fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Konrad Góra

„Wojna (pieśni lisów)", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020, s. 44.

Konrad Góra

„Dzień został w nocy. Wiersze miłości i z nienawiści", papierwdole, Katalog Press, Wydawnictwo Dzikie Przyjemności 2021, s. 82.

Przed­mio­tem po­niż­sze­go tek­stu są dwa ostat­nie to­mi­ki Kon­ra­da Góry – „Wojna (pie­śni lisów)”, wy­da­na ponad rok temu w Biu­rze Li­te­rac­kim, oraz „Dzień zo­stał w nocy. Wier­sze z mi­ło­ści i z nie­na­wi­ści”, wy­da­ny przez wy­daw­nic­two pa­pierw­do­le, Ka­ta­log Press i Wy­daw­nic­two Dzi­kie Przy­jem­no­ści w stycz­niu tego roku. Pierw­szy z to­mi­ków to uło­żo­ny przez au­to­ra i Ar­tu­ra Bursz­tę wybór wier­szy już wcze­śniej pu­bli­ko­wa­nych, drugi ‒ zbiór cał­kiem nowy, pi­sa­ny czę­ścio­wo w ra­mach re­zy­den­cji li­te­rac­kiej w Cze­chach. To­mi­ki łączy – poza osobą au­to­ra i cza­so­wą bli­sko­ścią pu­bli­ka­cji – ele­ment spe­cy­ficz­ny, mia­no­wi­cie in­deks, który w pierw­szym wy­daw­nic­twie zdaje spra­wę z wy­stę­pu­ją­cych w wier­szach zwie­rząt, w dru­gim z kolei ka­ta­lo­gu­je ro­śli­ny i grzy­by. Obec­ność in­dek­sów pełni w za­sa­dzie dwie funk­cje. Po pierw­sze, zwra­ca uwagę czy­tel­nicz­ki na mar­gi­nal­ne re­jo­ny tek­stu, tam, gdzie znaj­du­ją się ga­tun­ki to­wa­rzy­szą­ce. Po dru­gie, mi­mo­cho­dem wska­zu­je na rów­no­praw­ność nie-ludz­kich nazw wzglę­dem tych, które za­zwy­czaj in­dek­su­je się w książ­kach.

Pod­cho­dzę do Kon­ra­da Góry jako osoba bar­dziej od zwie­rząt niż od po­ezji, czy­tel­nicz­ka, która rzad­ko ma za­jaw­kę na au­to­ra i li­te­rac­ki świa­tek, a myśli o tek­stach w try­bie czę­ścio­wo tylko oso­bo­wym. Autor w tek­ście in­te­re­su­je mnie za­zwy­czaj o tyle, o ile kon­kre­ty­zu­je się w nim cie­le­śnie bądź jako czło­nek więk­szej, po­nad­tek­sto­wej zbio­ro­wo­ści. Góra uobec­nia się w swo­ich wier­szach i tak, i tak, a jego uważ­ność na inne ga­tun­ki, wy­ra­żo­na wprost w oby­dwu pu­bli­ka­cjach, jest dla mnie do­dat­ko­wym przy­czyn­kiem do lek­tu­ry od innej stro­ny.

To jed­nak nie­je­dy­ny przy­pa­dek au­to­ra, który pod­po­rząd­ku­je swoją twór­czość za­gad­nie­niu „tego, co nie­wy­ra­żal­ne” (czyli tego, co zda­rza nam się zbior­czo na­zy­wać na­tu­rą). Eko­po­ety­ka Góry – jeśli się­gnie­my po to po­pu­lar­ne w ostat­nich la­tach po­ję­cie – po­le­ga na czymś zu­peł­nie innym. Poeta pisze z eko­lo­gicz­ną świa­do­mo­ścią, ale nie ukry­wa, że robi to z wła­snej, ludz­kiej per­spek­ty­wy, a zwie­rzę­ta, jak za­uwa­ża Jo­an­na Orska w ko­men­ta­rzu do „Wojny (pie­śni lisów)”, po­ja­wia­ją się w jego wier­szach za­le­d­wie na obrze­żach, w kącie po­etyc­kie­go oka. Nie da się na­to­miast spro­wa­dzić ich obec­no­ści do funk­cji es­te­tycz­nych czy sym­bo­licz­nych, co czę­sto w sztu­ce spo­ty­ka­ło (i spo­ty­ka nadal) or­ga­ni­zmy inne niż ludz­kie. Zwie­rzę­ta, ro­śli­ny i grzy­by – trzy­ma­jąc się ty­po­lo­gii wska­za­nej przez Górę – są w wier­szach by­ta­mi po­bocz­ny­mi, a cza­sem nawet ubocz­ny­mi, wy­cho­dzą­cy­mi z ję­zy­ka i jego przy­rod­ni­czej fra­ze­olo­gii. Ale nawet wtedy ich by­to­wa­nie po­zo­sta­je za­uwa­żo­ne i w jakiś spo­sób uczczo­ne, choć­by w ge­ście po­chy­le­nia się nad ska­żo­nym obec­no­ścią ludzi śro­do­wi­skiem. Jeśli po­ku­sić się o na­zwa­nie po­ezji Góry twór­czo­ścią nie­an­tro­po­cen­trycz­ną, to nie dla­te­go, że punk­tem wyj­ścia dla pod­mio­tu li­rycz­ne­go nie jest czło­wiek, ale dla­te­go, że jego spoj­rze­nie re­je­stru­je nie tylko to, co ludz­kie, lecz także nie-ludz­ki cha­rak­ter jego uwi­kłań w świat.

Z dwóch to­mi­ków to „Wojna” kon­cen­tru­je się na te­ma­cie zwie­rząt, cho­ciaż sporo się ich prze­wi­ja także w no­wych wier­szach. Trud­no zresz­tą po­wie­dzieć, by któ­ryś ze zbio­rów był jed­no­znacz­nie pod­po­rząd­ko­wa­ny kon­kret­nej te­ma­ty­ce. Wier­sze Góry mówią o wszyst­kim naraz. In­dek­sy peł­nią funk­cję czy­tel­ni­cze­go na­rzę­dzia, to na­rzę­dzie jed­nak, jeśli za bar­dzo mu za­ufa­my, może nas zwieść. Uwaga poety kie­ru­je się w wiele stron jed­no­cze­śnie, język roz­pra­sza się w kon­tak­cie ze zło­żo­ną i nie­jed­no­znacz­ną struk­tu­rą rze­czy­wi­sto­ści. W wy­bo­rze wier­szy z Biura Li­te­rac­kie­go, oprócz in­dek­so­wa­nych ga­tun­ków, prze­wo­dzi także ty­tu­ło­wa wojna, ro­zu­mia­na jed­nak sze­ro­ko, jako do­mi­nu­ją­cy stan kon­flik­tu i za­gro­że­nia. Zna­mien­ne jest, że wojna łączy się u Góry ze zwie­rzę­ta­mi. Cier­pie­nie i śmierć czę­sto oka­zu­ją się naj­sil­niej­szy­mi spo­iwa­mi re­la­cji ludz­ko-nie-ludz­kich ze wzglę­du na pod­rzęd­ny sta­tus, jaki zwie­rzę­ta mają w ludz­kim spo­łe­czeń­stwie. Z jed­nej stro­ny mar­gi­na­li­zu­je się zwie­rzę­cy ból lub, w skraj­nych przy­pad­kach, ne­gu­je jego ist­nie­nie, kiedy może po­słu­żyć „więk­sze­mu dobru”, jak w la­bo­ra­to­riach albo na woj­nie. Z dru­giej – i to czę­sty przy­pa­dek w li­te­ra­tu­rze – cier­pią­ce zwie­rzę staje się sym­bo­lem cier­pie­nia nie­za­wi­nio­ne­go, me­ta­fo­rą w opo­wie­ściach o życiu i śmier­ci i przy­czyn­kiem do re­flek­sji nad tym, co uni­wer­sal­ne, czyli, in­ny­mi słowy, do­ty­czą­ce ludzi. Cier­pie­nie zwie­rząt ludz­kich i nie-ludz­kich u poety nie jest jed­nak toż­sa­me, a zwie­rzę­ca śmierć nie sta­no­wi ma­te­ria­łu do bu­do­wy ale­go­rii o ludz­kim losie. Nie-ludz­kie zwie­rzę­ta cier­pią osob­no, na inne spo­so­by i czę­sto w ukry­ciu, nawet jeśli mo­men­ta­mi to cier­pie­nie zbie­ga się z ludz­kim.

W wier­szu „Małp­ka i maska” z umie­ra­ją­ce­go w pło­ną­cych la­sach pal­mo­wych ma­ka­ka zo­sta­je za­le­d­wie maska, prze­chwy­co­na przez ludzi po­zo­sta­łość po mał­pim bólu. W wer­sach „Świe­ci­my sobie jego ocza­mi”, „Wo­ła­my Pana jej dzi­kim szlo­chem” można wy­czy­tać, jak ludz­ka co­dzien­ność spla­ta się nie­szczę­śli­wie z cier­pie­niem in­nych stwo­rzeń i jaki uży­tek czy­nią lu­dzie z prze­my­sło­wej in­ge­ren­cji w eko­sys­tem. Brzmi w tym i bez­rad­ne współ­czu­cie, i wina. De­struk­cja śro­do­wi­ska i prze­moc wobec zwie­rząt są zresz­tą w wier­szach Góry po­wra­ca­ją­cym te­ma­tem. Ślady znisz­cze­nia prze­ci­na­ją lu­dziom drogę mi­mo­cho­dem albo oka­zu­ją się współ­two­rzyć ludz­ką rze­czy­wi­stość. W „Matki Bo­skiej Rzeź­nej” do­myśl­ny dźwięk, kry­ją­cy się za po­wta­rza­nym wer­sem „De­tek­tor me­ta­li”, mo­no­ton­nie ryt­mi­zu­je wiersz, na który skła­da się długa lista rzeź­ni­czych na­rzę­dzi. Wiersz jest bez­oso­bo­wy, tak jak cza­sem bez­oso­bo­wy wy­da­je nam się pro­ces ma­so­wej pro­duk­cji mięsa. Mo­dli­tew­na forma wier­sza na­da­je mu jed­nak do­dat­ko­wą ramę, su­ge­ru­jąc po­wią­za­nie rzeź­ni­czych na­rzę­dzi tor­tur z tkan­ką ludz­kiej kul­tu­ry albo wska­zu­jąc na łą­czą­cą nas z nimi, chcąc nie chcąc, in­tym­ną re­la­cję.

Ar­te­fak­ty ludz­kiej kul­tu­ry stają się no­śni­ka­mi bólu. W ja­kiejś mie­rze go ukry­wa­ją, w innej zo­sta­wia­ją za sobą ślady krwi. Osta­tecz­nie jed­nak bar­dziej niż z an­ta­go­ni­zmu po­ezja Góry zdaje spra­wę z prze­ci­na­ją­cych się eg­zy­sten­cji. Cho­ciaż słowo „czło­wiek” funk­cjo­nu­je osob­no od „zwie­rzę­cia”, ich ścież­ki krzy­żu­ją się za spra­wą wspól­nie za­miesz­ki­wa­ne­go te­re­nu, jak w wier­szu o pu­stym ty­tu­le „”:

Żyję któ­ryś rok
w pań­stwie zmar­łych,
ale prze­ra­ził mnie do­pie­ro wrak psa.

Obec­ność wy­nisz­czo­ne­go psa, kon­kret cier­pią­ce­go psie­go ciała – nie wia­do­mo, czy pies jest mar­twy, czy chory – wy­bi­ja z rytmu pod­miot li­rycz­ny, ale jego sto­su­nek do zwie­rzę­cia po­zo­sta­je nie­jed­no­znacz­ny. Wiersz nie sy­gna­li­zu­je, czy prze­ra­że­nie wy­ni­ka z po­czu­cia za­gro­że­nia, czy współ­czu­cia, a sy­tu­acja spo­tka­nia nie zo­sta­je do­po­wie­dzia­na w tonie kon­fron­ta­cji.

Ostatecznie jednak bardziej niż z antagonizmu poezja Góry zdaje sprawę z przecinających się egzystencji

Samo słowo „zwie­rzę” funk­cjo­nu­je w wier­szach Góry w spo­sób nie­ja­sny, raz po­ja­wia się do­słow­nie, innym razem me­ta­fo­rycz­nie. Zwie­rzę­ta­mi by­wa­ją lu­dzie, by­wa­ją nimi też stwo­rze­nia inne niż lu­dzie, a cza­sem słowo oka­zu­je się tylko czę­ścią fi­gu­ry re­to­rycz­nej. Naj­cie­kaw­sze są zresz­tą te mo­men­ty, w któ­rych re­la­cje ludzi z nie­ludź­mi są naj­mniej zro­zu­mia­łe dla czy­tel­nicz­ki, a język wier­szy za­cie­ra tropy po­szcze­gól­nych uczest­ni­ków sy­tu­acji do tego stop­nia, że nie daje się jasno okre­ślić, kto nim do nas mówi. To mię­dzy in­ny­mi przy­pa­dek ty­tu­ło­we­go wier­sza „Wojna (pie­śni lisów)”, który otwie­ra prze­strzeń wie­lo­znacz­no­ści, od­wo­łu­jąc się jed­no­cze­śnie do kon­kret­nych ele­men­tów le­śne­go śro­do­wi­ska:

W obro­nie, to ja zo­sta­wiam ślady
Tak bli­sko kry­jów­ki, które ty za­cie­rasz do wody w pę­cher­zach.

W ja­mach tego lasu zbie­ra się tylko pył i ziar­na sosen.
Grzy­by zna­czą groby. Susza: most
Legł na dnie, byłym dnie, sarny szcze­ka­ją gło­śniej.

A naj­gło­śniej lisy. Nie ma zła w nie­wi­dze­niu barw.
Ogród i dom, mi­ra­że.
Nie mor­do­wa­ły­śmy od końca kar­mie­nia.

„Ja” i „je­stem”, słowa gra­ma­tycz­nie do­po­wia­da­ją­ce toż­sa­mość mó­wią­ce­go, usta­wia­ją­ce się w kontrze do ad­re­sat­ki, wpro­wa­dza­ją tylko zamęt. Po­dob­nie dzie­je się też w now­szych wier­szach z dru­gie­go zbio­ru, ta­kich jak „Ży­wo­kost” albo „Zwie­rzę”, w któ­rych za­im­ki oso­bo­we i od­mia­ny cza­sow­ni­ka „być” za­bu­rza­ją po­rzą­dek wier­sza i za­wią­zu­ją związ­ki mię­dzy wy­stę­pu­ją­cy­mi w nim ak­to­ra­mi w skom­pli­ko­wa­ne supły. Przez to za­ni­ka nie tylko ja­sność uło­że­nia po­szcze­gól­nych stwo­rzeń wobec sie­bie, ale też roz­dzie­la­ją­cych je gra­nic. Po­ku­si­ła­bym się o stwier­dze­nie, że Góry spo­sób pi­sa­nia o lu­dziach i nie-lu­dziach w sam raz od­da­je am­bi­wa­len­cje okre­śle­nia „zwie­rzę”, któ­re­go za­kres se­man­tycz­ny jest tak sze­ro­ki, że po­zwa­la mówić jed­no­cze­śnie o bio­lo­gicz­nej ty­po­lo­gii, snuć roz­wa­ża­nia na temat szcze­gól­no­ści czło­wie­ka czy two­rzyć me­ta­fo­rycz­nie su­ge­styw­ne ob­ra­zy świa­ta na kra­wę­dzi roz­pa­du. Przy tym Góra nie pro­wa­dzi w swo­ich wier­szach roz­wa­żań nad zwie­rzę­ciem i zwie­rzę­co­ścią w ogóle, ka­te­go­ria czło­wie­czeń­stwa rów­nież nie wy­da­je się go in­te­re­so­wać, a jego wier­sze ujaw­nia­ją po­jem­ność, wie­lo­wąt­ko­wość i we­wnętrz­ne sprzecz­no­ści tych uogól­nia­ją­cych okre­śleń.

Góry sposób pisania o ludziach i nie-ludziach w sam raz oddaje ambiwalencje określenia »zwierzę«

Po­ezja Góry jest ko­niec koń­ców sy­tu­acyj­na, za­nu­rzo­na w kon­kre­cie. Nawet te bar­dziej abs­trak­cyj­ne, trud­niej­sze do ogar­nię­cia wy­obraź­nią frag­men­ty tek­stu po­cho­dzą z kon­kret­nych prze­żyć i uważ­nej ob­ser­wa­cji. Ujaw­nia się to szcze­gól­nie w zbio­rze „ro­ślin­no-grzy­bo­wym” („Dzień zo­stał w nocy”), w któ­rym czę­sto same ty­tu­ły wier­szy – wy­rwa­ne z kon­tek­stu frag­men­ty zdań i po­je­dyn­cze słowa – spra­wia­ją wra­że­nie mo­men­tów za­trzy­ma­nych w cza­sie. Wier­sze sku­pia­ją się na bie­żą­cej chwi­li i opo­wia­da­ją o po­dej­rza­nych, pod­słu­cha­nych zda­rze­niach. Nawet jeśli pi­sa­ne są w kon­tek­ście trud­nych do wy­czy­ta­nia spo­mię­dzy wer­sów sy­tu­acji po­li­tycz­nych i śro­do­wi­sko­wych na­pięć, można je czy­tać, po­zo­sta­jąc na po­wierzch­ni, i przy­glą­dać się, jak mi­mo­wol­ne spo­tka­nia stają się punk­tem za­pal­nym ję­zy­ka po­etyc­kie­go. „Gołąb nad nami wy­ły­siał” – tak za­czy­na się „Ani brak po­wie­trza”, w któ­rym opa­da­ją­ce go­łę­bie pióro i roz­ma­wia­ją­ce o nim dwie bez­dom­ne osoby na­su­wa­ją na myśl prze­cho­dzą­ce­mu po­ecie otwie­ra­ją­cy tomik wiersz Yan­ni­sa Rit­so­sa i dalej obraz „dzie­cia­ków bi­tych za moją bier­ność i głu­po­tę/ w War­sza­wie, Miń­sku, Min­ne­apo­lis”.

Po­słu­gi­wa­nie się mi­mo­wol­ny­mi cią­ga­mi sko­ja­rzeń po­zwa­la Górze na uchwy­ce­nie mo­men­tu i prze­obra­żeń, któ­rym chwi­la ulega pod wpły­wem ob­ser­wa­cji. Nar­ra­cja w wier­szach płyn­nie prze­miesz­cza się od za­ata­ko­wa­ne­go przez pu­stuł­kę go­łę­bia do spraw o zna­cze­niu glo­bal­nym, do za­gad­nień etycz­nych i eg­zy­sten­cjal­nych; od śmier­tel­nie cho­rej ko­bie­ty do po­śli­zgu na „ały­czy z Bia­ło­skór­ni­czej” („Ko­bie­ta z ter­mi­nal­nym ra­kiem”). Droga pro­wa­dzą­ca od szcze­gó­łu do ogółu jest tylko jedną ze skal, na któ­rych skon­stru­owa­ne są wier­sze Góry, inne mają mniej oczy­wi­sty cha­rak­ter. Tak jak w przy­pad­ku kon­kret­nych zwie­rząt, które po­ja­wia­ją się w utwo­rach raz jako uczest­ni­cy wy­da­rzeń, raz jako ele­men­ty skła­do­we me­ta­for, innym razem jako po­ży­wie­nie, tak zmie­nia­ją się funk­cje po­szcze­gól­nych ro­ślin – wy­do­by­tych z kra­jo­bra­zu, śpie­wa­ją­cych pro­te­st­son­gi, wy­ra­sta­ją­cych ze szcze­lin w na­wierzch­ni, przy­po­mi­na­ją­cych „dłoń zmar­łe­go dia­bła”.

Bar­dziej abs­trak­cyj­ne ob­ra­zy i skró­to­wo opi­sa­ne sy­tu­acje prze­ry­wa­ją szcze­gó­ły kra­jo­bra­zu, od­cią­ga­ją­ce uwagę poety od myśli, którą można by z czy­tel­ni­cze­go przy­zwy­cza­je­nia uznać za waż­niej­szą lub wio­dą­cą. Treść pło­ną­cej książ­ki w wier­szu „Z Kolářa” umyka pod wpły­wem po­cią­ga­ją­ce­go wi­do­ku ognia, a we „Fro­dzie” sy­tu­acja męż­czy­zny, który prze­pro­wa­dził się z dział­ki do wa­go­nu bu­dow­la­ne­go, zo­sta­je za­stą­pio­na rów­nie cie­ka­wą po­etyc­ko aneg­do­tą o pie­cze­niu dyni. Ku­li­nar­ne do­świad­cze­nia od­gry­wa­ją zresz­tą w wielu wier­szach istot­ną rolę, bo go­to­wa­nie jest za­rów­no dobrą oka­zją do opo­wie­ści o spo­tka­niach, jak i przy­czyn­kiem do two­rze­nia ob­ra­zów o dziw­nie i śmiesz­nie prze­ni­ka­ją­cych się świa­tach ludzi, zwie­rząt, ro­ślin i grzy­bów:

 

Dziew­czy­ny gril­lo­wa­ły cu­ki­nię,
aż wy­szedł im ba­kła­żan –
a ja spa­łem obok, w pia­chu
tak prze­schnię­tym, że przy
gor­szych po­sta­ra­niach
ro­bił­bym za żół­cia­ka w se­za­mie.

(„Dąb Ba­kła­ża­nu Wi­daw­skie­go”)

Zmia­ny do­ko­nu­ją­ce się w ob­rę­bie wier­szy wy­da­rza­ją się nie tylko pod wpły­wem sko­ja­rzeń i roz­pro­szo­nej uwagi poety. Oprócz po­do­bieństw za­cho­dzą­cych mię­dzy oży­wio­ny­mi i nie­oży­wio­ny­mi bo­ha­te­ra­mi wier­szy dzie­ją się w nich rów­nież praw­dzi­we me­ta­mor­fo­zy. Język prze­ni­ka przez gra­ni­ce ga­tun­ków, przed­mio­tów i zja­wisk. Niebo „droż­dżu­je” („Niebo, ono”), gar­dło zmie­nia się w „gniaz­do ry­jów­ki – na poły gnój, na poły sierść” („Cał­kiem”), rę­ka­wi­ce „wra­sta­ją w dło­nie” i stają się „ży­wicz­ne” („Opi­tej ziemi to­po­lą song”), a czło­wiek skła­da się z „205 kości i jed­nej ości”, która staje w gar­dle i od­bie­ra głos („Ostat­ni z Greki”). Po­wsta­ją w ten spo­sób rze­czy śmiesz­ne, ab­sur­dal­ne i mon­stru­al­ne.

W wier­szu „Jak po­wi­nien do­bie­gać głos poety” opi­sa­ny jest skłot, któ­re­go ścia­ny po­ra­sta psie wino. Mię­dzy kłą­cza­mi zwi­sa­ją ka­bel­ki, które razem z parą ły­że­czek, żoł­nie­rzy­kiem na ba­te­rię i sta­rym od­ku­rza­czem two­rzą nie­oczy­wi­stą dla ob­ser­wa­to­ra elek­trycz­ną kon­struk­cję. Tak wy­da­je się do­bie­gać głos poety – jego wier­sze skle­co­ne są z na­tra­fio­nych przy­pad­kiem po­sta­ci, ze zna­le­zio­nych pod ręką przed­mio­tów i słów, przez co two­rzy je już nie tyle sam autor, ile jego kon­tekst i oto­cze­nie. Wró­ci­ła­bym tu do okre­śle­nia eko­po­ety­ki i po­wie­dzia­ła, że świa­do­mość śro­do­wi­sko­wa w po­ezji Góry po­le­ga przede wszyst­kim na tym, że współ­two­rzy tę po­ezję śro­do­wi­sko, w któ­rym on funk­cjo­nu­je. Język i wy­obraź­nia Góry po­wsta­ją w wy­ni­ku in­te­rak­cji z oto­cze­niem, do­świad­cza­nym w jego na­tu­ro-kul­tu­ro­wej pełni, na prze­kór tak­so­no­micz­nym przy­zwy­cza­je­niom. Kon­kret­ne prze­ja­wy or­ga­nicz­ne­go życia ‒ od ludzi, przez inne zwie­rzę­ta, po ro­śli­ny i grzyb­nie ‒ są w związ­ku z tym istot­ny­mi skła­do­wy­mi po­etyc­kie­go ję­zy­ka. Na­po­tka­ne zwie­rzę­ta, go­to­wa­ne wa­rzy­wa, zwie­dza­ny las, za­po­zna­ne nazwy ga­tun­ków, które brzmią do­brze, kiedy wy­po­wie się je na głos, i przy­wo­dzą na myśl inne słowa, aneg­do­ty śmiesz­ne i strasz­ne – nie peł­nią funk­cji pod­rzęd­nej wobec hi­sto­rycz­nych i po­li­tycz­nych zna­czeń czy w ogóle bar­dziej „ludz­kich” kon­tek­stów, bo skła­da­ją się na ma­te­rię, z któ­rej bu­du­je się wier­sze.

Język i wyobraźnia Góry powstają w wyniku interakcji z otoczeniem, doświadczanym w jego naturo-kulturowej pełni, na przekór taksonomicznym przyzwyczajeniom

Być może więc po­ezja Góry w ja­kiejś mie­rze zdaje spra­wę z nie-ludz­kie­go wy­mia­ru ję­zy­ka, który nie jest czymś przy­na­leż­nym tylko czło­wie­ko­wi, bo wy­da­rza się w kon­tak­cie i pod wpły­wem ota­cza­ją­ce­go go ma­te­rial­ne­go świa­ta. Góra zresz­tą wy­pie­ra się czę­ścio­wo au­tor­stwa swo­ich wier­szy w po­etyc­kiej pro­zie, która za­my­ka „Wojnę”:

(…) po­my­li­łem się co do cie­bie, to nie ty je­steś moim au­to­rem, to ja je­stem cie­bie, to ja cię stwo­rzy­łem, nie mam w tobie żad­ne­go opar­cia, je­stem twoim opar­ciem, ja mówię tobą, ję­zy­kiem ob­ce­go, przez dzie­sięć lat sie­dem­dzie­siąt, osiem­dzie­siąt razy i raz ty­siąc dwie­ście razy otwie­ram twoje usta, a ty wpy­chasz w nie chleb, włosy, zie­mię, cze­re­śnie, bób, chiń­ski ma­ka­ron, po­da­grycz­nik po­de­bra­ny z za­sob­ni­ka ko­siar­ki, byle mnie uci­szyć, ob­ró­cić kie­ru­nek głosu, ale ci się nie uda, nie, módl się o to do zwie­rząt.

(„Schył­kiem przed­wio­śnia dzie­więć­dzie­sią­te­go czwar­te­go”)

Toż­sa­mość nar­ra­to­ra-au­to­ra zo­sta­je za­bu­rzo­na, a jego spraw­czość ode­bra­na. Opo­wieść o śnie, w któ­rym wiersz ulega per­so­ni­fi­ka­cji i prze­ma­wia do poety gło­sem daw­ne­go na­uczy­cie­la sa­mo­obro­ny, staje się opo­wie­ścią o tym, kto kogo two­rzy, w któ­rej oka­zu­je się, że poeta to (wbrew woli) tylko me­dium po­etyc­kie­go głosu, nie od­wrot­nie. Wiersz jest „ję­zy­kiem ob­ce­go”, do­ko­nu­je in­wa­zji.

Frag­ment ten przy­wo­dzi mi na myśl frag­ment książ­ki Gil­les’a De­leu­ze’a i Félixa Gu­at­ta­rie­go o Kafce, dla któ­re­go zwie­rzę­ta i to, co nie-ludz­kie w ogóle, także od­gry­wa­ją ważną rolę:

Usta, język i zęby znaj­du­ją swoją pier­wot­ną te­ry­to­rial­ność w po­ży­wie­niu. Po­świę­ca­jąc się ar­ty­ku­la­cji dźwię­ków, usta, język i zęby de­te­ry­to­ria­li­zu­ją się. Ist­nie­je więc pe­wien roz­dź­więk po­mię­dzy je­dze­niem a mó­wie­niem – a jesz­cze więk­szy, wbrew po­zo­rom, po­mię­dzy je­dze­niem a pi­sa­niem: praw­do­po­dob­nie można pisać je­dząc, lecz pi­sa­nie jesz­cze bar­dziej zmie­nia słowa w rze­czy, mo­gą­ce ry­wa­li­zo­wać z je­dze­niem. Dys­junk­cja po­mię­dzy tre­ścią a eks­pre­sją. Mówić, a zwłasz­cza pisać, to po­ścić[2].

U Góry autor po­ścić nie chce, na­py­cha usta, żeby uci­szyć po­etyc­ki głos, ale wbrew temu, co twier­dzi­li fi­lo­zo­fo­wie, głos nie milk­nie, tylko prze­mie­nia wszyst­ko w ma­te­rię wier­sza. Pa­ra­fra­zu­jąc po­pu­lar­ny afo­ryzm, można po­wie­dzieć, że „wiersz jest tym, co jesz”. Pi­sa­nie tu wy­ni­ka nie­ja­ko z przy­mu­su, ale staje się rów­nież do­wo­dem na brak sa­mo­dziel­no­ści i nie­za­leż­no­ści au­to­ra, na jego uwi­kła­nie w cie­le­sność, ma­te­rial­ność i przy­ziem­ne prak­ty­ki.

Frag­ment prozy koń­czy się enig­ma­tycz­nie: „módl się o to do zwie­rząt”. Nie jest jasne, czy zwie­rzę­ta po­ja­wia­ją się tu jako te, które same mogą być po­ży­wie­niem, czy jako te, które czę­sto spro­wa­dza się do in­stynk­tow­nej ko­niecz­no­ści za­spo­ka­ja­nia pod­sta­wo­wych po­trzeb. Wie­lo­krot­nie w hi­sto­rii fi­lo­zo­fii po­zba­wia­ne ję­zy­ka i kul­tu­ry, tu stają się in­stan­cją du­cho­wo­ści – tymi, które mogą pomóc w po­trze­bie, od­po­wie­dzieć na mo­dli­twę. Zwrot ku zwie­rzę­tom jest też być może gło­sem bez­na­dziei albo ko­lej­nym ge­stem prze­ła­mu­ją­cym ludz­ki cha­rak­ter po­etyc­kiej twór­czo­ści.

 

[1] G. De­leu­ze, F. Gu­at­ta­ri, „Kafka. Ku li­te­ra­tu­rze mniej­szej”, przeł. A.Z. Jak­sen­der, K.M. Jak­sen­der, Epe­rons-Ostro­gi, Kra­ków 2016, s. 98.

Konrad Góra

„Wojna (pieśni lisów)", Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020, s. 44.

Konrad Góra

„Dzień został w nocy. Wiersze miłości i z nienawiści", papierwdole, Katalog Press, Wydawnictwo Dzikie Przyjemności 2021, s. 82.

Zofia Ja­ku­bo­wicz-Pro­kop
ur. 1993 w War­sza­wie, ab­sol­went­ka In­sty­tu­tu Kul­tu­ry Pol­skiej UW, dok­to­rant­ka Mię­dzy­dzie­dzi­no­wej Szko­ły Dok­tor­skiej UW. Pu­bli­ko­wa­ła m.​in. w „Tek­stach Dru­gich” i „małej kul­tu­rze współ­cze­snej”. In­te­re­su­je się fi­lo­zo­fią fe­mi­ni­stycz­ną i opi­sa­mi przy­ro­dy.
POPRZEDNI

rozmowa  

Człekokształtne odpowiedzi i nie

— Adam Kaczanowski

NASTĘPNY

recenzja  

Gra o sumie niezerowej

— Teresa Fazan