fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Kiedy rozpoczynamy lekturę pierwszego eseju „Szczelin istnienia”, pojawia się przed nami kobieta patrząca na wiśnię. Kobieta zjada owoc, a my wraz z nią doświadczamy jego postaci – aż trudno uwierzyć, że dzieje się to za sprawą samego języka. Filozofka przekracza opis, wybierając słowa, które zbliżają nas do owocu. Nie uzurpuje sobie prawa mówienia za wiśnię, mówienia w jej języku. Pragnie jej tylko (aż!) dotknąć i przede wszystkim umożliwić to czytelniczce. Ta z kolei może okazać się wyjątkowo sceptyczna, zwłaszcza jeśli podobnie jak autorka ma za sobą studia filozoficzne. No bo zastanówmy się: dlaczego akurat wiśnia? Co ta jedna wiśnia ma wspólnego z byciem bytu, z ontologią istnienia? Heidegger, jeden z inspiratorów myśli Brach-Czainy, wybrał sobie lepszego reprezentanta, tego, który może dumnie unieść czoło: człowieka. Ona natomiast wyciągnęła dłonie po wiśnię, kamień i ścierkę kuchenną, wywierając tym gestem spory wpływ na filozofię przełomu wieków[1]. Zarówno jej biografia intelektualna (przypomnijmy: Brach-Czaina to z wykształcenia filozofka, fizyczka i reżyserka teatralna), jak i twórczość przekraczają granice wyznaczane przez gatunki, dziedziny i nurty. „Szczeliny istnienia”, zwane często esejem filozoficznym, do dziś fascynują, budząc stupor filozofów i literaturoznawców. Wznowienie słynnej książki z 1992 roku stanowi doskonałą okazję, by na nowo przemyśleć twórczość tej niezwykłej na polskim i międzynarodowym gruncie myślicielki.

W pewnym momencie historii myśli zachodniej zrozumiano, że jest ona filozofią przemocy. Nie była to jedynie przemoc wobec Innego – choć to prawdopodobnie jej największy grzech – ale także przemoc wobec sensu i prawdy: okazała się aktem dialektyki, która przesłania, zamiast badać rzeczywistość, nakłada na nią kolejne, nieugruntowane przekonania ontologiczne. Odkrycie to zdruzgotało myślicieli późnego modernizmu, skłaniając ich do gorączkowego poszukiwania alternatyw, co doprowadziło ostatecznie do narodzin postmodernizmu. Rzeczywista zmiana okazała się jednak o wiele trudniejsza, niż się to śniło filozofom, a uniknięcie tak zwanej „pułapki metafizycznej” prawdopodobnie niemożliwie w ramach istniejących dyskursów. Zaczęto się zastanawiać: czy można jeszcze uratować filozofię? I jak to zrobić? Odpowiedzi pojawiło się wiele. Jedne z najciekawszych zrodziła wyrastająca z posthumanizmu słaba myśl feministycznej awangardy filozoficznej: krytyczna, zaangażowana w prawdziwe ratowanie bycia bytu, w wydobywanie na wierzch tego, co pozornie nieistotne i odrzucanie przemocowych, nieufundowanych metafizycznych założeń. Jak pisze Brach-Czaina, implicite krytykując osiągnięcia dotychczasowej ontologii: „(…) może się zdarzyć, że pośród niewyraźnej mowy bytu usłyszymy jedynie własny głos” (s. 24). W zamian polska myślicielka proponuje specyficzną filozofię powściągliwości, która otwiera nas na świat.

Wbrew powszechnie pokutującym przekonaniom posthumanizm nie zwiastuje kresu człowieczeństwa, ale stanowi zaprzeczenie jego specyficznej, upowszechnionej przez humanizm koncepcji. Stawką jest podjęcie nigdy nierozstrzygniętej walki z dualizmem substancjalnym, pozbycie się fałszywych przekonań dotyczących bytu i metafizycznego statusu podmiotu. Ostatecznie chodzi więc o włączenie człowieka w tkankę świata. To gest niezwykle istotny dla pogrążonej w kryzysie poznawczo-etycznym filozofii drugiej połowy XX wieku. Można drążyć dalej: czy stawka jest faktycznie wysoka? Czy naprawdę potrzebujemy powrotu do świata (albo otwarcia na świat, bo tak naprawdę nigdy nie byliśmy zespoleni z resztą istnienia)? Czy źle nam w królestwie bytów metafizycznych, nam, panom, którzy „przeniknęli”, nazwali i zawładnęli? Na te pytania można dać co najmniej kilka odpowiedzi. Jedną z nich jest stwierdzenie, że to położenie doprowadzało i wciąż na nowo doprowadza nas do samounicestwienia, do przedwczesnej śmierci człowieka i ludzkości, a przy okazji – przemocy wobec reszty istnienia. Inną byłoby postawienie kolejnych pytań, a w końcu tego, które najbardziej poruszy filozofów: czy bez otwarcia się na byt – i związanej z nim konieczności sytuowania pytania egzystencjalnego poza kulturą i jej idiolektem – mamy szansę w ogóle zrozumieć bycie? Jeśli odpowiedź jest negatywna, gest literacko-filozoficzny Brach-Czainy okazuje się koniecznością.

Jednym z ważniejszych dla filozofii Brach-Czainy esejów „Szczelin istnienia” jest „Otwarcie”. To tekst fundamentalny, bo wiernie zdaje sprawę z jej poglądów filozoficznych – posthumanistycznych, feministycznych, antymetafizycznych, ucieleśnionych – ale także wskazuje na jej wirtuozerię i odwagę literacką, które zaskakują nawet dziś, dwadzieścia sześć lat po publikacji. W eseju tym metaforą bycia, a nawet samej dialektyki myślenia, staje się poród. Rodzącą nie jest kobieta, ale zwierzę: koza, krowa, locha, klacz. Więc także kobieta. I mężczyzna. I każda inna istota. Ale czy to metafora? Jak podkreśla filozofka, trans egzystencjalny, którego doświadcza się w przekroczeniu (przeżyciu cielesnym tak bolesnym i nieuniknionym, że otwiera nas na – być może złudną – szansę transcendencji), jest równocześnie doświadczeniem i jego wyrazem, zagęszczeniem bycia i jego symbolem. Zatem poród nie jest tylko metaforą: „Filozofowie myśleć powinni o porodzie, gdy mówić chcą o istnieniu” (s. 37). Jak zauważa filozofka, pojęcie egzystencji źródłowo odnosi się do łacińskiego ex sisto, czyli: wychodzić z, wydobywać się, rodzić się. Poród to zatem proces odsłaniający istotę: wyłanianie się jest koniecznością, od której nie da się uwolnić, jako źródło życia refleksyjnego, sięgającego ku istocie, poród jest trwałym, niezatrzymywalnym ruchem ku niewiadomemu. Jest zatem samą filozofią. W tekście Brach-Czainy poród, pozostając realnym procesem – byciem bytu – zarazem staje się jego wyrazem i opisem: „(…) akt istnienia sam sugeruje sens” (s. 47). Ta myśl znajduje kontynuację w eseju „Wniknięcie”: „Sens objawia się w samym istnieniu, jako strona przywoływana przez inną jego stronę. Jest nie grą intelektu, lecz zawartością samej rzeczy, którą uchwycić można ze środka samego doświadczenia” (s. 165). Na podobny trop wpadano już wcześniej. Za każdym razem jednak prostota faktu okazywała się nieartykułowalna: trudno ująć ją w języku, który domaga się sensów, który nieustająco gwałci mnogość i różność, sprowadzając je do wyrażalnych znaczeń. Co zatem począć z filozofią?

W eseju »Otwarcie« metaforą bycia, a nawet samej dialektyki myślenia, staje się poród. Rodzącą nie jest kobieta, ale zwierzę: koza, krowa, locha, klacz. Więc także kobieta. I mężczyzna. I każda inna istota

Paul Gilroy powołał do życia pojęcie agnatologii: wymuszonej przez zachodnie struktury myśli ignorancji, negatywnej dialektyki, która konstytuuje podmiot poprzez zanegowanie i umniejszenie Innego. Demontaż ustanowionego przez humanizm podmiotu nie służy zatem unicestwieniu czy zdegradowaniu człowieka. Chodzi o to, by stać się podmiotem otwartym, absorbującym, wrażliwym. Filozofia Brach-Czainy to w gruncie rzeczy remedium na samotność egzystencjalną. Podmiot otwarty i rozszerzony, włączony w tkankę świata odkrywa możliwości wcześniej mu niedostępne. Zyskuje siłę i sprawczość, ale już nie na drodze przemocy wobec Innego. Co istotne, to nie jest filozofia sprowadzalna do sądów logicznych, obojętna na tkankę języka i formę literacką. W swoim tekście Brach-Czaina dokonuje przekroczenia: dzięki językowi umożliwia uważnej i powściągliwej czytelniczce doświadczenie transu egzystencjalnego, o którym pisze. Diagnozuje sens bycia jako „coś” istniejącego, co jest nam dane, co musimy podjąć i czemu możemy nie sprostać. „Czymś” takim okazuje się także jej pisanie – migotliwe, niepewne, trudno uchwytne, dogłębne. Oto sen filozofów, którzy obudzili się z metafizycznej, dogmatycznej drzemki: nie stawać już więcej w opozycji do bytu i w oddaleniu od niego, ale uchwycić w pisaniu jego bycie, a nawet – uczynić samo pisanie byciem. Literackość filozofii Brach-Czainy czyni ją problematyczną: sens bycia jest dany, ale trzeba się weń nie tyle wsłuchać, ile wsłuchiwać, ciągle na nowo, ciągle niepełnie. Myśleć bycie i żyć byciem ze świadomością, że nigdy do końca nie uchwyci się sensu i nie weźmie go w posiadanie – to prawdziwy trud filozofki! Polska myślicielka podjęła zapoczątkowany przez Heideggera wysiłek zbliżenia się do bycia, ale odsłoniła je przed nami w nowy, być może bardziej adekwatny sposób. To myśl nieortodoksyjna, wielowątkowa i odważna: podejmująca tuż obok siebie najbardziej błahe i najwznioślejsze wątki, burząca tym samym fałszywe hierarchie. W dużej mierze dzięki temu, że Brach-Czaina nigdy nie była na tyle naiwna i pyszna, by przypisywać sobie monopol na prawdę albo nawet to wątłe przekonanie, że się do niej jakoś specjalnie zbliżyła. Jak sama stwierdza:

Istniejemy, nie wiedząc, czym jest nasze istnienie. (…) Można by mi zarzucić, że próbuję uniewidocznić rzeczywistość, gdy ja, przeciwnie, chciałabym ją odsłonić, ale jednocześnie nie chcę kryć obaw co do beznadziejności mego przedsięwzięcia (s. 158).

To nie kokieteria – to świadomość nieprzezwyciężalnego paradoksu istnienia. I wielkiego pragnienia, by istnieć.

Brach-Czaina dokonuje przekroczenia: dzięki językowi umożliwia uważnej i powściągliwej czytelniczce doświadczenie transu egzystencjalnego, o którym pisze

Pragnienie, by istnieć, to pragnienie, by żyć. To wcale nie jest zdanie tautologiczne. Istnienie jako przedmiot filozoficznego namysłu okazuje się czymś egzystencjalnie wzniosłym, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, z czego tak naprawdę składa się nasze ludzkie życie. Niewielu jest filozofów, którzy dostrzegali codzienność, nie mówiąc już o nadawaniu jej wagi. Brach-Czaina odsłania ją przed nami na nowo. Ta codzienność okazuje się faktem, niemal przezroczystym, a równocześnie tym, co wyznacza istotę ludzkiego doświadczenia. W „Szczelinach istnienia” codzienność przywoływana jest wielokrotnie, między innymi w maleńkim, kilkuakapitowym eseju „Świat jako tło”. Filozofka szkicuje w nim sytuację specyficznego dualizmu (rzecz jasna nie w sensie dogmatycznym, ale raczej metaforycznym):

Tło jest materią, z której wyłania się kształt. Czystą negatywnością, bo nie ma w nim nic, a cokolwiek mogłoby się pojawić, ze względu na naturę tła, nie będzie już do niego należało (s. 97).

Jest zatem tak: albo jest tło, albo nie-tło. Pewne jest jeszcze jedno: nie-tło rzadko kiedy jest czymś przyjemnym.

Oto wybór, przed jakim stajemy. Z jednej strony tło, które (…) w pewnych okolicznościach może nawet zdawać się ratunkiem, ale ze względu na możliwość wyłaniania się zeń kształtu jest samo zawsze stanem negatywnym. Z drugiej zaś ów kształt pokraczny, który również – choć z innego powodu, bo jako nędzność, zło, cierpienie – jest negatywny (s. 98).

Spójrzmy uważnie na kolejne zdania, bo literackość filozofii Brach-Czainy polega między innymi na tym, że waży słowa. Po pierwsze szuka nowych nazw: bardziej namacalnych, związanych raczej z rzeczywistością ciała niż ducha. Po drugie – wyłania z nich niuanse: nowe nazwy opalizują, mienią się, na przemian dosłowne i metaforyczne. Za chwilę tło okazuje się nowym imieniem codzienności, ale nie tylko – jest także samym światem, czyli „miejscem niewyłonionej możliwości” (s. 98-99). Tworzy się triada: tło–codzienność–możliwość, która jest wieloaspektową jednością. Przeczytaliśmy już, że to jedność negatywna, ale gdy filozofka stawia kolejne pytania, owa negatywność okazuje się płodna. Brach-Czaina waży także cudze słowa. Tu akurat wczytuje się w słynne zdanie Leibniza „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic” i zauważa:

(…) mocujący się z nim metafizycy chyba zbyt wielki nacisk kładli na „coś” i „nic”, gdy ponury urok kwestii kryje się w owym „raczej”. Świat-tło jest „raczej” czymś niż niczym. On stale dyszy w przedwybuchu i być może na taki stan jest skazany (s. 99).

Tak, to bardzo smutny esej, w którym życie okazuje się tragiczną codziennością, potencjalnie płodną, ale skazującą nas na wieczne oczekiwanie, trwanie w stanie drżącej nadziei-beznadziei. Co gorsza, nie jest tak z jakiegoś powodu. Po prostu tak jest. Wydaje się, że nie ma ratunku. Filozofka nie daje żadnej odpowiedzi. Ostatnie zdanie, mimo kropki na końcu, jest raczej pytaniem: „Chodzi o to, czy w ogóle możliwe jest jakieś rozstrzygnięcie między rozpaczą a wiarą w istnienie” (s. 100).

Po przeczytaniu eseju jednym tchem – jest krótki, a kolejne frazy wytryskują z siebie, jakby ich sąsiedztwo było koniecznością – zamykam oczy. Widzę wyłącznie czarne tło. Nie czuję beznadziei. To, że żyję – że żyjemy – zaczyna wydawać mi się cudem. Heroizmem. Nie jest trudno działać dla wielkich idei, gdy stawką życia są abstrakcje – nierealne, niecielesne, ale brzmiące dumnie i wzniośle. Trudno jest istnieć, kiedy życie staje się nagie. Gdy jest się ze sobą szczerym, życie okazuje się

(…) koniecznością uporania się z istnieniem własnym, które zasługuje zaledwie na miano owego raczej. Raczej istniejemy. Doświadczenie istnienia spada na nas, zaskakuje, zmusza do ostatecznych rozstrzygnięć. Drżące „raczej”, w środku którego odnajdujemy siebie jako raczej ukształtowanych, raczej cierpiących, raczej odrażających (s. 100).

Brach-Czaina nie próbuje podsuwać nam uspokajających etyk budowanych na nieugruntowanych założeniach ontologicznych. Jest szczera: opisuje życie, którego doświadcza. Paradoksalnie z całej negatywności „Świata jako tła” wyłania się afirmacja: w końcu żyjemy! Bywamy szczęśliwi, komunikujemy się ze sobą, istniejemy razem. Mimo tragizmu – tragizmu tła, które jest nudną, męczącą codziennością, i tragizmu nie-tła, które zbyt często okazuje się niezawinioną śmiercią, niepotrzebnym cierpieniem – istniejemy. My teraz, oni przed nami i ci, którzy nadejdą.

Otwieram oczy i jestem uspokojona. Ale jeśli was to nie przekonuje, zawsze możecie przewrócić kilka kartek i przeczytać inny esej: „Wniknięcie”. To opowieść o tym samym życiu, ale jego nową nazwą staje się miłość. Podobnie jak cierpienie, miłość to także prawdziwie imię tej samej codzienności. Dlaczego? Jak to możliwe? Raczej tak po prostu jest.

 

***

A jednak pojawia się niepokój: poczucie, że czytam tekst Brach-Czainy jak inne teksty filozoficzne, z podobnymi narzędziami analitycznymi i przede wszystkim z pragnieniem wydobycia i przechwycenia sensu. Czy to sprawiedliwe? Oddać sprawiedliwość „Szczelinom istnienia” znaczyłoby przepisać je, zdanie po zdaniu, by nie uronić choć odrobiny sensu. Filozofka byłaby zapewne ostatnią, która narzucałaby właściwe ujęcia jej myśli. Być może dojmujące poczucie utraty, przeoczenia istoty, jest nie tylko zapisane w tekście jako integralny fakt istnienia, ale przede wszystkim jest doświadczane w akcie lektury? Być może wszystko to, co pojawia się potem – po samym doświadczeniu tekstu – jest już czymś innym, czymś oddalającym od bycia tej myśli? Przychodzi na myśl banalna konkluzja, że właściwą odpowiedzią ze strony czytelniczki jest wcielanie tej filozofii, a także – dzielenie się nią. Oto paradoks tekstu: akt lektury jest samotny, ale równocześnie stanowi jedną z najwyższych form komunikacji. Eseje Brach-Czainy są tego doskonałym dowodem: czytając je, nie czuje się samotności, ale obecność. Odczuwa się stałą, ale migotliwą cielesność – własną i reszty istnienia. Zagląda się w szczelinę – wąską i niejasną, ale otwierającą. Bo, jak pisze autorka, „(…) to, co jest, pozostaje w mroku szpary. Lecz ciemność nie odbiera doświadczeniu mocy. Choć nie widzimy, jesteśmy jednak w samym środku istnienia” (s. 158).

[1] Eseistyka filozoficzna Brach-Czainy uwzględniana jest przez wielu badaczy zajmujących się posthumanizmem. Monika Bakke jej myśl zestawia z badaczkami takimi jak Rosi Braidotti czy Donna Haraway. Zob. Monika Bakke, „Bio-transfiguracje. Sztuka i estetyka posthumanizmu”, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2010.

Cykl: Szczeliny istnienia
Tekst jest częścią cyklu poświęconego twórczości Jolanty Brach-Czainy. Kliknij, by zobaczyć wszystkie teksty cyklu.
Ilustracja: Jagoda Jankowska

Jolanta Brach-Czaina
„Szczeliny istnienia", Dowody na Istnienie, Warszawa 2018, 200 stron.

Teresa Fazan
(ur. 1995) – studentka Kolegium MISH UW, współpracuje z portalem taniecpolska.pl, publikowała m.in. na portalach dwutygodnik.com, artpapier.com, w „Didaskaliach”, „Teatrze”, „Kontakcie”, „Res Publice Nowej”.

Cykl: Szczeliny istnienia
Tekst jest częścią cyklu poświęconego twórczości Jolanty Brach-Czainy. Kliknij, by zobaczyć wszystkie teksty cyklu.
Ilustracja: Jagoda Jankowska

Jolanta Brach-Czaina
„Szczeliny istnienia", Dowody na Istnienie, Warszawa 2018, 200 stron.

POPRZEDNI

szkic  

Otwarcie

— Jolanta Brach-Czaina

NASTĘPNY

rozmowa  

Kto rzekł, że to zdrajca!?

— Artur Kula