Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Prawda w prozie, uważałem zawsze, idzie z dwóch materii: języka i opowieści. Jeśli jednej z nich zabraknie – zabraknie też prawdy. Od modernizmu intensywna praca nad językiem i eksperymenty formalne doprowadziły do rozszerzenia i rozszczelnienia form wypowiedzi prozatorskich, ale ich horyzont pozostał bez zmian. Wciąż dostarczają one fikcji, które pozwalają nam mówić o sobie samych. Proza idąca, by tak rzec, na śmiertelny bój o prawdę, obejmuje tak różną twórczość, jak powieści Philipa Rotha czy teksty Samuela Becketta. Ten ostatni robi wszystko, aby ożywić zniszczony język, wydobyć rzeczy i opowieści roztrzaskane hekatombą wojny i Zagłady. Weźmy choćby „Watta” czy „Pisma prozą” – paradoksalnie to opowieści właśnie o języku, który nie potrafi wyrazić całej nędzy i grozy, a zarazem jasności ludzkiej egzystencji. Niemniej już sama próba opowiadania tworzy ruch, przywraca sens. Parafrazując słynne zdanie z „Końcówki”: koniec jest już w początku, ale bez snucia opowieści nie ruszymy dalej. Bez języka zdolnego opowiadać (choćby o sobie samym) nie ma literatury. W tekstach Becketta tkwi ważna przestroga: język prozy, który nie służy opowieści, staje się swoją własną karykaturą.

Właśnie dlatego lektura „Krótkiej wymiany ognia”, najnowszej książki Zyty Rudzkiej, budzi wiele moich wątpliwości. Dotyka ona wielkich tematów – na niespełna dwustu stronach mieści się niemal wszystko, czego czytelniczka wypatruje w polskiej prozie najnowszej (kolejność, podobnie jak w samej powieści, nieznacząca): umieranie, starość, „zakazana” lubieżność, strata, porażka macierzyństwa, relacje z matką, polscy Żydzi, Zagłada, tajemnice rodzinne, pułapki emancypacji, poezja, niezdolność do porozumienia, powojenny los kobiet, a nawet Marzec ‘68. Tematom tym poświęca Rudzka ekstremalnie krótkie akapity, które zestawia w rozmaitych konfiguracjach; wątki mnożą się i pętlą, niektóre wracają (choć nie wiadomo skąd i dlaczego przychodzą), niektóre kończą się na dwóch-trzech zdaniach.

Zarzucam tej powieści grzech najcięższy: obracanie Traum i Historii w przedmiot gry, oswajanie przez estetyzowanie – i to właśnie teraz, kiedy potrzeba nam raczej postawienia w stan niepokoju i najwyższej moralnej niewygody. Wpisuje się ona w groźną tendencję literacką, która opiera się na żonglowaniu wielkimi tematami, z czego na ogół niewiele wynika – lub wychyla się porażająca i znieczulająca banalizacja (żeby wymienić choćby „Górę Tajget” Anny Dziewit-Meller, „Lekcje Anatomii Doktora D.” Wojciecha Engelkinga czy „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica” Kuby Wojtaszczyka). Młodziutka Ingeborg Bachmann w „Dzienniku wojennym” zapisała: „Nie do pojęcia, dlaczego człowiek się czerwieni i drży, mówiąc prawdę”. Narratorka „Krótkiej wymiany ognia” nie drży i nie czerwieni się – nie mówi bowiem żadnej nowej prawdy, skleja raczej fragmenty tych dobrze znanych, bawi się słownikiem, szuka słów i skojarzeń, by olśnić na chwilę czytelnika. Przytoczę garść przykładów – wybór ten będzie arbitralny, ale nie może być inaczej w przypadku powieści o tak „kolażowej” konstrukcji.

Zarzucam tej powieści grzech najcięższy: obracanie Traum i Historii w przedmiot gry, oswajanie przez estetyzowanie

 

Tematy powieści

Zagłada. Zagładzie poświęcony jest jeden z najdłuższych akapitów tej powieści (niecałe pół strony). To monolog Arnolda Rosnera, kochanka narratorki, który opowiada o wojennym doświadczeniu swojej matki-Żydówki. Skojarzenia rządzące tą wypowiedzią są równie obrazowe i efektowne, co boleśnie sztampowe (opowiadania Tadeusza Borowskiego wydają się tu najlepszym odniesieniem): jeśli głowa, to uderzenie kamieniem, jeśli prysznic, to syk gazu, jeśli wagon, to tylko bydlęcy. Monolog kończy się zdaniem: „Bała się prysznica, bo gaz ssssssssssssssssssssssssssssssssssyczał”, po którym następuje finalne pytanie: „Myślisz, że ten syk się z pępowiną odcina?”. Zgrabne? Zgrabne, ale bądźmy szczerzy – od dawna znamy odpowiedź na tak postawione pytanie.

Starość. Akapity opisujące przemijanie kobiety z perspektywy Romy, głównej bohaterki i narratorki, to z pewnością najlepsze fragmenty całej powieści. Cóż jednak z tego, skoro można je wszystkie bez wyjątku przykryć innym, nie tak odległym przecież tekstem – tomem „Paraliż przysenny” Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej z 2016 roku. W swoich wierszach Fijałkowska dokumentuje te same procesy mocniej i precyzyjniej. Pozwolę sobie na zastawienie obu twórczości – najpierw wyimki z „Krótkiej wymiany ognia”:

Lepkie oczy rozsadzają nabrzmiałą twarz. Cera sfermentowana. Gęsta siatka cienkich nacięć na policzkach, podobnych skaleczeniom brzegom kartki. Zamiast włosów – upierzenie. I to spojrzenie – wieczne, dumne. Pozbawione strachu i płci, bez pociechy. Wyglądam jak demiurg świadkujący zagładzie świata.
[…] Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem.
Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę na strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała. Spocona, obśliniona od myśli. Przyglądam się sobie.
[…] Spałam w trumnie, żeby się przyzwyczaić, ale może trzeba będzie wrócić na łóżko, położyć na wznak i jeszcze rozłożyć nogi. Kamasutrą nie polecę. Moje ulubione pozycje z powodu bólu krzyża nie wchodzą w rachubę. Chociaż kapliczka pewnie ciągle całkiem, całkiem (s. 36-38).

A teraz dwa wiersze Jakubowskiej-Fijałkowskiej:

Telefon

nie odbieram

farbuję swoje pierdolone siwe włosy
henną rubin spływa cała wanna farbą

ręczniki ujebane (dzięki Bogu spierają się)
jak fazy księżyca to menstruacyjne farbowanie

(pamiętam komunistyczną ligninę ocierała mi co miesiąc uda)

pod siedemdziesiątkę znowu się z tym wszystkim pierdolę
z farbą do włosów jak wtedy z krwią

jeszcze przypominam sobie:

radio marki Stolica Rozgłośnię Wolna Europa
stację Radia Luksemburg

kultową reklamę PRL-u prusakolep
pierwszy jabol tamto rzyganie

i mroczne kwiaty wiosny

I drugi:

Sypią mi się włosy

jak po chemioterapii
to nie rak

to starość kurwa starość

na nic skrzyp polny
szampony trzy w jednym suplementy diety

odżywki balsamy olejek arganowy
gaje oliwne na włosy

może powinnam spać już gotowa
w czarnej garsonce z fioletową apaszką na szyi

może powinnam malować usta przed snem
zrobić cienie na powiekach rzęsy tuszem sephora

jeszcze puder migdałowy na policzki

mama była piękna w takim makijażu
w kostnicy

i wtedy padał wielki śnieg

Czy naprawdę trzeba coś więcej dodawać? Fijałkowska pokazuje swoimi wierszami najdobitniej, jak głęboko i jak mocno można o p o w i a d a ć o kobiecej starości, sięgając przy tym do najprostszego słownika, zanurzając się w konkrecie.

Matka. Dekonstrukcja matki-Polki w polskiej literaturze rozpoczęła się wiele lat temu i z sukcesami (głównie wydawniczymi) trwa do dziś. W „Krótkiej wymianie ognia” wątki macierzyńskie właściwie zatrzymują się na poziomie klisz – to wielkie „dokonanie” Rudzkiej, ledwo bowiem pisarki zaczęły rozprawiać się z archetypami reprodukowanymi w męskich narracjach, pojawiła się książka, która w pewnym stopniu do nich powraca.

Dekonstrukcja matki-Polki w polskiej literaturze rozpoczęła się wiele lat temu i z sukcesami (głównie wydawniczymi) trwa do dziś

Mowa oczywiście o postaci Romy, która wydaje się prawdziwą tytanką. Z jednej strony mocuje się ze starością i przemijaniem, a jednocześnie wciąż żywym pożądaniem. Z drugiej – przyjmuje i filtruje przez siebie całą grozę przeszłości. To przeszłość nie tylko jej matki, ale także męża, kochanków i znajomych. Dźwiga Roma ciężki krzyż przewin i krzywd całego legionu bliskich. Gdyby powieść okazała się nieco dłuższa, zapewne wzięłaby na siebie także rozbiory i kolejne powstania… Owszem, o seksie myśli ona dość swobodnie, jednak poza tym wydaje się doskonale wpisywać w archetyp matki-Polki, która nie waha się złożyć swojej twórczości na ołtarzu – w zamian za sumę wszystkich śmierci. Własną misję pisarską definiuje bowiem następująco:

Jestem kobietą, która pisze wiersze. Moja jedyna wiara to rozpisywanie. Nadpisywanie życia dzieci nad życie rodziców. Przepisywanie życia umarłych na życie żywych (s. 123).

Jednocześnie nie potrafi stworzyć bliższej więzi ze swoją własną córką, Zuzanką, genialnie uzdolnioną pianistką. Ich relację można by opisać, parafrazując tytuł znanego dramatu Doroty Masłowskiej (którego echa znajdziemy zresztą u Rudzkiej) – między nami nie ma nic. Zuzanka ostatecznie decyduje się porzucić karierę muzyczną i wyjechać, zrywając wszelkie kontakty z matką i całą rodziną. Bezpośrednich przyczyn tego radykalnego gestu nie poznasz jednak nigdy, drogi czytelniku. Można to spointować zdaniem wygłoszonym przez Jana Kobuszewskiego w skeczu Kabaretu Dudek („Ucz się Jasiu”) – „takie niedomówienie, bardziej inteligentnie jest.”

Straszne Historie Polski. W „Krótkiej wymianie ognia” poznajemy też mamulkę, matkę Romy. Choć jej monologi wypełniają skromne fragmenty powieści, wiemy o niej bodaj najwięcej spośród wszystkich bohaterów. Mamulka mamrocze do studni (dosłownie), a Roma podsłuchuje ją z ukrycia – choć może mamulki wcale już nie ma i Roma podsłuchuje zaświaty? Z postrzępionych wypowiedzi mamulki dowiadujemy się, że jest Ślązaczką zgwałconą w trakcie wojny przez czerwonoarmistów. Podobny los spotkał jej siostry, których teraz sama nie potrafi się doliczyć – wszystkie albo powiesiły się, albo zostały zamordowane, albo uciekły, albo poszły prosto do nieba. Enuncjacje mamulki są zmącone, nieprzejrzyste, często przeczą sobie wzajemnie, co – jak sądzę – w zamyśle autorki miało uwypuklić obraz rozbitego na kawałki świata wojennego i powojennego. Momentami wychodzi z tego jednak po prostu bełkot, z którym trudno cokolwiek zrobić, fraza skonstruowana z bezużytecznych złożeń, przypominająca iteracje z dziecinnych wyliczanek, wierszyków, modlitw:

Popiskuje:
Ingeborga. Renate. Nina.
Wylicza i doliczyć się nie może:
Ingeborga. Renate. Nina… Gdzie one są, gdzie te dziołchy, gdzie one polazły?
Krótka mowa Mołotowa, studzienko.
Mam sto latek, sto i pół, sięgam główką ponad stół. Kiedyś to leszcza z Mokrej [rzeka – dop. MB] wyciągałam, miałam. A teraz wędkę zarzucam i telewizor wyciągam. Rubin. I on ciągle działa. Obraz kontrolny na posterunku (s. 39).

Zaraz potem mamulka bredzi o lodówce wyłowionej z rzeki. Lodówka jest marki „Mińsk”, co z kolei prowadzi ją do skojarzenia z mrozem w stolicy dzisiejszej Białorusi – jednak tego, jaką rolę w historii jej życia odegrało to miasto, czytelnik nie dowie się nigdy. Taka sytuacja powtarza się wielokrotnie. Gdzie indziej mamulka papla prawdy „objawione”: „Wojna była. Wojna się skończyła, a z pokojem nowe zło nastało. Wtedy, teraz i na zawsze, na wieki wieków. Jo?” (s. 65). Ma to uwodzić i wciągać, a ostatecznie nie opowiada niczego; mnie głównie śmieszyło i drażniło jednocześnie – swoją bezwstydnie jałową wymową.

 

Język powieści – język recepcji

Widzę w tej prozie przede wszystkim szybko obracające się kółka hermeneutyczne – na tyle szybko, żeby nie pozostawiać czytelnikowi czasu do namysłu. W przeciwnym razie mógłby odkryć zmyślną metodę, obnażyć pustkę rytmu i języka, które wyłącznie mnożą przez siebie zastane tematy i figury. Jednak to właśnie wokół języka rozlewa się zachwyt nad tą powieścią. „Krótka wymiana ognia” zdaje się zaspokajać wszystkie zakątki literackiego dyskursu: od blogerów, poprzez recenzentów Gazety WyborczejTygodnika Polityka, aż po Dwutygodnik. Kanonizacja tej powieści odbyła się szybko i bez jednego – jak dotąd – protestu. Nigdzie jednak nie udało mi się przeczytać rzeczowej argumentacji tej wielkości, która wychodziłaby poza zachwyt nad stylem czy językiem. Nikt nie dostrzega w książce Rudzkiej zimnego ognia gry językowej, nikt nie zgłasza najmniejszych wątpliwości. Tymczasem zajrzyjmy po raz ostatni do samego tekstu:

Podpisał się ‘Cyryl’. Cyryl. Ładne imię. Jest w tym imieniu jakaś metoda (s. 38).

Orkiestra dęta, ale mniej dęta od władzy, co przyjechała… (s. 67).

Po dożynkach mnie dorżnęli (s. 69).

Moralności nie miałam wtedy żadnej, ale mogłam ją sobie pooglądać w kinie moralnego niepokoju (s. 88).

Czytali ze zrozumieniem Kanta, ale ta wiedza to o kant dupy (s. 90).

Tego rodzaju „skrzydlate” frazy mógłbym cytować jeszcze długo. Uwodzą one na chwilę, by ostatecznie pozostawić czytelnika z niczym; zatrzymują się na poziomie błyskotki, obietnicy, której nigdy nie spełnią. Tymczasem o prawdziwych powinnościach stylu pisał już Michaił Bachtin:

Styl bowiem to sposób widzenia świata, a dopiero potem obróbka materiału. Jest więc jasne, że styl, opierając się na trwałej jedności poznawczo-etycznego, wypełnionego wartościami kontekstu życia, wyklucza innowacje w kształtowaniu treści[1].

Styl „Krótkiej wymiany ognia” jest o tyle wątpliwy, o ile nie opiera się na żadnym nowym, wartościowym widzeniu świata, ale na iluzji skojarzeń, czasem ciekawych, innym razem nużących. To swoisty erzac prawdziwej literatury w świecie bezpiecznych gestów i kontrolowanych eksperymentów. Myślę, że jeśli potrzeba nam dziś, jak twierdzi Olga Wróbel, nowego i odważnego języka, pojemnego i oryginalnego stylu, to warto sięgać raczej do słów najprostszych – by nieustannie niepokoić historiami nieznanymi o tym, co rzekomo tak świetnie znamy. Osuwając się w pusty styl, by tak rzec, styl-igraszkę, ryzykujemy że (trawestując Herberta):

to co po nas zostanie
będzie jak płacz kochanków
w małym brudnym hotelu
po krótkiej wymianie ognia.

 

[1] Michał Bachtin, „Estetyka twórczości słownej”, tłum. Danuta Ulicka, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1986, s. 268.

Zyta Rudzka
"Krótka wymiana ognia", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018, s. 198.

Marcin Bełza
ur. 1976, przedsiębiorca. Po pracy kompulsywnie kupuje i czyta książki, o swoich lekturach pisze na profilu facebookowym. Dotąd publikował tylko raz w Kulturze Liberalnej. Uparcie twierdzi, że nie jest krytykiem.

Zyta Rudzka
"Krótka wymiana ognia", Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018, s. 198.

POPRZEDNI

recenzja  

Wychować Polaków do luksusu

— Paulina Małochleb

NASTĘPNY

recenzja  

Utylizacja słowa na m. do formy wierszowej

— Paulina Chorzewska