Ładowanie strony

Anna Zawadzka

„Gorycz”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, 216 stron.

Wybaczcie, mam przed sobą temat tak beznadziejnie suchy, że już na samym początku ucieknę w dygresję. Z wydanym niedawno przez Wydawnictwo Czarne dziełem Anny Zawadzkiej pt. „Gorycz” – właściwym, głównym bohaterem niniejszego tekstu – tylko pozornie ma ona niewiele wspólnego. Zostańcie ze mną – zapewniam, wszystko kończy się tęczą i uśmiechem dziecka.

Otóż pewnie mało kto wie, ale ledwie kilka tygodni temu poznaliśmy zwycięzców Konkursu Na Najgorszą Książkę Roku im. Timothy’ego Dextera. To pierwszy tego typu laur w naszym kraju – oby z edycji na edycję rósł w niezdrowiu na kształt rachitycznego drzewka oliwnego. Organizatorem wydarzenia była oficyna Dar Dobryszyc, ja natomiast miałem niekłamaną przyjemność zasiadać w kapitule.

Hasłem wywoławczym pierwszej edycji Konkursu na Najgorszą Książkę był awans społeczny. Udział w przyjacielskich zawodach mógł wziąć każdy, bez względu na wiek, pochodzenie czy dorobek artystyczny. Wystarczyło tylko trzymać się tematu i dobić do wskazanej w regulaminie minimalnej długości tekstu. O idei stojącej za tym przedsięwzięciem – niby to żartobliwym, ale przecież jak najbardziej poważnym – miałem okazję napisać w posłowiu do dwóch nagrodzonych dzieł, przedrukowanym zresztą w „Małym Formacie”. Nie będę więc dublował tutaj swoich uwag. Pozwolę sobie za to wspomnieć, że wydarzenie okazało się świetnym pretekstem do rozważań nad tym, czym jest bądź może być „złe pisanie” – przynajmniej punktowo, w odniesieniu do określonej literackiej koniunktury. A nikt nie zaprzeczy, że tę ostatnią wciąż wyznaczają właśnie różne wariacje na temat klasowego wychodźstwa.

Po co o tym mówię i do czego zmierzam? Proszę o jeszcze chwilę cierpliwości, zaraz wszystko będzie jasne. Otóż po przyznaniu feralnej nagrody odczułem pewien niedosyt. Chociaż zwycięskie książki dostarczyły nam wdzięcznego materiału do refleksji nad istotą złego pisania, nie dało się zignorować faktu, że zostały one przez autorów – rozpoznawalnych w literackim niezalu – starannie wykoncypowane. Ich „najgorszość” nie miała charakteru spontanicznego. Wręcz przeciwnie. Nagrodzeni z premedytacją wstrzelili się w różne wyświechtane konwencje opowiadania i wyjaskrawili je, by wskazać na coraz bardziej uderzającą nieświeżość panującej koniunktury. Słowem, ich pisanie było najgorsze, bo jako najgorsze zostało pomyślane. Od początku miało bawić, żerować na żenujących, stereotypowych reprezentacjach awansu społecznego i podczas lektury wywoływać u czytelnika ciarki krindżu. Wywoływało je.

Przynajmniej u mnie i koleżanek z jury. Inaczej natomiast rzecz ma się z książką Anny Zawadzkiej pt. „Gorycz”. A dokładniej: rzecz z nią ma się naraz nieco inaczej i trochę podobnie. Co zatem – oprócz tematyki niesprawiedliwości losu i prekarnego znoju – łączy nagrodzone w niszowym konkursie dziełka z wydaną w prestiżowym wydawnictwie „Goryczą”? Można powiedzieć dyplomatycznie: jakość wykonanej roboty. Co je natomiast dzieli? Intencje. O ile zwycięzcy naszego konkursu napisali powiastki na tyle odtwórcze i toporne, że aż okazały się one przewrotnie ciekawe – bo wskazywały celnie m.in. na skostnienie polskiej poetyki awansu klasowego – o tyle autorka „Goryczy” napisała rzecz, która w założeniu szokować ma bezkompromisową jazdą po bandzie i olśniewać celnością stawianych diagnoz, a ostatecznie drażni, konsternuje i odpycha. I robi to w takim stopniu, że aż ciężko traktować ją poważnie. Żałuję, że pozycja ta nie została nadesłana do naszego konkursu – z pewnością byłoby o czym dyskutować. Uważam otóż, iż „Gorycz” w sposób wręcz podręcznikowy ucieleśnia to, w jaki sposób o klasowym wychodźstwie pisać raczej nie należy, a już z pewnością nie wypada. I tu zaczynają się schody.

«Gorycz» wręcz podręcznikowo ucieleśnia to, w jaki sposób o klasowym wychodźstwie pisać raczej nie należy

Autobiografia hagiograficzna

Trochę mi nieswojo z wypominaniem, że cokolwiek komukolwiek wypada, ale cóż, lada chwila rozwinę swoje uwagi i być może szczęśliwie wykaraskam się z tego zalecenia. To nie jest tak, że do lektury „Goryczy” zasiadałem z jakimiś uprzedzeniami. Było na odwrót. Wiele sobie po tej książce obiecywałem i niecierpliwie czekałem na jej premierę. Nie kojarzyłem autorki – spodziewałem się trzeźwego, charakternego głosu. Szczególnie, że w oficjalnej zapowiedzi wydawca odklepał postępowe bingo – sumiennie wspomniał o wszystkim, co zaprojektowana czytelniczka chciałaby usłyszeć. Obiecał zatem, że „Gorycz” odczaruje pracę fizyczną, opowie o prekarnym losie skazanych na emigrację zarobkową, pojedzie po odklejonej polskiej inteligencji, przebije środowiskowe bańki, rozbroi egoizm beneficjentów transformacji, pokaże klasowy pazur – i w ogóle w imię prospołecznych wartości rozliczy się z patologiami Trzeciej Republiki w taki sposób, w jaki jeszcze nikt się z owymi patologiami nie rozliczał. Wszystko zatem powinno się zgadzać. Nie bez powodów wspominam tutaj o czytelniku „zaprojektowanym” – książka Zawadzkiej ma ich nawet dwóch. Dla budowania swoistej dramaturgii tego dziełka są oni bardziej niż znaczący – najprościej mówiąc pierwszy z nich to masowy inteligent z klasy kreatywnej, którego się gani, a drugi to wyimaginowany prosty człowiek, do którego się wzdycha. Wiadomo, w jakim kierunku idą sprawy. Tymczasem zastanówmy się przez chwilę, czym książka Zawadzkiej jest w istocie i jakie podejmuje zagadnienia.

Założenie wydaje się czytelne: „Gorycz” ma być jednym z tych niewielu dzieł, które wyjątkowo mocno wytrącają wykształconego mieszczucha z kontenansu, wyprowadzają go z równowagi, wyrywają z zadowolenia. Została ona zaprojektowana jako książka bezkompromisowa, charakterna, zaczepna, wyrazista, gdzie niczym w niegdysiejszych literackich „arcydziełach” Wojciecha Engelkinga „dostaje się wszystkim”. I w zasadzie taka właśnie jest – jednak w zupełnie innych miejscach niż było to zaplanowane. Można więc uznać, że część zapowiedzi wydawcy rzeczywiście znajduje swoje przedłużenie w treści książki. W „Goryczy” poznajemy historię „Pani Ani” – już nie tak młodej socjolożki, zmuszonej do kilkuletniej emigracji zarobkowej. Ciężka sytuacja życiowa bohaterki — po ośmioletniej pracy na stanowisku adiunkta w „państwowej instytucji badawczej” (!) niebędącej w stanie utrzymać się dłużej na powierzchni w Warszawie – pcha ją „na Zachód”. Czyli akurat do modnego Berlina, gdzie znajduje zatrudnienie jako pomocnica ogrodnika. Powiedzenie, że na miejscu jest nieszczególnie wesoło wydaje się cokolwiek eufemistyczne. Szybko orientujemy się, że bohaterka trafiła do piekła — na miejscu inteligentka zza wschodniej granicy zostaje błyskawicznie zdeklasowana jako „fizyczna”, przez co na nowo uczy się prawdy o sobie, społeczeństwie i otaczającym ją świecie. A jest ona, ta prawda, cokolwiek gorzka. Towarzyszymy zatem w „Goryczy” narratorce, która bezwiednie przesypuje się między dzielnicami coraz bardziej wrogiego miasta, kolejnymi wycieńczającymi pracami na zimnie i ropiejącymi bieda-pokoikami z Wohngemeinschaft. Jej codzienność wyznacza ciężka fizyczna tyra w towarzystwie wrogo nastawionych, pogardliwych Niemców, poczucie absolutnej alienacji, bieda, nieustanny lęk przed utratą gruntu, a także kolejne paroksyzmy rozpaczy, które przeplatają się z coraz bardziej bezsilną wściekłością na to, że jest jak jest. Ta cokolwiek toksyczna mieszanka stanowi punkt wyjścia dla osobistych wyznań i szerszych rozważań. Dotyczą one tak indywidualnej pozycji Pani Ani, jak całej niemieckiej – w domyśle „zachodniej” – struktury społecznej, reprodukującej się i jednocześnie odkształcanej kosztem niewidocznej, nisko płatnej pracy migrantów z całego świata. Migrantów takich jak pierwszoosobowa narratorka.

Książka Zawadzkiej to w warstwie narracyjnej dzieło trudne do jednoznacznej klasyfikacji. Stanowi ono rodzaj literackiego reportażu z elementami eseju, próbę autoetnografii, pamiętnik doznanych krzywd oraz – jak przyznaje sama bohaterka – świadectwo przemiany z „dobrej” imigrantki w imigrantkę „złą”. Jak się bowiem okazuje, epizod migracyjny kształtuje bohaterkę na nowo.

Emigracja to proces uczenia się wszystkiego od nowa. Tempo, w jakim się to odbywa, nie podlega negocjacjom. Dla mnie było ono mordercze. (…). Od nowa musisz także nauczyć się siebie. To jest jak rozpadanie się na cząsteczki i konstytuowanie siebie na nowo z cząsteczek innych niż te, z których było się zbudowaną wcześniej. (…). Starałam się tam odtworzyć dawną siebie. Straciłam na to mnóstwo energii. Frustrowałam się i wściekałam, że mi się nie udaje. Płakałam nad tym, jakbym płakała nad kimś, kogo nie mogę wskrzesić. Pewnie trzeba było sobie pozwolić na ten rozpad. Ledwo pamiętać swoje poprawnie wypowiadane imię. (48-49)

I gdzie indziej:

Na emigracji twoje zasoby przestają działać, a niepisane hierarchie, do których jesteś przyzwyczajona i z których bezrefleksyjnie czerpałaś dotąd swoje poczucie godności, ważności, atrakcyjności, odwracają się do góry nogami. (122)

Chociaż prawda poznana na berlińskiej ziemi jest gorzka, to jednak ostatecznie wyzwala. Pozwala narratorce przejrzeć całe zło zastanego świata i wyposaża ją w świetlistą zbroję parezjastki, w której rusza na tych wciąż tkwiących w urojeniach, bańkach i iluzjach. Czyli generalnie na wszystkich wokół – a szczególnie tych z jej „starego świata”.

Ludzie bez doświadczenia pracy fizycznej reagują niebywale naiwnie, bo prawdopodobnie myślą, że praca fizyczna to jak chodzenie na siłownię: zmęczysz się i spocisz, ale potem weźmiesz prysznic, przebierzesz się, zjesz coś i poczujesz się znakomicie. (…). A to jest praca. Nie możesz nie pójść, bo ją stracisz. (123)

To zatem z jednej strony opowieść o wyzbywaniu się bańkowych złudzeń i tożsamościowej przemianie, a z drugiej żarliwe oskarżenie wystosowane wobec porządku społecznego, który pierwszoosobową narratorkę do owej przemiany w „fizyczną” zmusił. Silnie intymistyczna narracja przeplata się w „Goryczy” z socjologicznymi rozważaniami oraz politycznymi komentarzami. Ten cokolwiek toporny model polityczności tekstu, polegający na „praktyce teoretycznej”, interwencyjnym zaangażowaniu, balansowaniu na granicy konwencji i zacieraniu różnic gatunkowych wypycha książkę Zawadzkiej na orbitę polskich opowieści o klasowym wychodźstwie. I to raczej tych z naszego konkursu niż innych. W pierwszej kolejności tak właśnie traktuję to dziełko, chociaż historia Pani Ani koncentruje się nie na jakimś społecznym awansie, a na procesie dotkliwej, nagłej deklasacji. Historia ta z uderzającym brakiem wyczucia bierze w nawias rzeczywistą pozycję głównej bohaterki i zostaje opowiedziana czytelnikowi w sposób nieznośnie ofiarniczo-cierpiętniczy.

Historia ta z uderzającym brakiem wyczucia bierze w nawias rzeczywistą pozycję głównej bohaterki

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że chociaż częściej wspominam tutaj o pierwszoosobowej „narratorce”, to nie ma żadnych wątpliwości, że autorka „Goryczy” pisze de se ipso. Autobiograficzny żywioł spełnia zresztą w książce Zawadzkiej strategiczną rolę. Wiadomo: pozwala dodatkowo uwiarygodnić opowiadaną historię – no bo zostaje ona literalnie „z życia wzięta”. Nie sposób przecież dyskutować z tym, że jest jak jest. Z drugiej strony podkręca siłę drobnych szantaży, z których książka została zbudowana – jak wiadomo, nie ma nic bardziej apodyktycznego niż dowody anegdotyczne. Z trzeciej natomiast umożliwia i usprawiedliwia nie do końca płynne przejścia między różnymi tonami i konwencjami narracyjnymi. Skoro bowiem z wnętrza własnego doświadczenia mówi do nas doktora socjologii, będąca jednocześnie robotnicą fizyczną na emigracji, nie powinniśmy jako czytelnicy mieć żalu, że w jednym akapicie wygłasza akademickie uwagi o kapitale społecznym, zdobywa się na ryzykowne parezje, sięga do przeciągniętych porównań i kreśli mroczne krajobrazy wewnętrzne. Nawet jeśli to nagromadzenie najczęściej daje cokolwiek karkołomny efekt.

Ta książka jest zapisem dźwięków, jaki wydaje płatek śniegu, gdy wjeżdża na niego walec. (13)

Piszę więc tę książkę trochę tak, jakbym w żółtej kamizelce rzucała kamieniami w witryny drogich sklepów: z bezsilności. Na jednej z tych witryn stoi poczucie ważności, z jakim obnoszą się ludzie ze świata akademii. Ci, co piszą „akademia” wielką literą. Ja też tak kiedyś pisałam. Ja też mam to przekonanie w sobie, jak jakieś złogi w jelitach. Ta książka ma być jak śliwki suszone, jak papieros plus kawa, jak „herbatka odchudzająca”, jak duże ilości błonnika. (14)

Czy jednak na pewno musimy bezkrytycznie zawierzyć głosowi narratorki i dać się grzecznie prowadzić za rękę dróżką jej wrażeń, przeżyć, doświadczeń? Byłaby to wycieczka nieszczególnie pouczająca. Myślę, że warto zedrzeć makijaż fetyszu i oderwać trochę „Gorycz” od tautologicznej poetyki doświadczenia.

Sama przeciw wszystkim

Co zatem wiemy o „Pani Ani”? Jednocześnie dużo i bardzo niewiele. Jednym z największych problemów „Goryczy” jest to, w jaki sposób narratorka ustawia swój głos i buduje własną pozycję. Najbardziej dobitnie robi to na samym początku swoich rozważań, w pierwszym rozdziale książki, będącym czymś w rodzaju przedmowy i samousprawiedliwienia, które ma oddalić część narzucających się uwag krytycznych. Tak też wykłada w tejże przedmowie swoje zamierzenia, opowiada o impulsach stojących za decyzją o wyjeździe do Niemiec, wyjaśnia jak traktować jej historię, punktuje, co dała jej emigracja i generalnie wspomina o jeszcze kilku innych istotnych dla niej sprawach. Słowem, czytelnik poznaje kto zacz. Dostaje przy tym konkretną instrukcję obsługi książki, gotowy skrypt, który może przyłożyć do dalszych perypetii – bo już po kilkudziesięciu stronach nie sposób nie zauważyć, że opisywane później przygody narratorki aż do samego końca tylko aktualizują i potwierdzają to, co wprost zostaje nazwane już w otwarciu. Seria tych autorskich stanowisk kładzie się na całej „Goryczy” bardzo niekorzystnym cieniem i już w punkcie wyjścia podważa wiarygodność narratorki. Obraz, jaki wyłania się z pierwszego rozdziału książki, nie pozostawia złudzeń: główna bohaterka to święta dryfująca na morzu wzgardy. Albo przynajmniej osoba niezłomna i nieugięta, która heroicznie trzymała się własnego etosu i to właśnie przez swoją bezkompromisowość została „zmiażdżona”. Uderzające jest w tym kontekście to, jak pieczołowicie i jednowymiarowo narratorka tematyzuje napięcie między „ja” i „światem”. O tym drugim pisze m.in., że „bierze mnie w posiadanie i miażdży” (11), że jest „skandalicznie niesprawiedliwy” (188) i pełen „wiecznego lęku, zmartwienia i przemęczenia” (14), że „rozjeżdża walcem” (185), że „zaskakuje swoją brutalnością” (209). Wrzucona w niego bohaterka w pewnym momencie wyznaje: „tak to odczuwałam: jakbym to nie ja się rozpadała, tylko świat mnie rozpadał” (49). Pielęgnowany podział na szlachetne wnętrze i zepsute zewnętrze wydaje się wyjątkowo toporny – i znajduje swoje przedłużenie w relacji narratorki z innymi osobami, do czego jeszcze wrócę. Tymczasem przyjrzyjmy się temu, w jaki sposób „Pani Ania” konstruuje swoją najogólniej pojętą tekstową podmiotowość.

Wyjściowo akcentuje to, co zgodnie z panującą koniunkturą powinna zawierać każda inteligencka opowieść o klasowym wychodźstwie: tożsamościowe rozdwojenie. Ma ono, rzecz jasna, dramatyczny charakter i głęboko egzystencjalny wymiar. Czytamy:

Przed wyjazdem żyłam w dwóch klasach naraz. W klasie, do której awansowałem i w której nigdy nie byłam u siebie, oraz w klasie, w której umiałabym się poruszać, gdyby nie fakt, że zrobiłam wszystko, by nie musieć w niej tkwić. (15)

Tylko dla jasności dopowiem, że klasa, do której narratorka awansowała – a w której nigdy nie czuje się komfortowo – to po prostu staroświecko rozumiana inteligencja związana z „Akademią”. W ujęciu Zawadzkiej ma ona charakter monolityczny: jest nieodmiennie syta, cyniczna, feudalna, zakłamana, seksistowska i kompletnie nieświadoma swoich przywilejów. Punktowy przekaz w „Goryczy” jest jasny: ci, którym udało się na akademii zostać, zawsze mają coś na sumieniu. Odnieśli sukces, bo byli albo usłużni, albo uprzywilejowani, albo wyrachowani, albo fałszywi i bezwzględni. Na boku zostawiam już kwestię stereotypowego i anachronicznego ujęcia tej formacji. Można operacyjnie założyć, że to arbitralne wyostrzenie służy autokreacji narratorki. Oczywiście, ona sama wywodzi się skądinąd i jednocześnie wstydzi się tego niegodnego pochodzenia:

Te kropki da się połączyć kategoriami kapitału i habitusu. Kapitału kulturowego nie posiadam tyle, ile potrzebę, by funkcjonować w towarzystwie polskiej inteligencji, a tym bardziej by zajmować w niej pozycję na bakier. Nie mam „właściwego” pochodzenia. Nikt na inteligenckich salonach nie zna moich rodziców. (…). Nie jestem z TYCH: urodzonych w rodzinach, w których karierę intelektualną i związany z nią szacunek społeczny traktuje się jak oczywistość niewymagającą żadnej refleksji. (17)

W kolejnych zdaniach autorka – nota bene urodzona w Warszawie absolwentka prestiżowego stołecznego liceum – dodaje, że nie posiada także żadnego kapitału ekonomicznego. W każdym razie rzecz o rzekomych deficytach kapitału kulturowego robi się lekko niezręczna, jeśli wziąć pod uwagę, że słowa te wypowiada osoba, która w biogramie z tylnej okładki przedstawiona została jako m.in. socjolożka, kulturoznawczyni, autorka dwóch rozpraw naukowych, profesorka w Polskiej Akademii Nauk i członkini kilku poważnie brzmiących zespołów badawczych. W starciu z materią i tonem książki tego typu symboliczna figuracja autorki nabiera nieco schizofrenicznego sznytu.

Sprawie już z pewnością nie pomaga fakt, że narratorka nie wspomina w książce ani razu, że równolegle do tej swojej morderczej fizycznej pracy pozostawała zatrudniona na polskiej uczelni – i tak naprawdę nigdy się z nią nie pożegnała. Mimochodem czyni kilka niejasnych aluzji dotyczących jej niełatwych relacji ze światem akademickim, jednak robi to w taki sposób, że czytelnik odbiera je jako niezwykle żarliwą krytykę feudalno-klientelistycznego klimatu panującego w tym środowisku. Chociaż pobierana pensja jest żenująco niska, sam fakt zawartego stosunku pracy zapewnia jej bezcenne w warunkach emigracyjnej harówki ubezpieczenie zdrowotne – i przy okazji zupełnie kompromituje budowaną w „Goryczy” graniczną perspektywę migrantki z Drugiego Świata. Kwestię tę autorka musiała dopowiedzieć dopiero w wyjątkowo mdłym wywiadzie, jaki po premierze książki udzieliła Gazecie Wyborczej. Przyznała w nim, że w porównaniu do innych migrantów pracujących fizycznie miała „cały zestaw przywilejów”. Wyznała też, że pracę akademicką wykonywała „po pracy w ogrodach”. Trudno w świetle tego zdecydowanie spóźnionego sprostowania przejść do porządku nad deklaracjami o absolutnym braku nadziei i raportami z sytuacji bez wyjścia, w jakiej Zawadzka miała tkwić na emigracji:

Nie możesz raz nie wstać, raz porobić coś innego, bo codziennie i bez wyjątku rządzą tobą twój szef i twój strach. Strach, że jeśli szef wyrzuci cię z pracy, czeka cię nie utrata tożsamości, lecz utrata zniżkowej karty do Lidla, a potem dachu nad głową. Było dokładnie tak, jak opisują to w mądrych książkach: rozpoznałam swoje przywileje w momencie, kiedy je straciłam. I równocześnie zaczęło mnie okrutnie drażnić, że moi znajomi z poprzedniego życia nadal ich nie rozpoznają. (118)

Tego typu wtrąceń znajdziemy w książce na tuziny. Kuriozalna asekuracja z wywiadu jest poza tym o tyle niespójna, że na kartach samej „Goryczy” bohaterka nieustannie podkreśla, jak to po powrocie do domu zawsze czuje się absolutnie wyczerpana, bezsilna i ogólnie znajduje się na granicy załamania nerwowego. Już w omawianej przedmowie znajdujemy taki oto zapis:

Po pracy fizycznej byłam zbyt zmęczona, by robić cokolwiek innego poza oglądaniem seriali i gotowaniem zupy na następny dzień. W weekendy czasami czytałam coś ze starego świata. Drażniły mnie jednak te książki i nużyły. Książki, które wcześniej czytałabym z nabożnością i podkreślała w nich co drugie zdanie. Teraz miałam poczucie straconego czasu (…). (20).

I jeszcze dalej:

Gdy wreszcie dotrzesz do domu, co w dużym mieście zajmuje czasem ponad godzinę i za tę godzinę twój pracodawca nie płaci, gdy weźmiesz upragniony prysznic, ugotujesz coś i zjesz, jest wczesny wieczór. Masz pełny brzuch, miękkie nogi, wypieki na twarzy i energię na obejrzenie kilku odcinków serialu, nic więcej. Czasem jeszcze musisz coś załatwić (…). Zmobilizowanie się do nich wymaga niebywałego wysiłku. (….). Chcesz wszystko odwołać. Często to właśnie robisz. (124)

Również i takich fragmentów bez trudu odnaleźć można w „Goryczy” o wiele więcej. Książkowe przemilczenie kluczowego przecież faktu, iż poza opisywaną berlińską tyrą narratorka przez cały czas dogrzewała się na polskiej uczelni jest jednak rażące i niewybaczalne. Być może teraz jasne staje się, dlaczego na początku niniejszego szkicu pozwoliłem sobie wspomnieć o tym, co wypada i czego nie wypada robić w odniesieniu do tematu klasowego wychodźstwa. „Goryczy” po prostu nie sposób traktować z powagą, do jakiej ta książka nieustannie wzywa, gdyż ze względu na powyższe niedopowiedzenia autorka już w punkcie wyjścia traci wiarygodność i dokonuje zawstydzającej autokompromitacji. W efekcie nagle dramatyzm losów narratorki niezamierzenie nabiera cech karykaturalnych. Chcę być dobrze zrozumiany: nie twierdzę przy tym, że autorka wcale nie wycierpiała swoje. Nie zazdroszczę jej tych kilku lat dosłownego kopania w berlińskiej ziemi. Żadną miarą nie odmawiam jej prawa do tytułowej goryczy, nie unieważniam też odczuwanego przez nią na miejscu cierpienia ani nie relatywizuję doznanych krzywd, upokorzeń oraz poniżeń. Niemniej, nie ulega wątpliwości, że jej doświadczenie migracyjne w kluczowy sposób różni się od tego, na które ciągle swojego czytelnika stara się naprowadzić. Poczyniony po czasie dopisek w tej sprawie w liberalnym dzienniku niewiele tutaj zmienia.

dramatyzm losów narratorki niezamierzenie nabiera cech karykaturalnych

W tym kontekście droga wychodźstwa klasowego, jaką przemierzać ma narratorka „Goryczy” – bardzo wyboista i podwójnie wyjątkowa – wydaje się mało zrozumiała. Awansuje ona z klasy robotniczej do inteligencji, żeby następnie wylądować na absolutnie samiusieńkim dnie drabiny społecznej i zasilić szeregi lumpenproletariatu. Jak wielokrotnie czytamy, wkrótce po przymusowej wyprowadzce do Berlina narratorka staje w obliczu bezpośredniego zagrożenia egzystencjalnego. Będzie ono jej towarzyszyło stale i wpisze się wręcz w codzienny miejski krajobraz:

W Berlinie jest dużo bezdomnych. (…). Nie było dnia, bym nie widziała ludzi mieszkających na ulicy, śpiących na ulicy, chorujących na ulicy. Nie było dnia bez strachu, że to właśnie mnie czeka. Że jeśli sobie odpuszczę – nie pójdę do pracy, za długo będę chora, skończą mi się antydepresanty, stracę tani pokój i nie znajdę prędko nowego – będę jedną z nich. Ciągle widziałam siebie balansującą na tej krawędzi: pomiędzy przetrwaniem a nieprzetrwaniem. (16)

Ten cokolwiek teatralny dramatyzm przewija się w całej książce i co i rusz wraca do czytelnika z uporem godnym lepszej sprawy. Tylko dla porządku przypominam: czyniąca to wyznanie narratorka jest w tym czasie zatrudniona w prestiżowym instytucie badawczym, ma zapewnione podstawowe ubezpieczenie społeczne oraz realną alternatywę – nawet jeśli jej kariera akademicka znalazła się akurat w impasie i wcale nie otwiera przed nią złotych wrót do dobrobytu. Jak w takich okolicznościach wybrzmiewa fakt, że na kartach „Goryczy” Pani Ania bardzo często wypomina innym – Niemcom w Berlinie, Polakom w Warszawie — ich realne bądź rzekome przywileje, których zawsze są nieświadomi? No właśnie.

Tym bardziej konsternujące jest budowane przez bohaterkę napięcie, które ma podkręcać dramaturgię opowiadanej historii – napisanej na niezwykle wysokim diapazonie. Narratorka znajduje się nieustannie w kleszczach paraliżującego lęku, na skraju załamania, na przedpolach szaleństwa, na progu śmiertelnej choroby, pół kroku od bezdomności, na chwilę przed upadkiem, w jakimś przedziwnie granicznym i codziennie aktualizowanym niepokoju, rozedrganiu, pomieszaniu. Prowadzona przez nią walka trwa bez przerwy – i jej stawką jest fizyczne przetrwanie. Toczy tę walkę ze światem na śmierć i życie, z heroizowanym uniżeniem. Wydaje się przeorana na każdym froncie: w pracy jest oszukiwana i wyzyskiwana, w relacjach towarzyskich natomiast ciągle zdradzana i opuszczana. Ten topornie wykoncypowany dramatyzm wydaje się tym bardziej nieprzekonujący, im bardziej narratorka go podkreśla – a warto dopowiedzieć, że akcentuje go przy każdej okazji. „Gorycz” to książka napisana na jednej intensywności. Wszystko jest tutaj wielkie, przeciągnięte, ostateczne, finalne, uroczyście tragiczne albo pretensjonalnie przyziemne, jakieś takie nienaturalnie wykręcone między biegunami. Pod koniec książki bohaterka – już po powrocie do Warszawy – pisze o stracie i wybrakowaniu jako kluczowych składowych ludzkiej kondycji. Wygłasza gorzki sąd, który w zasadzie świetnie streszcza afektywny rys całej książki.

Strata. Kiedy pierwszy raz przeżywałam poważne straty, byłam w szoku. (…). Był jakiś świat, który stanowił pełnię. I nagle spadła w to miejsce bomba, po której zostawała czeluść. Kiedy działo mi się to pierwszy i drugi raz, a może nawet trzeci, wciąż miałam poczucie, że to są wyjątki od jakiejś normy. Że normą jest całość. Z czasem okazało się, że to całość była wyjątkiem. Stan kryzysu, wybrakowania, utraty jest permanentny. Stan bólu, niewygody, dyskomfortu, przykrości. Nie wyjdziesz już z niego, bo nim zdążysz się wygramolić z bieżącego, zacznie się następny. (208-209)

Oczywiście, nie sposób bez końca utrzymywać tak wysokiej intensywności – prędzej czy później musi się ona zawalić pod własnym ciężarem i osunąć w swoje przeciwieństwo. W „Goryczy” ten jednowymiarowy ton zaczyna chrzęścić pod językiem bardzo szybko. Nawet jeśli czytelniczka nie ma wiedzy o rzeczywistym usytuowaniu bohaterki.

Ludzie tacy jak ja

Tak jak świat zewnętrzny jawi się w „Goryczy” jako nieodmiennie wrogi i obcy, podobnie stosunki międzyludzkie w owym świecie przedstawionym zdefiniowane są zasadniczo przez nieustanny konflikt, rywalizację i niezrozumienie. Poza jednym symptomatycznym wyjątkiem – do którego wrócę na sam koniec swojego omówienia – książkę Zawadzkiej zaludniają same czarne charaktery. Oczywiście, w ich drobnych mniej bądź bardziej nikczemnościach narratorka przegląda się nad wyraz chętnie i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że doświadczane okropności spełniają tu wtórnie podmiototwórczą rolę. To względnie prosty mechanizm: im więcej bohaterka doznaje krzywd ze strony innych, tym lepiej zdaje sobie sprawę, kim sama jest na przekór imputowanych jej cech. W kontaktach z nimi narratorka na przemian kurczy się i rośnie – dowartościowuje się i pogrąża, a jej sinusoidalna kondycja wyznacza dynamikę książki. W każdym razie zawsze pozostaje od nich ściśle zależna. Prześledźmy pokrótce kilka ważniejszych odsłon tego groteskowo czarno-białego bestiariusza.

książkę Zawadzkiej zaludniają same czarne charaktery

„Inni” zasadniczo dzielą się na tych złych z Niemiec – to z nimi bohaterka współtworzy swoją berlińską codzienność – i tych fałszywych z Polski – z którymi na emigracji stara się pozostać w kontakcie, najczęściej z opłakanym skutkiem. Postaci niemieckie składają się w „Goryczy” z dwóch podgrup: to albo współpracownicy (zwierzchnicy), albo współlokatorzy. Postaci polskie to natomiast zazwyczaj koledzy i koleżanki z „poprzedniego życia” – związani z akademią i często porozrzucani po różnych krajach, w których realizują ekscytujące stypendia, te same, na które nie załapała się pani Ania. Pierwszym antybohaterem, którego poznajemy w książce jest pochodzący z Bawarii, pięćdziesięciokilkuletni Roger – jak czytamy, „niebieskooki Niemiec o białych rzęsach i brwiach (…). Wysoki jak topola, jak topola strzelisty.” (26). Stanowi on modelowy przykład zwierzchnika-tyrana, z jakimi narratorka będzie zmuszona na emigracji współpracować – a raczej odgrywać przed nim swoje podporządkowanie i wdzięczność. Stąd Zawadzka poświęca Rogerowi najwięcej uwagi. Mówiąc najogólniej, to toksyczny, nieprzewidywalny, narcystyczny samiec alfa, doskonale zdający sobie sprawę z przewagi, jaką ma nad główną bohaterką – i rozmyślnie wykorzystujący swoją pozycję. Chociaż udaje się im w pewnym momencie wypracować kruchą relację, polegającą na utrzymaniu elementarnej życzliwości we wspólnym miejscu pracy, szybko dochodzi między nimi do odsłonięcia kart i brutalnego ujawnienia podstawowych asymetrii. Roger zapowiada narratorce, że zamierza zbuntować się przeciwko nakładanym na pracowników nadgodzinach. W odpowiedzi Polka trzeźwo zastrzega, że taki gest ma sens jedynie jako wspólny akt wszystkich zatrudnionych w firmie – i pacyfikuje tym samym romantyczną fantazję swojego przełożonego o byciu samotnym renegatem. Roger zamyka się wówczas w sobie i zaczyna odnosić się do swojej współpracownicy wyjątkowo wrogo. Wkrótce praca z nim zamienia się w koszmar. Wymaga od niej komunikowania się wyłącznie po niemiecku (bohaterka zna tylko język angielski, co w każdej emigracyjnej sytuacji osłabia jej pozycję przetargową), nakłada sztywny podział obowiązków z wyraźną korzyścią dla siebie, robi się apodyktyczny itd.. Słowem, nie sposób dłużej tego wytrzymać. Kiedy Pani Ania kieruje sprawę do szefa firmy, ten ostatecznie staje po stronie Rogera. Zrozpaczona i bezsilna narratorka odgrywa się w bezpośrednim zwrocie, zaadresowanym do wszystkich „niemieckich szefów”. Czytamy:

Kim wy jesteście, by decydować, co ja muszę? Jesteście moimi kolegami z pracy. Nawet jeśli macie nade mną władzę — a macie, bo zajmuję najniższą pozycję w tej firmie – to nie posiadacie mnie. Nie jestem waszą własnością. Nie dysponujecie mną. Ale lubicie się tak czuć. Lubicie czuć się panami mojego czasu. (53)

Kilka zdań dalej narratorka wypomina nieznośny protekcjonalizm wpisany w relacje z kolegami z pracy. Jest on nieudolnie maskowany „dobrymi chęciami”:

Lubicie czuć się nauczycielami. Złotych rad usłyszałam od was tysiące. Wyjaśniacie. Pouczacie. Wykładacie. Powtarzacie. Nie słuchacie. Lubicie być ekspertami od mojej roboty i mojego życia. A ja mam być wam za to wdzięczna. Wdzięczność. Mój święty obowiązek. Okazywać wam wdzięczność. Za to, że czasem odezwiecie się do mnie jak do człowieka, mimo że jestem migrantką.

Chociaż historia z Rogerem jest paradygmatyczna – w różnych wariantach odtwarza się ona na kartach „Goryczy” co najmniej kilka razy — to galeria potwornych przełożonych ma jeszcze kilku innych bohaterów. Wkrótce później poznajemy Rudolfa, „totalnego psychola” (105), przypominającego „wulkan, który zamiast gorącą lawą pluje zamrożonymi na kość soplami lodu” (108). Podobnie jak Roger, on również jest bezpośrednim przełożonym Pani Ani. To typ pasywno-agresywnego despoty – jest pozbawiony ludzkich odruchów i roztacza wokół siebie nieznośnie lodowatą aurę. Wymaga absolutnego posłuszeństwa i zupełnie nie interesuje go nawiązanie jakiejkolwiek relacji z podwładną. Terroryzuje zatem swoją pracownicę i z trudem powstrzymuje się od agresji, jaka go podskórnie roznosi. Pewnego dnia zostawia narratorkę samą z wyjątkowo trudnym zleceniem, dotyczącym naprawy systemów wodnych w ogromnych donicach. Zgnębiona nieustającym napięciem, opuszczona bohaterka nie wytrzymuje nerwowo i zaczyna głośno płakać:

Od tego szlamu wszystko śmierdziało gównem. Najbardziej śmierdziałam nim ja, bo jak gówno się czułam. (…). Na parapecie stał mój termos z herbatą, a ja siedziałam na podłodze pośród rozbabranych donic i wyłam. (107-108).

Szybko okazuje się, że Rudolf wcale nigdzie nie poszedł – przez cały czas stał za winklem i nasłuchiwał jęków swojej podwładnej. Kiedy narratorka zdaje sobie sprawę z jego obecności, z niedowierzaniem obserwuje, jak przełożony syci się jeszcze chwilę widokiem cudzego cierpienia, po czym odchodzi w swoją stronę. Wkrótce Pani Ania przesyła mu wypowiedzenie. Rudolf jednak nie zamierza wypłacić jej pieniędzy za ostatnie dni pracy. Ostatecznie w sprawie migrantki interweniuje związek zawodowy – zaległą sumę udaje się odzyskać, jednak pamięć o oprawcy pozostaje. Te dwie podglądowe historie mówią same za siebie.

Jako się rzekło, drugą kategorię postaci niemieckich wyznaczają współlokatorzy głównej bohaterki – w związku z jej wiadomą pozycją nie ma ona możliwości wyboru, z kim zamieszka. Musi po prostu brać to, co dostępne na zatkanym rynku nieruchomości – a dostępne są tylko najgorsze nory, rozporządzane przez kapryśne potworki. Plejada tych postaci jest jednocześnie przewidywalna i zastanawiająca. Z jakichś powodów bohaterka Zawadzkiej ląduje zawsze w towarzystwie deklaratywnie postępowych, modnych i „zaangażowanych” Niemców rodem z fantazji o spełnionej libleftowej berlińskiej utopii. I na tym froncie jednak błyskawicznie dochodzi do zrzucenia masek. Bohaterka „Goryczy”, sama często podkreślająca swój aktywistyczny background, bezbłędnie obnaża fałsz i hipokryzję wpisane artywistyczne bańki. Poznajemy Anitę. Była to

biała Niemka, robiła wrażenie queerowego nerda, bo takie wrażenie chciała robić. Wyglądała naprawdę hot (…). Oczywiście, że się na to nabrałam. Okazała się apodyktyczną, nieznosząca sprzeciwu i przemądrzałą laską, która z braku innych zajęć całą swoją nerwicę ładowała w sprawy mieszkaniowe. (75)

Dopełnieniem Anity jest Martin, nieco starszy facet, o którym dowiadujemy się, co następuje:

Też biały, też Niemiec, męski mężczyzna, który utrzymywał, że jest biseksualny, choć robił wrażenie dwieście procent hetero. Martin na przemian pił, ćwiczył w domowej siłowni do taktu hard techno, palił, walił w perkusję, ćpał i ruchał się ze swoją o dwadzieścia lat młodszą dziewczyną. Był równie apodyktyczny co Anita, o ile jednak ona próbowała zachować przy tym jakieś maniery – na przykład nie podnosić głosu – o tyle Martinowi agresja dymiła uszami. Chodził cały czas podkurwiony. Wszystko mu przeszkadzało, wszystko go irytowało. (75)

Nietrudno odgadnąć, że mieszkanie z tymi osobnikami tylko dodaje trosk zapracowanej migrantce z Europy Wschodniej. Niemieccy współlokatorzy traktują Panią Anię protekcjonalnie, nie liczą się z nią i ciągle podważają jej podmiotowość – wcale nie kryją się z tym, że uważają się za lepszych. Podobnie jak w pracy, tak w domu jedyną możliwością narratorki jest dostosowanie się do ustalonych przez kogoś innego reguł i okazywanie wdzięczności. Nie ma ucieczki. Obok Anity i Martina w „Goryczy” napotykamy jeszcze kilku innych pomniejszych diabłów, z którymi bohaterka zmuszona jest dzielić dach. Jest wśród nich m.in. Katrin, która bez żenady podważa wartość tytułu naukowego zdobytego w Polsce czy Erika, ceremonialnie zrzucająca z suszarki na podłogę mokre pranie narratorki, by zrobić miejsce dla swojej bielizny. Pani Ania nawiązuje także kilka innych relacji towarzyskich – na Tinderze poznaje Gracjana, bogolskiego architekta z tęczową flagą w mieszkaniu, który bez wyraźnego powodu wygłasza podczas spotkania klasistowskie tyrady. Poza tym bohaterka „Goryczy” przygodnie obraca się w kosmopolitycznym artworldzie – pomaga zleceniowo przy różnych wystawach, a epizodycznie ma okazję nawet pracować w jednej modnej galerii jako ochroniarka. Ma zatem okazję przyjrzeć się słynnej berlińskiej socjecie. Jak się domyślamy, wszyscy ludzie, z którymi przy tej okazji się styka, są absolutnie fałszywi, odklejeni, obłudni i nieświadomi swoich przywilejów. Niezwykle przenikliwe spojrzenie Pani Ani z miejsca rozpoznaje, jak jest.

Narratorka – w założeniu rozgrywająca resentyment klasowy jako skuteczną strategię upodmiotowienia, a w efekcie dokonująca co i rusz niezręcznych projekcji – nie oszczędza także swoich polskich znajomych. W znakomitej większości są to albo osoby związane z akademią (a wiemy już, że ci, którym udało się w tym grajdołku z definicji mają na koncie niejedną przewinę), albo klasycznie warszawski średnioklasowy tłum, związany z różnymi przemysłami kreatywnymi. Nie będę się już o nich rozpisywał. Dość powiedzieć, że w obliczu zmiany stylu życia Pani Ani jeden po drugim odwracają się od niej – albo przestają ją rozumieć, albo nie chcą konfrontować się ze swoimi rzekomymi przywilejami. A należy dodać, że bohaterka „Goryczy” nieustannie wzywa ich do tej konfrontacji i stara się wymusić na nich zajęcie jakiegoś mocnego stanowiska. Wyznaje w typowym dla siebie, zbiorczym stylu:

Nie wiedziałam więc, o czym i jak rozmawiać z dotychczasowymi znajomymi. A oni nie bardzo mieli chęć i cierpliwość słuchać (…). Ja niczego nie pragnęłam bardziej niż zostać zobaczona. Oni odruchowo robili coś przeciwnego: pełni dobrych intencji, bym nie czuła się na oucie, udawali, że nic się nie zmieniło. (…). W efekcie czułam się opuszczona, rozgoryczona i samotna. (130-131)

Znajomi ci okazują się fałszywi, dwulicowy, narcystyczni. Tak też przykładowo Dorota – mieszkająca w Australii przyjaciółka poznana lata temu „w sytuacji akademickiej” – zrzuca na narratorkę „napalm” i jednostronnie zrywa relację po tym, gdy nie dogadują się w sprawie pewnej propozycji publikacji. Chodzi o tekst dotyczący przebranżowienia z pracy umysłowej na pracę fizyczną: bohaterka „Goryczy” nie ma czasu i możliwości, by zgodnie z zaleceniami redaktorów przepisać esej i nieco zmienić jego koncepcję. Jej zastrzeżeń Dorota zupełnie nie przyjmuje do wiadomości i oskarża swoją przyjaciółkę o niewdzięczność, co narratorka wkrótce rozpoznaje jako „mimowolne obrzydzenie klasowe”. Pani Ani podsumowuje zerwaną więź:

Nie przypadkiem Dorota wymawiała mi przyjaźń akurat wtedy, gdy w swoim życiu osiągnęła stabilizację i komfort. (…). To jest moje cholernie trudne doświadczenie. (137)

Ciążenie tego stanowiska jest w świetle moich wcześniejszych uwag oczywiste.

*

Pisałem wcześniej o znaczącym towarzyskim wyjątku, który można odnaleźć na kartach „Goryczy”. Jak się okazuje, jedyną nietoksyczną relację Pani Ania nawiązuje z fryzjerką Beatą – pochodzącą ze świata „radykalnie innego niż ja. Pełnego tak zwanych tradycyjnych wartości – rodzina, heteronorma, homofobia. Ale była też biedna. (…). Z wielkim trudem odkładała po sto, dwieście złotych miesięcznie.” (185). Komunikat jest jasny: narratorka znajduje ukojenie dopiero u prostego człowieka. Podkreśla naturalne piękno Beaty i dodaje, że sama czuje się w jej obecności „upiornie brzydka” (185). Nawiązaną w tanim salonie fryzjerskim znajomość pani profesor kwituje zdaniem tak sugestywnym, że aż niewymagającym komentarza:

Bo choć kolor, jaki zrobiła mi na włosach, zupełnie nie przypominał tego, który chciałam, to pierwszy raz od wielu tygodni poczułam spokój. Bo byli jeszcze inni ludzie. Ludzie tacy jak ja. (186)

Można tylko spekulować, co by się stało, gdyby na fotelu fryzjerskim Beaty narratorka zaczęła opowiadać żarliwie o dwóch polskich „ideologiach narodowych”: nacjonalizmie i antysemityzmie[1], którymi zajmuje się jako etatowa badaczka z Polskiej Akademii Nauk. Tego nie dowiemy się już nigdy – kilka stron dalej czytamy za to o tym, że pani profesor zostawiła fryzjerce swój numer telefonu na wypadek, gdyby ta słyszała, że ktoś potrzebuje sprzątaczki.

Inteligenckie szukanie ludu ma w Polsce długą tradycję – i jest nieodzownym fetyszem także we współczesnych krajowych narracjach o klasowym wychodźstwie. Już w swoim debiucie literackim pt. „Pielgrzymka do Jasnej Góry” (1895) dwudziestokilkuletni Władysław Reymont starał się odnaleźć w tłumie pielgrzymów. Odnotowywał, że pośród zgromadzonego ludu czuje się naraz swojsko i obco.

Podobno w późniejszych latach lubił podkreślać, że choć pochodzi ze szlachty, to tej zubożałej.

 

[1]To być może dobry moment, by na sam koniec po prostu odnotować pro-izraelską orientację autorki, którą bez wyraźnej przyczyny i bezpośredniego związku z opowiadaną historią co i rusz na kartach swojej książki podkreśla. Oczywiście, dokonuje przy tym typowej projekcji, polegającej na utożsamieniu antysyjonizmu z antysemityzmem — pozwolę sobie tę sprawę zmilczeć.

Anna Zawadzka

„Gorycz”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025, 216 stron.

Krzysztof Sztafa
Pisarz, okazjonalnie krytyk literacki, redaktor „Małego Formatu”. Autor powieści „Wielka radość w polskich domach” (WBPiCAK 2024) oraz rozprawy monograficznej „Faza istnienia. Liryka Tomasza Pułki”, która w 2026 roku ukaże się nakładem wydawnictwa IBL. Mieszka w Warszawie.
redakcjaJakub Nowacki