Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Wreszcie spieramy się o poezję! – napisał do mnie znajomy podczas burzy, która niedawno przetoczyła się nad rodzimym środowiskiem poetyckim. Dodajmy: burzy jak z Sosnowskiego, jak rozległy zawał, jakiej już dawno „Facebóg” nie widział. Sypały się gromy i oklaski; zwaśnione grupy – niczym w czołówce Familiady – wołały towarzyszy broni, by ci zbiegli się przeciągać rację jak linę: raz w jedną, raz w drugą stronę. Efekt? Zamiast rozdartego worka z monetami – rozdarte serca i wszędobylski smrodek. Pewna poetka i redaktorka, której nazwiska nie przytoczę, zważywszy na charakter i przeznaczenie postu, podsumowała tę burzę nad wyraz obrazowo:

prosta historyjka na marginesie. było sobie gówno – nie takie znów duże, ot zwyczajne g…, leżało sobie i pośmiardywało dość umiarkowanie. ludzie przechodzili, przystawali, konstatowali, że śmierdzi, ale było do zniesienia. ale potem przyszedł jeden z drugim, który stwierdził, że tak być nie może i trzeba działać. cóż więc zrobił? włączył wentylator i gówno rozpylił po całej okolicy. i wtedy to dopiero śmierdziało…. [pisownia oryginalna]

I jak przed laty „z morza alkoholu wyłonił się skoczek Peterka” (według słów Włodzimierza Szaranowicza), tak dziś z „gówna” wspólnymi siłami został ulepiony: „poetycki faszysta”, „ekstremista”, „humanista zaczynający dzień od latte” oraz „cenzor”, który od swojej mitycznej sławy „odcina kupony”. Czyli niżej podpisany. Barbarzyńca w ogrodzie. Ale po kolei.

 

Korzenie drzewa

Od dłuższego czasu napięcie w środowisku przypominało sytuację na Półwyspie Koreańskim. Każdy te(k)st nuklearny w postaci artykułu Mai Staśko doprowadzał do dalszej atomizacji i zostawiał za sobą spaloną ziemię, na której toczono coraz bardziej jałowe polemiki, mające coraz mniej wspólnego z poezją. Polityczność wiersza, która ma się rozumieć sama przez się, sprowadziła w końcu portalowe dyskusje do mówienia dosłownie o wszystkim, tylko nie o wierszach. O czym w swoim stylu nie omieszkał wspomnieć Jakub Skurtys, w poetyckim podsumowaniu 2017 roku, pisząc przy okazji (nie bez podziwu): „w jeden sezon Staśko wyrosła na najbardziej aktywną i najgłośniejszą krytyczkę pokolenia (choć mogłaby czasem napisać coś jeszcze  o wierszach). W wielu sprawach mogę się nie zgadzać, ale samą zdolność wzbudzania owego fermentu wypada docenić”. Wspomnianą zdolność również doceniam, podobnie często też się nie zgadzam, a sam przypadek Staśko pozwolił mi przemyśleć jedną ważną rzecz – polityczność. Jak pisał Thomas Mann, a wcześniej Arystoteles, każde działanie jest polityczne i nawet jeśli będziemy próbowali pozostać ostentacyjnie apolityczni, to polityka i tak w końcu się za nas weźmie – nieważne, czy zagraniczna, społeczna, kulturalna czy wydawnicza. Nie żyjemy przecież na bezludnej wyspie. Stąd przyzwalanie na pewne polityczne praktyki w imię rzekomej apolityczności jest najgorszym możliwym wyborem, który w rzeczywistości prowadzi wprost do opowiedzenia się po jednej ze stron. Często wbrew własnej woli.

Od dłuższego czasu napięcie w środowisku przypominało sytuację na Półwyspie Koreańskim, a każdy te(k)st nuklearny Mai Staśko doprowadzał do dalszej atomizacji

Dlatego nie mogłem pozostać obojętnym wobec dwóch książek: „Mleka i miodu” Rupi Kaur oraz „Chłopców, których kocham” Anny Ciarkowskiej, które z powrotem wymusiły na nas mówienie przede wszystkim o samej poezji. Nie w związku z wycinką Puszczy, praktykami ministra Glińskiego, procentowym udziałem kobiet w spotkaniach oraz festiwalach – ani nawet w związku (uwaga) zawodowym czy Radzieckim. Przy okazji nominacji i nagród oraz domniemanych powiązań Świetlickiego z oenerowcami zamiast półgębkiem zaczęliśmy znów mówić o poezji jawnie, pełną gębą; nie w towarzystwie kogoś lub przy okazji czegoś, ale osobno, w formie listów otwartych, polemik, artykułów czy komentarzy. Ten zwrot ku istocie lektury wiersza, z której powinno wynikać wszystko inne, przyjąłem, nie ukrywam, z satysfakcją. Zaczęliśmy się bowiem prawdziwie spierać. O to, co tak naprawdę robimy. Co z tego mamy? Co chcielibyśmy uzyskać? I najważniejsze: za kogo się uważamy? Dlatego jestem pewien, że każdy, kto brał udział w tych dyskusjach musiał sobie odpowiedzieć na te pytania. Choćby po cichu.

A że burza przetoczyła się wokół owych książek ogromna – niespecjalnie mnie to zdziwiło. Myślę, że winne jest temu odejście od tzw. krytyki negatywnej (którą przed dwoma laty na łamach „Dwutygodnika” uzasadniał Maciej Jakubowiak w artykule pt. „Pokłóćmy się o literaturę”), a którą do dziś błędnie utożsamia się z nagonką i personalnymi atakami na autorów. W ten sposób odbieramy krytyce możliwość pogłębionej refleksji, nie sprowadzającej się do okolicznościowej laudacji, blurba czy koleżeńskiej recenzji. To niepokojące, że coraz częściej widzimy w krytyce prywatną terapeutkę, od której mamy prawo żądać, że dowartościuje nie tyle nawet naszą twórczość, co przede wszystkim nas samych – jakby była nam cokolwiek dłużna. Jakbyśmy wciąż nie przepracowali „Książek najgorszych” Barańczaka, a jeszcze wcześniej „Dziennika” Gombrowicza czy artykułów Brzozowskiego poświęconych Sienkiewiczowi. W takim świetle wniosek nasuwa się sam: najtrudniej jest wrócić do źródeł i odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania. A to niestety boli. Ale o co tak naprawdę poszło?

 

Poezja instagramowa

Wystarczy kilka wersów, dobre ujęcie, czysty kocyk i kawa. Innymi słowy: wystarczy mieć internet. Najlepiej Facebooka i Instagrama. Serduszka i lajki sypią się wówczas same, grono czytelników rośnie z szybkością transferu danych, aż dochodzimy do punktu, w którym przestaje być ważne to, co się publikuje. Najważniejsze staje się zaś to, w jaki sposób to się robi, o której i w jaki dzień tygodnia, zgodnie z żelazną logiką prime time’u. Liczba emotikonek oraz udostępnień zastępuje wówczas tradycyjną czytelniczą reakcję, stając się miarą wspomnianych obrazków oraz wartością samą w sobie.

Swego czasu amerykańska witryna Huffington Post stworzyła ranking 12 najpopularniejszych poetek i poetów Instagrama. Mogliśmy się z niego dowiedzieć, że przypadek najsłynniejszej poetki instagramowej – Rupi Kaur – nie jest odosobniony. Mamy raczej do czynienia z całkiem nowym zjawiskiem, z czymś w rodzaju przeciwwagi dla akademickiej poezji amerykańskiej czy brytyjskiej – poezji dla mas, gdzie twórca rezygnuje z tradycyjnie pojmowanej poetyckiej drogi (prowadzącej przez czasopisma, krytyków, książki i akademie) na rzecz błyskawicznego odzewu oraz wirtualnego sukcesu. A w dalszej perspektywie: komercyjnego.

Sukcesu, dodajmy, zwielokrotnionego przez amerykańskie wydawnictwa, które – widząc w poezji instagramowej szansę na sprywatyzowanie kolejnej publicznej sfery – postanowiły przenieść wirtualny sukces do świata papieru. I tę modę, za sprawą najsłynniejszej poetki doby internetu, zaszczepić/sprzedać całemu światu.

 

Mleko i miód

Po raz pierwszy w nadwiślańskim środowisku zaczęto grzmieć przy okazji ukazania się polskiego przekładu wierszy Rupi Kaur. Wydawnictwo Otwarte (podlegające pod Znak) w 2017 roku opublikowało jej debiutancką książkę poetycką pt. „Mleko i miód” – prawdziwy bestseller zza Wielkiej Wody (ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy, kilkadziesiąt tygodni na liście „New York Timesa”) – zrzucając przy okazji bombę atomową na polskie środowisko poetyckie. W Polsce przyjęło się, że poetki i poeci sprzedają swoje książki w nakładzie kilkuset egzemplarzy (lub nie sprzedają ich wcale) oraz właściwie nie istnieją w świadomości przeciętnego czytelnika. Stąd irytacja z powodu wtargnięcia  Kaur w przestrzeń ich aktywności – wraz z całym marketingowym anturażem. Na łamach „Czasu Kultury” jej rówieśniczka, Jolanta Nawrot pisała nawet: „Tomik Kaur może wywoływać negatywne emocje wśród innych piszących, zwłaszcza wśród polskich poetów i poetek. Nie po raz pierwszy okazuje się bowiem, że nasi czytelnicy (a raczej czytelniczki) nie znają i nie doceniają tego, co wychodzi w kraju, co jest dużo lepsze warsztatowo od wierszy Kaur. Po trzech miesiącach »Mleko i miód« ma szerszą i żywszą recepcję wśród osób na co dzień niezajmujących się literaturą (co widać chociażby na portalu Lubimyczytać.pl i na różnych blogach czytelniczych) niż po roku lub po kilku latach od ukazania się tomiku polskiego poety czy poetki (także tych nagradzanych i recenzowanych przez krajową krytykę literacką) w podobnym wieku jak Rupi Kaur. Oczywiście wpływa na to między innymi fakt, że tomik Kaur jest dostępny w popularnych sieciach księgarskich, można go bez problemu kupić w wielu punktach stacjonarnych lub przez internet, czego nie można powiedzieć o najmłodszej polskiej poezji. Poza tym napisano go po angielsku, co ułatwia jego rozpowszechnianie na międzynarodową skalę”.

Polski sukces Rupi Kaur (gwoli ścisłości: dziś 26-letniej kanadyjskiej feministki pochodzenia hinduskiego, której kariera zaczęła się od usunięcia przez Instagram kontrowersyjnego zdjęcia, na którym pokazała się w dresach poplamionych miesiączkową krwią) rodzimi twórcy jakoś jednak przełknęli. Co więcej – niektórzy odreagowali go w osobliwy sposób, jak choćby Krzysztof Kleszcz, który zaczął niedawno uprawiać na Facebooku parodię twórczości Kaur (pod nazwą „Dekolt i śrut”). W internetach natomiast, jeśli ktoś dobrze poszuka, znajdzie jeszcze jedną przeróbkę wierszy Kaur pt. „Mleko i fiut” (a więc znacznie ordynarniejszą, stworzoną przez anonimowego autora). W każdym razie rodzimi wierszokleci sukces Kaur uznali za efemeryczne zdarzenie, na którym, zgodnie z teorią skapywania, skorzystają być może sami, a być może skorzysta na nim nawet cała polska poezja. Nic z tych rzeczy. Polski czytelnik nadal woli bowiem kupić nową książkę Remigiusza Mroza (o którym nawet co nieco pisałem) niźli Konrada Góry – co więcej, zaczyna szukać polskiej odpowiedniczki Kaur. Aż ją dostaje. W niespełna dwanaście miesięcy. I na dwa miesiące przed premierą przekładu drugiego tomu wierszy Rupi pt. „Słońce i jej kwiaty”. Przypadek?

 

Chłopcy, których kocham

Książkę Anny Ciarkowskiej (wydaną – podobnie jak książkę Kaur – przez wydawnictwo Otwarte) należy już teraz uznać za jeden z najgłośniejszych tegorocznych debiutów, abstrahując od jej poziomu, a skupiając się wyłącznie na spustoszeniu, które zasiała w środowisku poetyckim. Jeśli „Mleko i miód”  były Little Boy’em zrzuconym na Hiroszimę, to „Chłopcy, których kocham” są jak Fat Man spadający na Nagasaki. Dwie bomby, które sprawiły, że poeci dosłownie eksplodowali. Głos jako pierwszy zabrał Marcin Orliński, pisząc publicznie na swoim Facebooku z okazji premiery: „Jeśli ktoś pisze w ten sposób i ma 12 lat, to jestem wobec niego wyrozumiały. Podchodzę delikatnie, sugeruję, co poprawić, gdzie przystopować, jak uniknąć banału i patosu. Ale jeśli autorka jest dorosła i wydaje książkę, która staje się nagle hitem Empiku, to chyba warto nazwać rzeczy po imieniu: jest to rzecz literacko zła […]”. W bardziej stonowanym tonie na swoim blogu wypowiedział się natomiast Sławomir Płatek (choć również krytycznie): „Oczywiście, jak pisze Małysa to może zaboleć w taki najzwyczajniejszy ludzki sposób. Każdy, kto wydaje książkę, chciałby, żeby ta książka była czytana, nawet jeśli oficjalnie opowiada brednie, że ma to gdzieś. Nie, nie ma gdzieś i martwi się, że przegrywa ze szmirą, powtarzam jednak: czy to naprawdę o to chodzi?”

Jeśli »Mleko i miód« były Little Boy’em zrzuconym na Hiroszimę, to »Chłopcy, których kocham« są jak Fat Man spadający na Nagasaki

Czarę goryczy przelał właśnie artykuł Michała Małysy, opublikowany na blogu „Obgadajmy poezję” pod wymownym tytułem „Przyznajcie się do porażki”, który w buńczuczny sposób nie tylko wprost zarzucił środowisku miałką zazdrość, ale wręcz „wylewanie wiadra pomyj” na wrażliwą, uduchowioną młodą kobietę (pomijając fakt, że Ciarkowska i jej wydawca nie mieli skrupułów, dopuszczając się na okładce czegoś na kształt emocjonalnego szantażu na czytelniku, cytuję: „Jeśli dzielisz moją wrażliwość, spotkajmy się: facebook.com/chlopcyktorychkocham”). W tym miejscu warto wspomnieć, że autorka prowadzi również swój fanpage (liczący sobie prawie 58 tys. polubień – stan na 23 lutego 2018 roku), na którym umieszcza filmiki-miniwykłady o poezji, opatrzone tytułami w rodzaju: „Rymować, czy nie rymować?”, „Bez rymów czyli… bez zasad?”, „Skąd się biorą wiersze”, „Między prozą a poezją”, „Inspiracja a natchnienie”, „Wiersz, i co dalej?”. Sam pomysł publikowania wykładów wydaje mi akurat sensowny; przyznaję, autorka mówi prosto i na tyle zajmująco, by przekazać podstawową wiedzę na temat pisania wierszy początkującym autorom, odpowiadając przy tym na pytania, które pewnie baliby się zadać innym z uwagi na ich domniemaną śmieszność. W porównaniu z instagramowymi zdjęciami Rupi Kaur, na których widzimy coraz mniej słów składających się na rzekomy wiersz, a coraz więcej autorki chwalącej się, jak to w fikuśnych strojach od „Elle India” wędruje przez salony świata, edukacyjny wymiar filmików Ciarkowskiej, w moim przekonaniu, zasługuje tym bardziej na uznanie. Ale na tym koniec.

 

Trzy małpki

Co bowiem z tymi, którzy nie podzielają jej wrażliwości z okładki oraz nie zamierzają polubić fanpage’a „Chłopców, których kocham”? Podążając tym tropem: czyżby mieli zakaz sięgania po powszechnie dostępną książkę? Nie mogli krytykować, gdyż wrażliwości nie powinno się rozpatrywać w kategoriach krytycznych? Skoro – według Ciarkowskiej (co podkreśla często) – wszystko opiera się na współodczuwaniu lub jego braku, zaś dobry czytelnik to wyłącznie taki czytelnik, który „współodczuwa”, „rozumie”, a co za tym idzie: ma szeroki margines wyrozumiałości dla – nie ukrywajmy – nieprzekonującego warsztatu Ciarkowskiej, dlaczego autorka zdecydowała się te utwory opublikować i poddać krytycznej recepcji? Doktor nauk humanistycznych (z wykształcenia Anna Ciarkowska jest literaturoznawczynią) naprawdę wierzy, że w pisaniu chodzi wyłącznie o przekazywanie własnych (przede wszystkim pozytywnych) emocji? A gdzie reszta, świat? I tu dochodzimy do kluczowych zagadnień: ignorancji i odpowiedzialności, przemycanych pod płaszczykiem emocji i nastoletniej wrażliwości.

W utworach Ciarkowskiej świat jest milczeniem. Nie ma go. Żyjmy zatem w mydlanej bańce, oszukujmy się, że wystarczy powiedzieć dobre słowo, by znów było dobrze, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, choć wokół wszystko wali się w gruzy: Donbas, ISIS, Syria, uchodźcy, Brexit, Trump, Izrael, Korea, Iran, Rosja, klimat, Polska, ONR itd. Bądźmy jak słynne trzy małpki, których ręce zakrywają kolejno oczy, uszy i usta: „Nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nic nie mówiłam”. Zapatrzeni w siebie. W swoje emocje. Jak w smartfony. Oczywiście można i tak. Ale czy naprawdę musimy w ten sposób wbijać kolejne gwoździe do trumny literatury? Czy naprawdę lepiej będzie nam się żyło w błogiej nieświadomości, pod kocem, przyglądając się światu z obojętnością? Dla mnie pisanie to nie jest wypad na zakupy,  pójście do kina czy wrzucenie obrazka z wierszem na tablicę. Jest (a raczej powinno być) czymś znacznie bardziej problemowym i złożonym – w coraz bardziej problemowym i kruchym świecie. Warto w tym miejscu zacytować fragment słynnego wiersza Stanisława Barańczaka pt. „Jeżeli porcelana to wyłącznie taka” i odpowiedzieć sobie na postawione w nim pytania:

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Tymczasem Ciarkowska, w wywiadzie udzielonym wspomnianemu Michałowi Małysie, przed tego rodzaju zarzutami broniła się nader osobliwie. Stawiała się bowiem w opozycji (podobnie jak Kaur i reszta poetek instagramowych) do poezji akademickiej. Jakżeby inaczej: autorów rzekomo „nieprzysiadalnych” z uwagi na ich domniemaną elitarność, autorów-gburów, tych wszystkich zapatrzonych w siebie „ą” i „ę”, z którymi „normalny” człowiek nie jest w stanie zamienić słowa, podzielić się emocjami: „Myślę, że kluczowe jest traktowanie ludzi bez poczucia wyższości, słuchanie ich i odpowiadanie. Tak, aby się porozumieć, a nie coś komuś udowodnić. […] Dla mnie najważniejsza jest część już po pytaniach ze strony prowadzącej czy prowadzącego, gdy mam okazję porozmawiać z zainteresowanymi osobami bezpośrednio. Niektóre dziewczyny podchodzą do mnie i mówią: »wow, jaka ty jesteś normalna, gadasz z nami, jak to jest w ogóle możliwe«. Bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że nie ma między nami niepotrzebnej bariery […]”. Pomijając już temat-rzekę, czyli kształtowanie wizerunku poety w szkole, aż chce się powiedzieć: jakiej bariery? Funkcjonuję w tym środowisku już 10 lat (dodam: jako osoba niepełnosprawna) – czy coś przegapiłem? A może chodzi raczej o rzucanie słów na wiatr, pomysł na siebie, sprzedanie bajki o złym wilku (środowisku) i niewinnej owieczce (autorce)?

Skoro więc Ciarkowska decyduje się stać z boku i między słowami mówić, że nie chce mieć ze środowiskiem nic do czynienia, mówiąc jednocześnie o potrzebie przełamywania barier i wychodzenia do ludzi, interesujący wydaje się tutaj stosunek wydawnictwa do niej samej (w tym miejscu chcę podziękować Annie Adamowicz za liczne rozmowy na ten temat oraz trafne spostrzeżenia i sugestie, bez których nie byłoby możliwe wspólne wysnucie części wniosków prezentowanych w dalszej części szkicu).

 

Poezja czy nie?

Właścicielem wydawnictwa Otwarte, który wydało książki Anny Ciarkowskiej oraz Rupi Kaur, jest Społeczny Instytut Wydawniczy Znak. Wchodząc na stronę wydawnictwa, w formularzu dla autorów, możemy jednak przeczytać: „Publikujemy jedynie prozę: powieści dla dorosłych i  młodzieży, literaturę faktu (reportaże, wywiady, biografie, poradniki), wyjątkowo zbiory opowiadań. Prosimy o przysyłanie wyłącznie tego typu utworów. Nie przyjmujemy dramatów i poezji […]”. Skąd ta niekonsekwencja? Dlaczego Otwarte zrobiło wyjątek dla wspomnianych autorek? A może ich twórczość to nie jest do końca poezja? Tak też zdają się argumentować ich zwolennicy i zwolenniczki. Lecz czy przeciętny czytelnik przeglądający „Mleko i miód” lub„Chłopców, których kocham” zdaje sobie sprawę, że nie czyta tak naprawdę wierszy w rozumieniu, jakie temu pojęciu nadają wydawcy i krytycy? Wreszcie: że (już po raz drugi) jest naciągany? I kolejna kwestia: dlaczego ZNAK, wydający przecież poezję (m.in. książki poetyckie Jarosza, Różyckiego czy ostatnio antologię tłumaczeń Barańczaka pt. „444 wiersze poetów języka angielskiego XX wieku”), nie wydał książek Kaur i Ciarkowskiej w ramach swojej regularnej działalności? Czyżby w sprytny sposób dzielił swoje książki na prawdziwą poezję z serii „Poezja” i teksty udające poezję, wydawane przez „niepoetyckie” Otwarte, przeczuwając, że na wydawaniu ich pod jednym szyldem może wizerunkowo stracić? W efekcie czytelnik książek Kaur i Ciarkowskiej zaczyna żyć w błędnym przeświadczeniu, że tak właśnie wygląda współczesna poezja i takie są jej aktualne problemy.

Wchodząc na stronę wydawnictwa, możemy przeczytać: »Publikujemy jedynie prozę«. Dlaczego Otwarte zrobiło wyjątek dla wspomnianych autorek? A może ich twórczość to nie do końca poezja?

Podsumowując: wydawnictwo wydaje złe książki, kształtując złe gusta. Dlaczego więc w środowisku zawrzało, gdy część z nas otwarcie napiętnowała tę praktykę – choć chyba większość myśli podobnie? Może za wyjątkiem, a jakże, Michała Małysy, który zdaje się nie dostrzegać, że wydawcy naprawdę nie chodzi o wrażliwość i emocje, jakie książka wywoła wśród czytelników, bo te ma w głębokim poważaniu, lecz o sprzedaż obu powyższych.  Małysa zdaje się brać za dobrą monetę stwierdzenie, że „tu nie chodzi o pieniądze, a właśnie szczere emocje”, wierząc w szczere intencje wydawcy, któremu nagle zaczęło zależeć na szerzeniu poezji w społeczeństwie liczącym sobie 38% czytających.

 

Śmieszny poeta

Po publikacji mojego listu otwartego „Do niejakiego specjalisty ds. marketingu i promocji” (opublikowanego na Facebooku, zainspirowanego formą  „Listów do młodego kontestatora” Christophera Hitchensa), w którym próbowałem przedstawić proces zawłaszczania kolejnych sfer ludzkiej aktywności, głównie poezji, przez politykę, biznes i kapitał, spotkałem się z zarzutami, że celuję w próżnię (choć zgodziła się ze mną np. poetka Anna Musiał, której wpis na blogu utrzymany jest w podobnym tonie). Że tak naprawdę nie wiadomo, do kogo wspomniany list jest skierowany ani co chciałem dzięki niemu powiedzieć (w tym miejscu pozwolę sobie nie tłumaczyć celowości rzeczonego listu: zrobię to w  majowej „Odrze”, odpowiadając na list Radosława Wiśniewskiego polemizujący z moim listem, który ukaże się przedtem na jej łamach). Najczęstszym zarzutem (oczywiście obok tego, że po prostu chcę zająć miejsce Kaur i Ciarkowskiej w Empiku) było narażanie środowiska na śmieszność. Pozostaje tylko pytanie: czy nie jesteśmy już wystarczająco śmieszni? Kto, określając się jako poeta (jeśli w ogóle to robi), nie czuje przy tym lekkiego zażenowania i wstydu?

Dlatego uważam, że nic już nam naprawdę nie grozi. Nie staniemy się nagle śmieszni w oczach wydawców i czytelników Kaur oraz Ciarkowskiej, bo jesteśmy tacy na co dzień: nie tylko w oczach samych wydawców (zwłaszcza tych, którzy programowo nie publikują poezji, co podkreślają na swoich stronach), ale także rodziny, szefostwa, słowem: w oczach większości. Chodząc od urzędu do urzędu z pytaniem, czy „nie da Pan/Pani 300 zł na książkę”, ciułając te wszystkie stówy i dwusetki przelane na konto od znajomych, bibliotek, miejskiego ośrodka kultury, w przypływie litości i dobrej woli, aby po mękach udało się wydać 40-stronicową książkę w nakładzie 100 egzemplarzy, którą będzie można rozdać za darmo, bo nikt nie będzie chciał jej kupić. Jeśli nie to, to co rozumiemy pod słowem „śmieszność”?

Jednocześnie w artykułach Marcina KleinszmidtaJerzego Alskiego, opublikowanych w lutowym wydaniu „Salonu Literackiego”, pojawiają się głosy mówiące, iż dobrze się stało, że duże wydawnictwo wzięło się za promocję poezji (powtórzę: dlaczego więc nie wzięło się za jej promocję wydawnictwo Znak, z pewnością o dłuższej tradycji oraz bardziej ugruntowanej pozycji na rynku? Czyżby książki „Mleko i miód” oraz „Chłopcy, których kocham” nie były jednak poezją, publicyści zaś dołączyli do grona naciągniętych czytelników, myśląc że mają do czynienia z wierszami?). Jednocześnie Jerzy Alski w swoim artykule pisze o edukacyjnej roli tego typu pozycji. Wierzy (i nie jest w tym odosobniony), że czytanie Kaur i Ciarkowskiej w pewnym momencie sprawi, że czytelnicy sięgną po Herberta, Miłosza, Plath, Poświatowską, a może nawet i współczesną poezję polską – Dyckiego, Honeta, Bargielską czy, kto wie, przytaczanego wcześniej Górę. Posłużę się tutaj przykładem Konkursu Chopinowskiego.  W 2015 roku cała Polska z zapartym tchem śledziła konkursowe zmagania, mówiło się wiele o edukacyjnej funkcji imprezy i wzroście świadomości kulturalnej Polaków. Jednak zainteresowanie konkursem było chwilowe, nie przekładając się na trwały wzrost popularności muzyki klasycznej wśród ogółu społeczeństwa. Chopin, Bach czy Mozart nie stali się nagle hitami sieciówek (i dobrze). Efemeryczne uczestnictwo w „podniosłym” wydarzeniu odbywało się nierzadko w celach pokazowych – i jednorazowych.  Podobnego efektu (a właściwie – jego braku) spodziewam się w przypadku książek Kaur i Ciarkowskiej. Ludziom wystarczy ich lektura, by wyrobić sobie zdanie o tym, czym jest dzisiaj poezja, jak się aktualnie pisze i kto ją reprezentuje. A wszystko po to, by móc następnie powiedzieć: „Czytam poezję, więc nie mów mi, że nie znam się na literaturze” i odhaczyć w ten sposób kolejny punkt w spisie służącym do budowy własnego wizerunku. Bo nikt nie chce być uznany za ignoranta, prawda?

Wierzę więc, że nasz (a przede wszystkim mój) symboliczny sprzeciw nie jest pozbawiony podstaw. Pozostając w klimatach muzycznych oraz parafrazując słowa Radosława Wiśniewskiego, który w toku tej dyskusji napisał, że „bezcelowy jest sprzeciw melomanów wobec sukcesu muzyki disco polo” i „że najważniejszy jest szacunek do tego, co robimy”, należy wspomnieć jeszcze o jednej kwestii. Kiedy twórcy disco polo mówią wprost, że tworzą disco polo przeznaczone dla wielbicieli disco polo – wszystko jest w porządku. Decyzja słuchacza o słuchaniu disco polo jest decyzją słuchacza i nic mi do tego. Kiedy jednak czytelnik nie do końca wie, z czym tak naprawdę ma do czynienia – trudno jest o akceptację tego typu utworów. I wzajemny szacunek.

 

Wielki brat patrzy

Kim więc jest Anna Ciarkowska? W rzeczonym wywiadzie z Michałem Małysą sugeruje, że jest zwykłą debiutantką, wziętą wprost z ulicy. „Chłopcy… zdecydowanie nie są projektem komercyjnym, nad którym pracuje sztab ludzi. Po prostu piszę, robię zdjęcia i nagrywam filmiki. Jedyne, w czym potrzebuję pomocy, to techniczna strona tych ostatnich – montuje mi je kolega, ponieważ sama tego nie potrafię” – mówi. Nie zamierzam bawić się w teorie spiskowe, lecz nabieram wątpliwości, kiedy duże wydawnictwo, programowo niezajmujące się publikowaniem poezji, wydaje poetkę „z ulicy” z niemałym rozgłosem. Owszem, wydawnictwa mogą wydawać kogo chcą i co chcą; mogą robić wolty, zaprzeczać swojej polityce, słowem: mogą robić wszystko. Z drugiej strony: jeśli Ciarkowska faktycznie chwyciła Boga za nogi, to raczej starotestamentowego Jahwe – okrutnego w swych czynach, który wyrządził jej sporą krzywdę. W jaki sposób? Żeby było jasne: nie winię Ciarkowskiej za to, że pisze wiersze i chce je publikować. Nie jest też jej winą, że wydawnictwo zdecydowało się wydrukować jej debiutancki tom. Na  miejscu autorki sam bym się cieszył. I sam, przyznaję, nie kryłem radości, gdy wziąłem do ręki swoją pierwszą książkę. To było spełnienie najskrytszych marzeń. Jej odbiór w tamtej chwili interesował mnie najmniej. Liczyło się ujrzenie swoich utworów drukiem. To wszystko, rzecz jasna, jest zrozumiałe.

Nie zamierzam bawić się w teorie spiskowe, lecz nabieram wątpliwości, kiedy duże wydawnictwo, programowo niezajmujące się publikowaniem poezji, wydaje poetkę »z ulicy«

Odpowiedzialność za sytuację ponosi raczej wydawnictwo. Wraz z opublikowaniem  „Chłopców, których kocham” wydawnictwo Otwarte dokonało symbolicznego unicestwienia Ciarkowskiej jako autorki. Na długo pozostanie ona wyłącznie polską odpowiedniczką Kaur – z uwagi na formę dzieła, metody, promocję, słowem: całą marketingową otoczkę, która pozwoliła Otwartemu wypromować swój produkt kosztem dalszego funkcjonowania autorki w świadomości czytelników, jak i szerzej – poetyckiego środowiska. Aby Ciarkowska mogła w przyszłości uciec przed cieniem Kaur i łatką poezji instagramowej, będzie musiała naprawdę się postarać. Pozostaje pytanie: czy będzie jeszcze chciała – po tej krytyce, która ją spotkała? Ciekawi mnie też, jak utwory z „Chłopców…” wyglądały przed redakcją i ingerencją wydawnictwa Otwarte (autorka w kilkukrotnie wspominanym już wywiadzie twierdzi bowiem, że wcześniej wysłała jeszcze wiersze do pewnego „łódzkiego stowarzyszenia”, gdzie spotkały się one z bardzo dobrym odbiorem). Czy wyglądały inaczej? Jeśli tak: dlaczego wydawca nie zaryzykował i nie wydał po prostu wierszy Ciarkowskiej, bez wszystkich jawnych nawiązań do autorki „Mleka i miodu”? Dlaczego nie postawił po prostu na nowe nazwisko? Dlaczego sam zamknął ją w szufladce z napisem: „Instagram Poets”?

I tutaj dochodzimy do smutnej konstatacji, o której wspominałem w swoim liście otwartym. Wraz z modą, która przyszła do nas z Zachodu za sprawą Rupi Kaur, przyszło nam być świadkami zawłaszczania przez kapitał kolejnej sfery. To zawłaszczanie odbywa się na kilku poziomach jednocześnie. Na przykład Anna Adamowicz w swoim artykule pt. „Kukułcze jajo poezji” (który ukaże się w kwartalniku „KONTENT”) kładzie nacisk na kwestie psychologiczne oraz socjologiczne, stawiając tezę, że z literackiego punktu widzenia zajmowanie się Kaur i Ciarkowską jest bezcelowe.

Sam rozpatruję to zjawisko pod kątem politycznym. Jak już wspomniałem przy okazji odwołania do twórczości Mai Staśko: nauczyłem się (choć trochę wbrew sobie), że mimo najszczerszej woli zachowania apolityczności, każde działanie jest polityczne, w większym bądź mniejszym stopniu. W przypadku książek Kaur i Ciarkowskiej mamy do czynienia z polityką wydawnictwa. Nie przeszkadza mi sam fakt, że wydawnictwo chce zarobić – interesuje mnie, jak zamierza to zrobić.

 

W krainie czarów

Nasuwa się pytanie: czyżbyśmy mieli do czynienia z promocją lekkiej poezji na trudne czasy? O której jesteśmy w stanie powiedzieć tyle tylko, że ładnie wygląda, słowem, jest „śliczna” (to autentyczne określenie, które znalazłem w opinii o książce Ciarkowskiej na portalu Lubimyczytać.pl) zamiast „dotyka takich a nie innych spraw, zmaga się z takim a nie innym problemem, próbuje odpowiedzieć na takie a nie inne pytania”? Która, nawet jeśli dotyka problemu przemocy, robi to w sposób kontrolowany i bezpieczny (jak w przypadku Kaur). Wygląda to trochę tak, jakby poezja miała stać się kolejną odskocznią od trudów codzienności, kolejną krainą czarów, do której można w każdej chwili zawitać. Czymś, co do tej pory wymagało skupienia i wysiłku, teraz miałoby zwalniać z myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej nas rzeczywistości, a zatem: stać się kolejną formą rekreacji. Czy nie chodzi tu o sprytne zamykanie ust i rodzaj biznesowej pacyfikacji? Uczynienie z kolejnej sfery aktywności krytycznej strefy komfortu dla kapitału? Kiedy rozum śpi, budzą się demony –  wyzysku, czyli współczesnego niewolnictwa, odradzającego się faszyzmu, gospodarczych kryzysów, niepewności jutra.

Jeszcze jedno: nie przekonuje mnie zarzut Małysy, że w ten sposób wyśmiewam(y) czytelniczą wrażliwość sporej części ludzi. Tych wszystkich bez „specjalistycznego wykształcenia”, którzy w lekturze szukają prostych odpowiedzi na proste, a przecież istotne – bo uniwersalne – pytania. Problem polega na tym, że te – być może jeszcze nie do końca rozbudzone – emocje są (dzięki polityce wydawniczej i mechanizmom rynkowym) ukierunkowywane często w niewłaściwy, szkodliwy sposób, wygodny przede wszystkim  dla kształcicieli gustów oraz smaków. Zwłaszcza w przypadku młodszych odbiorców – książki Kaur i Ciarkowskiej wydają się być skierowane przede wszystkim do nastolatków.

 

Prawie poeci

Nie zdziwię się jednak, jeśli pojawią się głosy, że przeceniam wpływ Kaur oraz Ciarkowskiej na literaturę oraz ludzi zajmujących się pisaniem wierszy w Polsce. Jednak, jak pokazuje przykład facebookowej młodopoetyckiej grupy „Prawie poeci” (ponad 29 tysięcy polubień), założonej przez 19-letnią Julię Gaj, tylko utwory „kauropodobne” (a więc kładące nacisk na same emocje, nieprzetworzone językowo – bezpośrednie, wyrażające wprost myśli autora lub autorki) mogą liczyć na powszechne uznanie (wyrażane za pomocą lajków, serduszek i innych emotikonek). Wszelkie próby konstruktywnej krytyki dzieła (którą próbowali stosować choćby Daniel Madej czy Nina Manel) są natomiast zbiorczo torpedowane, głównie przez innych członków grupy, broniących „swoich ludzi”, którzy prześcigają się nie w pisaniu coraz to lepszych warsztatowo wierszy, lecz w zyskiwaniu portalowej popularności. Następuje tutaj zanikanie edukacyjnego aspektu towarzyszącego tworzeniu poezji, skracanie koniecznej do przebycia drogi, a młodzież należąca do grupy nie chce się rozwijać (językowo i światopoglądowo). Zależy jej przede wszystkim na zyskaniu natychmiastowej popularności wśród członków wirtualnej społeczności, która zastąpi im prawdziwą rozpoznawalność w tzw. środowisku, usankcjonowanym przez krytykę literacką. Tworzą oni alternatywny poetycki świat, w którym twórcze spełnienie przychodzi łatwo i szybko, bez konieczności ponoszenia mitycznych „ofiar”. W czasach, gdy literaci walczą o uznanie swojej pracy za faktyczną „pracę”, dzięki autorkom i autorom pokroju Kaur pracowniczy czynnik towarzyszący pisaniu jest z powrotem wypierany przez mit weny i natchnienia, których idealną egzemplifikacją jest trwające kilka sekund dodanie załącznika czy samo opublikowanie postu. W ten sposób stare powiedzenie „literatura wymaga cierpliwości” odchodzi do lamusa.

 

Warto rozmawiać

Moje obawy, które wyrażałem na różne sposoby w czasie lutowej dyskusji i które wyrażam w tym szkicu (jednocześnie podsumowującym to całe zamieszanie), nie mają nic wspólnego z zazdrością, cenzorskimi zapędami, faszyzmem ani poetyckim ekstremizmem – co niektórzy próbowali mi na siłę imputować. Jako osoba od 12 lat zajmująca się pisaniem wyrażam raczej swoje zaniepokojenie. Nie jest to chyba jeszcze systemowo, kulturowo lub środowiskowo zabronione? Co więcej, zdaję sobie sprawę, że mój szkic niczego tak naprawdę nie zmieni. Ale jak mawiał klasyk: warto rozmawiać. Zatem rozmawiajmy, bo to nam jeszcze pozostało.


POPRZEDNI

szkic  

Trójkąt Marcowy. Polacy, komuniści i żydowskie pokolenie '68

— Stanisław Kierwiak

NASTĘPNY

szkic  

Dwa słowa o Ursuli K. Le Guin

— Michał Czajkowski