Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Ćwiczenia z rezygnacji

To cykl felietonów Krzysztofa Sztafy prowadzonych dotychczas na łamach Biura Literackiego, dziś wznowiony na łamach "Małego Formatu".

 

32.

Aby dostać się do biura,

$ należy umówić się na konkretną godzinę.

$ Być wówczas – o konkretnej godzinie – przy recepcji na parterze. Na parterze znajdują się:

(1) „przytulna”, imitująca domowy salon poczekalnia z miękkimi pufami i ekspozycją książkowych nowości grupy wydawniczej,

(2) masywny, drewniany pulpit, który obsługuje kobieta o mięsistych wargach – skóra po solarium, cienkie, kręcone włosy, nienaganny uniform,

(3) korytarz prowadzący do centrali ochrony,

(4) korytarz prowadzący do bramek.

$ Załóżmy, że jesteś nieszczęśliwy. Albo chociaż strukturalnie przygnębiony. Umówiłeś się i o konkretnej godzinie pojawiłeś na parterze. To dobry początek. Jest środek lata – dajmy na to, że geometryczna połowa lipca. Wtorek. Jeszcze nie wyjechałeś nigdzie na wakacje. Jeśli ostatnie dni były słoneczne i ciężkie od skwaru, ociekasz potem. Najpewniej przyjechałeś tutaj zatłoczoną komunikacją miejską: wprzódy Metro Racławicka, a następnie, na wysokości Woronicza, tramwaj linii 14 bądź 16. Po drodze mijasz gmach telewizji publicznej; na widok przeszklonych wieżowców biurowych robi ci się dziwnie przykro. Trasa, którą pokonujesz, nie sprawia ci żadnej satysfakcji. Wobec współpasażerów odczuwasz poważną niechęć, wobec siebie natomiast – szczery, ale też pogodny żal. Oczywiście wolałbyś być gdzie indziej.

$ Ostatnie dni były raczej szare i wilgotne, z przelotnymi opadami deszczu. W nocy spałeś przy zamkniętym oknie, zerwałeś się pomiędzy trzecią a czwartą i kaszlałeś; wstałeś, wypiłeś wodę z kranu, zrobiłeś sobie smutną kanapkę.

Ser morski, keczup kotliny, być może jakaś szynka. Zjadłeś ją na łóżku z zamkniętymi oczami.

$ Koszt dojazdu do biura równa się dwudziestu minutom pracy; w pracy spędzasz większość tygodnia. Ten stosunek mógł być o wiele gorszy. Pamiętasz, że zazwyczaj tak właśnie było – gorzej.

Jest deszczowe przedpołudnie, kobieta z recepcji wprowadza dane z twojego dokumentu tożsamości. Ma pochłoniętą, skupioną minę. Czujesz od niej delikatny zapach paczuli.

$ W zamian za swoje dane dostajesz prostokątną przepustkę z utwardzanego plastiku. Mieści się akuratnie w kieszeni, chociaż większość pracowników – zauważasz to w trakcie czekania i teraz, w drodze do windy – nosi je na firmowych smyczach.

Ściana po lewej jest całkowicie przeszklona; deszcz nie ustaje, woda spływa po gładkich powierzchniach i znika w jakichś szarych odpływach pod ziemią. Przez chwilę myślisz o wieczności – wobec skromnego miejsca, które w niej zajmujesz, pozostajesz dziwnie spokojny. Przykładasz przepustkę do bramkowego czytnika; komputerowy system przydziela ci kabinę F.

$ F jak frajer. W środku – w windzie – nie ma żadnego interfejsu, jest tylko wielkie lustro, w którym się odbijasz; cała wieczność, na jaką kiedykolwiek będzie cię stać.

PS Nie ma w tym żadnej tragedii. Biuro znajduje się na poziomie +1. Po wyjściu z windy należy iść w lewo aż do końca korytarza, jakieś dwadzieścia metrów. Po prawej znajdują się toalety. Jesteś spóźniony o dwie minuty. Myślisz sobie, że drogę powinny wskazywać ci holograficzne strzałki. To byłoby coś.

Dopóki ludzkość nie będzie potrafiła skolonizować nawet własnego księżyca, w ogóle nie ma o czym gadać.

Dopóki ludzkość nie będzie w stanie założyć bazy wypadowej na czerwonej planecie, cały ten sterylny klimat biurowca – wraz z szumem klimatyzacji, płaskimi monitorami na open desku i zautomatyzowanym systemem zarządzania windami – wystawi anachroniczną, skończoną materię na dotkliwy metafizyczny opór.

$ Jesteś nią: skończoną materią. Czujesz się z tym względnie dobrze, jeszcze. Siedzisz przy swoim stanowisku pracy, w ciasnym pokoju bez okien. Do dyspozycji masz firmowego laptopa ze startą klawiaturą, górę kopert i foliopaków. Twoje możliwości są skromne.

Koleżanki z sąsiedniego działu wymieniają się życzliwymi uwagami przy ksero. Jedna z nich – nie pamiętasz jej imienia – ma za sobą czterdziestkę, ale wciąż jest świeżą, piękną kobietą. Ma cudowne, smukłe dłonie. Wzbudza twoje pożądanie.

Sam masz lat dwadzieścia siedem; zbyt dużo, żeby robić to, co robisz, zbyt mało, żeby zostać dyrektorem i zarządzać którymkolwiek z działów. Zresztą chyba nawet tego nie chcesz. Znajdujesz się gdzieś w połowie drogi pomiędzy rezygnacją i spokojnym rozczarowaniem. Świat zawsze stawiał opór; w tym akurat nie jesteś odosobniony.

$ Odosobniony jesteś w magazynku bez okien, ale przyjmujesz to dzielnie. Twoje zadanie polega na transferze danych z jednego nośnika (papierowy arkusz) na drugi (komputer). Podczas wykonywania obowiązków możesz przykładowo:

(1) słuchać muzyki

(2) popijać napoje

(3) zerkać w lewo

(4) zerkać w prawo.

Zgodnie z nowym kodeksem pracy w ciągu dnia roboczego przysługuje ci jedna piętnastominutowa przerwa; sam decydujesz, kiedy chcesz z niej skorzystać. Szczęśliwie, twoi bezpośredni zwierzchnicy – zabawny typ w okularach, któremu niedawno urodził się synek, i wysoka, ugodowa dziewczyna, o której nie wiesz w zasadzie nic – mają wyjebane i przymykają oczy na to, że średnio raz na pół godziny wychodzisz na dwór zajarać. Przy okazji wynosisz śmieci: zazwyczaj są to resztki kartonów i materiały po kopertach albo foliopakach. Kiedy do bazy wprowadzisz wszystkie dane, przystępujesz do realizacji zamówień.

$ Jesteś w tym dobry. Działasz szybko i sprawnie, koleżanki i koledzy z open deska cenią twoją pracę, ale nie da się ukryć, że jednocześnie patrzą na ciebie z pewnym zażenowaniem. Za swoją wypłatę jesteś w stanie opłacić miesięczny czynsz wraz z rachunkami za prąd, wodę i gaz. Poza tym zostaje ci kilkaset złotych – akuratnie, żeby podtrzymać materialne warunki egzystencji.

Kupujesz głównie jedzenie. Po powrocie z pracy szkoda ci czasu na gotowanie, więc najczęściej wybierasz zimne, opakowane w folię produkty dla singli, przyrządzone w krajach, których najpewniej nigdy nie zobaczysz.

Chyba że na ekranie komputera. Kiedy pracujesz, czas mija szybko, dni układają się w tygodnie, a tygodnie w miesiące, których nie łączą żadne szczególne relacje wynikania. Nigdy nie poznałeś swojego właściwego płacodawcy; twoi zwierzchnicy uznali, że nie jest to konieczne, ty uważasz, że nie jest to istotne. Po powrocie z pracy bierzesz szybki prysznic i starasz się rozwijać swoje zainteresowania. Ostatnio czytasz książki historyczne, fascynuje cię długi wiek XIX i historia europejskiego ruchu robotniczego.

Kiedy czytasz o nowoczesnych początkach światowego ładu, dochodzisz do wniosku, że wszystko już było.

$ Po nadaniu zamówień – zazwyczaj następuje to jakoś pomiędzy godziną piętnastą a szesnastą – do biura przychodzą kurierzy. Pierwszy z nich obsługuje system DPD: to krzepki i wyluzowany Ukrainiec, typ śmiałego swojaka, którego najpewniej mógłbyś nawet polubić. Podajesz mu gotową listę i pomagasz ułożyć paczki na wózku. Zwykle jest ich około  pięćdziesięciu.

$ Zbijacie piątki. Później przychodzi ten drugi, zjeb od pocztexu. Nie chce ci się o nim myśleć.

Jeśli nie szkoda ci kasy, po odprawieniu kurierów wychodzisz na zupę z promocji do pobliskiej korpo-restauracji. Dzisiaj (wtorek) przypada jarzynowa albo chłodnik: decydujesz się na tę pierwszą.

W kolejce sprawdzasz pocztę i kanały społecznościowe. Znajomi robią podobne rzeczy, niektóre mają większy, a inne mniejszy sens. Koleżanka, co do której jeszczeniedawno miałeś pewne zamiary, wrzuca do sieci filmik, na którym tańczy w pokoju w asyście jakiegoś egzotycznego seta. Jej pokój pogrążony jest w niepokojącej jasności. PS raczej nigdy w nim nie będziesz. Płacisz kartą.

Dochodzi szesnasta. Dzień jest wciąż taki sam: długi, zachmurzony, wilgotny. Samochody przecinają kałuże na poboczach, dźwięk ich zdezelowanych silników działa ci na nerwy. Przed wejściem do gmachu odpalasz fajkę, którą skręciłeś po drodze z restauracji. Masz ochotę na banana.

Albo bliskość jakiejś wody – niech będzie łagodna i kojąca. Kiedyś byłeś bardzo wrażliwym chłopcem, czytałeś dużo wierszy. Jeden z nich wieńczyła puenta, która zapadła ci w pamięć: „morze zawsze kończy się szczęśliwie”.

$ Open desk powoli pustoszeje. W zasadzie też mógłbyś już zawinąć na chatę, ale ze względów płacowych powinieneś wysiedzieć do pełnej godziny, czyli jeszcze jakieś dwadzieścia minut.

$ Kolega z promocji – znasz go jeszcze z poprzedniego miasta, mieszkałeś w nim siedem lat – podsuwa ci propozycję napisania recenzji z książki, którą właśnie się zajmuje. To absolutnie nijaka dystopia o upadku współczesnego imperium. Możesz napisać, ale jeśli uwzględni twój tekst w budżecie. Czyli: bierzesz okazyjne zlecenia, robisz interesy.

Albo dorabiasz na boku. Czujesz się zmęczony, chciałbyś już wyjść. Foliopaki farbują opuszki twoich palców na czarno. Będziesz musiał długo i dokładnie myć ręce. Runą wszystkie imperia, umrze cesarz, umrze król, książęta wyzioną ducha: historia nie oszczędzi członków nobilitowanych rodzin, choćby byli najbardziej różowi, najbardziej kędzierzawi, najbardziej cherubinkowi.

Gdzie widzisz siebie za pięć lat? Na czele masy, wielkiej i rozwścieczonej.

 

Ćwiczenia z rezygnacji

To cykl felietonów Krzysztofa Sztafy prowadzonych dotychczas na łamach Biura Literackiego, dziś wznowiony na łamach "Małego Formatu".

Krzysztof Sztafa
ur. 1991, publicysta, krytyk literacki, prozaik. Mieszka w Warszawie.
POPRZEDNI

recenzja  

Czytanie non-fiction (4): Robotnica walczy o chleb

— Paulina Małochleb

NASTĘPNY

varia wiersz  

Dyndające mięsiwka

— Patryk Kosenda