Logotyp magazynu Mały Format

Tom „Trawne oracje” z 2005 r. autorstwa Stanisława Kozłowskiego, poznańskiego trawoznawcy i wieloletniego szefa Katedry Łąkarstwa i Krajobrazu Przyrodniczego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, to jeden z takich fenomenów literackich, wobec których współczesna krytyka najchętniej przeszłaby bokiem. Licząca sobie prawie 300 stron książka Kozłowskiego ma charakter encyklopedyczny: każdy z opublikowanych w niej 184 wierszy dotyczy jednego gatunku traw rosnących na terenie Polski. Zaczynamy od „Beckmanii robaczkowatej”, kończymy – tak jak porządek alfabetyczny przykazał – na „Życie zwyczajnym”, a każdy z wierszy to apostrofa do danej trawy/ anegdota dotycząca danej trawy wzięta z życia poety/ krótki opis tego, jak wygląda dana trawa (niepotrzebne skreślić).

Domyślam się, że czytelniczki tylko czekają na cytat, który pozwoli poczuć poetykę trawoznawczych wierszy. Służę pomocą:

BOIMKA DWURĘCZNA

Odporność jest twoim imieniem.

Odporność na chłody i mrozy,

na skwar nieba i suszę,

na niski odczyn gleby (…)

PERŁÓWKA WYNIOSŁA

(…) Nie wiem, co bardziej cenić w tobie:

– czar ulistnienia,

– czar ukwietnienia,

– czar zabarwienia,

– czar pokroju (…)

Jak łatwo zauważyć, Kozłowski po prostu dzieli na wersy („z lewej równo, z prawej poszarpane”) wypowiedź, którą mógłby spokojnie zapisać prozą. Takie, a nie inne, rozczłonkowanie tekstu to tylko znak poetyckości, którego chwyta się autor mający na co dzień do czynienia raczej z wiechliną szlachetną niż Wisławą Szymborską. W samych wersach wieje bowiem nudą – jedyne pozostałości po zgrzebnej funkcji poetyckiej to (organizująca z resztą niemal cały tomik) figura apostrofy i sfrazeologizowane metafory. Kozłowski stwierdza po prostu fakty zaobserwowane lub wyuczone. Boimka jest odporna na chłody i mrozy, więc właśnie o tym wypada napisać.

Aż chciałoby się cytować więcej tych koślawych, nudnych wierszy, które napisał poznański trawoznawca nie znający się na ars poetica, trochę się nad nimi popastwić (albo na nich popasać, jeśli już jesteśmy przy trawach), a potem z ulgą wrócić do poważnej poezji. Prawda? Pole dla ustabilizowanej, wyższościowej krytyki literackiej gotowe – ta książka aż prosi się o to, żeby wsadzić ją do worka wraz z innymi kuriozami poetyckimi.

Za wszelką cenę chciałbym tego uniknąć, to zbyt łatwe i do tego nie przynoszące żadnego pożytku poznawczego. Tak, „Trawne oracje” to grafomania – rozdęta książka kończy się dwoma „tekstami specjalistów”, napisanymi jednak nie przez literaturo-, lecz trawoznawców, którzy chwalą poetę i porównują go do Kochanowskiego. Tak, to śmieszne, że Kozłowski w pewnym momencie wypunktowuje po dwukropku kolejne cechy danego gatunku traw. I co z tego?

Przyrostowi złośliwości na temat złej lub po prostu takiej sobie poezji nie towarzyszy przyrost wiedzy na jej temat, a konkretniej na temat tego, jak i po co różne grupy społeczne, nie kojarzone najczęściej z literaturą, używają poezji. Co takiego w niej dostrzegają, że decydują się pisać kolejne tomiki lub tomiszcza? Czy naprawdę chodzi tylko o konstruowanie fikcji prestiżu, zbijanie kapitału symbolicznego?

„Literatura jest po to, żeby jej używać”, powiada Ryszard Koziołek w jednym ze swoich tekstów i chciałbym potraktować to stwierdzenie jak najdosłowniej. Do czego trawoznawcy, biologowie, fizycy, chemicy, matematycy (lub kierowcy autobusów) potrzebują twórczości poetyckiej?

»Literatura jest po to, żeby jej używać«, powiada Ryszard Koziołek. Do czego trawoznawcy potrzebują twórczości poetyckiej?

 

***

Tomik „minimum” z 2017 r. autorstwa Urszuli Zajączkowskiej, warszawskiej botaniczki i adiunktki w Samodzielnym Zakładzie Botaniki Leśnej SGGW, to taki fenomen literacki, wobec którego współczesna krytyka literacka przeszła bokiem. Z pewnością nie jest podobnie niewidzialny, co „Trawne oracje” – sama Zajączkowska w 2015 r. za swój debiut poetycki „Atomy” była nominowana do Silesiusa, uczestniczyła m.in. w plenerowym numerze „Wakatu”, a Adam Pluszka przeprowadził z nią ostatnio bardzo ciekawy wywiad dla „Dwutygodnika”. Z pewnością również Zajączkowska nie tworzy poezji dla zamkniętego środowiska naukowców, tak jak robi to Kozłowski, no i na pewno pisze wiersze ciekawsze niż wieloletni szef Katedry Łąkarstwa i Krajobrazu Przyrodniczego.

Co do zawartości „minimum” czy „Atomów” panuje jednak dość zgodne milczenie, nie wynikające raczej z idiomatyczności tej poezji. Nie wiemy nic o poezji Zajączkowskiej, co może sugerować, że nic nas w niej nie zaskoczy. To w białej plamce krytyki literackiej spotyka się nieopisywalna para: Kozłowski (poeta-trawoznawca) i Zajączkowska (poetka-botaniczka).

Teksty czy nawet fragmenty tekstów na temat poezji Zajączkowskiej można policzyć na palcach u ręki drwala. Na przykład Rafał Gawin – narzekając ostatnio na to, że młoda krytyka literacka nie słucha się jego dobrych rad – włączył Zajączkowską w poczet sztucznie pompowanych przez lewicę zjawisk literackich i nazwał jej wiersze „zwersyfikowanymi tekstami”. A Skurtys przy okazji podsumowania roku 2015 w poezji napisał o jej debiutanckim tomiku coś takiego:

Tom Zajączkowskiej mogę spuentować w czterech słowach: postróżewiczowskie, uwrażliwione wiersze o przyrodzie. Nie przekonały mnie ani na poziomie językowym, gdzie są dość zachowawcze, ani ideowym, nawet jeśli na siłę podciągnąć je pod próby ekopoezji czy pisania posthum- (choć dominująca u młodej poetyki perspektywa antropocentryczna takich prób nam nie ułatwia)

Po lekturze „minimum” mogę się pod tym sądem spokojnie podpisać. To nadal postróżewiczowskie, postszymborskie, uwrażliwione wiersze o przyrodzie, zachowawcze właściwie na każdym poziomie. Posthumanistycznie nastrojona humanistyka nie znajdzie w tej książce niemalże niczego, co dałoby się opatrzyć cytatem z Rosi Braidotti. Na próżno szukać również u Zajączkowskiej nieoczywistych operacji na języku.

Wszystko to prawda, ale nie do końca: Zajączkowska nie tyle pisze wiersze i oprócz tego jest botaniczką, ile jest botaniczką i oprócz tego pisze wiersze[1]. Znaczną część swojego czasu poświęca na pisanie artykułów o tak barwnych tytułach, jak „Overgrowth of Douglas fir (Pseudotsuga menziesii Franco) stumps with regenerative tissue as an example of cell ordering and tissue reorganization” oraz na pracę w laboratorium, a poezja czy twórczość „nienaukowa” to dla niej – no właśnie, co?

Zajączkowska nie tyle pisze wiersze i oprócz tego jest botaniczką, ile jest botaniczką i oprócz tego pisze wiersze.

 

***

We wspomnianym już wywiadzie z Adamem Pluszką Zajączkowska kilka razy wspomina o (nazwę to w ten sposób) wyobcowującym charakterze współczesnej pracy naukowej. Po pierwsze, naukowczyni-botaniczka musi usunąć ze swojej pracy wszelkie ślady emocjonalności i podmiotowości:

(…) gdy kiedyś w rozdziale „dyskusja” artykułu naukowego napisałam, że geometria pewnej tkanki jest „beautiful”, mimo że cały artykuł był matematyczną analizą tychże geometrii, to wydawało mi się, że mogę pozwolić sobie na taką nonszalancję w dyskusji, ale recenzent to skreślił i powiedział, że mam użyć słowa „interesting”. W ostatnim zaś artykule napisałam „interesting” à propos drgań łodygi skrzypu, to recenzent uznał, że brzmi to zbyt osobiście, a poza tym gdyby nie było „interesting”, tobym o tym nie pisała.

Po drugie, wyobcowujący jest sam system punktowej oceny pracy naukowców, który nie pozwala prowadzić badań z prawdziwego zdarzenia („Nie mogę zatrzymać się, żeby myśleć, eksperymentować naprawdę ryzykownie”).

W kontekście takiej refleksji nad stanem współczesnej nauki i działającej w niej podmiotki sytuują się np. takie wiersze z „minimum”, jak „Wyoming”. Zajączkowska opisuje w nim oglądanie rysunku autorstwa profesora Ezry Henry’ego Mossa, przedstawiającego strukturę korzenia Artemisia dracunculoides. Na początku utworu praca naukowca przypomina pracę średniowiecznych skrybów, którzy swoją podmiotowość mogli wpisać jedynie w precyzyjne rysunki na marginesach kopiowanych ksiąg: „oglądam korzenie i ich przyrosty/ drobiazgowo/ bez reszty, czule/ rozrysowane”.

Doskonałe dzieło Mossa sprawia, że narratorce wiersza uobecnia się opisywana w artykule roślina („i ja teraz śledzę/ jego przebieg i rozwój”) aż do momentu zmysłowego kontaktu („a teraz dotykam palcem dróg dziwnie spokojnego jego kształtu (…)/ i przykładam ucho”). Co zaskakujące, Zajączkowska zbliża się tutaj do refleksji Hansa Ulricha-Gumbrechta nad praktykami filologicznymi, w których zdaniem niemieckiego literaturoznawcy wyraża się pragnienie materialnej obecności tekstu. Naukowo-cielesna epifania zostaje jednak przerwana w zakończeniu wiersza:

ale słyszę tylko cichy szelest

niezrozumiały szum

zagłuszone sygnały

przez zbyt gładki papier.

„Materialność języka, nieprzechodniość medium”, reaguje umysł karmiony de Manem czy Derridą, tyle że to lektury raczej obce Zajączkowskiej. Przez „zbyt gładki papier”, który zagłusza sygnały i jednocześnie umożliwia jakiekolwiek ich usłyszenie, rozumiem tutaj po prostu przezroczysty język współczesnych nauk przyrodniczych (angielskie paper to przecież również „artykuł naukowy”).

W „minimum” Zajączkowska konsekwentnie próbuje przeciwstawiać się sparametryzowanej, nieludzkiej nauce rządzonej przez rozum instrumentalny. Temu zadaniu służą m.in. komentarze do rycin z dziewiętnastowiecznych podręczników do biologii. „Wyjątkowa estetyka ręcznie kreślonych wykresów z wkomponowanym przedmiotem obserwacji to zupełnie inna narracja naukowa, niż jaką mamy dzisiaj”, pisze przy okazji rysunku autorstwa Hugo de Vries. Samodzielnie tworzone wykresy zbliżały bowiem pracę naukową do działalności artystycznej, a przede wszystkim – pozostawiały wąską szczelinę, dzięki której w „poważnej” nauce mógł na moment pojawić się człowiek wraz ze swoją przygodnością, co Zajączkowska pokazuje na przykładzie plamy po herbacie pozostawionej na rycinie przedstawiającej krzywą Gaussa.

Autorka przyznaje jednak w jednym z komentarzy do rycin, że nie ma „cierpliwości dla takiej drobiazgowości w rysunku”. Precyzja i szybkość nowoczesnych technologii uniemożliwiają powrót do złotego wieku ręcznego kreślenia rycin. Do przekroczenia podwójnego wyobcowania (z języka nauki i z systemu ewaluacji) używa więc poezji, w której – konstruuję teraz hipotetyczną teorię wiersza Zajączkowskiej – może znaleźć się miejsce dla afektów czy obserwacji nie mieszczących się w dyskursie naukowym. Zajączkowska-botaniczka pisze zatem wiersze m.in. o strachu przed tym, że „garstka tylko genów” oddziela bierne źdźbła trawy od zamiany w drapieżnika („łąka”), o naukowej analizie zasłaniającej doświadczenie momentu („kropla”), o obsceniczności, przemocy w badaniu roślin („tylko nie kwitnij”) czy o wzorcach z Sèvres jako farmakonie („wybawcy-oprawcy”). Niekiedy, choć zdecydowanie za rzadko, pozwala sobie również na puszczenie językowych cugli i wydanie słownika nauki na pastwę ludycznych rymów („Statystyka się wymyka”).

Rozdzielenie botaniki-pracy od poezji-czasu „dla siebie”, które dostrzegam u Zajączkowskiej, komplikują jednak te wiersze z „minimum”, w których to dopiero dzięki literaturze można zahaczyć o problem istotny również dla samej nauki, np. jej etyczność. Przykładem jest utwór „ciche nic”, w którym botaniczka przysłuchuje się rozmowie kolegów po fachu, badających rośliny rosnące w barakach Oświęcimia tak, jak gdyby badali każde inne miejsce na ziemi. Obraz sterylnej i czystej nauki, która – jak pisali Adorno i Horkheimer – „nie ma już żadnej świadomości siebie, jest narzędziem”[2], zostaje przez Zajączkowską zderzony z jej reakcją fizjologiczną („więc ja wtedy,/ całkiem tylko/ kropla potu […]”) oraz różewiczowską alegorią winy („tylko patrzę na swoje dłonie, preparując rośliny,/ dłonie obleśne, brudne,/ całe w błocie, parchach,/ obmazane krwią i gównem”). Literacko ryzykowny i do tego dość schematyczny zabieg? Jasne – ale dzięki niemu Zajączkowska próbuje nieco rozhuśtać nauki przyrodnicze, pobrudzić je tym, z czym boryka się nadal kultura europejska. Wydaje mi się to ciekawe.

 

***

Obok wierszy problematyzujących relację botaniczki z przyrodą lub samą nauką w „minimum” pojawiają się również takie teksty, jak „kościotrup”, „wątroba”, „widzę w oknie dłoń”, w których powraca motyw wyodrębniania się poszczególnych narządów-rzeczy z ludzkiego ciała. W wierszu „bez znieczulenia” urzeczowieniu ulega wręcz całe ciało. Wiersz otwierający „minimum”, czyli „trzciny. styczeń”, może sugerować, że winę za – jakby nie patrzeć – wyobcowywanie się podmiotki ze swojego ciała ponosi właśnie wiedza naukowa:

(…)

idę blisko, wyciągam do nich [trzcin] dłoń

przeklinając tę chwilę

gdy mnie nauczono,

że one od dawna nie żyją.

Z kolei w wierszu „Carrefour. lekcja anatomii” Zajączkowska wchodzi w rolę Rembrandtowskiego dr. Tulpa i na przykładach zwierzęcych organów z działu mięsnego uczy córkę ludzkiej anatomii. Zajączkowska-botaniczka, która przy okazji pisze poezję, ujawnia w tekstach o cielesności – świadomie lub nieświadomie – rewers czy też konsekwencję naukowego ratio, czyli zamianę swojego ciała w ciało (sobie) obce, obiekt podlegający analizie tak samo, jak przedmiot obserwacji pod mikroskopem.

Zajączkowska-botaniczka ujawnia w tekstach o cielesności konsekwencję naukowego ratio, czyli zamianę swojego ciała w ciało (sobie) obce

Co ważne, większość sytuacji wierszowych, w których z ciałem podmiotki dzieje się coś niepokojącego, jest oparta na jednym schemacie. Otóż narratorka wiersza zwraca się np. do swojego szkieletu lub całego ciała w taki sposób:

(…) budzi mnie ze snu

mój kościotrup,

jednym chrupnięciem kręgów szyjnych (…)

otwieram oczy, mówię mu:

– tak, wiem, pamiętam.

 

(…) wypluwam tylko twoją krew.

koszula, ubrałam cię w nią,

i paznokcie ci obcięłam.

(…) dzięki wielkie

ciało moje

mięso moje.

Interesujące jest w obu przypadkach nie tyle sztampowe przypominanie o śmiertelności, ile (chyba niezamierzony) komizm wynikający z prostoty, z jaką głos może oddzielić się od ciała lub kości. Przypomina to jedną z ostatnich scen „Taxidermii” Györgyego Palfiego, w której bohater ze spokojem wyjmuje z siebie kolejne organy wewnętrzne i stopniowo wprowadza do swojego krwioobiegu substancję konserwującą. Zajączkowska pod lupą lub na łące widzi same trupy, ba, sama jako obiekt badań widzi siebie jako potencjalnego trupa, ale ani na moment wiersz jej nie zadrży. To być może ostatni powód, dla którego botaniczka z SGGW używa poezji. Dla Zajączkowskiej wiersz staje się momentami narzędziem do odgrywania wyobcowania z siebie, daje możliwość słownego wypreparowania swojego ciała i swojej śmiertelności oraz jej obiektywizację.

Niewykluczone, że „minimum” to faktycznie książka składająca się ze „zwersyfikowanych tekstów”, w których z racji umieszczenia w ramie „poezji” nic specjalnego się nie zmienia. W najsłabszych wierszach w tomiku („dżungla dziś – dżungla jutro”, „w auli” czy „jest i będzie pięknie”) uwidacznia się to bardzo mocno. Jednak samo śledzenie tego, jak Zajączkowska używa zgranej, różewiczowskiej poetyki do drążenia, komplikowania, subiektywizowania nauk przyrodniczych lub konstruowania pola dla refleksji egzystencjalnej, jest fascynującym zajęciem. Nie mniej i nie bardziej niż powolne szkicowanie przekroju komórek lipy.

[1] A także tworzy filmy artystyczne i gra koncerty, ale tych gałęzi jej aktywności twórczej nie zmieszczę w moim skromnym tekście.
[2] M. Horkheimer, T. Adorno, „Dialektyka oświecenia. Fragmenty filozoficzne, tłum. M. Łukasiewicz, przekład przejrzał M. Siemek, Warszawa 2010, s. 89.

Urszula Zajączkowska
„minimum”, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2017, 94 strony.

Łukasz Żurek
ur. 1991, doktorant w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor portalu niewinni-czarodzieje.pl, członek redakcji czasopisma „Tekstualia”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Kulturze Liberalnej”, „Przeglądzie Filozoficzno-Literackim” oraz w „Zagadnieniach Rodzajów Literackich”.

Urszula Zajączkowska
„minimum”, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2017, 94 strony.