
Przedruk
Tekst jest przedrukiem z książki Krzysztofa Rutkowskiego "Warszawskie pasaże", która ukazała się nakładem Wydawnictwa słowo/obraz terytoria (Gdańsk 2018, s. 160).
Krzysztof Rutkowski czuwa nade mną. Ode złego wybawia i przed policją chroni. Przechodziłem, francuskim sposobem, na czerwonym świetle (pusto było na ulicy) przez aleję Solidarności przy Centrum Handlowym Wileńska. W zachodzącym słońcu ostro czerwieniała kopuła cerkwi, sprzedawczynie lewych fajek drobiły pod parkanem metra w budowie, niczym suki szału w Bachantkach, bo wybiła godzina.
Z jamy Pizzy Hut wyłoniło się dwóch Młodzianów, uśmiechniętych i zbrojnych w groźne policyjne utensylia.
– Dokumencik – zaśpiewał pierwszy Młodzian w tonacji Ariela.
– Nie mam – odrzekłem, wypełniony skruchą i czarnym cieniem peerelu.
– Na czerwonym się przeszło! – drugi Zbrojny Młodzian płomieniał radością i wyciągnął spowolnionym ruchem z tylnej kieszeni mundurowych portek książeczkę mandatową, tak jakby chciał mnie nią zastrzelić.
Przed wielu, wielu laty, kiedy Krzysztof Rutkowski nie łypał jeszcze niepodzielnie czarnymi okularami z pierwszych stron gazet, nie robił za Robin Hooda, Clinta Eastwooda i Matkę Teresę, tylko szukał skradzionych samochodów, postanowiłem się z nim umówić. Pomyślałem sobie: on szuka, ja piszę. On znajduje, ja gubię. On zagadki rozwiązuje, ja zagadki wymyślam. Cóż za cudowne rozwiązanie dręczącej polską duszę kulturalną sprzeczności pomiędzy słowem i czynem! I to imienne zdublowanie: niespodziewane stadium zwierciadła, rozkoszna jedność nominalna.
Umówiłem się z Krzysztofem Rutkowskim w kawiarni „Czytelnika” na Wiejskiej, do której zachodziło mnóstwo znajomych na mielonego i ploty. Już prawie wszyscy pomarli. Onego czasu jeszcze żyli. Zapowiedziałem wizytę. Znajomi czekali w napięciu, dla niepoznaki czytając „Gazetę Wyborczą” z wypalonymi papierosem dziurkami w szpaltach.
Zadzwonił karminowy telefon z ebonitu, ostaniec przeszłej epoki. Pani Halinka oznajmiła doniośle, że Krzysztof Rutkowski przeprasza, ale nie przyjdzie, bo ściga złodzieja po Pradze. Gazety opadły, liczne oczy zawisły na mnie z wyrzutem.
Poczułem się najpierw głupio, ale rychło przypomniałem sobie, że spotkanie własnego sobowtóra oznacza w wielu folklorach świata nadciąganie nagłej śmierci. Wyjście jeszcze wtedy myślane niechętnie.
Nie doszło zatem do spotkania, do jedni i współpracy. Krzysztof Rutkowski poszedł górą, a ja doliną. Im on wyżej, tym ja niżej. Im on głośniej, tym ja ciszej. I radowała się dusza moja, bo tak było, jako być powinno: Krzysztof Rutkowski stawał się gwiazdą świecącą i jaśniał na firmamencie medialnego raju, a ja, robak, skrywałem się w trawie, w mięcie, w macierzance, w rucie, kontent, że brat mój mleczny, onomastycznie namaszczony na bycie ze mną na wieczność, zespolony ze mną, choć jakże odrębny: on bogaty, ja ubogi, on znany, ja zapomniany, on z rewolwerem, ja goły, on pewny siebie, a ja nie, że brat mój mleczny, powtarzam, jest mi bratem, że jedynakiem być przestałem.
Dobrze jest odnaleźć brata. Starożytni szukali swoich braci na niebie, pośród gwiazd, braci świecących po konstelacjach, i wiedzieli, że sami kiedyś trafią między gwiazdy i połączą się na Drodze Mlecznej z braćmi w jedną całość.
Krzysztof Rutkowski zaświecił zagadkowo i dopóki zagadki jego świecenia nie rozwiążę, nie zaznam spokoju.
Z zagadkami zawsze kłopot. Krzysztof Rutkowski rozwiązuje zagadki, bo jest detektywem. Coraz chętniej rozwiązuje zagadki niebezpiecznego pochodzenia, dotyczące tajemnic ludzkiej duszy. Takie zagadki pochodzą od bogów i okazują się – w gruncie rzeczy – przeraźliwie banalne, prostackie nawet, jakby dla pisma „Fakt” lub „Super Express” stworzone. Niczym zagadka o trzech etapach życia człowieka, którą Apollin terroryzował Teby za pomocą Sfingi. W ten sposób bóg wyzywał człowieka, prowokował, niemal wymuszał na ludziach nieposłuszeństwo. Zagadka Sfingi skrywała odpowiedź na końcu języka, ale ogromnie trudno było ludziom właściwe słowa z końca języka wydobyć. Zagadka Sfingi była prowokacyjnie, tajemniczo, okrutnie prosta, każdy powinien ją rozwikłać, a jednak nie rozwikływał, tylko ginął marnie, jakby w życie ludzi wdarł się powiew czystego absurdu, podmuch boskiego okrucieństwa.
Kiedy przerażająca banalność odpowiedzi na przerażającą tajemnicę zagadki nadciąga i uderza, dzieją się rzeczy straszne: trzeba ślepnąć lub umierać. Edyp wyłupił sobie oczy, Homer oślepł, bo kłamliwie opowiedział historię Heleny, a potem umarł ze zgryzoty, bo nie potrafił rozwiązać zagadki młodych rybaków. Homer siedział na brzegu wyspy Ios i patrzył (ślepy?) w morze. Młodzi rybacy przycumowali łódź do pachołka. Homer spytał:
– Dużo złapaliście?
Młody rybak odrzekł:
– Cośmy złapali – wyrzucilim, czegośmy nie złapali – przynieślim.
Homer nie zrozumiał. Homer zagadki nie rozwiązał. Homer umarł ze zgryzoty. Jedni mówią, że ślepy, potknął się o kamień i rozłupał czaszkę. Inni mówią, że skonał natychmiast.
Zagadka przypomina, że bogów i ludzi dzieli, mimo wszystko, przepaść. W Upaniszadach czytamy: „Bogowie kochają zagadki, jawność ich brzydzi”. Grecy wiązali mądrość z zagadką u źródła, zagadkami rzęziły wyrocznie, bo w okrucieństwie zagadki tkwiła od początku ciemna moc pierwotna, o czym właśnie świadczy prastary mit Sfingi. Nie wiadomo, czy na Teby nasłała Sfingę, potwora symbolizującego zwierzęcość w człowieku, Hera, czy Apollin, w każdym razie jej obecność w mieście dowodziła okrucieństwa bogów, którzy rzucili ludziom śmiertelne wyzwanie o trzech fazach życia.
Kto zagadkę rozwiąże, ocali siebie i miasto. Tak się wydaje na pozór, bo rozwiązanie zagadki prowadzi do jeszcze okrutniejszej zagadki, przeniknięcie jednej tajemnicy wiedzie ku jeszcze bardziej tajemniczej tajemnicy i, być może, ten pasaż nie ma końca.
Ocalenie jest zgubą, poznanie – skrywaniem, odkrycie – zakryciem, oświecenie – oślepieniem, mądrość najściślej łączy się z szaleństwem, mądrość jest najwyższą stawką w zagadkowej grze prowadzonej na śmierć i na życie z potworem nasłanym przez bogów. Kto zagadki Sfingi nie rozwiąże – ginie, rozerwany i pożarty, kto ją rozwiąże – mądrzeje do tego stopnia, że woli śmierć od życia, chociaż Sfinga znika w otchłani.
Edyp zagadkę rozwiązał, więc wyłupił sobie oczy. Homer zagadki nie rozwiązał, więc umarł. Krzysztof Rutkowski rozwiązał zagadkę małej Madzi, ale zaczął nieustannie nosić czarne okulary. Coś się skrywa w jego odkryciu. Nie wiadomo, co się dalej z Krzysztofem Rutkowskim stanie. Co ze mną będzie – też nie wiadomo.
Pierwszy Zbrojny Młodzian chciał mnie wsadzić za kratki od razu. Drugi Zbrojny Młodzian, tajemnie uśmiechnięty, zapytał o adres. Podałem. Młodzian zapisał w kajecie i chyba nieświadomie uruchomił tanecznie biodra w rytmie narzuconym przez coraz bardziej rozhuśtane sprzedawczynie lewych fajek.
– Nazwisko? – spytali Młodzieńcy chóralnie.
– Krzysztof Rutkowski – odrzekłem, bo kłamstwem się brzydzę.
– Bardzo pana przepraszamy – zaśpiewali Zbrojni. Poczułem zapach morza i rybackiej łodzi cumowanej do pachołka przy Centrum Handlowym Wileńska.

Przedruk
Tekst jest przedrukiem z książki Krzysztofa Rutkowskiego "Warszawskie pasaże", która ukazała się nakładem Wydawnictwa słowo/obraz terytoria (Gdańsk 2018, s. 160).
ur. 1953 w Warszawie, polski historyk literatury romantycznej, dziennikarz, tłumacz i eseista. W 1989 otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Collegium Invisibile. Habilitował się rozprawą o Adamie Mickiewiczu z czasów towianizmu. Wykłada na wydziale „Artes Liberales” na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w Radiu Wolna Europa i w Radio France Internationale. Przekładał z języka francuskiego m.in. Daniela Beauvois, Pascala Quignarda, Jean Bauby'ego i Michela de Certeau.
