Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Cykl: Ćwiczenia z rezygnacji
To cykl felietonów Krzysztofa Sztafy prowadzonych dotychczas na łamach Biura Literackiego, dziś wznowiony na łamach "Małego Formatu".

 

29.

 

Trzaskałem drzwiami, kaszlałem, zmieniałem strony; istniałem sobie pogodnie. Wobec braku talentów postanowiłem przywdziać brytyjski płaszcz i zostać artystą życia. Ostatnio w CSW pewna ruda koleżanka powiedziała, że „jak na mnie” wygląda całkiem nieźle (płaszcz). Całkiem nieźle, to już coś! Piękny był ten maj, pogodny i słoneczny. Pogodnie i słonecznie sobie w nim cierpieliśmy, piliśmy trochę alkoholu, paliliśmy papieroski, uprawialiśmy mało sportu. Nasze serduszka były suche i złamane: „Opowiem ci o tym, jak zwykle, niezgrabnie, a ty posądzisz mnie, jak zwykle, o przesadę”. Werter for life.

 

*

Naprawdę, czytałem i nie mogłem się oderwać, niedzielne rozrywki filozofów w walce pomiędzy przegrankiem a przegrankiem; mocni zawodnicy. Późną nowoczesność polecam przeżywać (przegrywać, tak) w asyście Wertera i Spowiedzi dziecięcia wieku. „Gdybym tylko sam jeden był chory, milczałbym: ale ponieważ wielu prócz mnie cierpi na tę chorobę, piszę dla nich”. Dobre, nie? Sobie a wam te pieśni przekładam, z cudzego na obcy. Jeśli jesteś – tak jak ja – typową lamą ze śmieciowym dyplomem wyższej uczelni w przedziale wiekowym pomiędzy dwadzieścia pięć-trzydzieści lat, wierzę, że łączy nas święta komunia generacyjnych doświadczeń. Nikt nam tego nie zabierze. Po obronie najpewniej poszłaś na doktorat. Albo przynajmniej chciałeś. I kilka stron dalej: „Bez wątpienia znaliście życie i bez wątpienia znaliście cierpienie, i świat walił się dokoła was, i płakaliście na jego ruinach, i rozpaczaliście; kochanki was zdradziły i przyjaciele spotwarzyli, i ziomkowie nie pojęli, i mieliście pustkę w sercu, śmierć w oczach, i byliście olbrzymami bólu”. Olbrzym jak wuj. Mógłbym tak długo, przez kilka rozdziałów – na więcej mnie nie stać. Kiedy wieje, wzdłuż ulicy niewidzialni giganci ćwiczą skuchy na rozkołysanych linach elektrycznych.

Jeszcze inaczej: wobec braku kapitału ekonomicznego postanowiłem zostać żulem z aureolą. Czy święci są po to, ażeby zawstydzać? Maj był pogodny, mogłem zmulać w chacie i wyrzucać sobie, że nie kluczę po obcym mieście. Dwa lata temu odebrałem śmieciowe wykształcenie, potem wszystko zaczęło pikować sobie już spokojnie w dół. Wciąż nie potrafiłem utożsamić się ze strategicznymi celami przedsiębiorstwa mojego płacodawcy. Niemniej, byłem na dobrej drodze; powoli dochodziłem do wniosku, że jeśli filologia, to tylko nauczycielska, jeśli filozofia, to tylko w modelu wsparcia dla biznesu. W skali od jeden do dziesięć oceń, czy wydobycie ropy z obcego kraju jest etycznie słuszne, przy czym jeden będzie oznaczało, że jest średnio, ale ujdzie, a dziesięć, że jest zupełnie i w ogóle nie ma o czym dyskutować. Poruszaliśmy się w obrębie zastanych reżimów miary i szło nam wcale nieźle.

Nam, czyli komu? My mieliśmy środki produkcji, oni mieli siłę roboczą. Proszę pana, jak ja chciałbym wyzyskiwać! Chociaż raz. W tej epoce świat już dawno nie istniał, ludzie byli fikcją, a rzeczy działy się same, najczęściej na zatłoczonych serwerach. W takich warunkach procesy tożsamościowej dyferencjacji utraciły na znaczeniu: niezależnie od naszego bżdżenia w pierwszym kroku wszyscy byliśmy konsumentami. Mogliśmy estetyzować swoją gównianą rozpacz. Chciałem dojść do stanu, którego nie rozpraszałyby żadne poruszenia. Zbliżał się wieczór, tego dnia wypiłem dwie kawy, w ciągu godziny miałem zdecydować się na trzecią, żałośnie słabą.

 

*

I jeszcze jedno: tydzień temu wrzuciłem na instagrama zdjęcie drzwi z napisem „komunizm zwycięży”. Dostałem czternaście lajków i przez dwa dni, czyli do dzisiaj, czułem się artystycznie spełniony.

 

30.

Rejestr wysoki, ale poruszenia pospolite: movere, docere, delectare. Serduszka suche i złamane. Minęły dwa dni, wypadła sobota, znikąd wróciłem na Mokotów. Niczego nie potrafiłem tutaj zacząć. Goliłem się w łazience przed ufajdanym lustrem, to były najpewniej plamy po paście do zębów. Z głośników leciał lil xan, a po nim – cudowne algorytmy darmowej aplikacji – lil peep. Ubierałem się powoli i chłonąłem sobotnie światło – marzyło mi się trochę ciepełka, chciałbym do kogoś przynależeć.

 

*

Wówczas, tak myślałem, wszystko byłoby trochę prostsze. Piękny i pogodny był ten maj, Karolek obchodził swoje dwusetne urodziny (czyli że nowoczesność – jako ten wielki, nieukończony projekt – trwała już dwa wieki).

Swoją drogą aplikacja wcale nie była darmowa, mnie się tak tylko wydawało, ponieważ za jej korzystanie nie byłem zobowiązany do uiszczenia żadnych opłat, jeszcze. Płaciłem tylko cząstką swojej tożsamości: co to niby są za koszty, pytam się. Na jakiejś innej, wyobrażonej osi mogło być tak, że część rówieśników, ta udana i z rządowego programu, powoli zastanawiała się już nad uwiciem własnego gniazda w jakiejś spokojnej okolicy, w wiek kredytowy wchodząc z dumą i jednoczesnym niepokojem. Byłem od nich wszystkich bardzo daleko z tym swoim najtańszym tyteksem, którego drobinki walały się po kuchennym blacie, z pożółkłymi opuszkami palców, z tymi wszystkimi nastoletnimi problemami. Albo – szczególnie teraz, w tę wiosnę roku pańskiego – rozważała wybór jakiegoś wcale niedrogiego kurortu wakacyjnego w kraju ciepłym i względnie egzotycznym. To mogły być piramidy w Egipcie na chwilę przed sezonem, to mogła być Kartagina w Tunezji, mógł to być chorwacki archipelag dziewiczych wysp. Albo Wietnam z noclegiem u „prostej, wietnamskiej rodziny”.

Czyż wszystko, co czynimy, czynimy z myślą o wieczności? Ty tak naprawdę nie wiesz, jak bardzo jesteś wjebany. To nie była żadna ekstrawagancja – mnie po prostu brakowało wyobraźni, żeby wybrać się w podróż, być może nawet chciałem widzieć siebie z walizką na terminalu lotniska, chciałem, ale nie potrafiłem, stałem, bałem się odprawy, bałem się lotu. I nie, to nie był strach przed lataniem. Chodziło o coś innego, o coś, czego nie dało się po prostu uwięzić na dłoni (uchwycić). Co niby zrobię, gdy już wylądujemy? Skieruję się do hotelu? Odnajdę chatkę moich gospodarzy? Wykupię sobie dodatkową, dwudniową wycieczkę wewnątrz podstawowej, dziesięciodniowej wycieczki? Jakiś rejs z ciepłym posiłkiem na pokładzie? W kabinie restauracyjnej. Wszystko to wydawało mi się pozbawione sensu. Albo lepiej: wydawało mi się, że pod makijażem tej zaprojektowanej, wakacyjnej beztroski czaił się jakiś złowieszczy demon. Na białoskórych, anglojęzycznych wczasowiczów łypał swoimi czerwonymi ślepiami – czułem go i nie mogłem wsiąść do samolotu; przy każdej okazji ten życiowy paraliż był po prostu silniejszy ode mnie, krępował moje ruchy, więził moje myśli. Jeśli istniał gdzieś prawdziwy smutek, był nim skwar wyobrażonego, czystego hotelu wypoczynkowego gdzieś na południu, w strefie podzwrotnikowej.

Czyli: widywałem ich, przechodząc ulicą, zazdrościłem im, kiedy pochyleni nad katalogiem potakiwali znacząco głowami. Rzecz oczywista, bali się kosztów – dla mnie były niewyobrażalnie ogromne – ale żyli w nietoksycznych związkach i darzyli się zaufaniem, mieszkali wspólnie i spędzali ze sobą większość wieczorów, trzymali się za ręce, a na szyjach składali sobie wzajemne pocałunki, och, zazdrościłem im tego wszystkiego, mieli nudną, ale też stałą posadę, wokół której nie budowali żadnych chorych narracji; wraz z posadą sprawiedliwe wynagrodzenie, gwarancję ubezpieczenia zdrowotnego, na które zasługiwali z tytułu odprowadzanych podatków. Podejrzewam, że w razie jakichkolwiek kłopotów, zresztą nie tylko finansowych, mogli liczyć na bezwarunkowe wsparcie rodziców. I ogólnie: wstawali wcześnie rano i spokojnie radzili sobie z tym, że muszą gdzieś jechać, coś zrobić, wysiedzieć, odbębnić kilka spotkań, do kogoś się odezwać. Widziałem ich, to dzielne i widmowe pokolenie, któremu kibicowałem jako jego niewydarzona część, a które ciągle mnie zawodziło, bo wcale nie chciało zdać sobie sprawy ze swojego klasowego położenia, bo zależało im na utrzymaniu obecnego systemu gospodarczego, a więc i społecznego, bo głosowało w najlepszym wypadku na centrowe ugrupowania z prawicowym odchyleniem; teraz, z miesiąca na miesiąc i z sezonu na sezon, coraz lepiej odnajdywało się w tematach takich jak brak autostrad albo ich niska przepustowość. W lecie kibicowali piłkarzom, a w zimie skoczkom narciarskim. Słowem: byli gotowi do reprodukcji wszystkiego, co dostali w spadku po swoich rodzicach, łącznie z niewinnymi obsesjami, z całym zestawem drobnych, społecznie akceptowanych szaleństw. On po godzinach chodzi na siłownię i napierdala w worek, ona tańczy salsę. Po powrocie z zajęć jedli wspólną kolację. Ich twarze były pogodne, ale też przeorane przez nudę i pracę, oczy zmęczone od płaskich ekranów, kręgosłupy nieznacznie skrzywione od obrotowych krzeseł. Widziałem to wszystko i wiedziałem – teraz, oczekując na rzeczy, które miały się wydarzyć – że w przeciwieństwie do nich już trochę przegrywam z tą swoją zbyt głośną samotnością, lekkim snem pod cienką kołdrą i projekcjami obcego ciała na materacu z Ikei. Wciąż nikt nie chciał walczyć z systemem, nikogo nie obchodziły próby wyjścia poza metafizykę, mieli w dupie Hegla i mechanizmy podwójnej negacji. Byłem w strzępach i taki właśnie – postrzępiony – chciałem w tę sobotę pozostać.

 

*

Karolek zapłakał nad losem epoki, w której zostałem do jej obiektywnego końca. W sztyfcie miałem antyperspirant, w tubce żel nawilżający, w pudełeczku krem pielęgnacyjny. Prawie wszystko z pochodnych ropy. Literatura była wyznaniem wiary; w to też nie chcieli uwierzyć. Muzyka miała mnie zbawić. Moje dłonie były zniszczone i zaniedbane, łój wyciekał z nich jak woda z nieszczelnego kranu.

Kap, kap. Żart, nie było żadnego łoju; ja po prostu chciałbym się zgładzić, ale tak, żeby nie bolało i żeby można było sprawdzić co dalej. Podobno nie ma idealnej rozmowy – chyba że w dialogu z umarłymi. Co istniało?

 

31.

I jak to robiło? To znaczy: jak istniało? Było mi nie do śmiechu, słuchałem Zielenople i marzyłem o spokoju, maj i czerwiec roznosiły po okolicy zapach roztopionego betonu, aleję Niepodległości przecinał warkot silników, powietrze tężało od skwaru, ciężkie jak nigdy dotąd. Tak było wciąż i wciąż, w kółko, dzień po dniu, tydzień po tygodniu. Po obejrzeniu kilku odcinków serialu o globalnym spisku hakerów zmieniłem uroczyście hasło do mejla, ociekałem potem, który spływał po skórze i kształtował niewidoczne wyżłobienia, podskórne tunele prowadzące z punktu a do punktu b.

Robiłem przed tym wszystkim zręczne uniki, byłem gdzie indziej, w sercu spisku, który hakerzy z wielu krajów wymierzyli przeciwko panującym stosunkom społecznym. W startych kolanach chłopczyka zza okna nie było żadnych wnętrzności. Wracał do domu na rowerze i płakał przeraźliwie, jego jęk skupiał wszystkie spojrzenia. Było mi dobrze z tą dziecięcą rozpaczą u progu lata. W cieniu legły się czerwie; to muchówki bez wyraźnej puszki głowowej. Piętrzyły się rojem po betonowych silosach kamienic, po wysuszonych i nagrzanych rynnach. Rosły w górę jak pleśń albo fermentacja – dużo by opowiadać, ale komu? Kasztanowym ludzikom, których trzymałem w pokoju od zeszłej jesieni? Z niewzruszoną obojętnością wyglądali poza swoją epokę.

Nie mieli konkretnego wyrazu twarzy; mieli tylko oczy, miniaturowe, błękitne kropki, w których nie odbijał się żaden świat.

 

*

Dajmy se na wakacje tak samo jak daliśmy se na wiosnę. Chwała zwyciężonym! Consolatio dla tych na minutę przed trzydziestką brzmi tak: naprawdę nie ma nic złego w tym, że nie do końca nam się udaje.

Cykl: Ćwiczenia z rezygnacji
To cykl felietonów Krzysztofa Sztafy prowadzonych dotychczas na łamach Biura Literackiego, dziś wznowiony na łamach "Małego Formatu".

Krzysztof Sztafa
ur. 1990, publicysta, krytyk literacki, prozaik. Mieszka w Warszawie.
POPRZEDNI

varia wiersz  

Dwie akcje

— Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

NASTĘPNY

varia felieton  

„Perły z odwiertu" (7): Urywki majowe

— Jakub Nowacki