robson, Adama Lipszyca, Jakuba Ekiera, Grzegorza Jankowicza, Małgorzaty Klentak-Zabłockiej, Arkadiusza Żychlińskiego czy moimi. Przełożono również sporo znaczących tekstów o Kafce, m.in. Blanchota, Calasso, Deleuze’a/Guattariego. Mówiliśmy – mam na myśli polskie odczytania – z bardzo różnych pozycji i prezentowaliśmy różne stanowiska, ale chyba wszystkim nam zależało na tym, żeby pokazać Kafkę od bardziej nieoczywistej strony. Mam wrażenie, że to się coraz lepiej udaje, można nawet powiedzieć, że na fali tych nowych polskich odczytań odnotowuje się wzrost zainteresowania Kafką. Dowodem na to jest np. znakomity, zredagowany przez Kamila Piwowarskiego tom „Opowieści i przypowieści”, który został wydany w 2016 roku przez PIW i cieszy się dużym powodzeniem. Był taki okres, kiedy wszyscy mieliśmy przesyt Kafki „stereotypowego” – wydawało się, że już nic więcej z niego nie wyciśniemy. Ostatnio zaczyna się to zmieniać. Świadczy to o tym, że Kafka znów jest „na czasie”. Mamy zarówno ujęcia czysto teoretyczne, jak i ujęcia polityczne, ostatnio np. kontrowersyjną adaptację teatralną, „Proces” w reżyserii Krystiana Lupy…

Był taki okres, kiedy wszyscy mieliśmy przesyt Kafki »stereotypowego« – wydawało się, że już nic więcej z niego nie wyciśniemy. Ostatnio zaczyna się to zmieniać

Oglądał pan?

Tak, ale wyszedłem przed końcem.

Krytycy zarzucali Lupie uproszczoną interpretację polityczną, wręcz publicystyczną.

Nie mam w zwyczaju krytykować ani książek, ani przedstawień, ani filmów, które nie przypadły mi do gustu. Jeśli coś mi się nie podoba, to po prostu o tym zazwyczaj publicznie nie piszę. Muszę jednak powiedzieć o tym spektaklu kilka słów, bo nadzieje z nim związane były ogromne – od lat nie mieliśmy ciekawej inscenizacji Kafki, zwłaszcza „Procesu”, a wcześniejsze dokonania teatralne Lupy dawały nadzieje na odczytanie świeże, odkrywcze i nieoczywiste. Przed premierą pojawiały się oczywiście pogłoski, że będzie jakiś komentarz polityczny – wszyscy wiedzą, jakie mamy teraz w Polsce nastroje. Komentarz rzeczywiście był, ale wydaje się, że Lupa jednak zbyt mocno wszedł w publicystykę i to nie najlepszego rodzaju. Mam nawet wrażenie, że zinstrumentalizował powieść Kafki, by stojąc na jego ramionach, wygłaszać własne sądy polityczne – tak dzieje się w drugim akcie. Chyba głównie z tego powodu nie jest to w moim przekonaniu dobry spektakl. Nie dlatego, że nie trzyma się wiernie Kafki (bo przecież wcale nie musi), tylko dlatego, że w pewnym momencie zmierza w stronę bardzo prostej wykładni aktualnej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. W swoich utworach Kafka nigdy nie operował na takim poziomie dosłowności. Nie sądzę też, żeby taka prosta wykładnia miała pomóc w zrozumieniu konfliktów, jakie wokół nas mają miejsce.

Pamięta pan wcześniejsze polskie inscenizacje „Procesu”?

Tej najwcześniejszej z roku 1958, z Woszczerowiczem w roli głównej, oczywiście nie pamiętam, natomiast to właśnie ona przeszła do legendy i trafiła do zbiorowej świadomości. Najbliższa mi jest inscenizacja „Procesu” w Teatrze Telewizji z końca lat 70., z Romanem Wilhelmim w roli Józefa K. Oglądałem ją wielokrotnie i za każdym razem myślę, że to jest kawał dobrego teatru. Kafka na pierwszy rzut oka wydaje się autorem bardzo „scenicznym” – dlatego tak często wystawia się go w teatrach, tak często ekranizuje się jego prozę – ale kiedy przychodzi co do czego, to zostaje głównie fabuła, to zaś, co w Kafce najciekawsze i najistotniejsze, ulega zagubieniu. Tutaj tak nie było – Wilhelmi stworzył bardzo ciekawą i niejednoznaczną rolę. Jego Józef K. to człowiek, któremu równocześnie się współczuje i wobec którego odczuwa się daleko posuniętą nieufność, jak gdyby był to ktoś, kto manipuluje całym otoczeniem, widzem oczywiście też.

Przejdźmy do recepcji zagranicznej. Jak to się dzieje, że tak wielu ważnych filozofów XX w. namiętnie czytało Kafkę i o nim pisało? Co w tym autorze jest tak atrakcyjne dla filozofów?

Zapewne nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi. Kafki używano do bardzo różnych celów filozoficznych, przedstawiciele najróżniejszych szkół myślowych odczytywali go po swojemu. Zabrzmi to być może banalnie, ale Kafka jest na tyle „pojemny”, że za każdym razem można wyłowić z niego coś, co będzie pasowało do jakiejś filozoficznej doktryny. Nie z każdym autorem da się tak zrobić, to oczywiste. Na pewno nie da się tak zrobić z Marcelem Proustem czy Tomaszem Mannem i wieloma innymi klasykami literatury XX w. Istnieją pisarze bardziej „ufilozoficznieni” niż inni, jak np. Samuel Beckett, ale i oni w tym względzie są daleko w tyle za Kafką. Z jakiegoś powodu wykracza on poza granice literatury na wszystkie możliwe sposoby. Wydaje się takim uniwersalnym wytrychem do problemów, jakie przyniósł nam XX wiek. Czy słusznie, to już inna kwestia.

Sądzi pan, że była u Kafki jakaś intencja, żeby swoje dzieło – jak pan mówi – „ufilozoficzniać”? Bo wiemy, że stała za nim spora biblioteka, także filozoficzna.

Na pewno nie było to jego intencją – wręcz przeciwnie. Poza tym to nie całkiem prawda, że Kafka był jakoś wyjątkowo oczytany w filozofii. Rzeczywiście czytał intensywnie swoich wybranych, ulubionych filozofów, na czele z Sørenem Kierkegaardem i Fryderykiem Nietzschem, ale też nie wszystkie dzieła. W ogóle czytelnicze wybory Kafki nie są tak oczywiste, jak może się wydawać. Jego ulubionym twórcą był Goethe, co z naszej perspektywy nie wydaje się przecież wcale takim naturalnym wyborem. Na pewno wśród jego faworytów byli Flaubert i Dostojewski. Ale – tu znów trzeba zaprzeczyć obiegowej opinii – Kafka nie był typem mola książkowego, bo zwyczajnie nie miał na to czasu – w ciągu dnia pracował, po pracy spotykał się ze znajomymi, chodził na spacery, w towarzystwie lub samotnie, a wieczorami i nocami pisał własne teksty. Zdarza się, że w niektórych utworach znajdziemy coś na kształt rozważań filozoficznych (zwłaszcza w tzw. zapiskach z Zürau), ale nie ma w tym konsekwencji. W jego epoce znajdziemy tymczasem cały szereg autorów, którzy nadawali swoim tekstom dużo wyraźniejszy sznyt filozoficzny. Np. wspomniany Mann, o którym można wręcz powiedzieć, że był filozoficznym erudytą. A jednak Mann nie stał się takim punktem odniesienia dla filozofów XX w. jak Kafka. Być może dlatego, że Kafka pozostawia w swoich dziełach na tyle dużo wolnej przestrzeni, że właściwie z każdą doktryną możemy się tam wcisnąć, z lepszym lub gorszym skutkiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zbyt często nadinterpretowywano jego utwory, czyniąc to na modłę aktualnie obowiązujących mód intelektualnych, ale to chyba cena, którą musiał zapłacić pisarz taki jak on. Pisarz, który od pewnego momentu (mniej więcej od lat 40. XX wieku) przestaje być tylko pisarzem, a staje się ikoną kultury, a także ikoną filozofii popularnej (bo taka w końcu też istnieje).

Kafka pozostawia w swoich dziełach na tyle dużo wolnej przestrzeni, że właściwie z każdą doktryną możemy się tam wcisnąć, z lepszym lub gorszym skutkiem

Ale przecież można i próbuje się czytać Kafkę w oderwaniu od filozofii (o ile oderwanie od filozofii jest w ogóle możliwe), np. skupiając się na technikach narracyjnych, które stosuje.

Oczywiście, jest jeszcze mnóstwo innych obszarów refleksji kafkologicznej (tak to nazwijmy, chociaż osobiście nie lubię słowa „kafkologia”), w których można badać twórczość Kafki w oderwaniu od instrumentarium filozoficznego. Mam na myśli nie tylko analizę technik narracyjnych, lecz także istotne konteksty biograficzne. Np. rewizję takich klisz jak konflikt z ojcem (stosunki między nimi były bardziej złożone niż się powszechnie sądzi). Myślę również o Pradze jako mieście, które w wyjątkowy sposób socjalizowało Kafkę przez całe jego życie. Zwłaszcza w ostatnich latach dowiedzieliśmy się o Kafce wielu rzeczy, które pozwalają precyzyjniej osadzić go w „twardym” kontekście historyczno-społecznym. To ważne, bo Kafka w pewnym momencie trochę nam się odcieleśnił. Stał się taką fantazmatyczną figurą, którą znamy z licznych fotografii, przekazów osób trzecich; duchem przychodzącym z zaświatów i kładącym swoją ciężką dłoń na całym wieku XX. Tymczasem Kafka był, jakkolwiek osobliwie to zabrzmi, żywym człowiekiem. To był facet, który miał swoje prywatne wzloty i upadki, swoje zalety i słabostki, swoich przyjaciół, swoje awersje, swoje miłostki. Pływał kajakiem, jeździł motocyklem, kąpał się w rzece, chodził do kawiarni, w których toczyło się życie literackie, dbał o wygląd zewnętrzny i kondycję fizyczną, oglądał filmy w kinie, był nawiasem mówiąc wielkim miłośnikiem kina…

No właśnie, Kafka i kino!

Rola gestu, tak przecież ważnego elementu twórczości Kafki, była bardzo istotna w kinie ekspresjonistycznym, w tych pierwszych filmach niemych, w których – siłą rzeczy – gest aktorski jest o wiele ważniejszy od słowa. Niektórzy uważają, że Kafka podpatrzył swoją „gestyczną” technikę obrazowania w kinie. Albo przynajmniej w jakiejś mierze się nią zainspirował. Takie rzeczy są nie mniej ciekawe niż interpretacje filozoficzne. Dzięki nim Kafka stał się na powrót postacią, by tak rzec, realną. To ważne, bo chyba wcześniej za mocno poszliśmy w kierunku Kafki fantazmatycznego, istniejącego niejako poza czasem i przestrzenią; w świecie, w którym czasami zbyt pochopnie chce się go uczynić elementem takiej czy innej układanki intelektualnej.

Pomówmy więc jeszcze trochę o biografii. Zdaje się, że życiorys takiego klasyka jak Kafka jest opracowany na tak wysokim poziomie szczegółowości, że zostało nam już tylko badanie owadzich odnóży.

Wydawało się przez ostatnie 90 lat, że wiemy o Kafce więcej niż o innych pisarzach; że został biograficznie na wszelkie sposoby „rozpracowany”. Powracały słowa kluczowe, słowa-wytrychy – ojciec, Felicja, praca (której Kafka rzekomo nienawidził, co jest ogromnym uproszczeniem). Tymczasem pierwsze porządne biografie Kafki ukazały się dopiero w XXI w., dopiero wtedy znaleźli się pierwsi biografowie, którzy rzetelnie podeszli do tematu i zaczęli metodycznie penetrować cały życiorys Kafki. Mam tutaj na myśli po pierwsze trzytomową biografię autorstwa Reinera Stacha. Pierwszy tom ukazał się w 2005 roku, ostatni kilka lat temu. Również w roku 2005 ukazał się obszerny tom Petera-André Alta – bardziej akademicki w zamyśle, rzetelnie łączący elementy biografistyki i badań literackich. Obie te publikacje są świadectwem naprawdę solidnej roboty biograficznej. No tak, można by zapytać, tylko dlaczego tak późno! Ale nie narzekajmy, dobrze, że wreszcie doczekaliśmy się tych książek.

Wszystko zaczęło się od Maksa Broda i jego „Opowieści biograficznej”. Potem pojawiło się kilka mniej lub bardziej udanych prób. Po polsku ukazała się książka Ernsta Pawla „Franz Kafka: koszmar rozumu”, która powiela wiele stereotypów na temat Kafki, a przekład dorzuca dodatkowe błędy. Z kolei książka Wagenbacha była, owszem, solidna, ale dotyczyła jedynie wczesnego etapu życia Kafki. A więc nie tylko u nas brakowało porządnych, całościowych ujęć biograficznych, podobnie było w innych krajach. Także w ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania nad czymś, co można by nazwać kontekstem socjalizacyjnym Kafki. Coraz więcej dowiadujemy się chociażby o fabrykach, które Kafka nadzorował, pracując w towarzystwie ubezpieczeniowym. W pewnym momencie musiał też ze względów rodzinnych nadzorować pracę fabryki azbestu założoną przez jego ojca. Pojawiły się prace na temat stosunku Kafki do środowisk literackich Pragi, kawiarni praskich, w których bywał itp. To były obszary dotąd zaniedbane.

Powiem trochę złośliwie, że niekiedy łatwiej sobie na temat Kafki pofilozofować, niż rzetelnie zbadać, jacy ludzie mogli na niego oddziałać, jakie filmy oglądał, czy do jakich chodził kawiarni. Nie chcę, żeby to zabrzmiało deprecjonująco – bardzo cenię filozoficzny odbiór Kafki i sam dużo się nim zajmowałem, natomiast myślę, że dzięki tym późniejszym pracom została przywrócona pewna równowaga.

Niekiedy łatwiej sobie na temat Kafki pofilozofować, niż rzetelnie zbadać, jakie filmy oglądał, czy do jakich chodził kawiarni

Czy zostały jeszcze jakieś niepublikowane pisma Kafki?

Z tym jest skomplikowana sprawa. Max Brod osiedlił się w Izraelu i zabrał ze sobą mnóstwo dokumentów dotyczących Kafki. Część z nich wysłał do rożnych instytucji, część sprzedał, część zostawił dla siebie – i to ostatnie niestety po czasie okazało się błędem. Brod był wówczas związany prywatnie ze swoją sekretarką i zapisał jej te papiery w testamencie. Po jej śmierci wszystko odziedziczyły jej córki. Niestety nie są one zainteresowane literaturą, a raczej pieniędzmi, które można na Kafce zarobić i po kryjomu wyprzedają archiwum Broda prywatnym kolekcjonerom literatury. Izraelskie i niemieckie instytucje publiczne wielokrotnie składały im propozycje wykupu archiwum w całości, ale widocznie prywatni kolekcjonerzy oferują więcej. Nie wiemy dokładnie, co jest w tym archiwum, jakiego rodzaju dokumenty. Z pewnością jakieś listy, zapiski. Czy również utwory literackie? Trudno powiedzieć. Czy kiedykolwiek się dowiemy? Nie wiadomo.

Myślał pan, żeby coś napisać o Maksie Brodzie? To też się wydaje bardzo ciekawa postać, choć stojąca w cieniu Kafki.

Nie myślałem, ale to bardzo ciekawy pomysł! Na Maksie Brodzie bardzo często wiesza się psy. Bo w pierwszych dziesięcioleciach „zawłaszczył” Kafkę dla siebie, bo poprawiał jego teksty, bo wydawał je, uchybiając wielu regułom edytorstwa. Ale przecież to dzięki niemu, nie zapominajmy, w ogóle mamy Kafkę! Brod wykonał gigantyczną robotę promocyjną – wydaje mi się, że był jednym z najlepszych (choć nieformalnych) agentów literackich w historii literatury. A to wszystko wynikało po prostu z głębokiej przyjaźni, Brod nie miał w tym żadnego osobistego interesu. Nie zbił na Kafce majątku, wręcz przeciwnie – w latach trzydziestych, kiedy Kafka był już na liście literatury zakazanej w Niemczech, miał z tego powodu nieprzyjemności.

Brod wykonał gigantyczną robotę promocyjną – wydaje mi się, że był jednym z najlepszych agentów literackich w historii literatury

Krytykuje się go za formę, w jakiej wydał teksty Kafki, za zbyt duży, zdaniem wielu, zakres ingerencji w pozostawione przez Kafkę utwory. Na jego obronę można jednak powiedzieć, że po pierwsze nie był profesjonalnym filologiem-edytorem, a po drugie Kafka zostawił mu w spadku stosunkowo niewiele tekstów w gotowym kształcie. Większość znajdowała się w stadium nieukończonym, fragmentarycznym. W „Procesie”, jednej z najważniejszych powieści XX w., wiadomo było tylko to, który rozdział jest pierwszy, a który ostatni – cała reszta była rekonstrukcją Broda. Można to ułożyć trochę inaczej i wyjdzie inny „Proces”, prawda? Takie zresztą próby poczyniono w wydaniu krytycznym i do tego wydania odwołuje się drugi polski przekład „Procesu” autorstwa Jakuba Ekiera. Możemy zatem bez żadnej przesady stwierdzić, że nie ma tak naprawdę oryginalnego Kafki, a jeśli jest, to – w bardzo wielu miejscach – nieczytelny. Gdyby podać go czytelnikowi sauté, to mielibyśmy pewne problemy z czytaniem tekstu na bazowym poziomie. Max Brod zrobił z tego coś, co nadawało się do druku i publikacji. Można się teraz spierać, czy zrobił to dobrze, czy źle – niemniej osobiście mam wiele ciepłych myśli w stosunku do Broda i wielki dla niego szacunek. Wykonał ogromną robotę w dobrej sprawie. Przy wszystkich ograniczeniach Broda jako intelektualisty i pisarza (z pewnością nie dorastał Kafce do pięt pod względem artystycznym), zajął poczesne miejsce w historii literatury. Tak, może to jest dobry pomysł, żeby napisać coś w rodzaju „obrony Broda”.

Jest pan germanistą i tłumaczem z języka niemieckiego. Chciałbym spytać o pańską perspektywę na literaturę Kafki w tłumaczeniu. Czy sam przekładał pan jakieś utwory Kafki?

Tak, podejmowałem próby tłumaczeniowe – niewiele, ale znajdą się w przygotowanym przeze mnie wyborze pism Kafki w Ossolineum. Mam na myśli przede wszystkim utwór, który do tej pory nosił po polsku tytuł „Głodomór” – zawsze ten tytuł wydawał mi się po prostu chybiony. Można by o tym długo mówić. Ogólnie sądzę jednak, że Kafka miał bardzo duże szczęście do polskich przekładów (no, może z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę). Tłumaczy było wielu, nie ma więc jednego polskiego Kafki. Czasami jest tak, że jakiś tłumacz monopolizuje obcego autora, ustawiając mu głos, wpływając w ten sposób także na innych tłumaczy. W tym przypadku tak nie było, od początku polski Kafka jest bardzo heterogeniczny. W większości przypadków te tłumaczenia trzymają dobry, a nawet bardzo dobry poziom. Jedna rzecz, która ewidentnie została zepsuta to „Dzienniki” Kafki w tłumaczeniu niejakiego Jana Wertera (najprawdopodobniej pseudonim Andrzeja Rybickiego).

Bardzo długo niewznawiane.

Właśnie – między innymi ze względu na jakość przekładu. Nie chodzi tu nawet o niuanse przekładowe – krytykować cudze tłumaczenia zawsze jest łatwo. Chodzi o sprawy zupełnie rudymentarne, tzn. o błędy na poziomie bardzo prostych rozwiązań translatorycznych, liczne opuszczenia, nieuzasadnione ingerencje, przeinaczenia. Krótko mówiąc, wydaje się, że Jan Werter niezbyt dobrze znał język niemiecki, co więcej niezbyt dobrze znał ten język redaktor, który potem nad książką pracował. To też się wydaje dziwne, bo PRL-owskie wydawnictwa miały przecież często solidny pion redakcyjny – w większości tworzyli go porządnie wykształceni ludzie, poligloci, erudyci, znawcy literatury. Ale być może tutaj redaktora nie było, albo zatrudniono takiego, który do tej roboty się nie nadawał – tak czy inaczej „Dzienniki” to jest jedyna rzecz, którą z pewnością należałoby przetłumaczyć na nowo. Czy z innymi utworami Kafki należy zrobić to samo? Jeśli tak, to tylko na zasadzie ponownej próby konfrontacji z językiem Kafki, jego idiomem. To nie jest tak, że mamy dużo fatalnych tłumaczeń i musimy je teraz poprawiać. Przeciwnie, mamy dużo dobrych lub bardzo dobrych przekładów. Nie chodzi nawet o to, że są wierne filologicznie – nie muszą zawsze takie być, rzecz w tym, by dobrze oddawały duszny klimat kafkowskiej prozy, jej, by tak rzec, narracyjną klaustrofobię.

Jeżeli możemy, to porozmawiajmy trochę o tym, o czym pan już zdawkowo wspomniał – o nowym wydaniu wyboru pism Kafki, które ma się ukazać w tym roku w Ossolineum, w serii Biblioteka Narodowa, w pańskim opracowaniu. Czy mógłby pan opowiedzieć o kulisach pracy nad tym tomem?

W pewnym sensie przygotowywałem się do niego bardzo długo, chociaż sama finałowa praca – napisanie wstępu i pozostałe prace redakcyjne – trwała półtora roku. Przygotowywałem się do tej pracy, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że będę taki tom wydawał. Czy miałem trudność z wyborem? Nie, być może dlatego, że zaoferowano mi bardzo dużo miejsca. To będzie naprawdę spory tom – ponad tysiąc stron. Sam mój wstęp ma sto osiemdziesiąt – objętość średniej książki.

To pewnie będzie wydrukowane na papierze biblijnym?

Tak, biblia Kafki! (śmiech). Początkowo myślałem, że ten tom będzie chudszy. Obawiałem się, że taki „spęczniały” Kafka może czytelnika przytłoczyć i miałem pomysł, żeby z powieści opublikować tylko „Proces”. Wydawnictwo kategorycznie obstawało jednak przy tym, żeby dołożyć jeszcze „Zamek”, który jest objętościowo znacznie większy. „Zamek” rzeczywiście znacząco ten tom „dociążył”. Mamy zresztą coś w rodzaju kanonicznych tekstów Kafki – takich, które są uważane za najbardziej istotne dla jego twórczości. Można się oczywiście spierać o ich wagę. Ale chyba jednak panuje w tej kwestii pewien consensus. Oczywiście każdy z nas, czytelników Kafki, ma swoich faworytów, lecz wszyscy poruszamy się mniej więcej w tym samym korpusie tekstów. Stąd ten wybór nie był chyba tak trudny, jak można by się było spodziewać. W niektórych wypadkach wahałem się z podjęciem decyzji, np. ostatecznie nie umieściłem noweli „Palacz”, która stanowi pierwszy rozdział „Ameryki/Zaginionego”, a która przez samego Kafkę była uważana za bardzo ważny dla niego tekst.

W którym przekładzie wybrał pan „Proces”? Józefiny Szelińskiej czy Jakuba Ekiera?

„Proces” jest w starym przekładzie. Wahałem się. Ostatecznie wybrałem przekład Szelińskiej/Schulza z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że to tłumaczenie to także potężny kawałek polskiej kultury. Można nawet powiedzieć, że w pewnym sensie jest to… polska powieść, biorąc pod uwagę jej recepcję w latach 50. i 60., kiedy bardzo mocno utożsamiano się z Józefem K. jako symbolem oporu, ostatecznie nieudanego, przeciwko uroszczeniom władzy. Nie mówiąc już o tym, że przez długi czas uważano, że ten przekład zrobił Schulz – a jaką pozycję w polskiej literaturze ma od dawna autor „Sklepów cynamonowych”, wszyscy dobrze wiemy. To był zatem pierwszy powód – tradycja, która się za tym pierwszym przekładem ciągnie. Drugi powód jest taki, że pomimo licznych mankamentów, słusznie wypunktowanych przez Jakuba Ekiera, wciąż uważam pierwszy „Proces” za bardzo dobre rozwiązanie translatorskie. Na pewno nie jest to przekład tak wierny jak przekład Ekiera, który rzeczywiście wykonał gigantyczną pracę filologiczną, sprawdzał rozmaite konotacje, próbował z powodzeniem zmieścić w tłumaczeniu całą swoją ogromną wiedzę kafkologiczną. Ale wydaje mi się, że stare tłumaczenie broni się po prostu tym, że dobrze oddaje duszność świata przedstawionego „Procesu” – to jest kwestia oczywiście delikatna i zawsze można się o nią spierać, ale intuicyjnie tak to właśnie odbieram. Ale kto wie, czy z czasem właśnie nowoczesny przekład Ekiera nie zajmie miejsca pierwszego, bo będzie bliższy naszej obecnej wrażliwości, także językowej?

Nie bał się pan ciążącego gestu antologisty? Tego, że pisząc wstęp w takiej serii jak Biblioteka Narodowa, nieuchronnie ustanawia pan kanoniczną interpretację Kafki, która trafi pod literaturoznawcze strzechy, do szkół i bibliotek uniwersyteckich?

Praca nad tym wyborem to było dla mnie bardzo pożyteczne doświadczenie, nauczyło mnie dużo pokory. Kiedy pisałem książkę „Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości”, rzeczywiście mogłem sobie interpretacyjnie „podokazywać” – to była moja autorska książka. Nawet jeśli odwoływałem się do innych interpretatorów, to jednak ja byłem tym, który rozkłada figury na szachownicy, proponuje własne odczytania, dorzuca kolejne cegiełki. Natomiast rola redaktora tomu w tej serii jest zasadniczo inna – trzeba oczywiście zaproponować jakieś ujęcie autorskie, ale jednocześnie pozwolić dojść do głosu innym autorom, być swego rodzaju przekaźnikiem cudzej wiedzy. Nie trzeba podpisywać się pod wszystkimi prezentowanymi tezami, ale trzeba zdać z nich relację, bo tego wymaga zawodowa rzetelność. Zachowanie balansu między jednym a drugim było dla mnie ważnym i pożytecznym doświadczeniem – zajmując się Kafką, łatwo podryfować, popuścić wodze interpretacyjnej fantazji. Tego u nas nigdy nie brakowało. Dużo było ujęć autorskich, a mniej publikacji, które rzetelnie zbierałyby wiedzę z różnych obszarów kafkologii. Encyklopedia, od której zaczęliśmy naszą rozmowę, właśnie to robi, chociaż zapewne na swój sposób. Być może dlatego jest taką ważną publikacją.

Łukasz Musiał

literaturoznawca, tłumacz, eseista, doktor habilitowany nauk humanistycznych, pracownik Instytutu Filologii Germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki "Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości" (Wrocław 2011), za którą otrzymał Nagrodę "Literatury na Świecie", współredaktor (wraz z Arkadiuszem Żychlińskim) antologii "Nienasycenie. Filozofowie o Kafce" (Kraków 2011). Przygotował wybór pism Franza Kafki, który ma się ukazać w tym roku w Wydawnictwie Ossolineum w serii Biblioteka Narodowa. Mieszka w Poznaniu.

Richard T. Gray, Ruth V. Gross, Rolf J. Goebel, Clayton Koelb

"Franz Kafka. Encyklopedia", przeł. Jolanta Kozak, PIW, Warszawa 2017, s. 445.

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Publikował teksty o literaturze w "Twórczości", "Tygodniku Powszechnym", "Ha!arcie", "ArtPapierze", "Popmodernie", kwartalniku "KONTENT" i "Niewinnych Czarodziejach". Mieszka w Pruszkowie. W "Małym Formacie" pisze i redaguje.
POPRZEDNI

rozmowa  

Atak na granicę

— Maciej Oleksy

NASTĘPNY

szkic  

Literackie maszyny Franza Kafki i Stanisławy Przybyszewskiej

— Monika Świerkosz