Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Anna Synoradzka-Demadre
"Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, s. 677.

Marii i Krzysztofowi

Można? Można. To łatwe jak rzucanie palenia. A jeszcze bardziej picia – powiedzieć mógłby Jerzy Andrzejewski – w końcu robił to tyle razy. Tylko najpierw trzeba „zachorować”, o co dziś  niełatwo, co się jednak zdarza – o dziwo – nawet w warunkach najmniej sprzyjających (nawet w lewicowo-neoliberalnym, niby post-emancypacyjnym mainstreamie), tym bardziej stając się gestem anachronicznym, pretensjonalnym, irytującym. Nie budzi natomiast zdumienia, lecz więcej niż empatię, szacunek i podziw, że nie tak dawno „choroba” ta oraz idąca w ślad za nią „kuracja” („Idzie skacząc po górach”) ‒ lepiej powiedzieć: święta-przeklęta krucjata („Bramy raju”) ‒ zwłaszcza wśród ludzi kultury (o innych tak niewiele wiemy) wciąż były zjawiskiem nagminnym i rzeczywiście głęboko, tragicznie przeżywanym.

Zbyt zresztą dosłowna – „choroba”, by mogła ograniczyć się do roli literackiego kodowania homoseksualności na wzór owych „źródeł ciemnych i nieczystych” albo „źródeł wstydem tryskających, jak fontanny!” – gdy się już pojawiała, to zwykle z całym wachlarzem pozawerbalnych symptomów. „Chorych” zatem było wielu, ale to właśnie ten pisarz moralista z wyraźną predylekcją do fatalizmu i katastrofizmu w większym stopniu niż inni (Mach, Czapski, Mycielski, Stryjkowski, Czechowicz, Bereza, nawet Gombrowicz czy Iwaszkiewicz) zdołał wyczerpać w życiu i pisaniu wszystkie chyba (prócz samobójstwa) dostępne im wówczas „Drogi nieuniknione” („Koniec”, „Kłamstwa”, „Ucieczka”), samotnie dochodząc do kresu świadomości swej epoki. Bo nie tylko rozpiętością i bogactwem opowieści o własnej homoseksualności (między internalizacją dominujących homofobicznych sądów a utopijną, homospołeczną idealizacją, między różnorodnością form sublimacji a afirmatywną otwartością) obdarzyć mógłby wiele innych historii z tamtych lat, ale jego własna przybrała tak nieoczekiwany finał, że naprawdę jeden gest wystarczył, aby porzucić na zawsze nagromadzone przez lata, a zakorzenione głęboko w modernizmie moralne, życiowe i artystyczne dylematy.

Choć wydawał się już na tę okoliczność dość dobrze zdiagnozowany, zrazu przez siebie samego oraz w węższym kręgu przez jemu (a szerszym nam) współczesnych, to dopiero książka Anny Synoradzkiej-Demadre „Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej” krok po kroku (jest ich przynajmniej cztery – a powinno być pięć, nie licząc pomniejszych kroczków) odtwarza dramaturgię podejmowanej raz po raz i aż do śmierci, jakby na wzór alkoholowej i z równie zmiennym powodzeniem, „homoseksualnej terapii odwykowej”. To, że autorka nie zaniedbuje prawie żadnego w tym względzie świadectwa (a wątek to niejedyny, ani nawet główny), obszernie przy tym cytując niepublikowane archiwalia (dziennik, notatki, korespondencję), sprawia, że można to równie głęboko jak sam nałóg zakorzenione w ciele studium psychologiczne wykorzystać równolegle jako rzetelną „dokumentację medyczną”.

Cieszy jednak nie to, że Synoradzka-Demadre niemal wyczerpuje w charakterze świetnie opracowanego zbioru źródeł, lecz przeciwnie, że wbrew sobie przekracza wyznaczone w tytule i we wstępie skromne w zamierzeniu ramy swoich dociekań. Już sama objętość – 677 stron – budzić musi uzasadnione obawy co do adekwatności nazbyt nieśmiałego tytułu. Ale nie tyle niezwykle bogaty materiał ani też szeroki zakres podejmowanych tematów (czasem zresztą – jak sama przyznaje – „zakłócający względny ciąg narracji”), co jakaś szczególna wytrwałość w drążeniu właśnie tego jednego  wątku w najdrobniejszych nawet przejawach przyczynia się w sposób zupełnie nieprzyczynkarski do ugruntowania rozproszonych a krętych ścieżek wiodących w życiu polskich homoseksualistów (nie tylko Andrzejewskiego i nie tylko pisarzy) od ukrycia do emancypacji, od odrzucenia do afirmacji. A w samej literaturze od rozmaitych figur niewyrażalnego pragnienia czy form miłości, która nie zdradza „swojego imienia” poprzez wypowiadanie niewypowiadalnego, aż do anegdotycznego, czasem może i brutalnego konkretu.

Mało tego. Choć na wstępie wyraźnie oddziela prywatne od publicznego, historię afektywną od intelektualnej i artystycznej (do niej zresztą odsyła, wskazując na pierwszą swoją książkę), to na szczęście wcale się tego podziału nie trzyma, najgłębsze inspiracje dla twórczości odnajdując w relacjach pisarza z innymi i towarzyszących im myślach, emocjach, uczuciach… a przede wszystkim w samej jego homoseksualności. To się nie może podobać badaczom pragnącym za wszelką cenę ocalić autonomię literatury, nawet kosztem jej autentyczności. Czy jednak w obliczu „choroby” tak wieloobjawowej, przenikającej do wszystkich obszarów ciała i umysłu, próby oddzielenia ziarna (tekstu) od plew (kontekstu) w wątpliwych granicach autotematyzmu, autobiografii, autokreacji… potrafią jeszcze zachować postulowaną aptekarską miarę?

Czy w obliczu »choroby« tak wieloobjawowej, przenikającej do wszystkich obszarów ciała i umysłu, próby oddzielenia tekstu od kontekstu potrafią jeszcze zachować aptekarską miarę?

No i dobrze się również stało, że „momenty wahań i zwątpienia związane z upublicznianiem spraw intymnych”, łagodzone jedynie świadomością autofikcyjnego (przynajmniej) charakteru znakomitej części spuścizny literackiej Andrzejewskiego, zostały pomyślnie przezwyciężone. Bo – rzecz zadziwiająca – jakby mimochodem, na marginesie (tu rzeczywiście opasłe dzieło staje się przyczynkiem, i to nieświadomym) dylemat ten odkrywa niektóre karty polskiej antynowoczesnej nowoczesności szukającej, jak sądzę, swych źródeł w wyraźnym rozgraniczeniu normy i patologii (np. kultury i codzienności, ideologii i świadomości), a odnajdującej spełnienie paradoksalnie właśnie w hybrydzie elementów wziętych ze sfer dotąd nieprzystawalnych a nagle przenikających się bez końca i bez granic.

Z tej oto przyczyny historia prywatna jednego pisarza, czerpiąca wszystkie swe wątki z „choroby” obwarowanej nadto groźbą wykluczenia, staje się, czy autorka tego chce, czy nie (i czy my tego chcemy, czy nie), daleko przekraczającą kwestię homoseksualną naszą „prześnioną” historią – jawnie publiczną, choć w silnym wyparciu wciąż zapoznaną. Andrzejewski tak odpolityczniony (zresztą właśnie tak jak w innych proponowanych dziś ujęciach jego twórczości) i dzięki temu mogący w ogóle powrócić do gry (czytania) po latach spędzonych na dalszym planie (archiwum interpretacji) jednocześnie poprzez tak śmiałe i ścisłe związanie męskiego homoseksualnego ciała raz z posłuszeństwem, raz z oporem wobec władzy ma szansę wejść na wyższy niż dotąd (bo nie doraźny, lecz zawsze aktualny) poziom polityczności.

Bo jeśli bez choroby – jak wiadomo – sensu nie ma leczenie (i odwrotnie też), to bez tego leczenia, mającego rozładować konflikt między pragnieniem a uwewnętrznionym społecznym zakazem, trudno w ogóle wyobrazić sobie dziś siłę literatury, której stawką było moralne oczyszczenie, auto-da-fé w obliczu ortodoksji i dziejowych konieczności. O ile już na samym początku, raczej nieśmiało sięgając do swych wstydliwych źródeł, literatura ta przybrała formę spowiedzi (zresztą może tylko po to, by silniej trwać w heretyckim uporze i odraczać w nieskończoność moment rozgrzeszenia), o tyle długo nie mogąc sprostać obietnicy poprawy i zadośćuczynienia, jedyne wyzwolenie odnaleźć chciała w przekroczeniu horyzontu winy i kary, zniesieniu dialektyki zdrowia i choroby, rozwarciu (szerokim) błędnego koła grzechu i pokuty.

Czy wystarczyło więc rozbić termometr, aby nie mieć gorączki? No nie. Bo nie religia i nie ideologia czy nauka stanowiły w istocie najsilniejszą motywację, a zarazem największą przeszkodę dla tej terapii. Gdy one zostały usunięte, gorączka wszak nie opadła, wciąż podsycana masochistyczną potrzebą nieustannego wyznawania niezawinionych win, tyleż twórczym, co destruktywnym samoponiżeniem. Upokorzenie to, składane w ofierze w coraz to nowych literackich aktach pokuty, było bowiem prawdziwym motorem jego pisania. Pewien neurochirurg po zbadaniu pisarza w związku z chorobą alkoholową miał stwierdzić: „Mogę spróbować go leczyć. Ale uprzedzam, wyleczony może stracić talent”. „Nie pij, błagam!” – to refren z listów od żony – „Myślę, że alkohol jest dla Ciebie ucieczką od siebie, a raczej od Twojej cząstki, dla której nie czujesz aprobaty”. Czy „wyleczony” z homoseksualizmu przestałby pić, a tym samym pisać, czy raczej odnalazłby w sobie inną, niezbędną dla twórczości „chorobę”?

„Ty jesteś moją chorobą” – wyznaje Adam Nagórski (w „Miazdze” alter ego Andrzejewskiego) w monologu skierowanym do nieobecnej Nike (postaci skrojonej na wzór szesnastoletniego Marka Kellera, ostatniego ukochanego, do którego pisał takie właśnie listy) – „ciebie pokochałem, żebym mógł być chory, więc żebym się mógł w schorzałym świecie stanem własnej choroby usprawiedliwić, ale nie zawsze chcąc sobie zdać sprawę, że jestem chory i chcę być chorobą ze wszystkiego usprawiedliwiony, przeciwnie: wierząc, że mojej miłości do ciebie zawdzięczam stan wszechstronnego ożywienia i pobudzenia, szczytową kondycję rozbudzenia umysłu i ciała, rozbudzenia całego organizmu, pełnego rozbudzenia, pełnej czułości i pogotowia, ale to tylko pozory wynikające z choroby, z nieświadomości choroby i z samej istoty choroby, miłosne porażenie zatrute słabością i strachem, zatrute potrzebą choroby […]”. Więcej przynosi, niż zabiera, jedynie ona pozwala żyć w pełni i żyć na miarę literatury, jednocześnie z tego życia-ekscesu usprawiedliwiając – pożądana, konieczna wręcz, a jednak wciąż odrzucana, wytrwale zwalczana. Jak we wszystkich chorobach przewlekłych o przebiegu nawracającym, tak trudno odnaleźć w niej moment wyleczenia, gdyż – paradoksalnie – to samo leczenie sprawia, że trwa, a nawet się rozwija, co najwyżej dając szansę na remisję.

 

Krok pierwszy (purificatio)

Wczesne doświadczenia quasi-homoerotyczne w publicznej łaźni (to ważne, że łaźni i że publicznej) w wieku lat niespełna siedmiu z nieco starszym, a przede wszystkim dojrzalszym fizycznie kuzynem Lutkiem („prowokująco duży ptaszek”!), mimo że łączące niepokojącą fascynację z agresją i okrucieństwem (a właściwie właśnie dlatego), „mogły mieć dla mnie pewien urok” – pisze Andrzejewski w „Notatkach do autobiografii” opublikowanych w 1980 roku – „a cielesna bliskość […] nie była mi niemiła”. Miła czy niemiła (a raczej miła i niemiła zarazem), jest niewątpliwie pierwszą odsłoną dramatu czystości i skalania będącego całkiem zwyczajnym i jednocześnie symbolicznym rytuałem (począwszy od obsesyjnej dbałości o porządek oraz wygląd, strój i maniery), a na wielu piętrach i w rozmaitych odmianach stylistycznych (również tych wyjątkowo drastycznych) najważniejszym chyba motywem całej jego twórczości (najwyraźniej w „Bramach raju” i właśnie w „Nowych opowiadaniach”, gdzie „Notatki…” zostały zamieszczone).

Nie myli się zatem Miłosz w „Zniewolonym umyśle”, pisząc że „potrzeba czystości ‒ powiedziałbym: nieziemskiej czystości ‒ była cechą charakteru Alfy”, pamiętać trzeba jednak, że potrzeba ta realizowała się nie tylko w zniewoleniu taką czy inną doktryną (o czym za chwilę), i w tym wymiarze również heteronormatywnością, lecz jednocześnie w oczyszczaniu tego, co wedle kulturowych klisz brudne, skalane, grzeszne, chore… Więc w przeciwieństwie do radykalnego detoksu, pierwszej i koniecznej fazy terapii alkoholowej, którą znał aż nazbyt dobrze, purificatio homoseksualna ani nie eliminowała (nie)pożądanej obecności, ani nie łagodziła objawów zespołu abstynencyjnego z tej prostej przyczyny, że pozostała wierna znanej i lubianej zasadzie – czym się strułeś, tym się lecz.

Puer to chłopiec, ale nie tylko chłopiec, bo również niewolnik oraz w ogóle ktoś z niższych szczebli hierarchii społecznej, więc ze wszech miar i zawsze „niedojrzały”. Puer – ten oto właściwy mu obiekt pragnienia oznacza także czysty, jak chcieli średniowieczni uczeni wywodzący to słowo od pura. Stąd wykorzystana (i to, niestety, w podwójnym sensie) w historycznej (roku 1212), ale i literackiej krucjacie idea niewinności i czystości dzieci, które jako jedyne zdolne są jakoby nas wszystkich zbawić, jednocześnie – jak się okazało – same łatwo poddając się manipulacji. Nieprzypadkowo jednak czasownik puer w języku francuskim znaczy nic innego jak śmierdzieć, a nawet cuchnąć. Taki więc paradoks – chłopiec (ten czy inny – było ich wielu – oraz idea chłopca, ale i ciało tego oto tutaj chłopca) staje się w życiu i pisaniu Andrzejewskiego najczystszą świętością, nie przestając być jej najdalszym przeciwieństwem.

Paradoks – chłopiec staje się w życiu i pisaniu Andrzejewskiego najczystszą świętością, nie przestając być jej najdalszym przeciwieństwem

Idealizowany więc w swym zdegradowaniu, będący zarówno przyczyną „choroby”, jak i „lekarstwem” umożliwiającym wyzwolenie homoseksualizmu z przypisanej mu społecznej i moralnej „niedojrzałości” i uznanie w nim wartości estetycznych, filozoficznych i wychowawczych. To oczyszczenie z homoseksualnego „brudu” w uwzniośleniu stosunku (erotycznego i pedagogicznego) dojrzałego nauczyciela z uczniem, mające swe korzenie w mitologizowanej tradycji sięgającej starożytnych Aten, było rzecz jasna główną ideą pisarzy efebofilów w dobie modernizmu, choćby Iwaszkiewicza czy – przede wszystkim – Gombrowicza, który zresztą uchodzić może za duchowego mistrza samego Andrzejewskiego. Ale żaden z nich nie sięgnął tak głęboko jak on do czysto fizjologicznych i pełnych przemocy źródeł tej idei, nie stroniąc przy tym od skatologii i radykalnego uprzedmiotowienia, gdy w tym stopniowym odwracaniu ról zaczął odgrywać jeszcze inne, spoza oswojonego repertuaru, wyzwalając się ostatecznie także i z tej „oczyszczającej” greckiej tradycji pederastycznej. Wojciech Śmieja, mimo że właśnie czystości i nieczystości poświęca sporą część swoich rewelacyjnych rozważań (w „Homoseksualności i polskiej nowoczesności”), zamiast narzucającej się przecież „puerocentrycznej” pisze wciąż jednak o „męskocentrycznej wyobraźni” Andrzejewskiego.

 

Krok drugi (confessio)

Pierwsze młodzieńcze stosunki (albo ze starszym o lat trzynaście Józefem Czapskim, albo anonimowe z okresu owego tajemniczego „epizodu paryskiego i marsylskiego” – a to albo-albo również ma swoją wagę) wywołują w nim silne poczucie winy i skłaniają do publicznej spowiedzi. Szuka jej w „śmiałości autobiograficznej” powieści „Noc” pisanej w 1932 roku, akurat w momencie zniesienia w kodeksie karnym Drugiej Rzeczypospolitej penalizacji homoseksualizmu. „To było wyzwolenie się” – wspomina w 1944 roku – „chęć oczyszczenia się, usprawiedliwienia”. Ale „nie oznaczało emancypacji homoseksualisty, lecz stanowiło mea culpa” – przekonująco dowodzi Anna Synoradzka-Demadre. A trzeba dowodzić, bo „Noc” nigdy nie ukazała się drukiem, a rękopis zaginął.

Czemu „inicjacja wywołała negatywną reakcję, […] zgorszenie i (krótkotrwałą) wolę unieważnienia tego doświadczenia – uznania go za niebyłe, za nieporozumienie, za błąd” – pyta biografka, ale nie znajduje odpowiedzi, bo konflikt z ogólnie obowiązującą moralnością zakorzenioną w etyce katolickiej wydaje się jej okolicznością niewystarczającą. I słusznie, zwłaszcza że w szkole i na studiach nie był Jurek specjalnie religijny, a gdy później pogłębiał swoją wiarę, równocześnie pogłębiał też erotyczną relację z Eugeniuszem Biernackim, o którym wiadomo wciąż niewiele więcej niż to, że popełnił samobójstwo. A poza tym lata 20. i początek lat 30. w Warszawie – tu autorkę akurat przekonały rozpoznania Tomasza Kaliściaka oraz Błażeja Warkockiego – to czas „nagłego rozkwitu kultury homoseksualnej”, przejawiający się m.in. w „wysypie powieści o tematyce homoerotycznej, ilustrującej rozmaite barwy i cienie miłości między mężczyznami” (teksty Czechowicza, Parandowskiego, a przede wszystkim Zbigniewa Grabowskiego). Skoro miał szlaki przetarte, to czemu robi krok w tył? Podobnie w przyszłości – ilekroć wybiegać będzie przed szereg, to zawsze zostawiając sobie możliwość odwrotu.

I jaka wymowna klamra dla tej biografii: zaczyna się i kończy niedoszłą spowiedzią. Z przytoczonej przez autorkę relacji Krzysztofa Myszkowskiego (sekretarza i powiernika pisarza) wynika, że „któregoś dnia u schyłku życia Andrzejewski zaprosił do siebie księdza Jana Twardowskiego, by się wyspowiadać i otrzymać ostatnie namaszczenie. Kapłan się stawił, lecz zachowanie pisarza wydało mu się dziwne – odniósł wrażenie, że penitent niezupełnie poważnie podszedł do posługi, o którą poprosił, do udzielenia sakramentu zatem prawdopodobnie nie doszło”. A przecież pomiędzy napisaną, ale nieopublikowaną „Nocą”, wyrażającą dezaprobatę wobec własnej homoseksualności, a wyrażoną, ale niedopełnioną wolą przystąpienia do „sakramentu chorych” w celu odpuszczenia także i tego śmiertelnego grzechu, tyle było literackich i nieliterackich rachunków sumienia, tyle żalu i wysiłku szczerości, że nawet bez mocnego postanowienia poprawy i zadośćuczynienia warunki confessio zasadniczo uznać wypadało za spełnione. Najwyraźniej z pewnością w „Bramach raju”, gdzie niezliczone akty spowiedzi stopniowo odsłaniają nieczystość w czystości (i oczywiście odwrotnie), a sam tytuł odsyła nie tylko do wyśnionej Jerozolimy, lecz także do samej istoty sakramentu pokuty. Najmocniej w „Notatkach do autobiografii”, gdzie wyznania balansują nieraz na granicy ekshibicjonizmu. Najrzetelniej w dzienniku „Z dnia na dzień”, gdzie dawne i aktualne związki miłosne poddane są psychologicznej analizie. Najwnikliwiej jednak w „Miazdze” (powieści z kluczem) dzięki rozbudowanej grze fikcji i autobiografii wyrażającej potrzebę i konieczność spowiedzi, a zarazem mnożącej przeszkody stojące na jej drodze. W tym ujawnianiu „ciemnych i nieczystych źródeł pisarstwa” nie poprzestaje zresztą Andrzejewski na własnych, lecz sięga i po cudze grzechy, tych mianowicie kolegów (i jednej koleżanki) po piórze, którzy albo w ogóle sprawę przemilczeli, albo zdobyli się ledwie na „połowiczne konfidencje” – na przykład Dąbrowskiej, Lechonia, Macha ‒ w czytelnych aluzjach zamieszczonych w „Z dnia na dzień” ‒ albo Gombrowicza, ironicznie cytowanego w „Idzie skacząc po górach”.

Ale żeby w pełni zrozumieć wewnętrzny przymus, a zarazem zewnętrzne komplikacje confessio, należy, jak sądzę, powrócić do wczesnych tekstów, między innymi zamieszczonych w zbiorze „Niby gaj i inne opowiadania” (gdzie właśnie samego opowiadania „Niby gaj” nie ma), w których pisarz pozostawił drobne, a tym bardziej niepokojące ślady homoseksualnych pragnień. „Przed sądem” (dedykowane zresztą Krzysztofowi Kamilowi Baczyńskiemu) – dopiero przed sądem może objawić się niewypowiedziana miłość-przyjaźń między chłopcami akowcami. „Wrześniowa oda” – podobnie, i to kosztem rodziny. „Podróż” – o, choćby taka sytuacja: „Rumieniec aż po czoło pociemnił smagłą twarz chłopca. Staniecki nie spuszczał z niego oczu. […] Chociaż rozmawiali ściszonymi głosami, stojąc tuż przy sobie, Jacek jeszcze bliżej przysunął się do Stanieckiego. – Rozumiem – powiedział mu w same prawie usta. – Pan ma rację, będę pamiętał. […] Dzieciak z pana, ale muszę przyznać, że dzieciak bardzo sympatyczny. I widząc na twarzy chłopca rumieniec, tym jednak razem spowodowany radosnym wzruszeniem, pomyślał: »Do tej pory podziwiał mnie z domieszką niepokoju, teraz będzie mnie podziwiać ze szczyptą uwielbienia«”. W „Podróży” zresztą dostrzec już można zapowiedź przyszłego dramatu dojrzałości poszukującej niedojrzałości: „Wie pan, Jacku, zazdroszczę panu. – Mnie? – zdziwił się. – Czego? – Dziewiętnastu lat. […] Chciałby pan mieć dziewiętnaście lat? – Tego nie powiedziałem. Powiedziałem tylko, że panu zazdroszczę”.

Foucault, jak wiadomo, dostrzegł w spowiedzi zbawienną technikę produkcji seksualnej narracji, dzięki której grzechy właściwie mogą się umacniać, a choroby rozwijać. Śmieja w twórczości Andrzejewskiego – w kontrze do Gombrowicza i Iwaszkiewicza – wyraźnie wskazuje na „odmowę sublimacji” (z tym zastrzeżeniem, że literatura zasadniczo i tak jest sublimacją), wyrażającą się w stopniowym odejściu od kodowania „nienormatywnego pożądania” na rzecz jego dekodowania. Czy jednak „literacka otwartość” w tym, co wciąż wypierane, bez względu na to, jakie przybiera formy, nie pozostaje wciąż sublimacją, a prawdziwa jej odmowa nie oznaczałaby w ogóle rezygnacji z „leczenia”, a więc spowiedzi, a więc pisania?

 

Krok trzeci (conversio)

„Nocy” nie mógł opublikować, bo dla liberalnego środowiska „Wiadomości Literackich” rzecz piętnująca homoseksualizm byłaby cokolwiek anachroniczna, a dla konserwatywnego „ABC”, któremu powieść zaproponował, z kolei zbyt śmiała. Mimo że w tym samym roku debiutuje właśnie na łamach endeckiego pisma opowiadaniem „Wobec czyjegoś życia” (pierwotna wersja „Kłamstwa”) i rozpoczyna stałą współpracę z działem recenzji, to naczelny, Stanisław Piasecki, po przeczytaniu „Nocy” uznaje, że autor książki, która „wywołałaby podobny skandal”, dłużej nie może być jego współpracownikiem. Na znak protestu Andrzejewski zrywa z tym środowiskiem, ale po dwóch latach wraca i aż do roku 1938 ogłaszać będzie teksty w „Prosto z Mostu” związanym nie tylko osobą naczelnego z Obozem Narodowo-Radykalnym.

Choć związki pisarza z nacjonalizmem wydają się dość niejasne (autorka nie podejmuje szerzej tego wątku, a szkoda), faktem pozostaje, że jego recenzje nawet w piśmie początkowo względnie otwartym na wielość poglądów (a zarazem obecność homoseksualistów: Gombrowicz, Waldorff, Mycielski, Czapski), musiały się jednak wpisywać w ogólną, konserwatywną linię programową, czemu dał wyraz, choćby piętnując u pisarzy (zwłaszcza homoseksualnych) „uwiąd moralny” czy też ubolewając nad „bezładem narodowym, moralnym, społecznym i literackim” albo podkreślając „konieczność utrzymania w sztuce polskości”, „czystości duchowej”, „najistotniejszych i najgłębszych właściwości psychiki narodowej”.

Oczywiście, że myśl narodowa nie formułowała się w „różowych językach”, ale jednocześnie od początku pełna była przecież „męskich fantazji” (Theweleit), przyciągając (przynajmniej na poziomie estetycznym) wielu homoseksualistów. Nacjonalizm nadto zaspokoić mógł także potrzebę autorytetu (marzenie o powrocie władzy Ojca), a w tej „ucieczce od wolności” umacniał świadomość uczestnictwa w wielkiej, ponadjednostkowej sprawie. Gombrowicz we „Wspomnieniach polskich” właśnie w ten sposób tłumaczy zaangażowanie Andrzejewskiego w „Prosto z Mostu”: „był z tego gatunku, który potrzebuje zasad, idei przewodnich, kodeksu moralnego nader określonego, nie miał giętkości, aby zdać się na wyczucie, instynkt, zwykłą, nieznającą teorii dobroć i szlachetność”.

Oczywiście, że myśl narodowa nie formułowała się w »różowych językach«, ale jednocześnie od początku pełna była przecież »męskich fantazji«

Jeszcze przed ostatecznym zerwaniem z Piaseckim, który wyraźnie skręca w stronę faszyzmu, prowadząc kampanię na rzecz „rozwiązania problemu żydowskiego”, a przy okazji atakując literatów homoseksualistów, ta sama potrzeba, której tu jednak Andrzejewski nie mógł zaspokoić, prowadzi go do zupełnie innej parafii. Do podwarszawskich Lasek, gdzie pod opieką księdza Władysława Korniłowicza formuje się nowa elita katolicka, której bliskie są idee personalizmu chrześcijańskiego w duchu Jacques’a Maritaina. Owocem tych poszukiwań jest nowa powieść drukowana na przełomie lat 1937 i 1938 (wciąż w „Prosto z Mostu”) – „Ład serca”, której główny bohater, Paweł Siecheń, późno odkrywając w sobie powołanie, odchodzi od swej żony i zostaje księdzem: „wreszcie zrozumiałem prawdziwą miłość, nie mogłem inaczej, On był silniejszy”. On, czyli Pan Bóg, ale też on, czyli Gienio, dla którego Andrzejewski opuszcza Nonę (o czym za chwilę).

W tym czasie bowiem nie wierzy już w możliwość stłumienia w sobie grzesznych pragnień, ale szuka w katolicyzmie cudownej formy sublimacji, perwersyjnego uświęcenia namiętności homoseksualnej, złożenia jej w ofierze na ołtarzu „wyższej” miłości Boga i bliźniego. Siecheń wybiera więc Jego (a Andrzejewski jego), a jednocześnie otacza opieką (wychowawczą, niepozbawioną wszak motywacji erotycznych) Michasia: „nie grzeszyć, to mogę, lecz nie chcieć grzechu, tego nie mogę. Moje czyny mogą świadczyć przed ludźmi za mną, lecz moje myśli oskarżą mnie przed Tobą. I choćbym nie grzeszył, będę grzeszny. Jestem skażony. Nawet źródłem moich dobrych uczynków jest moje zło”. Wie o tym równie dobrze, a wyraża z mniejszym zdziwieniem i właściwie już bez wyrzutów sumienia wiele lat później spowiednik ‒ brat minoryta z „Bram raju”, który „[…] sam pełen mrocznych pragnień w tym tylko celu staje naprzeciw pochodowi młodości, aby siebie w wyznaniach odnaleźć i siebie cudzymi pragnieniami jeszcze raz i może już ostatni raz przywołać do stanu radosnego oddania…”. I tym razem oczyszczanie się z „brudu” występnych pragnień paradoksalnie poprzez  głębokie zanurzenie w chłopięcej niewinności prowadzi do coraz większej i coraz boleśniejszej jouissance oddalając w nieskończoność moment spełnienia.

Próby wstrzemięźliwości seksualnej „najzdolniejszego z młodych pisarzy katolickich”, podobnie jak wcześniejsze wysiłki zaprzeczenia swojej tożsamości, dość szybko kończą się porażką, dając przy okazji początek relacji z młodszym o sześć lat Tadeuszem Żakiejem, wcześniejszym partnerem Karola Szymanowskiego. Katolicyzm rozumie zresztą Andrzejewski nie tyle jako ostateczne wyrzeczenie się zła, co jako nieustanne nawracanie: „Pisarz, który nosi w sobie ziarno tego oczyszczenia, może zejść do najbrudniejszych dziedzin życia, odmalować zło w całej jego brutalności i mimo to dzieło pozostanie katolickim […] chęć wydobycia się z grzechu warunkuje katolicyzm”. Choć uniesienia religijne gasną w nim chyba już w czasie rajzy wrześniowej, a na pewno w obliczu koszmaru okupacji, to sama etyka wiary pozostanie mu bliska na długo („obserwuję u siebie dziwactwo takie: nie będąc katolikiem, posiadam katolickie wyrzuty sumienia”), a chrześcijańska estetyka aż do samego końca, czego wyrazem będą tak liczne formy paraboliczne, zwłaszcza mistrzowsko realizowane w heretyckim, apokryficznym przepisywaniu Biblii („Teraz na ciebie zagłada”, „Już prawie nic”).

Dopiero w okresie stalinowskim pisarz naprawdę ogranicza, a nawet zawiesza kontakty homoseksualne, co autorka tłumaczy nie tyle strachem czy ostrożnością, ile autentyczną wolą respektowania norm obyczajowych zgodnych z duchem komunizmu. Byłaby to więc już trzecia konwersja, najdłuższa i najbardziej radykalna, choć w swej motywacji i w swej połowiczności całkiem przecież podobna do poprzednich. „Im więcej lat sobie liczę” – pisze wówczas w „Dzienniku osobistym” – „tym jaśniej zdaję sobie sprawę, że powinienem właściwie położyć kres tzw. życiu osobistemu. Nie umiem w tej dziedzinie niczego dobrego dla siebie wykrzesać. I nie znajduję niczego prócz udręki i gorzkiej samotności, gdy mam możność szukania. […] Jeszcze może parę lat temu wstecz znajdowałem pewne upodobanie we własnej żądzy i samotności. Dzisiaj widzę w tych skazach tylko skazy i wstyd mi, że nie umiem tak żyć, jak myślę. Powie mi na to ktoś, że nie można odmienić własnej natury. Owszem, można ją odmienić, jeśli się posiada słuszną ocenę i życia i tym samym samego siebie”. Czy rzeczywiście dokonał wówczas „słusznej oceny samego siebie” dzięki marksizmowi i także w życiu prywatnym zdołał oddzielić popiół od diamentu? Popiołem byłyby jednorazowe przygody z młodymi, tyleż ekscytujące przed, co frustrujące po, diamentem zaś, rzecz jasna, żona, rodzina, ale i wielkie męsko-chłopięce przyjaźnie-miłości.

 

Krok czwarty (communio)

Pod koniec lata 1934 Andrzejewski, idąc za głosem serca swej ukochanej matki a pragnąc zaspokoić wyniesioną z domu potrzebę życia zgodnego z dominującą moralnością i obyczajowością, poślubia koleżankę ze studiów – Nonę Barbarę Siekierzyńską. Ale co Bóg złączył… błyskawicznie się rozpada. Jak głosi legenda – pan młody opuszcza żonę już w dniu ślubu, znikając z ukochanym Gieniem, jednym ze świadków tego w istocie non consummatum (jak w tytule ostatniej części „Miazgi”). Zdarzenie to daje początek serii trójkątów miłosnych obecnych w życiu i odtwarzanych w literaturze, póki co stając się inspiracją dla kilku fragmentów niedokończonej powieści, w których jednak aspekt homoseksualny zostaje sprytnie zakamuflowany („Drogi nieuniknione”, „Pierwsze spotkanie”, „Samotność”, „Godzina przeoczona”), a w przyszłości znajdując swą transpozycję w „Ładzie serca” i wreszcie właśnie w „Miazdze”.

O wiele więcej szczęścia (chociaż kto wie) miała Maria Abgarowicz, nomen omen primo voto Czyściecka, która zostanie z pisarzem aż do śmierci (traktując go właśnie przede wszystkim jako pisarza, a dopiero na dalszym planie męża i ojca swych dzieci). Także u samych źródeł tej historii pojawia się „element trzeci” – Krzysztof Kamil Baczyński, który jest dla Jerzego „największą miłością, może dlatego największą, bo nigdy całkowicie nie spełnioną, miłością niespełnioną całkowicie, ale zawsze odwzajemnianą”. Krzysztof bowiem „znał dobrze charakter moich uczuć, i znając ich charakter, akceptował je, choć im się nie poddawał, był jednak stworzony do wiernej, miłosnej przyjaźni w stosunku do starszego od siebie, którego traktował trochę jak ojca i trochę jak kochanka, a zawsze jak przyjaciela”.

A Maria? Na pewno była dla męża spokojem i ciepłem domowego ogniska, którego od czasu do czasu potrzebował w tych ciągłych rozjazdach, przedłużających się rozstaniach spowodowanych częściej chyba niż obowiązkami zawodowymi poszukiwaniem „niezbędnej do istnienia młodości obok, młodości przy mnie”. Na pewno była dla niego ostoją, wytchnieniem, inspiracją i motywacją, fundamentem budowanym na przekonaniu, że nigdy go nie opuści w bliskości, wierności, całkowitym oddaniu. Czym jeszcze? Kim jeszcze? Trochę kochanką, trochę matką. Muzą i opiekunką. Autorka, jak to ma w zwyczaju, nie narzuca ostatecznej odpowiedzi, a na tyle wnikliwie śledzi wątek „podwójnego życia” w rozdziale zgrabnie zatytułowanym: „Jak być żoną mężczyzny kochającego się w chłopcach?”, że czytelnik sam może dojść do całkiem sprzecznych wniosków.

W grudniu 1941 Krzysztof prosi Barbarę Drabczyńską o rękę, a Jerzy (przyszły świadek pana młodego) miesiąc później, jakby w odpowiedzi na ten gest, sam nie mogąc na razie wziąć ślubu (gdyż Nona nie godzi się na rozwód), proponuje wspólne życie Marii. Nie wiadomo, czy od samego początku wiedziała o jego „chorobie”, ale nawet jeśli nie wiedziała, to w przyszłości bez cienia złudzeń zawsze gotowa będzie wspaniałomyślnie akceptować liczne „elementy trzecie” tego małżeństwa, zarówno wielkie platoniczne (Marek Hłasko) bądź nieplatoniczne (Marek Keller) miłości, jak i niezliczone przygodne relacje, a przy tym radą i pocieszeniem wspierać pisarza (znów bardziej pisarza niż męża) w tych dramatycznych rozterkach i komplikacjach. Wkrótce Jerzy zostaje ojcem (a Krzysztof ojcem chrzestnym) i fakt ten uznaje w „Zeszycie Marcina” za zasadniczą cezurę swojej egzystencji, otwierającą w niej etap odmiany duchowej. Dokonując surowej samokrytyki dotychczasowego życia (jakby w zapowiedzi przyszłych ideowych autodenuncjacji), odcina się od błędnie pojmowanego indywidualizmu („pożądania odrębności” za wszelką cenę) i dostrzega wielką wartość w realizacji tradycyjnego, powszechnego modelu życia.

Wszystko bowiem wskazuje na to, że małżeństwo i rodzina nie były dla niego, jak chcą niektórzy, jedynie „kamuflażem” czy „grą pozorów”, lecz zaspokojeniem autentycznej potrzeby zakorzenienia w małej, a poprzez nią w wielkiej wspólnocie, wyraźnym więc – jak sądził – przeciwieństwem zarówno „bezpłodnej” miłości homoseksualnej, jak i spłodzonej z niej literatury. I choć już w pierwszych opowiadaniach nietrudno odnaleźć przykłady piekła życia rodzinnego, motywy nieudanych, sztucznych związków, a w dojrzałej twórczości tak wyraźnego kryzysu męskości i ojcostwa, to wydaje się, że Andrzejewski – oczywiście pomijając stosunek do monogamii – jakby na przekór doświadczeniom własnego dzieciństwa za wszelką cenę pragnął przykładnie wypełniać swoją rolę, co więcej, nie tylko w stosunku do żony i dzieci, ale i – może przede wszystkim –  coraz to młodszych partnerów.

Małżeństwo i rodzina nie były dla niego jedynie »kamuflażem« czy »grą pozorów«, lecz zaspokojeniem autentycznej potrzeby zakorzenienia w małej, a poprzez nią w wielkiej wspólnocie

Zatem communio to zdecydowany krok w stronę oswojenia i udomowienia nienormatywnych pragnień w małżeństwie z kobietą „rozumiejącą i wybaczającą” oraz wypełnienia tak silnie odczuwanej powinności wobec społeczeństwa i narodu, a jednocześnie próba nadania kolejnym homoseksualnym związkom trwałej postaci na wzór tradycyjnej rodziny patriarchalnej. Andrzejewski nie cenił specjalnie swojego ojca, doświadczył upadku jego władzy i autorytetu (także w wyniku zapaści finansowej), ale opuszczając dom, związał się ze starszym mężczyzną (Józefem Czapskim), którego obdarzył szacunkiem i podziwem, traktując go jako duchowego przewodnika, by później odgrywać podobną rolę w stosunku do Krzysztofa, Tadeusza, dwóch Marków, a pragnąc w stosunku do wielu innych – Ireneusza Iredyńskiego, Jerzego Skolimowskiego… – co skończyć się musiało „głupią goryczą, głupimi rojeniami, głupimi nadziejami”. Równolegle do tych „czystych”, uwznioślonych, quasi-rodzinnych relacji chętnie nawiązywał również kontakty z chłopcami z ulicy, wraz z wiekiem i postępem choroby alkoholowej, przebiegające w scenariuszach coraz częściej wymykających się spod kontroli, pozbawionych puenty, coraz bardziej wulgarnych, obleśnych, „brudnych”.

Więc z jednej strony myślą, mową i uczynkiem wystawiał świadectwo szczególnej wartości tradycyjnej pederastycznej relacji mentora z wychowankiem, której sam doświadczył najpierw jako eromenos (ukochany efeb), by tym mądrzej i odpowiedzialniej wypełniać później rolę erastesa (starszego kochanka): „To jest prawie nieuchronne prawo” – pisze do Marka, wówczas wciąż jeszcze „krnąbrnego” ucznia szkoły średniej – „że gdy młody chłopiec spotyka dojrzałego mężczyznę i ten mężczyzna reprezentuje coś sobą i jest silną indywidualnością i uczuciem obdarza młodego, dla młodego, nawet gdy się zacznie starzeć, pozostanie na zawsze pewnym wzorem, miarą, ucieleśnioną tęsknotą za własną młodością. […] To jest trochę i mit idealnego ojca, i także potrzeba wysublimowania uczuć, jakimi zostało się obdarzonym w najpierwszej młodości. Ja też w młodości zetknąłem się z takim dojrzałym mężczyzną i chociaż go w pewnym sensie przerosłem – pozostał dla mnie zawsze Kimś i jego sąd, szczególnie o mnie, niezmiennie się liczy”.

A z drugiej jak mało kto ujawniał tragiczną świadomość upokarzającej, żałosnej śmieszności i obrzydliwości stosunku, w którym stare, zwiotczałe ciało dobiera się do pięknego, młodego, właściwie nie mogąc mu nic zaoferować: „Ohyda słabego, starzejącego się ciała” – notuje w dzienniku już w 1958 – „Ze wstrętem patrzę na siebie w lustro. I jaka głupia i śmieszna przewrotność natury i umysłu: im więcej przybywa mi zmarszczek na twarzy, im obrzydliwiej flaczeje moje ciało i włosy im bardziej mi siwieją i przerzedzają się, tym gwałtowniej wzbiera we mnie ślepe pożądanie młodości, wszystkiego, co jest młodością, młodego ciała, młodej skóry, młodego głosu. Czasem ulegam złudzeniu, że jest jeszcze we mnie pragnienie przeżycia wielkiej miłości, zdolność do pokochania, lecz cóż ja w istocie mam do dania?”.

No co? Nieodmiennie ten sam zachwyt i troskę, ale coraz rzadziej silną, twórczą osobowość wzmocnioną społecznym autorytetem i sławą, a coraz częściej po prostu pieniądze, co w rezultacie wywołuje w nim jeszcze większe wyrzuty sumienia: „Byłem już z wieloma chłopcami” – donosi Markowi z Paryża – „którym wolałem dać dziesięć dolarów, niż iść z nimi do łóżka, chociaż od tego są, żeby to robili. Po prostu wstyd, że się kogoś za forsę zmusza do tego, na co sam nie ma ochoty”. Albo: „w Polsce jest nie do pomyślenia tak okrutna i bezwzględna sprzedajność. To jest straszne widzieć młodziutkiego, naprawdę ładnego chłopca, wychodzącego ze starym potworem”.

Podobnych refleksji nie szczędzi również i żonie, szukając jednocześnie usprawiedliwienia w „misji charytatywnej” albo i „edukacyjnej”: „Jean – mówiąc po prostu – jest od kilkunastu dni moim przyjacielem, ma osiemnaście lat, jest bardzo ładny, […] od tej strony mnie staremu erotomanowi nie grożą żadne zbłąkania, najwyżej trochę kosztów utrzymanych w ramach przyzwoitości (przy tym uczę się przy nim francuskiego)”, „Poznałem chłopca, który ma 17 lat i robi w tym roku maturę w tym sławnym liceum, Louis Grand […] wprost trudno sobie wyobrazić, co ten chłopak widział i czytał, jaka chłonność, inteligencja, dojrzałość”. Nie wszyscy jednak mają możliwość nauki w Louis-le-Grand: „Nie wyobrażasz sobie, ile tu jest biedy […] również w lokalach, gdzie śmiertelnie zmęczeni chłopcy godzinami stoją przy barze lub przy pustym stoliku, oczekując starszego, forsiastego zbawiciela. Tak się złożyło, że na skutek różnych okoliczności, może nie ostatecznie, ale dość dobrze poznałem ten świat i już chyba z nami, tymi z Polski, coś takiego się dokonało, że mimo niesprawiedliwości u nas się dziejących, jesteśmy szczególnie na wszelkie upodlenie i gorycz nędzy uczuleni”. Cóż na to Maria? „Bardzo też bym chciała” – odpowiada mężowi – „abyś jednak jakieś pieniądze i dla nas znalazł […]”, „Dobroczynność bezsensowna to nie powód do chwały”.

 

Krok piąty (liberatio)

Przed wojną Andrzejewski (jak Gombrowicz przez całe życie) należał akurat do tych, którzy nie eksponowali publicznie swojego homoseksualizmu. „O ile inne osoby z tego środowiska były jawnie homoseksualistami” – wspomina Miłosz – „na przykład Józef Czechowicz, czy – w innym zupełnie stylu – Jarosław Iwaszkiewicz, z Andrzejewskim nigdy nie rozmawialiśmy na temat jego seksualnych upodobań […] był pod tym względem zahamowany. Nie ujawniał się”. Natomiast począwszy od roku 1954, a zwłaszcza w latach 60., nie miał już żadnych „zahamowań” w demonstracyjnym wręcz zaznaczaniu swojej tożsamości, a nawet – wspominają niektórzy – przejawiał w tym względzie pewną nachalność. Chodził z chłopcami do kina, teatru, restauracji, odbywał z nimi podróże, sprowadzał do Domu Pracy Twórczej w Oborach, zapraszał do siebie także w obecności rodziny, czasem, jak w przypadku obu Marków, na dłużej. Zygmunt Mycielski, sam będąc homoseksualistą, nie pochwalał takiej „zuchwałości”: „Na miłość boską, po 50 latach, z chłopcem po 20 (czy tak?) w mieście, w hotelach, w restauracjach, nie mówiąc o domu […] Przecie wiesz, jaki jest ten kraj, gdzie i kiedy żyjemy […] Nie warto przecie kręcić samemu na siebie bicza. Halt! Urządzanie tu historii Verlaine-Rimbaud jest naprawdę bez sensu!”.

Dla Anny Synoradzkiej-Demadre uderzająca jest „zbieżność w czasie tej emancypacji seksualnej z przejściem na pozycję działacza opozycji prodemokratycznej”. Odkrycie utopijności i przemocy komunistycznej prowadzić więc miało do wyzwolenia politycznego i obyczajowego zarazem. Krzysztof Tomasik z kolei mówi o „potencjalnej emancypacji” pisarza, ponieważ był pierwszym twórcą, „u którego elementy homoseksualne przeniknęły do wizerunku publicznego”. Szansy tej jednak nie wykorzystał. Słynny list domagający się praw dla osób homoseksualnych był – jak wiadomo – esbecką prowokacją, mającą na celu skompromitowanie pisarza, choć nieprzypadkowo służby uznały, że to właśnie jego podpis będzie najbardziej wiarygodny. Wolałbym więc mówić nie tyle o emancypacji (potencjalnej lub rzeczywistej), ile, szerzej, o liberatio, której tak liczne świadectwa w życiu i literaturze, zróżnicowane w stopniu i zakresie, nie doprowadziły jednak ani do ostatecznego „wyleczenia się” z homoseksualizmu, traktowanego wciąż w kategoriach choroby, doświadczanego w wykluczeniu i upokorzeniu, „brudzie” potrzebującym „oczyszczenia”, ani do aktu politycznej afirmacji własnej tożsamości czy wsparcia kwestii gejowskiej. Niemniej jednak finał tej terapii, ostatni jej etap – liberatio – nie jest całkowitą porażką, lecz w perwersyjny i paradoksalny sposób zapowiedzią epoki, której, nie wychodząc z szafy, już nie doczekał.

Odkrycie utopijności i przemocy komunistycznej prowadzić miało do wyzwolenia politycznego i obyczajowego zarazem

Może zabrakło tej puenty u Anny Synoradzkiej-Demadre, ale przemawiające za nią argumenty odnajdziemy u Wacława Forajtera, który w „Suplemencie: Gdy spadają anioły” (zamieszczonym w „Pragnąć. Szkice o literaturze nowoczesnej”) analizuje zapiski „pornograficznej prozy” Andrzejewskiego datowane na lata 70. i spoczywające do dziś w Muzeum Literatury. Zabrakło chyba dlatego, że przyjęcie hipotezy o ich autobiograficznym charakterze (przed którą wzbrania się Forajter i jak rozumiem, również Synoradzka-Demadre) mogłoby skutkować nie tyle, jak sądzę,  „jałowym redukcjonizmem”, co drastycznym, skrajnie kontrowersyjnym, niesmacznym, chyba wciąż niewyobrażalnym rozpoznaniem, i to zarówno w sprawie „potencjalnej emancypacji” oraz „odmowy sublimacji”, jak i przeciwnie – „modernistycznego kodowania” czy wreszcie samej „choroby” i „terapii”.

Albowiem niezaspokojone marzenie o odległym ukochanym, z którym zbudować można idealną relację, szybko zastąpione zostaje tu konkretnym, fizjologicznym obrazem wstrętnego, odpychającego starczego ciała, niewolniczo uległego wobec sadystycznych panów – robotników, żołnierzy, sportowców… „Od tego momentu zaczęły się rzeczy straszne i zachwycające (fragment przekreślony). Pożałowałem, że nie posiadam stu otworów, aby w stu miejscach, we wszystkich możliwych zakamarkach ciała zostać wypełnionym bujną męskością zadającą rozkosz i ból”, „[…] dławiłem się i jęczałem z bólu”, „rzęziłem z bólu i rozkoszy”, „[…] dobrze ci jest – spytałem – dobrze – powiedział […] a najlepiej mi jest, jak z gościa robię szmatę…”. Od tego momentu zaczyna się sadomasochistyczna relacja kata i ofiary, z pewnością – zważywszy na odwrócenie ról – będąca radykalnym odrzuceniem pedagogiczno-erotycznej relacji mentora z wychowankiem, ale w tym odrzuceniu najpierw także i jej wzmożeniem aż do granic obnażenia. Masochizm bowiem – po raz kolejny trzeba się zgodzić z Deleuze’em – jest tyleż uległością, co rewoltą wobec Prawa.

Forajter, ciekawie polemizując ze Śmieją w innych miejscach, tu zasadniczo idzie w za nim w swej wykładni, a Śmieja za Leo Bersanim (ale też – umówmy się – właściwie za pewną kliszą):  „pozwolić się penetrować oznacza zrzec się władzy”, „odbyt jest grobem” męskiego podmiotu, itd., itd. A może już czas wyjść z tego potrzasku? Bo czy tak nieoczekiwane i dobrowolne przecież pozbawienie się władzy – wyrażone nie tylko w przyjęciu pozycji pasywnej, ale przede wszystkim w poszukiwaniu rozkoszy w poniżeniu, wystawieniu się na pogardę i całkowite uprzedmiotowienie – nie jest przejawem najwyższej wolności, porzucającej wreszcie paternalistyczne i patriarchalne ramy homoseksualnej tradycji na rzecz przyszłego partnerstwa? Czy w tej ostatecznej degradacji cielesności, zaprzeczającej uwzniośleniu pożądania, a jednocześnie – tu zgodzą się Śmieja i Forajfer – przekraczającej horyzont zdrowia i choroby, czystości i brudu, idealnej miłości pederastycznej i „grzesznej” praktyki, dostrzec można afirmację zdolną wreszcie znieść modernistyczne dualizmy na rzecz antynowoczesnej nowoczesności, która zrozumiała swoją nieusuwalną hybrydyczność?

Nie chodzi więc o „odmowę sublimacji” (w końcu podmiotowość wciąż jest zamazana, a pisarz notatek nie chciał opublikować), lecz o uwolnienie się od „choroby”, która sublimacji by wymagała. W „Bramach raju” w finale spowiednik dobrowolnie zgadza się na wdeptanie w ziemię przez idących do Jerozolimy, wcześniej grupowo ich rozgrzeszając (jakby tym gestem wyzwalał się z przemocy „spowiedzi usznej” narzucającej poczucie winy). W „pornograficznej prozie” dawny pan daje się sprowadzić do roli niewolnika i – zrywając ostatecznie z idealizująco-degradującą poetyką – wychodzi poza dylemat sublimacji. Szeroko otwierając otwory swojego ciała (chciałby mieć ich więcej), otwiera drogę dla przyszłej równościowej polityki tożsamości. Ofiara jest potrzebna, aby modernistyczna krucjata mogła przerodzić się w (anty)nowoczesną manifestację i na tej „miazdze” zbudować zupełnie nową opowieść z mniejszym lub większym sukcesem odcinającą się od swych „medycznych”, „terapeutycznych” korzeni.

 

***

Zmarł w nocy z 19 na 20 kwietnia 1983 roku. Wedle relacji córki Agnieszki oraz najbliższej przyjaciółki Ireny Szymańskiej jego ciało „spoczywało oparte o łóżko w pozycji klęczącej”. I nie mogło być inaczej, aby biografia wielkiego modernistycznego pisarza, moralisty-homoseksualisty, zwieńczona została w histerycznym patosie upodlenia i zbawienia równie symbolicznym gestem – na kolanach przed konfesjonałem w geście usprawiedliwienia swych win bardziej niż błagania o wybaczenie, na kolanach przed ołtarzem tylu świętych spraw, którym poświęcił swoją jedną a „przeklętą”, na kolanach w gotowości przyjęcia komunii, będącej nagrodą za uległość wobec wyższej konieczności, na kolanach przed chłopcami, dla których chciał być kochankiem, ojcem i nauczycielem, a czynił sobie z nich odległych bogów, swoją chorobę i swoje lekarstwo, na kolanach wreszcie przed sadystycznym masterem, który zaraz wejdzie do pełnego rodzinnych wspomnień domu, wtargnie w najdalsze zakamarki jego ciała i wymierzy mu upragnioną karę…

Anna Synoradzka-Demadre
"Jerzy Andrzejewski. Przyczynek do biografii prywatnej", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017, s. 677.

Piotr Seweryn Rosół
ur. 1981, w Warszawie, literaturoznawca, doktor nauk humanistycznych (Uniwersytet Warszawski, Paris-IV-Sorbonne), autor książki "Genet Gombrowicza. Historia miłosna", założyciel MiTo. Pracuje na Université Clermont Auvergne.
POPRZEDNI

szkic  

Ukąszenie Bernhardem

— Marcin Bełza

NASTĘPNY

recenzja  

Kapitalizm to metafora

— Adam Klewenhagen