Ładowanie strony
Logotyp magazynu Mały Format

Alejo Carpentier

„Królestwo z tego świata", PIW. Warszawa 2018, s. 150.

Przywołując po przeszło półwieczu powidoki europejskiego boomu literatury iberoamerykańskiej w pierwszej kolejności wspominamy o takich autorach jak Gabriel Garcia Márquez, Mario Vargas Llosa, Julio Cortázar, czy Carlos Fuentes. Również w rodzimej świadomości czytelniczej, w latach 80. bardzo żywo reagującej na ekspansję prozy wyżej wymienionych pisarzy, ta sfera literatury uległa bezpośredniemu powiązaniu z terminem realizmu magicznego. I choć to utożsamianie od lat budzi sprzeciw literaturoznawców, trudno oprzeć się wrażeniu, że również polski czytelnik mówiąc o literaturze latynoskiej, myśli o realizmie magicznym.

Pomijamy natomiast inne, niezwykle istotne dla prozy iberoamerykańskiej pojęcie rzeczywistości cudownej („Lo real maravilloso americano”), które skupione na literackiej topografii Ameryki Łacińskiej wydaje się mocniej determinować rodowód tej prozy niż realismo mágico. Według Juana Barosso rzeczywistość cudowna stanowi jedynie regionalną odmianę realizmu magicznego, obejmującą utwory, których akcja toczy się w granicach Ameryki Łacińskiej. Dyskurs postkolonialny podważający powinowactwo obydwu konwencji na ogół za główny argument sprzeciwu podaje ich odmienne perspektywy narracji. Zestawiając w ten sposób kulturowo pierwotną, aktywną formę doświadczania rzeczywistości w utworach Miguela Asturiasa z krytyką biernego antropologa, odizolowanego kulturowo Europejczyka intelektualisty[1]. Mimo kubańskich korzeni z podobnym zarzutem o „europejskość” punktu widzenia u początków literackiej kariery spotkał się również bohater tego szkicu. Czy zatem owa cudowność rzeczywistości ujawnia się w utworach latynoskich autochtonów za pośrednictwem realizacji założeń realnej magii, czy może wyrasta nie z założeń poetyki, a z kulturowego kodu opisywanych krain, transcendentnego sposobu doświadczania ich topografii, mitologizacji i reorganizacji ich historiozofii?

Za ojca samego pojęcia „Lo real maravilloso americano” uznaje się Alejo Carpentiera, którego przedmowa do „Królestwa z tego świata” traktowana jest jako manifest nurtu. PIW-owskie wznowienie pierwszej części legendarnego tryptyku kubańskiego pisarza, w tłumaczeniu Kaliny Wojciechowskiej, opatrzone posłowiem Ewy Nawrockiej, przywraca dziś polskiemu czytelnikowi powieść niezwykle istotną w kontekście obrazu prozy iberoamerykańskiej, na wielu płaszczyznach prekursorską, formalnie oszczędną, zarazem brawurową stylistycznie. Powrót po osiemnastu latach na rynek wydawniczy książki tak ważnej dla kształtu prozy Latynosów daje okazję do przypomnienia korzeni rzeczywistości cudownej, kierunku o niemal ćwierćwiecze młodszego od magicznego realizmu.

PIW-owskie wznowienie przywraca powieść niezwykle istotną w kontekście obrazu prozy iberoamerykańskiej, na wielu płaszczyznach prekursorską

W jaki zatem sposób Carpentier odsącza z tak ponurej, brutalnej, kolonialnej rzeczywistości ową cudowność, która strudzonemu haitańskiemu niewolnikowi u kresu barwnego żywota pozwala dostąpić tytułowego królestwa?

Debiutancka powieść autora „Podróży do źródeł czasu” składa się z czterech rozdziałów, a właściwie części, które można również traktować, jako osobne, autonomiczne opowiadania. Wszystkie te krótkie fabuły rozgrywają się na Haiti między datowanym na 1751 r. niewolniczym powstaniem na Saint-Domingue a rokiem 1820 i śmiercią pierwszego króla wyspy Henri Christophe’a, nazywanego „Czarnym Napoleonem”. Oddzielone od siebie w czasie rzeczywiste epizody historyczne spina klamrą fikcyjna postać głównego bohatera Ti Noela, niewolnika na plantacji pana Lenarmanda de Mézy.

Na początku czytelnik poznaje historię Francoisa Mackandala, jednorękiego przywódcy rewolty przeciw francuskim plantatorom, półlegendarnego maga, według wierzeń wyspiarzy trudniącego się likantropią. Carpentier miesza tu prawdę historyczną i kulturową dokumentalistykę Haiti z lokalnym folklorem i mitologią, w które ubiera na wpół fantastyczną rzeczywistość otaczającą bohatera. W części drugiej powrót Ti Noela do odmienionego Cap, obserwacje rozrostu kultu Mackandala i wątek dotyczący de Mézy rozgrywane są w tle rzeczywistej wizyty na wyspie siostry Napoleona Pauliny Bonaparte. W rozdziale trzecim ciągłość czasowa narracji zostaje ponownie załamana, a czytelnik przeniesiony do królewskiego już miasta Sans-Souci, gdzie Ti Noel przybija na statku już jako wolny, siwy i strudzony starzec. W czasie wizyty w dawnej posiadłości swego pana obserwuje mozolną i morderczą pracę niewolników przy wznoszeniu dziękczynnej cytadeli dla czarnoskórego króla Henri Christophe’a. Carpentier przy pomocy „szpiega” w postaci Ti Noela zdaje skrótową literacką relację z przebiegu rządów pierwszego koronowanego władcy wyspy, lat kluczowych dla jej rozwoju gospodarczego, jednocześnie bardziej krwawych i okrutnych niż czasy francuskich kolonialistów. Tę część kończy zmitologizowana scena samobójstwa dyktatora autochtona i jego symbolicznego, rytualnego pochówku na czubku Biskupiej Czapy. W ostatniej z czterech nowel składających się na „Królestwo z tego świata” Ti Noel zastaje wyspę w bezkrólewiu, przyłącza się do grabieży pałacu Sans-Souci, a następnie koronuje się na następcę Christophe’a. Od tej pory, sprawując prawe rządy, hojnie obdarowując podwładnych zrabowanymi pamiątkami królewskiej familii, zostaje przywódcą pozostałej pod Biskupią Czapą mikrospołeczności. W ten sposób u późnej starości wolny, wciąż wierny ideałom Mackandala tworzy w swoim małym hermetycznym świecie namiastkę prywatnego królestwa. Wizyta geometrów kończy rządy Ti Noela, zapowiadając ekspansję nowych kolonialistów.

Pozbawiony przymiotów władzy, „wypędzony z sali tronowej”, dokańcza żywota w królewskim zielonym fraku z koronkowymi mankietami, siedząc w ukochanym fotelu pośród ruin dawnej hacjendy. Wobec nagłej straty wiążących duszę dóbr doczesnych, w końcu wyzwolony, „przeżywa swój czas”, a jego ciało wraz z uświęconymi przez niego pamiątkami po dawnym władcy znika z tego świata, zmiecione z powierzchni wyspy przez apokaliptyczny wiatr.

W pierwszym tomie tryptyku Carpentiera prawdziwe królestwo zostaje zatem utożsamione ze sferą duchową, z ludzkim doświadczaniem szczęścia i trudu, przepracowywaniem traum, ułomnym pragnieniem „ulepszania tego, co istnieje”. Co istotne podobnie jak w tytule to królestwo TEGO świata, które Ti Noel w przedśmiertnej epifanii wyraźnie różnicuje od Królestwa Niebieskiego, gdzie wszystko jest z góry ustalone, a zwykły człowiek nie ma już czego tam zdobywać. Zdaniem byłego niewolnika prawdziwej wolności nie zapewnia spełnienie, a jedynie nieustanna pogoń za nim, im bardziej wyczerpująca i znojna, tym bardziej szlachetna. Choć ideały te zdają się pokrywać z uniwersalizmami wszelkiej scholastyki zbawienia, w ostatnim objawieniu Ti Noela katharsis zostaje powiązane z bytem ziemskim, wyzwalającą wędrówką przez znane szlaki, powrotem do bliskich miejsc. Niebo nie jest dla niego wyzwoleniem, lecz smutnym finałem, po którym nie ma już nic.

Prawdziwe królestwo zostaje utożsamione ze sferą duchową, z ludzkim doświadczaniem szczęścia i trudu, przepracowywaniem traum, ułomnym pragnieniem»ulepszania tego, co istnieje«

Okres paryski i związki z surrealistami rozpoczęły w twórczości Carpentiera etap poszukiwań ducha cudowności kultury amerykańskiej. W „Królestwie…” duch ten jest nieustannie obecny przy Ti Noelu; bohater doświadcza go niemal na każdym kroku oczyszczającej peregrynacji ku wolności. Kosmopolityzm Carpentierowskiej narracji, objawiający się zdaniem krytyków w erudycyjnych wywodach, diagnozach społecznych, politycznych i kulturowych, bynajmniej nie czyni opisów cudowności Haiti konwencjonalnie patetycznymi. Choć osoba wszechwiedzącego narratora nie udziela bezpośredniego głosu świadomości Ti Noela, instancja bohatera i sposób jego doświadczania rzeczywistości wydają się determinować opowieść kronikarza. Autor „Harfy i cienia” zdaje się w ten sposób postulować ideę, zgodnie z którą jedynie rdzenny mieszkaniec Ameryki Łacińskiej jest zdolny dostrzegać i zgłębiać jej amorficzną cudowność.

To właśnie świat przedstawiony, latynoska topografia, przeżywana poprzez odkrywanie tej kultury i tradycji, pozostaje głównym niespersonifikowanym bohaterem powieści, co czyni Ti Noela jedynie zwiedzającym, a jego punkt widzenia — emocjonalnym nośnikiem doświadczania.

O ile o iberoamerykańskiej prozie lat 20. i realizmie magicznym można powiedzieć, że główną formą kulturowej i historycznej rewizji były dla nich regionalizm i prymitywizm realistycznych wizerunków przedstawianych społeczności, o tyle Carpentier organizuje ten dyskurs na płaszczyźnie poetyki i wycyzelowanej warstwy stylistycznej. Zgodnie ze wspomnieniami zawartymi w przedmowie, poczynione w czasie wizyty na wyspie obserwacje magii haitańskiej ziemi, jaskrawości jej natury, kontrastów kulturowych i niezwykłości lokalnej mitologii stworzyły warstwę językową „Królestwa z tego świata”, a co za tym idzie zdefiniowały pod tym kątem sam kierunek „Lo real maravilloso americano”. Powieściowe ruiny Pałacu Sans-Souci, Cytadela La Ferriére czy Ciudad del Cabo to rzeczywiste miejsca na mapie dawnej Hispanioli. Jako znamienity krytyk muzyczny, z nie mniejszym realizmem Carpentier oddaje symptomatyczne dźwięki bębnów obrządku Petro i Radá, które – jak wspomina w poprzedzającym powieść manifeście – pozwoliły mu odczuć atmosferę czarów tej ziemi. W kwestii poetyki czy ram formalnych właściwego debiutu Carpentier konsekwentnie odżegnuje się od bliskiego mu wcześniej surrealizmu, a same próby „zaczarowania” literatury europejskiej lat 30. uznaje za naiwne i pretensjonalne. Niezwykle wymagająca fraza Kubańczyka, jego wycyzelowane opisy powieściowej topografii krążą wokół stylistyki barokowej, manieryzmu i leksykalnego przepychu. Ewa Nawrocka, autorka posłowia do „Królestwa…” uważa, że barok pozostaje w prozie Carpentiera kategorią nadrzędną poszukiwań istoty amerykańskiej cudowności:

Barok jest tu pojmowany jako kategoria nie tylko estetyczna, ale również duchowa; ma swoje źródło w oszałamiającym bogactwie amerykańskiej przyrody i współistnieniu różnych tradycji odmiennych rodowodów. Stanowi swego rodzaju kod kulturowy (…) Barokowej koncepcji świata przedstawionego odpowiada wspaniały, jedyny w swoim rodzaju styl kubańskiego pisarza, w którym bogactwo zmysłowych doznań łączy się z imponującą erudycją podróżnika i konesera sztuki.

Zatem w kontekście poetyki „Królestwa…” cudowność wyspiarskiej rzeczywistości ujawnia się nie w mającym surrealistyczne korzenie przedmiotowym zestawianiu dziwności, o którym Carpentier pisał w przedmowie, a w stylistycznym rozmachu narracji, kunsztownej frazie i chwilami przeestetyzowanym doświadczaniu haitańskiej rzeczywistości, kultury i historii. Przedmiotem obróbki pozostaje bowiem fakt, dokument czasu. Nabiera on jednak cudowności nadbudowany szczegółem.

Zgodnie z koncepcją Carpentiera proklamowaną jako manifest nowej poetyki, element barokowej konstrukcji rzeczywistości wiąże się z niezwykle złożoną, a także zróżnicowaną naturą, historią i kulturową tradycją opisywanych krain.

Zatem cudowność wspomnień pisarza z podróży na Haiti uzyskiwana jest także za pośrednictwem rewizji jej historiozofii, powtórnej nieodtwórczej mitologizacji narodowych figur i precyzyjnego szachowania faktem estetycznie przesyconym cudownością. Rzeczywiste historyczne epizody z dziejów dawnej Hispanioli, quasi-dokumentalną narrację sytuacji polityczno-społecznej, Carpentier miesza z paraboliczną, fikcyjną historią Ti Noela, niewolnika będącego naocznym świadkiem haitańskiego przełomu wieków. Obok realistycznego portretu upadku króla Henri Christophe, czy też kroniki odwiedzin Pauliny Bonaparte, czytelnik poznaje anegdotyczne sekwencje zza kulis „dziania się” historii, czy też chwilami ironiczne, zmyślone aneksy do życiorysów wymienionych wyżej postaci, formalnie przypominające „Żywoty urojone” Marcela Schwoba, czy bliżej naszego podwórka prozy z cyklu „Życiorysta” Janusza Rudnickiego. W „Królestwie…” fikcja zazębia się z faktem tak mocno, że w toku narracji granica między historią a regionalną mitologią zostaje niemal zatarta, wydobywając z wyspiarskiej kultury i tradycji estetykę „Lo real maravilloso americano”. Najlepszym przykładem funkcjonowania tego mechanizmu w powieści Carpentiera pozostaje postać Francoisa Mackandala, nieformalnego przywódcy niewolniczej rebelii, kapłana rzekomo posiadającego zdolność likantropii. Sama postać legendarnego proroka jest autentyczna, fikcyjny natomiast pozostaje wątek jego przyjaźni z Ti Noelem i wspólnej służby u Leonarda de Mézy. W sferze literackiego wymysłu w toku lektury ustawimy również fragmenty dotyczące rzekomego udziału Mackandala w wybuchu zarazy, czy też jego domniemanej ucieczki spod ręki kata pod postacią komara. Jednak zgodnie z przekazami historycznymi, a także regionalną mitologią Haiti, kolonialiści i zwolennicy niewolniczego proroka to jemu właśnie przypisywali wywołanie epidemii żółtej febry, która na przełomie 1794 r. zdziesiątkowała francuskie wojska, jednocześnie doprowadzając do pamiętnej ucieczki siostry Napoleona. Właśnie za rozprzestrzenienie choroby Francuzi skazali Mackandala na śmierć, a legenda o jego reinkarnacji w owada i zuchwałym uniknięciu kary przetrwała do dziś w folklorze i miejscowej tradycji. W ten sposób Carpentier dowodzi tezy stawianej już w przedmowie, jakoby cudowność amerykańskiej rzeczywistości była jej naturalną kategorią, cechą pierwotną, a iberyjska literatura nie potrzebowałaby efektów dziwności dla wywołania estetycznego wstrząsu, a jedynie powtórnej mitologizacji latynoskiej tradycji, dla wyrażenia cudowności właściwej jedynie tej części świata.

Oficjalny prozatorski debiut Carpentiera to dzieło bezdyskusyjnie wpływowe dla kształtu literatury iberoamerykańskiej, powieść anonsująca nowy gatunek, zarazem w warstwie poetyckiej będąca jego formalnym manifestem.

Co istotne, w lekturze znajdujemy faktyczną realizację zapowiedzi stawianych w przedmowie, a amerykańska cudowność zostaje zaadaptowana w utworze bez udziału patosu, niesmacznej przesady czy naiwnej dziwności surrealizmu. Efekt magiczny Carpentier osiąga przy pomocy ponownej mitologizacji faktów i postaci historycznych, a także barokowej konstrukcji opisów przyrody mających oddać złożoną duchowość relacji Haitańczyków z wyspiarską naturą. „Królestwo z tego świata” to również ekonomicznie pojemny, a jednocześnie niezwykle precyzyjny i wycyzelowany dokument czasu, aspirujący do miana mikro-kroniki dziejów Hispanioli. W erudycyjnych partiach narracji „Europejczyka”, pierwsza część tryptyku ukazuje ponadto w nowatorski sposób haitańską rewoltę niewolników i jej polityczno-społeczne następstwa z perspektywy bohatera z wewnątrz, namaszczonego tułacza Ti Noela.

Dalsze „recenzenckie” rekomendacje w przypadku tego pisarza wydają się zbędne, czy nawet pretensjonalne. Proza Alejo Carpentiera broni się sama, także poza wymienionymi wyżej kontekstami. PIW-owskie wznowienie tryptyku w klasycznych przekładach Kaliny Wojciechowskiej to okazja do przypomnienia polskiemu czytelnikowi — jak się zdaje — nieco dziś zakurzonej twórczości kubańskiego reformatora. Bo zgodnie z pierwszymi zdaniami posłowia Ewy Nawrockiej „Królestwo…” to właśnie świadectwo reformacji prozy Latynosów, zapowiedź europejskiej świetności literatury iberoamerykańskiej, a także narodziny nowej amerykańskiej cudowności.

 

[1]   T. Can, Magical Realism in Postcolonial British Fiction. History, Nation and Narration, Stuttgart 2015, s. 35.

Alejo Carpentier

„Królestwo z tego świata", PIW. Warszawa 2018, s. 150.

Oskar Meller
ur. 1993. Pochodzi ze Zgorzelca. Mieszka, studiuje i pracuje we Wrocławiu. Absolwent tamtejszej polonistyki, "obroniony" tego lata rozprawą na temat "Zmór" Emila Zegadłowicza. Publikował w "artpapierze" i "Kontencie". Pisze głównie o polskiej poezji najnowszej. Ostatnio prócz prób ratowania prozy Zegadłowicza dla potomnych zajmuje go także kwestia wpływów języka poetyckiego Tomasza Pułki na dykcję jego pokoleniowych rówieśników, czy też obraz rodzimej liryki "po Pułce" w ogóle.
POPRZEDNI

recenzja  

Nasz poeta, jego książka

— Marcin Świątkowski

NASTĘPNY

recenzja  

Opowiadania mizerne

— Paweł Kaczmarski