Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

1. Dawno nie uzupełniałem tej rubryczki; zdawać by się mogło, że cykl umarł śmiercią naturalną wraz z autorem, że nie będzie już kolejnych odwiertów, bo cóż po odwiertach w czasie marnym, a tu proszę – wciąż nadaję! „Żyję sobie. Sezon jest martwy”, otwierał jeden ze swoich wierszy Tadeusz Pióro, przypuszczając brawurowy atak na puentę („żyję sobie / po staremu”). Ostatnie zapiski w tym cyklu pochodzą z maja 2018, a więc z miesiąca „oblężonej bani”, w którym miała nas we władaniu biologija i salwowaliśmy się już jedynie elegijnymi odcinkami „Ćwiczeń z rezygnacji”. Można zatem powiedzieć, że nie wyszedłem poza maj, maj wchłonął mnie doszczętnie i wprawił w maligniczny sen, z którego budzę się dopiero teraz, gdy na dworze jest listopad i wtorek.

„Na dworze był wtorek”, tak brzmiało pierwsze zdanie powieści Davida Schuberta (jedyne, które się zachowało po tym, jak pisarz w szale zniszczył rękopis). Tak chyba trzeba się wytłumaczyć: nie pisałem, bo na dworze był wtorek. Wtorek ciągnie się w tym roku wyjątkowo długo: od maja do listopada. To żaden dzień świstaka, to tylko zacięty kalendarz. Czas płynie przecież normalnie: koledzy układają sobie życie, oddają kolejne rozdziały doktoratów, chodzą na staże, dryfują. Wybory znów wygrywają kandydaci o poglądach skrajnie prawicowych lub umiarkowanie progresywnych. Świat huczy od barw. Zmieniają się pory roku, nie zmieniają się tylko dni tygodnia. Jest wtorek. Gdy piszę te słowa w przypominającej schron atomowy czytelni Biblioteki Narodowej – jest wtorek. Co więcej, jestem przekonany, że jutro też będzie wtorek. Wtorek zaskoczył drogowców – drogowcy nie wychodzą z osłupienia.

Świat huczy od barw. Zmieniają się pory roku, nie zmieniają się tylko dni tygodnia. Jest wtorek

 

2.

Czy coś się zmieniło? Czy coś się wydarzyło?

Zmieniła się na przykład Biblioteka Narodowa. Nie ma żartów: doszło do przetasowań, o jakich nie śnił nawet wąsaty heideggerysta-felietonista, który siedzi teraz obok mnie i którego nerwowe sapnięcia, jak słyszę, znacznie się nasiliły. Należałoby odtworzyć chronologię tego, co tu zaszło, bo media uporczywie milczą i nie przyjechał na Pola Mokotowskie żaden reporter TVN24, nie wspominając o kanałach rządowych. O zmianach w BN-ce z kronikarskim poświęceniem donosił chyba jedynie Paweł Dunin-Wąsowicz na swoim Facebooku, ale potrzebne są tutaj istotne uzupełnienia – moja pamięć tej rewolucji jest inna.

Przez korytarze Narodowej przeszła ostatniej wiosny plotka o planowanym remoncie. Zdruzgotani byli pracownicy i czytelnicy; nikt właściwie nie wiedział, jaka dokładnie apokalipsa ma nadejść. Później, na stołówce, gdzieś pomiędzy jarzynową a buraczkami, usłyszałem o instalacji tajemniczego barbecue na modernistycznym dachu biblioteki. „No tak, mają tam zrobić stanowisko do grilla!”, tłumaczył mi na papierosie Bartek Matyja, a ja oburzony dopytywałem o szczegóły. Szczegółów do dzisiaj nie znamy, wszystko odbywa się za zamkniętymi drzwiami, w gabinetach jakiejś widmowej bibliotecznej generalicji, ale pierwsze zmiany już weszły w życie. Czytelnię ogólną wypchnięto do sali konferencyjnej w bocznym skrzydle gmachu i ograniczono do stu niepewnych stanowisk. Siedzimy teraz ściśnięci jak szproty, nie możemy wypożyczać więcej niż pięciu egzemplarzy, a w godzinach szczytu czeka się na numerek nawet czterdzieści minut (!).

Na rewolucji najbardziej ucierpiała niewąska subkultura świrów bibliotecznych, którzy za starego reżymu skwapliwie korzystali z darmowego internetu i godzinami mogli oglądać „Magdę M.” albo grać w zręcznościowe gry online. Na czas remontu kilka dyżurnych pecetów wciśnięto w kącik tak lichy, że aż głupio się tam instalować. Świrusy łypią zza winkla, ale wstyd im usiąść.

Co zatem robić? Co począć wobec inercyjnej aury listopadowego wtorku? Trzeba z uporem godnym lepszej sprawy wykonywać te same, rutynowe czynności. Trzeba dostosować się do nowych porządków, zdać okrycie wierzchnie, poczekać na numerek, odebrać swoje pięć egzemplarzy i usiąść w skurczonej czytelni ogólnej. Trzeba schronić się w kącie czytelni i czytać Amerykanów na zmianę z „Manifestem komunistycznym”. Nadrabiać zaległości. Nie chcę obudzić się z ręką w nocniku i zorientować się, że nie odrobiłem lekcji Amerykanów, że nie przeczytałem kluczowych esejów Marjorie Perloff, najważniejszych tomów Ashbery’ego, że nie zrozumiałem jukstapozycji Wallace’a Stevensa. Nie załapać się na Amerykę to jak zgubić bilet do wesołego miasteczka albo Museum of Modern Art. A nie przeczytać dokładnie „Manifestu” to jak zapomnieć kluczy do mieszkania i nocować na wycieraczce.

 

3.

A może? A może bicikiem, pod który dane nam będzie tego sezonu pląsać, okażą się gęste montaże Debory Vogel?

Sceneria pory roku odpowiada teraz zupełnie doskonałości monotonnych spraw. (Dwa razy w roku powtarza się ta szarość ulic i nieba: w połowie listopada, jak teraz właśnie, i gdzieś z końcem kwietnia lub początkiem maja, kiedy pierwszy pył pokazuje się na asfaltach.

Ano właśnie. Wreszcie ktoś uzmysłowił mi, na czym polega fenomen tego wiosenno-jesiennego limbo, w którym wyłącza się lato poza nawias, w którym spędza się dni na pieszych wędrówkach po mieście, na bacznej obserwacji krawężników i – w myśl poręcznej formuły Rafała Księżyka – na szok odpowiada się szykiem. To także polecam: chadzajmy, szlajajmy się, zadepczmy listopad! Ja w każdym razie nic innego nie robię. Kilka lat temu przyjechałem z miasteczka do miasta kolejką WKD i od tego czasu krążę, wydeptuję te szlaki, które z czymś mi się kojarzą. Z Centralnego do metra centrum, potem przez pasaż Wiecha na nieuchronną Chmielną.

Kilka lat temu przyjechałem z miasteczka do miasta kolejką WKD i od tego czasu krążę, wydeptuję te szlaki, które z czymś mi się kojarzą

Oto kolejna z nowostek: znów sprzedaję książki na Chmielnej, co oznacza jeszcze jeden powrót do szkicowania niemożliwego eseju pt. „Chmielna albo rozpad świata”. Chmielna szczodrze obdarza historiami. Któż tedy bije w dzwony rzymskie? Duch Chmielnej. Zdarzenia i postaci, które wytrzymać może tylko deptak.

Przychodzę na stragan rano. Pierwszy klient: Kamil Sipowicz, w nieodłącznym kapelusiku, wybiera sobie album z fotografiami Romana Reinfussa, odpala przy mnie tłustego gibona i pyta:

– Czy należy pan do stronnictwa kapeluszników?
– Tak, ale dzisiaj akurat zapomniałem założyć.
– Nie zapłacił pan składek ze zeszły rok. Mam nadzieję, że nie spotkamy się na marszu tzw.„czarnych pedałów” 11 listopada?
– Chyba nie.

Kapelusznik chichocze, zaciąga się, kaszle i odchodzi w pustą uliczkę. Jest wtorek i nic się z tym nie da zrobić.

 

4.

Nie spotkaliśmy się z szalonym kapelusznikiem 11 listopada – nie gilgotaliśmy włoskich neofaszystów, nie gorszyliśmy mieszczan, byliśmy doskonale bierni. W dniu narodowych bachanaliów kotka polskiego (wybitnie polskiego) poety wdrapywała się na wersalkę i z niepokojem spoglądała w okno, za którym wybuchały sztuczne ognie. „Irina, to tylko wojna” – mówił poeta polski uspokajająco. Miasto było pełne mgły i prochu.

Faszyzm przeszedł, przyszedł dzień kolejny, dzień wolny, i znów oddaliśmy się rozmowom o handlu. Czy sklepy są czynne? Small talk polski zawsze mnie interesował, od niedawna odnotowuję jego nową odmianę: „Przepraszam bardzo, czy niedziela jest handlowa?”.

 

5.

Wcześnie robi się ciemno. Wysiadam z kolejki na Dworcu Centralnym i długo błądzę po mieście. Po omacku, przedzierając się przez mroki Śródmieścia, dochodzę na Ursynów. Przez szybę lokalu widzę niewyraźnie zarys sylwetki redaktora państwowego wydawnictwa. Czy to on? Czarna grzywa, stosy papierów pokrytych nieczytelnym hieroglifem, mętny porter w kuflu. Znudzonym wzrokiem patrzy w słup. Wchodzę do środka.

– Czy to ty, Orle?
– A co dzisiaj mamy?
– Wtorek.
– Tak, to ja, siadaj.

A jednak.

Portret Jakuba Nowackiego autorstwa Natalii Przybysz

Perły z odwiertu

To cykl niewcześnie dziaderskich felietonów Jakuba Nowackiego prowadzony na łamach „Małego Formatu"

Jakub Nowacki
ur. 1994, student Wydziału Polonistyki UW. Publikował m.in. w „Twórczości", „Tygodniku Powszechnym" i „Ha!arcie". Mieszka w Pruszkowie. W „Małym Formacie" pisze i redaguje.
korekta Małgorzata Tarnowska
Portret Jakuba Nowackiego autorstwa Natalii Przybysz

Perły z odwiertu

To cykl niewcześnie dziaderskich felietonów Jakuba Nowackiego prowadzony na łamach „Małego Formatu"

POPRZEDNI

varia felieton  

Ćwiczenia z rezygnacji (14)

— Krzysztof Sztafa