Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Ćwiczenia z rezygnacji

To autorski cykl postfelietonów Krzysztofa Sztafy prowadzony na łamach "Małego Formatu". Kliknij, by zobaczyć jego pozostałe odcinki.

33.

Wszystko jest celowością. Filety śledziowe w sosie pomidorowym, bułka czeska, a w zasadzie połowa, masło, a w zasadzie margaryna. Smarowidło. W czarnym kubeczku czerwony rooibos.

Mam dobre wieści. Otóż jest dla nas nadzieja, „mała i niedorzeczna”.

Posmarujmy sobie: drobniutka, najdrobniejsza (jak wiadomo, „nic nie jest wielkie i rewolucyjne oprócz tego, co mniejsze”). I dalej: już na samym początku sproblematyzujmy oczywiste – jak czujecie się na wylocie wakacji? Poznaliście kogoś, zakochaliście się, zostaliście odrzuceni? Komu na wspomnienie mijającego ciepełka chce się płakusiać, a komu na myśl o nadchodzącej pizgawicy kołacze serduszko? Czyli: przytulna łezka melancholii czy trwożliwy grymas obawy?

Ta dystynkcja układa się w przewrotną dyscyplinę. A może macie klasycznie wyjebane? O, kozaki mają tak właśnie. Należałoby pewnie coś, prawda, zmienić, jakoś się akuratnie i przytulnie ogarnąć (albo rozkruszyć). Teraz wszystko będzie powoli dogasać; mniej porywów i mniej dramatów, już żadnego głupiego wychodzenia w głupie kluby (głupia Dragana, głupia Barka, najgłupszy na świecie Pogłos) i zamiast tego jedzenie, tak, przepyszne jedzonko, na telefon albo apkę, (1) z dostawą, (2) z przystawkami, (3) z dużą ilością sosu. A potem słodkie przekąski pod kołderką, (1) wuzetka, (2) banany w karmelu (istnieje coś takiego, prawda?), (3) crème brûlée. Och, crème brûlée! Okruszki na materacu. Wyobraźcie sobie te wszystkie cudowne, powolne popołudnia: „Czy istnieje lepsza racja pisania, niż wstyd z powodu bycia człowiekiem?”. Pod żadnym pozorem nie dajcie sobie wmówić, że zmulanie to taka przegrywkowa dyscyplina dla wątpliwych zawodników, sam (niewątpliwie jako zawodnik) lubię się wyłączyć i do nikogo nie odzywać, po prostu leżeć, patrzeć, jak dnieje czy tam zmierzcha. Żwawymi myślami ciąć powietrze jak tort. Tak jest najlepiej na świecie.

Teraz wszystko będzie powoli dogasać; mniej porywów i mniej dramatów, żadnego głupiego wychodzenia w głupie kluby (głupia Dragana, głupia Barka, najgłupszy na świecie Pogłos)

Niestety, świat – wciąż ten sam – stawia nam opór. Zatem: czy wróciliście do szkoły? Pełni energii zasiedliście w boksie na trzynastym piętrze szklanego wieżowca? A może wzięliście się za pisanie ministerialnych styp?

Przeurocza mantra. Spoko, ten hajs pewnie i tak trafi do jakiegoś smętnego, niepodległościowego wafla z białym orzełkiem; na jednym skrzydle tradycja, na drugim nowoczesność. Miks „tradycji z nowoczesnością” to najgorsza rzecz, jaka się może człowiekowi przytrafić. Tego nie przebiją wasze projekty o niesygnifikacyjnej teorii badawczej, o tym, jak praktykować (albo chociaż pomyśleć, hehe) opór wobec globalnego imperium. A jednak – wierzę w to całym serduszkiem – jest dla nas nadzieja, mała i niedorzeczna, taka właśnie. Trochę polecę. Wieczorami urządzałem sobie melancholijne przechadzki wzdłuż Starego Mokotowa i wówczas – podczas tych wypraw – czułem, że żyję. Zaglądałem do parków, przysiadałem na ławkach, a na nich, opatulony płaszczem, odpalałem letnie taterki. Albo, dajmy na to, sok z brzozy. Koiła mnie muzyczka, miałem czas i nadzieję, małą, niedorzeczną: taką właśnie.

Pytałem: co wybrać? I myślałem: czy kiedy stawiam, prawda, pytania, to robię to naprzeciw siebie w parku przy taterce, czy może naprzeciw coraz zimniejszego świata, wobec którego – nolens volens – pozostaję w relacji wymuszonego partnerstwa? Co zatem wybrać i jak iść przez jesień – w asyście nieskazitelnej wizji (epifania) czy może zdystansowanego oglądu (teoria)?

Wiadomo, że to drugie, ale też trochę z przestrzałami na to pierwsze. Gdybym miał kiedyś wydać zbiór felietonów (teoria), nazwałbym go „Jak zniszczyć kapitalizm”. I polecałbym w nich – w tych felietonach – żeby wszyscy byli dla wszystkich mili (epifania). Właśnie tego nam będzie trzeba.

34.

Przez całe lato w ciasnym magazynku bez okien pakowałem książki (przez całe życie naprawiałem pralki), normalnie. I pamiętam armadę tych samych dni, przykładowo była niedziela; dochodziła północ; śmierdziałem. Na myśl o nadchodzącym poniedziałku chciałem wysłać do siebie SMS-a o treści „pomagam”. Wracałem z biura, byłem zmęczony, chciałem odpocząć. Do kolacji – mrożona pizza typu Eccellente prosciutto w prestiżowym, czarnym opakowaniu – popijałem białe wino. Było akurat w promocji (wino). Posiłek (pizza) spożywałem na łóżku, przed laptopem, z nóżkami wyciągniętymi wzdłuż panterkowej pościeli – oglądałem wiadomości. Najstraszniejsze dopiero miały nadejść, jutro, czyli w momencie kiedy raz jeszcze podbijałem kartę w zakładzie nowotworu. Ktoś do mnie napisał, ale postanowiłem odłożyć komunikację na potem. Wieczór był pogodny, po betonowych ścieżkach wałęsały się nocne zwierzątka. Tupot ich małych nóżek wprowadzał mnie w senny kontenans (przypomniał mi się Cichy z jego klasistowską rzeką, której mamy pozwolić płynąć). Już nic miało się nie wydarzyć i czułem się z tym względnie dobrze. Paliłem na balkonie i spałem na golasa, przy otwartym oknie.

Śniłem sobie o relacjach ciepłych i życzliwych, takich, które otwierają serduszka, a głowę napełniają dopaminkowym wulkanem. To właśnie takie niszczą kapitalizm i zmiętych tim liderów w oczekiwaniu na awans u jebanego diabła. Następnego dnia wszystko było kojąco czynne, czułem się uprzywilejowany. Po godzinach zwiedzałem też obrzeża trującego miasta: nasypy, obwodnice w budowie, stacje paliw – byłem pośród kojąco czynnego. Bryłowate centra handlowe ze stalowymi wspornikami, z metalową kładką nad kanałem, który w punkcie dojścia miał uchodzić do wielkiej rzeki i taki już zostać. Drogi szybkiego ruchu, wszystko. Na betonowe elewacje padało blade światło, miałem kaca i było mi dobrze. Wierzyłem żarliwie i głęboko, przeskakiwałem ponad liniami wysokiego napięcia:

 

a ze mną fale w postaci dźwięków (~ ~ ~), a ze mną brzęk urządzeń, rytm silników. Och, czar wspomnień ze swojego „nigdzie”, słodycz powrotów do tego, co znane. Wszystko to już na jesień, raz jeszcze, na ripicie, w pętli, do porzygu. Najważniejsze, że cieszymy się niezłym zdrowiem.

Śniłem sobie o relacjach ciepłych i życzliwych, takich, które otwierają serduszka, a głowę napełniają dopaminkowym wulkanem

35.

Czy – tak jak ja – macie się nieźle? W ramach mniejszościowej jesieni pozwolę sobie jeszcze raz sobie na odlot, wybaczcie, taką mam ochotę:

Kiedy indziej spałem bardzo źle, miałem odwłok i obowiązek, byłem smutny. Pokład nagrzewał się od atmosfery, asystent w kokpicie zemdlał, systemy bezpieczeństwa zostały zerwane: zostały zerwane pomosty między sektorami, groziła nam dekompresja, utrata kontroli, bałem się, byłem smutny, miałem obowiązek i odwłok. Liczyłem na pomoc w ustaleniu awaryjnego kursu, na nagłe załamanie w przestrzeni: jeśli chcesz dotrzeć z punktu A do punktu B, możesz zagiąć przestrzeń pomiędzy nimi w taki sposób, aby je do siebie zbliżyć. Bardzo chcieliśmy dotrzeć do punktu B z punktu A, lecz w przestrzeni pomiędzy nimi natknęliśmy się na obcy statek i przeraziła nas jego załoga. Nie mogliśmy znaleźć otwartej częstotliwości. Chcieli naszego ładunku. Tak przynajmniej myśleliśmy.

*

To teraz wyobraź sobie potyczkę dwóch niszczycieli pomiędzy punktem A i punktem B. Potyczka ma miejsce w geometrycznej połowie pomiędzy punktami i później, już w imperialnym archiwum, zostanie oznaczona jako współrzędna z końcówką 1a/1b/X60. Wszelkie systemy gwiezdne są odległe i wokół nie znajduje się żadne stałe skupisko energii. Niszczyciel N(1) ma strategiczną przewagę nad niszczycielem N(2): dzięki dwóm dodatkowym turbinom plazmowym jest zwrotniejszy, co pozwala mu na skuteczne manewry. Atut ten może wykorzystać przykładowo w taki sposób, żeby namierzyć generatory pola siłowego N(2). N(2) natomiast ma przewagę zbrojeniową: dysponuje czterema pociskami jonowymi, które są w stanie sparaliżować przynajmniej część wewnętrznych układów N(1), chociażby ten obronny. Gdyby udało się doprowadzić do awarii jednego z kluczowych układów, N(1) mógłby zostać zmuszony do wykonania skoku nadprzestrzennego i awaryjnej zmiany kursu. Słowem, jego misja byłaby zagrożona. Możliwości jest wiele.

*

Na mostkach trwają gorączkowe obrady oficerów. System generuje możliwe scenariusze i na przezroczystym interfejsie wyświetla trójwymiarowe wykresy. Ilość danych przeraża dowództwo. Przede wszystkim: załogi obydwu statków wolałyby uniknąć otwartej konfrontacji. Utrudnione połączenia z najbliższymi sektorami, w których znajdują się placówki centrali, zmuszają do samodzielnego przejęcia inicjatywy. Załogi stają się instancjami decyzyjnymi.

*

Załoga N(1) nie zdaje sobie sprawy, że sondy mediujące sygnały do placówek uległy poważnej awarii w wyniku nieprzewidzianego promieniowania elektromagnetycznego z pobliskiego układu AXN3018. Wie o tym część dowódcza N(2), więc podzespół odpowiedzialny za komunikację przechodzi na tryb długofalowy, który pozwala na operacyjną łączność z centralą. N(1) nie dysponuje taką technologią. Wkrótce okazuje się jednak, że połączenie na tej częstotliwości umożliwia jedynie komunikację unilateralną na linii N(2) – Centrala. Sygnały wychodzą, ale nic z pustki kosmosu już nie wraca.

Pytanie brzmi: kto ma rzeczywistą przewagę?

36.

 

Te i inne, jest ich sporo. Wybieracie się na Unsound? Najlepszy z jesiennych prześwitów. I okazja, żeby wrócić do Krakowa, zbić piątkę z bratem. Kim bym był, gdyby nie Unsound (PS pewnie tym samym randomowym typem). Zawsze było tak, że jakoś tam wyznaczał koniec sezonu; był ostatnim porywem wakacji, szalonym, wariackim; po nim już głównie dygotki albo faza na smutne gitarki. Na liście moich ostatnich zajawek (PS nie znam się) kolejno Eartheater (miks harfy, wokalu i elektroniki robi „naprawdę dobrze”), Gábor Lázár (wiadomo, cała ekipa kryzysu reprezentacji na klasycznym propsie), Amnesia Scanner (z oczekiwaniem na „specjalny występ”), Rozzma (podoba mi się formuła „poszukiwania arabfuturyzmu”), Sophie (liczę na szalony parkiecik), Object Blue (za klubowe „hehe dekonstrukcje”), We will fail (insajderski sentyment z setów w fabryce tytoniu sprzed dwóch lat), Sarah Davachi (w ramach darmowego morning glory), julek ploski (bardzo zdolny chłopak, kibicuję). I jeszcze kilka innych (swoją drogą, czy wystąpią Jung an Tagen?), ale na tych innych nie mam biletów, więc po co sobie bździć, że wbiję, raczej nie wbiję, tego wieczora zostanę w mieszkaniu brata i będę z nim zbijał taktyczne piątki. Albo pójdę na vegab. Do Krakowa fajnie jest przyjechać na Unsound albo właśnie do Vegabu – to taki lokal na Starowiślnej z wegańskim kebabem w legendarnym już sosie fistaszkowo-kokosowym. Ewentualnie spoko też pochodzić po Dębnikach czy Salwatorze ze stosownym podkładem w kielni. A tak w ogóle, jeśli warto robić cokolwiek – poza reprodukowaniem materialnych warunków własnej egzystencji – to właśnie muzyczkę.

 

Muzyczka zrobi nam najlepiej; na listopad spokojne gitarki grane przez smutnych białych chłopców i smutne białe dziewczyny. Widzimy się niedługo. Buziak!

Ćwiczenia z rezygnacji

To autorski cykl postfelietonów Krzysztofa Sztafy prowadzony na łamach "Małego Formatu". Kliknij, by zobaczyć jego pozostałe odcinki.

Krzysztof Sztafa
– ur. 1991, krytyk literacki, publicysta, prozaik. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN w ramach projektu „Humanistyka cyfrowa”. Publikuje w prasie i internecie. Stały współpracownik „Małego Formatu”. Mieszka w Warszawie
Andrzej Frączysty
redakcja
Małgorzata Tarnowska
korekta
POPRZEDNI

szkic  

Opowiedzieć historię za pomocą liter

— Agata Szydłowska