Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

John Maxwell Coetzee
„Lata szkolne Jezusa”, tłum. Mieczysław Gołdyń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, 304 strony.

Na początku „Lat szkolnych Jezusa” spotykamy bohaterów dokładnie w tym w miejscu, w którym zostawił ich Coetzee w swej poprzedniej powieści. Po ucieczce z Novilli sześcioletni Davíd i jego przybrani rodzice – Simón i Inés – osiadają w Estrelli. To miasto znajdujące się prawdopodobnie w Ameryce Południowej, zaludnione gęsto przez ludzi przybyłych z różnych stron na statkach i łodziach. Niektórzy mieszkańcy są przekonani, że są w Estrelli od zawsze. W istocie jednak w tej opowieści każdy jest imigrantem: każdy przebył jakąś drogę i nie pamięta, kim był, zanim dotarł do nowego miasta. Przybywanie skądś i niepamięć są w tym świecie oczywistością, stanem wyjściowym, wspólnym losem wszystkich bohaterów. Być może to tylko metafora immanencji egzystencji, ludzkiego bycia jako tymczasowego, niepewnego, z zasady wpisanego w porządek migracyjny? Mieścić mogłaby się w tych ramach także gorzka diagnoza współczesności: w świecie dramatycznego kryzysu uchodźczego i migracyjnego być może nikt nie ma prawa czuć się na miejscu. Jedna z postaci zauważa:

Mamy za sobą, każdy z nas, doświadczenie przybycia do nowego kraju i otrzymania nowej tożsamości. Żyjemy, każdy z nas, pod imieniem, które nie jest naszym własnym. Ale szybko się do tego przyzwyczajamy, do tego nowego wymyślonego życia. (s. 249-250)

W ten właśnie sposób Coetzee konstruuje subtelną ontologię świata, który przypomina rzeczywistość biblijną – rządzi się prawami, na które nikt nie ma wpływu, bywa beznamiętny i okrutny, co bohaterowie przyjmują bez zdziwienia. Z drugiej strony, jak zwykle u tego pisarza, jest to świat cielesny i namacalny, którego elementy są tym, czy są i niczym więcej. Życie bohaterów toczy się w rzeczywistości pełnej zwykłych przedmiotów, rozmów i osób. Ich losy zdają się niewybrane – raczej znajdują się w tej, a nie innej sytuacji – równocześnie pisarz nie odbiera im prawa do pragnień, a nawet – szczęścia. Co ciekawe, immanencja tego świata wynika nie tylko z samej fabuły powieści, ale także z języka, jakim posługuje się Coetzee: niespiesznego, niespektakularnego, opisującego, a nie wartościującego. To proza, która plasuje się poza tym, co konieczne i przypadkowe, zdolna wymykać się upraszczającym, symbolicznym interpretacjom. Wszystko dzieje się w swoim czasie, brakuje efektownych wypowiedzi i zdarzeń, a równocześnie wszystko trafia na swoje miejsce, jest znaczące – w samej swej materialnej obecności.

Coetzee konstruuje subtelną ontologię świata, który przypomina rzeczywistość biblijną: rządzi się prawami, na które nikt nie ma wpływu, bywa beznamiętny i okrutny

Zdając sobie sprawę z wyjątkowej inteligencji i wrażliwości Davída, rodzice pragną przede wszystkim zapewnić mu odpowiednią edukację. Okazuje się to nad wyraz kłopotliwe – chłopiec nie umie podporządkować się zasadom szkoły publicznej, a ich nie stać na prywatnego korepetytora. Ostatecznie, dzięki pomocy poznanych szczęśliwie protektorek, Davíd trafia do Akademii Tańca, przedziwnej instytucji cieszącej się w Estrelli znakomitą sławą. Prowadzi ją intrygujące i tajemnicze małżeństwo: tancerka señora Ana Magdalena i muzyk señor Juan Sebastián. Szkoła opiera się na trudno pojmowalnej dla rodziców Davída – i jak sądzę dla większości czytelników – filozofii łączącej sztukę (muzykę i taniec) z astrologią i arytmetyką. Dzieci uczą się tańca liczb i gwiazd, czytają paraboliczne baśnie, a w dni wolne badają dno morskie na plaży dla nudystów. Ani Inés, ani Simón nie mogą zrozumieć, czego właściwie uczy się ich podopieczny, bo nauki prowadzone przez Akademię wymykają się wszelkim racjonalizacjom. Widząc jednak, że Davíd jest szczęśliwy, a nowych nauczycieli darzy zaufaniem i szacunkiem, decydują się zignorować własny sceptycyzm. Szkoła oferuje dzieciom przestrzeń bezpieczeństwa, wolności i kształcenia, wykraczającą poza ramy tradycyjnie pojętej edukacji. Z czasem okaże się jednak miejscem niebezpiecznym, skrywającym tajemnice i namiętności, które wstrząsną do głębi nie tylko kadrą i wychowankami, lecz także rodzicami uczniów. Na terenie Akademii dojdzie do zbrodni, którą Coetzee opisze w stylu Dostojewskiego: wnikając w afektywną, psychologiczną strukturę aktu, pozwalając zabójcy bez końca roztrząsać różne, czasem sprzeczne aspekty winy, kary i pokuty.

Bohaterów, a w konsekwencji także czytelników powieści Coetzee’go, prześladuje nieznośne i do ostatniej chwili pozbawione odpowiedzi pytanie „dlaczego?”. Pisarz z jednej strony wyśmiewa naiwny „dlaczegizm” swoich bohaterów: w wypadku najważniejszych problemów na to pytanie po prostu nie ma odpowiedzi. Z drugiej strony nadaje mu sens egzystencjalny. Istotna jest tutaj postawa samego Davída, który nie przyjmując żadnych odpowiedzi, ani na chwilę nie przestaje zadawać pytań. Kim właściwie jest Jezus w świecie postteistycznym, pozbawionym transcendencji skodyfikowanej religijnie, ale za to przesyconym metafizyką innego rodzaju? Metafizyką, która wynika z pragnienia rozumienia świata, potrzeby zadawania pytań i uświadamiania sobie, że odpowiedzieć na nie można tylko w języku innym niż kod racjonalizmu, innym nawet niż artykułowana mowa ludzka. Postawa krytyczna i równocześnie irracjonalna, jaką prezentuje powieściowy Jezus, nie jest jedynie fanaberią zbuntowanego dziecka, ale właściwą reakcją na taki świat. Simón czuje się osłabiony i zdeprymowany zachowaniem syna, w istocie jednak postępuje analogicznie. To człowiek nieco wycofany, starzejący się i tracący siły, pogodzony z losem, ale też pełen dobrej woli, zdolny wyrzec się siebie, by otoczyć opieką dorastającego chłopca. Z czasem okazuje się bohaterem na swój sposób fascynującym. To co obce przyjmuje z namysłem, jest otwarty na inność, ale nie dlatego, że ufa rzeczywistości – raczej dlatego, że nie ufa samemu sobie. Ukrywa się za zwyczajnością własnej biografii, ale gdy dostaje głos – pisze lub opowiada – okazuje się przenikliwy, wrażliwy na rzeczywistość, pokorny wobec jej (nad)zwyczajności. Podobnie jak Davíd, w końcu znajduje odpowiedzi, choć nie tam, gdzie ich szukał i nie w języku, którym się na co dzień posługuje.

Kim właściwie jest Jezus w świecie postteistycznym, pozbawionym transcendencji skodyfikowanej religijnie, ale za to przesyconym metafizyką innego rodzaju?

Trudno nie ulec wrażeniu, że „Lata szkolne Jezusa” to w gruncie rzeczy historia o miłości, która rozumiana jest na tyle sposobów, ilu jest bohaterów powieści. Coetzee nie ocenia żadnego z nich. To nie tyle kwestia relatywizmu, co przenikliwego realizmu pisarza. Miłość jest czymś prawdziwym, bo jest wielością, tym-co-różne. Jest także czymś rzeczywistym, trochę jak kamień, o którym niewiele więcej można powiedzieć ponad to, że jest taki, jaki jest. Simon kocha Davída, mimo że go nie rozumie i ma poczucie, że syn nim gardzi. Davíd kocha ojca, mimo że czuje się nierozumiany i samotny. Inés kocha dziecko, choć jej troska jest oschła i wyraża się jedynie w pragmatycznych decyzjach. Jedynym warunkiem miłości – nieważne, czy jest namiętna, platoniczna, rodzicielska, czy romantyczna – jest bezinteresowność. Pragnienie egotyczne z kolei w sposób nieunikniony prowadzi do przemocy – wymierzonej przeciw sobie lub przeciw innemu. Być może dlatego miłość jest tak niespektakularna, wręcz otępiająca i nudna: wymaga opanowania, cierpliwości, troski i nierzadko wyrzeczenia się własnych pragnień. Jest wysiłkiem i pracą. Jakimś cudem jednak utożsamienie miłości z pozbawioną uniesień prozą życia bohaterów nie jest bolesne czy rozczarowujące. To nie jest świat beznadziejny. „Lata szkolne Jezusa” to chyba jedyna powieść Coetzee’go, o której bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że jest afirmatywna. W toku lektury narzuca się wrażenie podobieństwa Simóna do autora: gdy bohater trafia na kurs pisania – bynajmniej nie kreatywnego – jakby przypadkiem zaczyna tworzyć. Twórczość jest w jego przypadku aktem obserwacji i opisu: dostrzegania, nazywania i wyrażania w języku afektywnej i afirmatywnej postawy wobec rzeczywistości. Jest w powieści kilka momentów, kiedy Simón się zatraca – zasłuchany w muzykę, zapatrzony w taniec lub nawet tańczący. Wówczas rozumie, choć nie rozumie: nadal nie zna odpowiedzi na pytanie „dlaczego”. Właśnie wtedy zaczyna sobie uświadamiać, że jedyną możliwą odpowiedzią jest taniec, który w powieści Coetzee’go staje się metaforą samego życia.

John Maxwell Coetzee
„Lata szkolne Jezusa”, tłum. Mieczysław Gołdyń, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, 304 strony.

Teresa Fazan
ur. 1995, studentka Kolegium MISH UW, współpracuje z portalem taniecpolska.pl, publikowała m.in. na portalach dwutygodnik.com, artpapier.com, w „Didaskaliach”, „Teatrze”, „Kontakcie”, „Res Publice Nowej”.
POPRZEDNI

recenzja  

Gry o widzialność

— Marcin Bełza

NASTĘPNY

varia proza  

Pasaż XXV

— Krzysztof Rutkowski