Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Dominika Dymińska
„Pozdrowienia ze świata”, wydawnictwo Ha!art, Kraków 2017, s. 40.

Nowa książka Dominiki Dymińskiej to pozycja do bólu zachowawcza. Nie znajdziemy w niej woli walki, polemicznego zacięcia, choćby namiastki rewizjonistycznej propozycji. Sporo w niej za to dobrze znanego przekonywania przekonanych, którego rewersem jest zaserwowanie wszystkim pozostałym odbiorcom tomu jakże dojrzałego i konstruktywnego „spierdalaj”. Niedojrzałość to zresztą cecha konstytutywna tego zbioru, organizuje go na każdej możliwej płaszczyźnie – językowej, kompozycyjnej, polityczno-społecznej. Ogromna, zdawałoby się, dawka sprzeciwu, jaką niesie ze sobą ten tom, nie ma jakichkolwiek możliwości, by stać się zarzewiem buntu czy choćby zwiastunem zmiany. To raczej stupor – uporczywa negacja zastygła w bezmyślnym rozżaleniu, która koncentruje się wyłącznie na sobie.

Dymińska pozdrawia ze świata, który wszyscy dobrze znamy. Nie zaskoczy nas żaden jego element, więcej – znajdziemy tu wszystkie przepisowe, modne teraz tematy: feminizm, niskie zarobki, postprawdę, wszechobecność internetu, wegetarianizm, uchodźców czy Aleppo. Dekoracje gotowe: tekturowość tego świata, choć bije po oczach, spełnia swoją podstawową funkcję – tworzy konstelację czytelnych, środowiskowych motywów i tematów odpowiednich dla autorki „zaangażowanej”. Na tym jednak nie koniec, jeśli idzie o intelektualną jałowość tego tomu. Jego podmiot – bez względu na temat wiersza – konsekwentnie artykułuje swoje żale, narzeka na tę straszną Polskę, na odrzucony wniosek o stypendium, postprawdę, za słabe lub zbyt mocne uczucia w związkach. Jak głosi puenta wieńcząca ostatni wiersz i cały tom: „Jeśli żyje się tylko raz, to / czemu wciąż robiąc te same błędy? / Jeśli żyje się tylko raz, to / czemu tak beznadziejnie?”. Świat jest zły i trudny, no tak. Czy jednak zaangażowanie – jakikolwiek kształt, by miało przyjąć (a wiemy skądinąd o mnogości jego możliwych realizacji) – nie powinno, zamiast wypluwać kolejne klisze, próbować o cokolwiek zawalczyć, zmierzyć się z wysiłkiem przepracowania choćby pojedynczego problemu? Nie tak łatwo uczynić wspominane przez autorkę „wkurw i histerię” napędem do działania, nie widzę jednak powodów, by w formie ledwo przetworzonej dzielić się tym resentymentalnym, trującym ładunkiem. W „Pozdrowieniach ze świata” odnajdujemy więc przede wszystkim wzdychającą nad złem świata, bierną nastolatkę, tak, nastolatkę ze wszystkimi konsekwencjami takiej charakterystyki. Przyjrzyjmy się po kolei poruszanym przez nią tematom i emocjonalności, która się w tych wypowiedziach odsłania.

Tekturowość tego świata spełnia swoją podstawową funkcję – tworzy konstelację czytelnych, środowiskowych motywów i tematów odpowiednich dla autorki »zaangażowanej«

Zacznijmy zatem od najbardziej licznej grupy wierszy poświęconych przeżyciom osobistym, luźno związanych z obecnymi realiami. Podmiot dzieli się z nami tutaj przemyśleniami o tym, że dorosłość to ciągłe martwienie się oraz bywanie w poważnych urzędach („Wiersz o pieniądzach”), dobrze płatna praca jest miałka i nieważna („Wiersz o pracy”), a w ogóle to „Jako naród dorobiliśmy się już banknotu / o nominale pięciuset złotych. / Niektórzy będą od teraz mogli dostawać pensję w jednym / banknocie”. Co z tego wynika? Podmiot nadal siedzi w biurze i „akceptuje ciasteczka”. Nie podoba mu się to, co go otacza, ale nie podejmuje realnego działania, nie zajmuje też bardziej zniuansowanego stanowiska wobec „poruszanego” problemu, poprzestając na dobrodusznej i naiwnej konstatacji, że tak być nie powinno. Podmiot Dymińskiej odmawia zresztą jakiegokolwiek udziału dość często, konstruuje swoją tożsamość na zasadzie negacji, przypomina bohaterkę jednej z Allenowskich superprodukcji, „Vicky Cristina Barcelona”, która „nie wie czego chce, ale wie czego nie chce”. Podobnie dzieje się w wypadku innych tematów z jej zaangażowanego repertuaru. Rekordy bije chyba „Wiersz o Aleppo” koncentrujący niemal wszystkie ideowe i warsztatowe niedostatki tego tomu: ego- i europocentryzm, płytki agresywny szantaż emocjonalny, zarażenie językiem krytykowanego (?) medium (nie szukajcie tu żadnej subwersywnej strategii wierszowej, bo jej nie znajdziecie) etc. Spektakl wojny i jego medialne artefakty (samobójcze skoki, pękające serca) stłoczone na przestrzeni kilkunastu, dość dowolnie łamanych wersów – to wszystko.

Skupmy się przez chwilę na intymistycznej linii tomu  Dominiki Dymińskiej. Pozwolę sobie na kilka cytatów: „Niejeden raz cierpiałam z powodu nieszczęścia, / które mnie nigdy nie spotkało […]” , „[…] jeśli już teraz kocham tak mocno, / to ile może serce?”, „nie ma miłości bez miłości. / Nie ma, nie było, nie będzie.” Znów: bezpośredniość i brak – intelektualnego, formalnego – przepracowania tych wyznań rażą, odrzucają, nie pozwalają na poważne potraktowanie tekstu. I to nie dlatego nawet, że są banalne – większa część ludzkiego życia składa się z banałów, więc trudno o nich nie pisać; w swoim braku refleksji i opracowania wyrażają chwiejność myśli rodem z pamiętnika nastolatki. Owa bezrefleksyjność i ubóstwo językowe stanowią połączenie trudne do zaakceptowania. Dostajemy proste pytania i proste odpowiedzi, takie jak w „Wierszu do hejtera”, gdzie komentarzem wobec obraźliwych internetowych wpisów jest „Tak, owszem, mam z nią problem. / To Ty jesteś tą pizdą”. Urocze, doprawdy.

Pewnym kontrastem wobec pozostałych wierszy jest „Mięso” – jeden z niewielu bardziej przemyślanych i gorzkich tekstów, choć nie pozbawiony patosu. Dymińska ironizuje na temat współczesnych mięsożerców: widzimy żałosnych drapieżników polujących na bezbronne puszki w supermarkecie. Wyśmiany mięsożerca zostaje dobity ostatnią wzniosłą strofą. Dymińska cytuje Dmowskiego „A ty jesteś Polakiem, więc masz obowiązki polskie: / szacunek wobec słabszych, / współczucie, / sprzeciw wobec przemocy” i odwołuje się do sumienia czytelnika, pisząc, że „mięso jest drogie, droższe niż pieniądze”. Ten zaskakujący konglomerat ironii i wzniosłości zwrócony bezpośrednio do czytelnika, choć może powodować uśmiech na jego twarzy, ma minimalną szansę pozostawić go nieobojętnym wobec tekstu i poruszanego tematu.

Podobnie, a nawet mocniej, wybrzmiewają dwa wiersze najmocniej związane z feminizmem i sytuacją kobiety w dzisiejszej rzeczywistości. „Aborcja z miłości” jest chyba najlepiej skomponowanym tekstem w całym tomie, może dlatego, że pozostałe robią wrażenie, jakby Dymińska nie podejmowała nawet próby zaplanowania jakiejkolwiek konstrukcji. Autorka wykorzystuje tutaj możliwość stworzenia naiwnej bohaterki, która w liście do ukochanego ochoczo przyznaje, że jest niesamodzielna, beznadziejna, łatwa i głupia, za wszystko przeprasza, a ponadto dziękuje za troskę i odwzajemnianie uczuć. Wyolbrzymiając absurd, wytrąca przeciwnikom legalnej aborcji jeden z ważniejszych argumentów – bohaterka wiersza ma tylko jednego partnera i chce mieć z nim dziecko, byle oboje pozostali żywi i zdrowi: „Gdybym musiała mieć kiedyś aborcję, to wiedz, że / chciałabym tylko z tobą, / jednak bardziej od aborcji chciałabym mieć dziecko, / i to też tylko z tobą. / Mieć je żywe i zdrowe, / mieć je żywa i zdrowa”. Nie chodzi jej zatem o to, że egoistycznie nie chce przytyć, odrzuca macierzyństwo czy też jest zwyczajnie za głupia na podejmowanie decyzji – argument, w którym podmiot przyznaje, że chce zostać zdrową matką zdrowego dziecka, brzmi całkiem racjonalnie, czyż nie? Co istotne, adresat wiersza z jednoznacznego początkowo partnera szybko przeistacza się w mężczyznę, który może symbolizować kraj razem z jego wielopoziomowym systemem opresji wobec kobiet. Mężczyzna-kraj roztacza nad bohaterką przymusową opiekę, troszcząc się o jej bezpieczeństwo zagrożone przez jej głupiutki, niesamodzielny umysł. Zarówno mężczyzna jako potencjalny partner, jak i ojczyzna są w tomie Dymińskiej figurami, które odpychają, lecz jednocześnie bohaterka nie może się od nich uwolnić, są niezbędni, a może nawet przyciągają podmiot swoją destrukcyjną siłą.

Jednak jedyny tekst, który w moim odbiorze jest w tym tomie naprawdę dotkliwy, to „Enjoy your symptom”. Jest w nim szczerość i – przede wszystkim – brak tego obezwładniającego wzruszenia ramion, obojętności, która rodzi obojętność odbiorcy. Dlaczego? Niestety może tylko dlatego, że dotyka tak bolesnego tematu, że sama opisywana sytuacja może ukłuć czytelnika, nawet pomimo braku jej opracowania. Dymińska pisze „o mężczyznach, którzy podobno mnie kochali, / nawet kiedy gwałcili. / Czasem któryś nawet przeprosił, / jak miał lepszy dzień / czy coś tam”. Wyrzuca tutaj z siebie, nie pierwszy raz zresztą, wymiot sprzeciwu; to jedyna forma walki z uczuciem, które ją ogarnia, gdy ci sami mężczyźni mówią do niej o feminizmie i równości, wznosząc się na wyżyny hipokryzji (ten fragment wiersza to dosłowne nawiązanie do sytuacji opisanych w tekście „Papierowi feminiści. O hipokryzji na lewicy i nowych twarzach polskiego #metoo”, którego Dominika Dymińska jest współautorką). Trudno protestować, gdy gardło jest poranione od krzyku, płaczu i wymiotów, gdy mimo świadomości, że trzeba działać, brakuje sił. Tym razem też pisze prosto i bezpośrednio, a nawet trochę ironizuje tytułowym „enjoy your symptom” i sceną płaczu na zajęciach z psychoanalizy: takiej jej wierzę, może dlatego, że to moment, w którym jej podmiot wkurwia się nie tylko na własny dyskomfort, lecz także dotyka doświadczenia powszechnego dla wielu kobiet. Ten jeden wiersz nie jest jednak w stanie uratować całego tomu. Można go uznać za istotne świadectwo, czy jednak mówi nam coś, czego nie wiemy? To tekst, który działa dzięki feministycznemu zaangażowaniu, które może trafić w czuły punkt czytelniczki, jednak nadal daleko mu przecież do poważnej propozycji poetyckiej. Im dłużej myślę o tych kilku zaangażowanych w sprawy kobiet utworach, tym większy odczuwam niepokój – zbyt mało widzę w nich intelektualnej pracy, a za dużo pogrywania emocjami. Odwołanie do wspólnych doświadczeń (jak bardzo wspólnych pokazała przecież akcja #metoo) może czasem zaboleć, ponownie postawić żywotny, palący społeczny problem, nie znaczy to jednak, że ów gest – sam w sobie ważny, potrzebny – czyni z tego pisarstwa dobrą literaturę. Feminizm, z którym tu mamy do czynienia, też zresztą pozostaje naskórkowy – kobiecy podmiot Dymińskiej jest nieszczęśliwy, to wszystko. Co najbardziej dobijające – jest on zupełnie pozbawiony autonomii, określa się wyłącznie w stosunku do innych i to najczęściej mężczyzn. W świecie „Pozdrowień…” nie ma miejsca na kobietę, która jest wartościowa sama w sobie, która ma siłę, by swoim wkurwem powiedzieć „nie” patriarchatowi, która znaczy bez męskiego spojrzenia. „Pozdrowienia ze świata” nie dodają żadnej nowej myśli do tego, co powszechnie znane. Żonglując kwestiami istotnymi społecznie, nie dotykają w gruncie rzeczy żadnej z nich. Nie znać w tych wierszach wysiłku intelektualnego czy emocjonalnego przepracowania któregokolwiek z sygnalizowanych problemów.

W świecie »Pozdrowień…« nie ma miejsca na kobietę, która jest wartościowa sama w sobie, która znaczy bez męskiego spojrzenia

Niestety niedojrzałość światopoglądowa Dymińskiej idzie w parze z niedojrzałością formalną. Język, który się nie buntuje, nie ma szans na prawdziwie rewolucyjny przekaz. Jej wiersze to zdania łamane niejednokrotnie w przypadkowych miejscach – razem wzięte tworzą produkt poezjopodobny. Dotkliwy jest tutaj brak słuchu językowego, feelingu, który potrafiłby podkręcić emocje; rytmu, który oddałby fluktuacje napięcia. W „Pozdrowieniach…” napięcia zresztą praktycznie nie ma. Doświadczenie miałkości tematyzowane w wierszu „Ledwo życia” jest aż nadto widoczne w całym tomie i nic nas tutaj niestety z owego marazmu nie wytrąca. Można posądzać autorkę o próbę oddania naturalnego toku myśli czy specyfiki rozmów toczących się w internecie. Jednak naturalność i wkurw, które nie napędzają słów literacką energią, nie dają wrażenia świeżości, śmiałości czy wywrotowości, pozostaje jedynie zapis i – co może najgorsze – reprodukcja pewnego status quo. Wkurw Dymińskiej przy wkurwie Tomasza Bąka czy Kiry Pietrek jest, co najwyżej, nastoletnim fochem.

Po raz kolejny w ostatnim czasie, jak w przypadku książek Rupi Kaur, Anny Ciarkowskiej czy Billy Sparrow (czyli przedstawicielek nowego, pseudopoetyckiego trendu, który najlepiej scharakteryzował Rafał Różewicz) w opakowaniu z napisem poezja, tym razem nawet poezja zaangażowana, otrzymujemy produkt w wersji pop – prosty, zrozumiały dla wszystkich przekaz oparty na podstawowych emocjach, lichy literacko, jałowy intelektualnie, kulejący formalnie. W załączniku do tomu brakuje nam właściwie tylko odpowiednio ładno-smutnych instagramowych zdjęć. Nie chcieliście – to macie, skumbrie w tomacie, swoją Rupi Kaur.

Dominika Dymińska
„Pozdrowienia ze świata”, wydawnictwo Ha!art, Kraków 2017, s. 40.

Aleksandra Byrska
absolwentka krytyki literackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorantka w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Publikowała m.in. w "Wielogłosie", "Blizie", "ArtPapierze", „O.pl”, "Fragile", „Fabulariach", "Tyglu Kultury" oraz w tomach zbiorowych. Krytyczka, redaktorka, animatorka kultury.
POPRZEDNI

recenzja  

Prolegomena do orybienia albo zniszczyć pamięć

— Łukasz Żurek

NASTĘPNY

recenzja  

Piękne widoki są jak piekło

— Piotr Jemioło