fbpx
Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Tomasz Bąk

"Utylizacja. Pęta miast", WBPiCAK, Poznań 2018, s. 72.

Już na wstępie czuję się w obowiązku uprzedzić czytelniczkę, że ta recenzja zawiera spoilery. Kolejna książka Tomasza Bąka to produkt wyczekiwany przez rozrastający się krytyczno-jurorski fanbase poety. „Utylizacja. Pęta miast jest propozycją jak zwykle u Bąka pięknie skomponowaną, ale także od pierwszych stron zaskakującą, stąd właśnie moje ostrzeżenie. Nadszedł moment weryfikacji, rewizji i korzystania z tego, co zostało zrobione w poprzednich częściach poetyckiej pracy Bąka. To jest tom, w którym gaśnie wcześniejsza  rozbuchana poetyka wkurwu, a spada wraz z liśćmi i jesiennym deszczem subtelno-kiczowata poetyka smutku. Dzisiaj będzie tylko o tym, co mnie w nowym tomie zdziwiło, bo zdaję sobie sprawę, że o Bąku można i trzeba jeszcze długo i dużo. Kusi mnie, żeby czytać książki Bąka jako wierszowaną trylogię, co jest pokrzepiające, bo – uwaga, znowu spoiler – zakończenie mamy szczęśliwe.

Podmiot mówi w każdym kolejnym tomie Bąka bardzo spójnym, wyraźnym głosem. Znamy ten podmiot doskonale, to podmiot, który jest świadomy swojego bycia w pokoleniu, wiemy dobrze, co go wkurwia (na przykład kapitalizm i Polska), wiemy dobrze, czym jest rozczarowany (na przykład kapitalizmem i Polską). Bąka uwiera język, szczególnie język publiczny i, jak sam w rozmowie z Moniką Glosowitz i Dawidem Kujawą stwierdzał, jego poetycka praca jest pracą polegającą na przeformułowaniu, zdemaskowaniu i przerobieniu zabrudzonych słów tak, żeby znów nadawały się do funkcjonalnej komunikacji. I w nowym tomie widać, że Bąka praca na powtórzeniach, bazodanowe traktowanie języka, jak w „Litanii do człowieka-pizdy”, już została częściowo wykonana. W nowym tomie hipnotyczne powtórzenia całych fraz zdarzają się na mniejszą skalę w obrębie konstrukcji wiersza, ale też w obrębie konstrukcji całego tomu. W „Utylizacji” Bąk korzysta z tego, że już się poetycko przedstawił, ustawił sobie ważne motywy, więc zapętla swoje własne kawałki częściej niż poprzednio, rewidując ich znaczenie.

Bąk korzysta z tego, że już się poetycko przedstawił, więc zapętla swoje własne kawałki częściej niż poprzednio, rewidując ich znaczenie

Pierwszym takim przetworzeniem jest sprawa relacji miłosnej. Nagromadzenie wierszy miłosnych na początku tomu Bąka lekko dziwi, bo wydaje się, że nie jest to temat na wiersze dla chłopaków z drużyny zaangażowanych. Po początkowym zdziwieniu przy lekturze „Utylizacji” przychodzi olśnienie, że przecież coś tam o kochaniu wcześniej u Bąka już było. Przypominam sobie, jak wyglądały dziewczyny u Bąka we wcześniejszych tomach i wychodzi na to, że nijak. Dziewczyny w „Kanadzie” i „[beep] Generation” były raczej częścią krajobrazu widzianego męskim okiem. Kobietę można spotkać na mieście, można ją posiadać, może być też posiadana przez innego mężczyznę. Kobiety stoją w wersach w „Kanadzie” obok wina i śpiewu – „I nie chodzi o panienki, ani darmowe drinki, najważniejsze to zostać legendą”. Bezpośrednia miłosna relacja jest wykrzywiona medialnie, polega na „pisaniu”, jest zapośredniczona przez sterowaną algorytmem randkową aplikację. Relacja, która kończy się i rozpada, zanim się w ogóle zacznie. Miłość to sprawa przegrana, niemożliwa, nie do pomyślenia. Stanem wyjściowym jest niemożliwość miłości – „To doprawdy zatrważające, że nie istniały już żadne powody/do miłości”, „normalne życie w trybie awaryjnym,/bez dostępu do sieci, miłości i zaufania”. Najważniejszy fragment, do którego odsyłają wiersze miłosne z nowego tomu, to dwa końcowe wersy „GY!BE” z „[beep] Generation” – „Narysuj, jak się kochasz,/narysuj mi orkan”. W „Could never be heaven” z najnowszego tomu Bąk weryfikuje:

Żadne „narysuj, jak się kochasz”, raczej – zaprezentuj,

Jak mokniesz, jak się dajesz nadgryźć jesieni,

Jak cię wypluwa skundlonego pod knajpą

Tam, gdzie MPK ostrzega przed kieszonkowcami.

Podmiot, który żegna miłość, sporo sobie dialoguje. No i właśnie, najczęściej jest to sobie dialogowanie, bo nie widać w tych wierszach śladów faktycznej dzielonej z drugą osobą rozmowy. W tej weryfikacji do pokazywania przeżywania utraty używa Bąk bardzo przewidywalnego, wytartego imaginarium. Smutny poeta (bo jest poetą i swoje bycie poetą też weryfikuje) włóczy się (pęta) po mieście. W wierszu „Autumn Leaves”, kilka stron dalej, Bąk ponownie wraca do frazy z „[beep] Generation”. W kolejnym wierszu miłosnym podmiot szuka śladu, „a znajduje tylko świadectwo dojrzałości orkanu”, które nie wypełnienia tęsknoty, jest jakby przejrzałe, przepełnione i skończone.

Ton wierszy miłosnych z pierwszej części tomu powoli się wyczerpuje i wycisza, a wyciszeniu towarzyszy odliczanie minionych miesięcy, zaznaczanie upływającego czasu. Związki w świecie trylogii książek poetyckich Bąka są solidnie umieszczone na osi czasu, najczęściej z zaznaczeniem perspektywy końca. Funkcjonowanie w polu miłosnych zależności zasadza się na określeniach „Twój były ch. z moją byłą dzi.”. A towarzyszy temu spojrzenie w przeszłość z westchnięciem typu „kiedyś to było” – „Kiedyś jedna dedykacja/starczała na jedno życie”. Podmiot tracący w „Utylizacji. Pętach miast” stara się usuwać wspomnienia (albo też wspomnienia usuwają mu się same), przy czym pokazuje ślady materialnego znikania.

Związki w świecie trylogii książek poetyckich Bąka są solidnie umieszczone na osi czasu, najczęściej z zaznaczeniem perspektywy końca

Wykorzystanie rozpadu związku wtórnie w wierszu to tytułowa utylizacja emocjonalnej materii – „To jest list miłosny, emocjonalny przekaz ubrany w słowa:/od dzisiaj lądujemy wyłącznie na martwych planetach”. Związek, jako mała wspólnotka, opiera się na posiadaniu. Coś zostaje, coś jest zabierane („Zabrano nam dwa słowa na literę m.”), jeszcze inne rzeczy są oddawane („Nie umiałem ci tego oddać w pliku txt”, „nie mogę oddać już ani kropli krwi”), pożyczane lub wymieniane („nie wymieniam zbyt często płynów ustrojowych”). Po relacji trzeba własność wyliczyć i skatalogować – „Co nam zostało (osiemnaście prezerwatyw)”, „Co nam zabrano (dziewiętnaście róż)”.

Imię i nazwisko autora na okładce książki stoi obok podświetlonego na czerwono znaku EXIT. Pierwszą książkę Bąka kończy wiersz o takim właśnie tytule. Pada w nim pytanie „I jeśli nadzieja naprawdę ginie ostatnia,/to kto gasi światło?”. W najnowszej książce Bąk w ramach wyjścia z tomu żegna się wierszem „Z samego końca świata macham do was warzywem”. Nadzieja nie ginie wcale. Nawet jeśli tytułowe miasto jest przestrzenią rozgrywania swojej emocjonalnej tragedii, a obok tego przestrzenią tragedii publicznej, która dzieje się ciągle. Bąk w tekście i Bąk na okładce wychodzi z miasta i wchodzi od ogrodu. Zaczyna tom wypowiedzią z postulatywną końcówką –ać (zdefragmentować, zaakceptować) i skleja go wierszem, który pozwala przewidywać, że w następnym tomie Bąka może wyrosnąć coś wesołego.

Tomasz Bąk

"Utylizacja. Pęta miast", WBPiCAK, Poznań 2018, s. 72.

Paulina Chorzewska
ur. 1996, studiuje polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała w „Niewinnych Czarodziejach”. Woli wiersze, w które można poklikać.
POPRZEDNI

recenzja  

Zimne ognie

— Marcin Bełza

NASTĘPNY

recenzja  

Czy terrorysta umiałby tańczyć merengue?

— Mikołaj Borkowski