fbpx
Logotyp magazynu Mały Format

Jakub No­wac­ki: W od­czy­cie wy­gło­szo­nym w 1983 roku w Mu­zeum Gug­gen­he­ima w Nowym Jorku, po­miesz­czo­nym póź­niej w zbio­rze ese­jów „Mniej niż ktoś” pt. „Ka­ta­stro­fy w po­wie­trzu”, Josif Brod­ski mówił o pro­ble­mach i wy­zwa­niach prozy ro­syj­skiej XX w., wy­cho­dząc od tezy, że wiel­kim pe­chem dla niej było po­ja­wie­nie się mniej wię­cej w tym samym cza­sie dwóch XIX-wiecz­nych pi­sar­skich fe­no­me­nów – po­wie­ści Lwa Toł­sto­ja i Fio­do­ra Do­sto­jew­skie­go. Toł­stoj-re­ali­sta (aż na­zbyt duży) i Do­sto­jew­ski-escha­to­log mieli jego zda­niem na długo spa­ra­li­żo­wać ro­syj­skie my­śle­nie o pro­zie. Nie­mal wszy­scy dwu­dzie­sto­wiecz­ni pro­za­icy ro­syj­scy po­dą­ży­li jed­nak re­ali­stycz­ną ścież­ką Toł­sto­ja (Do­sto­jew­ski był nie­po­wta­rzal­nym kok­taj­lem sty­lów, nie­moż­li­wych do na­śla­dow­nic­twa, do Toł­sto­ja aspi­ro­wa­ło się ła­twiej) i skoń­czy­li w so­cre­ali­zmie. „Droga po­nie­cha­na”, droga Do­sto­jew­skie­go wio­dła do mo­der­ni­zmu (wszak z niego czer­pa­li wszy­scy, po­czy­na­jąc od Kafki – naj­waż­niej­si pi­sa­rze XX w.). Tę drogę, pro­wa­dzą­cą przez escha­to­lo­gicz­ne wy­ży­ny, zda­niem au­to­ra „Po­chwa­ły nudy” wy­brał An­driej Pła­to­now, bo­ha­ter na­sze­go dzi­siej­sze­go spo­tka­nia. W tym samym eseju Brod­ski broni idio­ma­tycz­no­ści Pła­to­no­wa, mówi o jego nie­prze­tłu­ma­czal­no­ści – swoje roz­wa­ża­nia koń­czy re­zy­gna­cyj­nym zda­niem „tej prozy nie da się opi­sać”. Pisze też o tym, że „kry­ty­ka li­te­rac­ka ma w sobie coś z astro­no­mii” – po­ku­sa ka­te­go­ry­za­cji, tak­so­no­mii po­ja­wia się wtedy, gdy pa­trzy­my na zja­wi­ska li­te­rac­kie z od­le­gło­ści. Tym­cza­sem każdy pi­sarz tej klasy co Pła­to­now, Kafka, Musil, Joyce – Brod­ski sta­wia ich obok sie­bie na równi – sta­no­wi dla sa­me­go sie­bie osob­ny ko­smos (stąd, mię­dzy in­ny­mi, tytuł na­sze­go pa­ne­lu). Adam Po­mor­ski, autor no­we­go tłu­ma­cze­nia „Dołu” jest, jak się zdaje, in­ne­go zda­nia. Na­pi­sał pan książ­kę pt. „Du­cho­wy pro­le­ta­riusz”, w któ­rej po­szu­ku­je pan kul­tu­ro­wych, fi­lo­zo­ficz­nych, ko­smicz­nych źró­deł myśli Pła­to­no­wa. Do­ko­nał pan wiel­kiej astro­no­micz­nej ro­bo­ty. Nie spo­sób teraz stre­ścić tego ob­szer­ne­go i na­je­żo­ne­go przy­pi­sa­mi wy­wo­du, pro­szę jed­nak – zanim przej­dzie­my do sa­me­go „Dołu” – o syn­te­tycz­ne na­kre­śle­nie ro­do­wo­du in­te­lek­tu­al­ne­go Pła­to­no­wa, umiesz­cze­nie go na mapie hi­sto­rii i kul­tu­ry ro­syj­skiej. Tra­we­stu­jąc tytuł słyn­ne­go tek­stu Marii Ja­nion o innym li­te­rac­kim od­mień­cu, Marii Ko­mor­nic­kiej, chciał­bym spy­tać – gdzie jest Pła­to­now?

Adam Po­mor­ski: Twier­dze­nie, że nie­mal wszy­scy dwu­dzie­sto­wiecz­ni pro­za­icy ro­syj­scy po­dą­ży­li ścież­ką Toł­sto­ja i skoń­czy­li w so­cre­ali­zmie nie wy­trzy­mu­je kry­ty­ki. Tak wiel­cy pro­za­icy, jak An­driej Bieły, Alek­siej Rie­mi­zow, Jew­gie­nij Za­mia­tin czy nawet Le­onid Do­by­czyn z pew­no­ścią pod­ję­li tra­dy­cję Do­sto­jew­skie­go, a nie Toł­sto­ja. Trud­no też do tego ostat­nie­go do­pi­sać wy­bit­nych mo­der­ni­stów z lat mie­dzy­wo­jen­nych, jak Kon­stan­tin Wa­gi­now czy Ilja Zda­nie­wicz. Buł­ha­kow czy Na­bo­kov od­wo­ły­wa­li się do Toł­sto­ja, ale na an­ty­po­dach so­cre­ali­zmu. Wróć­my jed­nak do Pła­to­no­wa. O jego kon­tek­ście ide­owym mo­gli­by­śmy za­cząć mówić dzi­siaj, a skoń­czyć za dwa­dzie­ścia lat. Ale dwa kon­tek­sty są tu być może pod­sta­wo­we. Pierw­szy to ro­syj­ski ko­smizm i an­tro­po­ko­smizm, ten po­mysł na cał­ko­wi­te prze­isto­cze­nie czło­wie­ka, na stwo­rze­nie nowej ludz­ko­ści w sen­sie fi­zycz­nym, a nie tylko du­cho­wym. Na­tu­ral­nie można do tego do­pi­sać bar­dzo długi ogon her­me­ty­stów i mi­sty­ków, całą tę drugą od­no­gę kul­tu­ry eu­ro­pej­skiej, która bie­gnie torem her­me­ty­zmu, ra­czej neo­pla­to­ni­zmu niż chrze­ści­jań­stwa. Od Ni­ko­ła­ja Fio­do­ro­wa, czyli ta­kie­go do­mo­ro­słe­go my­śli­cie­la, któ­re­go po­rów­nać można z Anio­łem Ślą­za­kiem czy Ja­ku­bem Bo­eh­me, bar­dzo wpły­wo­we­go au­to­ra ro­syj­skie­go z ostat­niej ćwier­ci XIX w., wy­wo­dzi się nurt (do­słow­nie ro­zu­mia­nej) apo­ka­lip­tycz­nej idei wskrze­sze­nia ludz­ko­ści. Jak to zwy­kle bywa, kry­ty­ka cy­wi­li­za­cji jest in­te­li­gent­niej­sza od uto­pii, do któ­rej daje asumpt. Cy­wi­li­za­cja wg Fio­do­ro­wa – że użyję bliż­sze­go nam ze­sta­wie­nia – jest cy­wi­li­za­cją śmier­ci, seksu i mordu. Cho­dzi zatem o ob­ró­ce­nie wszel­kich na­rzę­dzi cy­wi­li­za­cyj­nych, całej cy­wi­li­za­cji na­uko­wo-tech­nicz­nej, na uży­tek zmar­twych­wsta­nia fi­zycz­ne­go, wskrze­sze­nia wszyst­kich po­ko­leń. Nasz obo­wią­zek, jak to Fio­do­row na­zy­wa, su­pra­mo­ral­ny, to wskrze­sze­nie od razu całej ludz­ko­ści. Że w neo­pla­toń­skim kon­tek­ście ro­syj­skim bywa to trak­to­wa­ne bar­dzo po­waż­nie, świad­czy dzia­łal­ność ucznia Fio­do­ro­wa, Kon­stan­te­go Cioł­kow­skie­go, który w tro­sce o to, żeby wskrze­sze­ni umar­li po­mie­ści­li się na na­szej małej pla­ne­cie, po­sta­no­wił do­ko­nać pod­bo­ju ko­smo­su. Bez­po­śred­nim uczniem Cioł­kow­skie­go był Ser­giej Ko­ro­low, wła­ści­wy twór­ca so­wiec­kie­go pro­gra­mu ko­smicz­ne­go, a przy oka­zji bomby ato­mo­wej. W ten spo­sób od wizji cał­ko­wi­cie prze­czą­cej cy­wi­li­za­cji śmier­ci i pło­dze­nia do śmier­ci, cy­wi­li­za­cji kon­sump­cji i wojny, do­szli­śmy w trze­cim po­ko­le­niu do stwo­rze­nia prze­my­słu ją­dro­we­go i ra­kiet ba­li­stycz­nych. Jak widać, kul­tu­ra ro­syj­ska jest nie­cią­gła, ma swoje in­wer­syj­ne skoki i prze­sko­ki. Można my­śleć o fi­zycz­nym wskrze­sze­niu ludz­ko­ści i bu­do­wać prze­mysł śmier­ci.

Drugi wątek ide­owy, istot­ny w kon­tek­ście Pła­to­no­wa, wy­wo­dzi się od jed­ne­go z kon­ty­nu­ato­rów myśli Fio­do­ro­wa, fron­dy­sty wśród bol­sze­wi­ków, Alek­san­dra Bog­da­no­wa, twór­cy ruchu, który w Pol­sce znany jest bar­dziej z nazwy niż z isto­ty, mia­no­wi­cie Pro­let­kul­tu. Był to ruch anar­cho­ko­mu­ni­stycz­ny, po­wo­ła­ny przez ludzi, któ­rzy w oko­li­cach 1917 roku de­fi­nio­wa­li się nie jako ko­mu­ni­ści, ale jako anar­cho­ko­mu­ni­ści. Pro­let­kult był ol­brzy­mią or­ga­ni­za­cją od­dol­ną (dzi­siaj byśmy po­wie­dzie­li: NGO­sem), li­czą­cą kil­ka­set od­dzia­łów te­re­no­wych. Był to ruch dołów spo­łecz­nych, które przy­cią­ga­ły do sie­bie naj­lep­szych przed­sta­wi­cie­li in­te­li­gen­cji ro­syj­skiej w ce­lach oświa­to­wych, sa­mo­kształ­ce­nio­wych. Sta­wiał sobie za cel znie­sie­nie gra­ni­cy mię­dzy uczo­ną a nie­uczo­ną czę­ścią spo­łe­czeń­stwa (trze­ba pa­mię­tać, że Pła­to­now był synem ko­le­ja­rza z Wo­ro­ne­ża, czyli z mia­sta, które po­wsta­ło wokół bar­dzo du­że­go węzła ko­le­jo­we­go; ko­le­ja­rze i tram­wa­ja­rze, jak wiemy z Pol­ski mię­dzy­wo­jen­nej, to była nawet nie tyle ary­sto­kra­cja ro­bot­ni­cza, ile in­te­lek­tu­ali­ści wśród pro­le­ta­ria­tu).

Ta uto­pia – z jed­nej stro­ny Fio­do­ro­wa, z dru­giej Bog­da­no­wa i Pro­let­kul­tu – przy­bie­ra w dzie­le Pła­to­no­wa po­stać an­ty­uto­pii, a nie uto­pii. Przy war­to­ściach tej uto­pii po­zo­stał jed­nak do końca życia, czyli do pierw­szych dni 1950 roku. Nigdy im nie za­prze­czył. Bro­nił ich prze­ciw­ko na­ra­sta­ją­ce­mu to­ta­li­ta­ry­zmo­wi so­wiec­kie­mu, rów­nież prze­ciw­ko na­ra­sta­ją­ce­mu to­ta­li­ta­ry­zmo­wi fa­szy­stow­skie­mu. An­ty­uto­pij­ny cha­rak­ter dzieł Pła­to­no­wa jest nie­sły­cha­nie istot­ny, ale mu­si­my pa­mię­tać, że an­ty­uto­pia nie prze­czy war­to­ściom uto­pii. Ona prze­czy jej re­ali­za­cji.

Py­ta­nie o kon­tekst to przede wszyst­kim py­ta­nie o współ­cze­sność. W twór­czo­ści Pła­to­no­wa eks­klu­zyw­ny i nie­prze­tłu­ma­czal­ny jest język. To język, który trud­no nawet na­zwać bez za­strze­żeń ję­zy­kiem ro­syj­skim. To sy­tu­acja, w któ­rej – mówię to jako tłu­macz – ge­nial­ność jest wy­zna­cza­na przez wyj­ście poza język na­tu­ral­ny.

Jakub No­wac­ki: Pro­fe­sor Da­nu­ta Ulic­ka jesz­cze przed Ada­mem Po­mor­skim zde­cy­do­wa­ła się prze­ło­żyć „Wykop” na nowo po pio­nier­skim tłu­ma­cze­niu An­drze­ja Dra­wi­cza z 1991 roku. To już w pani prze­kła­dzie, nie­opu­bli­ko­wa­nym z przy­czyn po­za­me­ry­to­rycz­nych,  po­ja­wił się nowy tytuł, „Dół”. Pła­to­now jest, jak mówi pan Adam Po­mor­ski, przede wszyst­kim fe­no­me­nem ję­zy­ko­wym?

Da­nu­ta Ulic­ka: Pła­to­now być może nie ma współ­cze­snych, ale za to ma ko­rze­nie, ma ro­do­wód. Ten ro­do­wód widać bar­dzo do­brze także w ję­zy­ku, w tym jego nie-ro­syj­skim-ro­syj­skim albo joyce’owsko-ro­syj­skim. Ten joyce’owski ro­syj­ski to – jak to kie­dyś pięk­nie w kon­tek­ście po­ezji sta­ro­ru­sko-bi­zan­tyń­skiej ujął Sier­giej Awie­rin­cew – taki typ pi­sa­nia, który przy­po­mi­na „Ali­cję z kra­iny cza­rów”, przy­po­mi­na Le­wi­sa, a po­le­ga na two­rze­niu „słów wie­lo­krot­nie zło­żo­nych”. U Pła­to­no­wa to nie są sło­wa-ku­fry, on nie robi ta­kie­go ulep­ca lek­sy­kal­ne­go, jaki znamy z „Fin­ne­gans Wake”. On bu­du­je swoje zda­nia po­przez cy­to­wa­nie róż­nych spo­łecz­nych so­cjo­lek­tów (par­tyj­nych, pro­pa­gan­do­wych, re­li­gij­nych, po­tocz­nych). Zda­nia są ab­so­lut­nie po­praw­ne pod wzglę­dem skła­dnio­wym i flek­syj­nym, ale zde­rza­ne są ze sobą słowa nie­ze­sta­wial­ne, nie­zde­rzal­ne. Sa to sło­wa-cy­ta­ty. Trze­ba by tu chyba ta­kie­go znaw­cy i ta­kiej ro­bo­ty jaką wy­ko­nał Żoł­kow­ski z „Dwu­na­sto­ma krze­sła­mi” Ilfa i Pie­tro­wa (po­ka­zu­jąc do­kład­nie, która fraza, który frag­ment tej –na pozór lek­kiej, ła­twej i przy­jem­nej – po­wie­ści jest wy­cią­gnię­ty z ja­kie­go źró­dła, ja­kie­go ar­ty­ku­łu, ja­kiej ga­ze­ty), żeby móc to w pełni zo­ba­czyć.

Język Pła­to­no­wa po­dą­ża inną drogą niż ta, którą zwy­kle jako przy­kład ab­sur­du po­da­je­my stu­den­tom po­lo­ni­sty­ki i kul­tu­ro­znaw­stwa, wy­my­ślo­na w la­tach 50. przez Noama Chom­skie­go. Chom­ski po­ka­zał, że ist­nie­ją wy­po­wie­dzi cał­ko­wi­cie spój­ne na po­zio­mie flek­sji i skład­ni i cał­ko­wi­cie nie­spój­ne se­man­tycz­nie („zie­lo­ne bez­barw­ne idee wście­kle śpią” – wszyst­ko jest na swoim miej­scu, tylko zna­czy –w in­ten­cji Chom­sky’ego – zero). Taką drogą, wio­dą­cą po pro­stu do ab­sur­du, te­atru ab­sur­du, po­szedł Io­ne­sco. Ale to był ab­surd, który nie miał żad­ne­go in­ne­go za­ko­rze­nie­nia, niż eg­zy­sten­cjal­ne („eg­zy­sten­cjal­ne” wy­ma­wiam z prze­ką­sem, po pa­ry­sku). Nie miał Io­ne­sco za sobą ta­kie­go do­świad­cze­nia jakie miał Pła­to­now – bio­gra­ficz­ne­go, spo­łecz­ne­go, po­li­tycz­ne­go, ko­smicz­ne­go w każ­dym calu. Jeśli zatem Pła­to­now pisze zda­nia­mi typu ab­sur­dal­ne­go, pa­to­lo­gicz­ne­go, de­wia­cyj­ne­go, typu „zie­lo­ne bez­barw­ne idee wście­kle śpią”, to zmie­rza to w zu­peł­nie inną stro­nę.

Przy­kład pierw­szy z brze­gu (jeśli kto czyta nie­uważ­nie, to może się nad tym prze­śli­zgnąć): „Znowu, od­po­wie­dział Ko­złow, bied­nym gło­sem dziec­ka”. Jak to „bied­nym gło­sem”? W do­brej pol­sz­czyź­nie i rusz­czyź­nie po­win­no być „gło­sem bied­ne­go dziec­ka”! To za­bu­rze­nie zgody skła­dnio­wo-lo­gicz­nej na­zy­wa­my w re­to­ry­ce hy­pal­la­ge. Ono jest u Pła­to­no­wa jed­no­cze­śnie na­ru­sze­niem tra­dy­cyj­nie ro­zu­mia­ne­go re­ali­zmu. Bo re­alizm Pła­to­no­wa to re­alizm ję­zy­ko­wy. To jest kry­tycz­na mi­me­sis ję­zy­ko­wa, która po­ka­zu­je od­kle­je­nie ję­zy­ka od rze­czy­wi­sto­ści – to, że język tylko rze­ko­mo mówi o rze­czy­wi­sto­ści, na pozór od­no­si się do niej, bo tak na­praw­dę żad­nej rze­czy­wi­sto­ści nie ma. Taką dia­gno­zę po­sta­wił Alek­san­der Wat w swoim oks­fordz­kim  wy­kła­dzie, bo­daj­że z 1962 roku, pt. „Kilka uwag o związ­kach mię­dzy li­te­ra­tu­rą i rze­czy­wi­sto­ścią so­wiec­ką”. Wat po­ka­zy­wał tam coś, co można na­zwać ho­mo­lo­gią od­wró­co­ną. Na pozór jest ho­mo­lo­gia mię­dzy ję­zy­kiem a rze­czy­wi­sto­ścią, a tak na­praw­dę ten dziw­ny język de­ma­sku­je dziw­ną rze­czy­wi­stość, a jed­no­cze­śnie nie­ist­nie­nie rze­czy­wi­sto­ści, do któ­rej po­wi­nie­nod­sy­łać,. Dla­te­go będę się upie­rać, że Pła­to­now pisze po ro­syj­sku i to bar­dzo pre­cy­zyj­nym ro­syj­skim, bar­dzo trud­no prze­tłu­ma­czal­nym, bo oczy­wi­ście każdy re­dak­tor w wy­daw­nic­twie – pa­mię­tam swoje prze­ży­cia w PIW-ie – bie­rze ołó­wek, prze­kre­śla i mówi „tak się po pol­sku nie pisze”. Gdyby taki re­dak­tor do­stał Gom­bro­wi­cza do rąk, to byśmy mieli do­pie­ro Gom­bro­wi­cza!

Ab­surd w li­te­ra­tu­rze (po­nie­kąd) na­zwać można gro­te­ską. I my u Pła­to­no­wa mamy gro­te­skę na po­zio­mie ję­zy­ka wła­śnie. To jest gro­te­ska ję­zy­ko­wa – do­pie­ro z ta­kiej wy­ła­nia się świat ję­zy­ko­wy i świat ab­sur­dal­ny.

Zwy­kle pod­kre­śla się, kiedy utwór zo­stał opu­bli­ko­wa­ny. Taka była kul­tu­ra ro­syj­ska, przez Annę Ach­ma­to­wą (którą wresz­cie mamy dzię­ki Ada­mo­wi świet­nie prze­ło­żo­ną) na­zy­wa­na kul­tu­rą przed­gu­ten­ber­gow­ską. Pła­to­now nie był wy­jąt­kiem, że go nie dru­ko­wa­no, takie opóź­nie­nia były wła­ści­wie normą. Te czter­dzie­ści lat, które upły­nę­ło mię­dzy czy­tel­ni­ka­mi, do któ­rych Pła­to­now pisał, a czy­tel­ni­ka­mi, któ­rzy go czy­ta­li, to jest py­ta­nie o współ­cze­sność. Jaki byłby od­biór Pła­to­no­wa przez jego współ­cze­snych, jego czy­tel­ni­ków? Po­dob­ny roz­dź­więk przy­da­rzył się Mi­cha­iło­wi Bach­ti­no­wi, który w „Twór­czo­ści Fran­cisz­ka Ra­be­la­is’go” o je­dze­niu, piciu, ra­do­ści życia pisał w 1935 i 1936 roku, w naj­więk­szym na­tę­że­niu Wiel­kie­go Głodu i wiel­kie­go stra­chu. Do­pie­ro wtedy to, co się na­zy­wa gro­te­ską bach­ti­now­ską, na­bie­ra swo­je­go peł­ne­go wy­mia­ru.

Te czterdzieści lat, które upłynęło między czytelnikami, do których Płatonow pisał, a czytelnikami, którzy go czytali, to jest pytanie o współczesność.

Jakub No­wac­ki: Mam py­ta­nie do pani pro­fe­sor Bie­lik-Rob­son. Po­dej­rze­wam, że tym, co naj­bar­dziej panią pro­fe­sor w Pła­to­no­wie in­te­re­su­je, jest jego re­li­gij­ność. An­drzej Sta­siuk swój wstęp do no­we­go wy­da­nia „Dołu” roz­po­czy­na od kwe­stii wiary w nie­śmier­tel­ność. Czy­tel­nik „Oj­czy­zny świa­tła”, krót­kie­go opo­wia­da­nia Pła­to­no­wa, może po­wie­dzieć, że Pła­to­now wie­rzy w elek­trycz­ność, która była dla niego cudem. Do tego do­cho­dzą wątki po­ru­szo­ne już przez Adama Po­mor­skie­go: su­pra­mo­ra­lizm, Ni­ko­łaj Fio­do­row, Alek­san­der Bog­da­now, ci któ­rzy wie­rzy­li w zmar­twych­wsta­nie na dro­dze po­stę­pu… Co pani o tym re­li­gij­nym od­czy­ta­niu Pła­to­no­wa sądzi?

Agata Bie­lik-Rob­son: Bar­dzo do­brze, że przy­po­mniał pan ten krót­ki wstęp An­drze­ja Sta­siu­ka, który za­czy­na się od zda­nia, że Pła­to­now wie­rzył w nie­śmier­tel­ność. Ale już na końcu wstę­pu to zda­nie opa­trzo­ne jest zna­kiem za­py­ta­nia: Czy aby na pewno? Czy mamy pew­ność, że Pła­to­now uwie­rzył w nie­śmier­tel­ność? Ja bym chcia­ła przy­jąć per­spek­ty­wę bar­dziej na­iw­ną, którą moim zda­niem też przy­jął Sta­siuk, żeby po pro­stu prze­czy­tać sa­me­go Pla­to­no­wa bez wzglę­du na wszyst­kie kon­tek­sty, o któ­rych mó­wi­li Adam i Da­nu­ta: ro­syj­skie­go ko­smi­zmu, an­tro­po­zo­fii i tej czę­sto de­kla­ro­wa­nej pro­let­kul­to­wej wiary w nie­śmier­tel­ność ma­te­rial­ną. Wąt­pli­wość Sta­siu­ka po­ja­wia się pod ko­niec wstę­pu nie­przy­pad­ko­wo obok jed­ne­go z naj­moc­niej­szych cy­ta­tów z tej książ­ki, czyli po­grze­bu dziew­czyn­ki, Ana­sta­zji. Tej Na­st­ki, która jest wła­ści­wie sy­nek­do­chą przy­szło­ści – i no­we­go ustro­ju, i całej ludz­ko­ści. Ta wąt­pli­wość po­ja­wia się wła­śnie wtedy, po­nie­waż Na­st­ka umie­ra, scho­dzi do grobu, a per­spek­ty­wa jej zmar­twych­wsta­nia – w teo­lo­gii bi­zan­tyj­skiej to wła­śnie ana­sta­sis – po­zo­sta­je nie­pew­na, za­wie­szo­na, a wła­ści­wie nic na jego moż­li­wość nie wska­zu­je. Oprócz tych wszyst­kich teo­lo­gicz­nych, re­li­gij­nych kon­tek­stów, o któ­rych już zdą­ży­li­ście wspo­mnieć, przy­to­czy­ła­bym więc ko­lej­ny, moim zda­niem bar­dzo istot­ny – gnozę. Dla mnie nie ma ab­so­lut­nie żad­nej wąt­pli­wo­ści, że Pła­to­now, po­dob­nie zresz­tą jak wszy­scy naj­więk­si ro­syj­scy pi­sa­rze, czer­pie ca­ły­mi gar­ścia­mi z chrze­ści­jań­skiej gnozy.

Adam Po­mor­ski: Na pewno chrze­ści­jań­skiej?

Agata Bie­lik-Rob­son: Uwa­żam, że tak, chrze­ści­jań­skiej. To gnoza bo­go­mil­ska, czę­sto wy­stę­pu­ją­ca w chrze­ści­jań­stwie wschod­nim, o bar­dzo sil­nie du­ali­stycz­nym za­bar­wie­niu. Dla­cze­go gnoza chrze­ści­jań­ska, dla­cze­go bo­go­mil­ska? To są odła­my bar­dzo wcze­sne­go chrze­ści­jań­stwa, które idą tak zwa­nym tro­pem mar­cjoń­skim. Mar­cjon, ogło­szo­ny he­re­ty­kiem przez sobór ni­cej­ski, jest za­ło­ży­cie­lem nurtu, który na­zy­wa­my wła­śnie gnozą chrze­ści­jań­ską i któ­re­go me­ta­fi­zy­ka opie­ra się na bar­dzo sil­nym du­ali­stycz­nym prze­świad­cze­niu, że świat stwo­rzo­ny jest ze swo­jej ma­te­rial­nej isto­ty zły. Zły do cna – i dla­te­go nie­zba­wial­ny. Wszyst­ko, co ma­te­rial­ne, ska­za­ne jest wy­łącz­nie na cier­pie­nie, śmierć i gni­cie. Jest w grun­cie rze­czy wszech­świa­tem śmier­ci. Hasło „cy­wi­li­za­cja śmier­ci”, które po­ja­wia się u Fio­do­ro­wa i ro­syj­skich neo­pla­to­ni­ków, jest w tym sen­sie mar­cjoń­skie­go po­cho­dze­nia. Wedle Mar­cjo­na chrze­ści­jań­stwo czy­ste nie może mieć nic wspól­ne­go ze Sta­rym Te­sta­men­tem, po­nie­waż Stary Te­sta­ment to re­li­gia stwo­rze­nia, w któ­rej głów­nym bó­stwem nie jest Bóg Praw­dzi­wy, a je­dy­nie Ar­chont, który stwa­rza fał­szy­wy, zły, nie­uda­ny świat, na­da­ją­cy się tylko do wy­tę­pie­nia. Na­to­miast praw­dzi­wym Bo­giem, Bo­żym-wy­zwo­li­cie­lem może być je­dy­nie Jezus, przy­cho­dzą­cy zu­peł­nie ską­d­inąd, ze­wnętrz­ny w sto­sun­ku do stwo­rze­nia. A zatem: per­ma­nent­ny, wiecz­ny i nie­uko­jo­ny du­alizm ciem­no­ści i świa­tła, ma­te­rii i ducha. U Pła­to­no­wa widzę – cho­ciaż­by w sty­li­sty­ce – to, co tutaj na­zwa­li­ście eks­pe­ry­men­tem na po­zio­mie zda­nia, a co Sta­siuk w pew­nym mo­men­cie na­zy­wa ce­lo­wą nie­po­rad­no­ścią, która wresz­cie pro­wa­dzi do tego, że więk­szość tych zdań przy­po­mi­na nie­zbor­ne ana­ko­lu­ty. To jest wła­śnie próba po­ka­za­nia – sty­li­stycz­nie – jak nie­moż­li­we jest zde­rze­nie ducha z ma­te­rią, zde­rze­nie wraż­li­wo­ści me­ta­fi­zycz­nej z ab­so­lut­nie ma­te­ria­li­stycz­nym żar­go­nem bol­sze­wic­kim, który jak wirus wcho­dzi w zda­nia, cał­ko­wi­cie je nisz­cząc. Przy­to­czę przy­kład: „Cer­kiew stała na skra­ju wsi, a za nią za­czy­na­ło się już bez­lu­dzie je­sie­ni i wiecz­na so­cja­lu­go­do­wość przy­ro­dy. Czy­klin spoj­rzał na tę że­bra­czą ciszę, na od­le­głe za­ro­śla wi­kli­ny, za­sty­głe w gli­nia­stym polu i nic na razie nie mógł im prze­ciw­sta­wić”. Oprócz tego, że jest to bar­dzo śmiesz­ne, mamy tu do­sko­na­le ujęte do­świad­cze­nie spię­trze­nia, zde­rze­nia, które nie koń­czy się roz­wią­za­niem: do­świad­cze­nie pod­mio­tu, czyli ducha, „kon­tem­plu­ją­ce­go ab­so­lut­ny bez­miar so­cja­lu­go­do­wej przy­ro­dy”, czyli bez­ład­nej ma­te­rii. Dla­cze­go so­cja­lu­go­do­wej? Jak wia­do­mo, so­cja­lu­go­do­wość tak zwa­nych so­cjal-zdraj­ców po­le­ga­ła na tym, że była to – zwal­cza­na przez bol­sze­wi­ków – dok­try­na kom­pro­mi­su. So­cja­lu­go­do­wość obo­jęt­nej, ła­god­nej, bez­lud­nej,  że­bra­czej, ogo­ło­co­nej, czy­sto ma­te­rial­nej przy­ro­dy, po­ja­wia się tu w ab­so­lut­nym kon­tra­ście wobec pod­mio­tu, „du­cho­we­go pro­le­ta­riu­sza” (jakby po­wie­dział Adam), który – i nie jest to rzad­ki mo­ment w tej książ­ce – staje zu­peł­nie bez­rad­nie i nic nie może jej prze­ciw­sta­wić. Ten mo­ment za­trzy­ma­nia to, do­słow­nie, apo­ria: sprzecz­ność, która unie­moż­li­wia wszel­ki ruch. Zda­nia Pła­to­no­wa do­kład­nie na­śla­du­ją tę teo­lo­gicz­ną nie­zgod­ność rodem z wizji gno­styc­kiej, w któ­rej ist­nie­ją­cy świat jest takim nie­zbor­nym ana­ko­lu­tem, a my w nim też je­ste­śmy cho­dzą­cy­mi ana­ko­lu­ta­mi, po­nie­waż je­ste­śmy nie­po­rad­nym, nie­syn­te­tycz­nym i nie­skła­da­ją­cym się w żadną sen­sow­ną ca­łość zło­że­niem ducha i ma­te­rii. Dla mnie Pła­to­now pod tym wzglę­dem jest fa­scy­nu­ją­cy, być może w żad­nej innej świa­to­wej li­te­ra­tu­rze nie do­szło do ta­kie­go spo­tka­nia na szczy­cie, ta­kie­go ko­smicz­ne­go zde­rze­nia dwóch cał­ko­wi­cie prze­ciw­staw­nych spoj­rzeń na świat: jed­ne­go, które wiąże się z me­ta­fi­zycz­nym opty­mi­zmem i za­kła­da moż­li­wość pracy jako prze­kształ­ca­nia ma­te­rii, a może wręcz jej osta­tecz­ne­go przed­ucho­wie­nia – i dru­gie­go, które, po gno­styc­ku, nie­na­wi­dzi ma­te­rii i nie prze­wi­du­je dla niej żad­nej formy zba­wie­nia.  Ta pierw­sza per­spek­ty­wa wy­ro­sła na grun­cie za­chod­niej cy­wi­li­za­cji i za­chod­nie­go, dia­lek­tycz­ne­go chrze­ści­jań­stwa, które ko­niec koń­ców wy­bra­ło drogę „so­cja­lu­go­do­wej” re­for­my, ewo­lu­cji – czyli he­gli­zmu spo­łecz­ne­go. Tę wła­śnie for­mu­łę wy­chwa­lał w swoim eseju o Do­sto­jew­skim Sta­ni­sław Brzo­zow­ski, bar­dzo sil­nie od­ci­na­jąc się od sa­me­go Do­sto­jew­skie­go, które uznał za re­pre­zen­tan­ta wschod­nie­go gno­sty­cy­zu­ją­ce­go chrze­ści­jań­stwa. Opty­mizm tego uję­cia po­le­ga na tym, że widzi on świat jako dia­lek­tycz­ną ca­łość, gdzie ko­niec koń­ców duch i ma­te­ria się złożą: u kresu dzie­jów na­stą­pi wiel­kie po­jed­na­nie i coś, co  na po­cząt­ku wy­da­wa­ło się tylko ana­ko­lu­tem, w końcu wy­brzmi w po­sta­ci wiel­kie­go peł­ne­go akor­du. W Rosji he­glizm ten przy­jął się jako dok­try­na ko­smi­zmu, także mocno ugrun­to­wa­na teo­lo­gicz­nie – ze wzglę­du na kon­cep­cję apo­ka­ta­sta­zy, sfor­mu­ło­wa­ną przez Ory­ge­ne­sa, zgod­nie z którą ko­smos zmie­rza ku peł­ne­mu udu­cho­wie­niu-uczło­wie­cze­niu, a w kon­se­kwen­cji nawet sam dia­beł może być zba­wio­ny. W „Bie­sach” Do­sto­jew­ski dok­try­nę tę przy­pi­su­je sta­re­mu Wier­cho­wień­skie­mu, który, jak wia­do­mo, two­rzy na­tchnio­ny ro­man­tycz­ny po­emat, gdzie – jak Do­sto­jew­ski zło­śli­wie za­zna­cza – „nawet mi­ne­ra­ły śpie­wa­ją”.

Ale per­spek­ty­wa ta pada na grunt bar­dzo apo­re­tycz­ny – grunt ro­syj­skie­go chrze­ści­jań­stwa, z jego wschod­nim fa­ta­li­zmem, de­fe­ty­zmem, ab­so­lut­nym pe­sy­mi­zmem, w któ­rym ko­niec koń­ców każdy pro­jekt zo­sta­je prze­zwy­cię­żo­ny przez en­tro­pię, każda cy­wi­li­za­cja przez roz­pad, a każde życie jest ska­za­ne na śmierć. To po­czu­cie ogro­mu obo­jęt­nej, wszyst­ko zwy­cię­ża­ją­cej ni­ja­ko-so­cja­lu­go­do­wej przy­ro­dy, ab­so­lut­nej me­lan­cho­lii wszel­kie­go pro­jek­tu, który za­ra­ża nie­mal każdą próbę ak­ty­wi­zmu aprio­rycz­nym, od­gór­nym nie­po­wo­dze­niem. Ro­sja­nie nie po­trze­bu­ją Scho­pen­hau­era, by ich tego na­uczył: jeśli Toł­stoj roz­czy­tu­je się z upodo­ba­niem w au­to­rze „Świa­ta jako woli i przed­sta­wie­nia”, to dla­te­go, że od­krył tam do­brze zna­jo­mą nutę.

Na samym zatem po­cząt­ku książ­ki, kiedy mamy eks­po­zy­cję głów­nej po­sta­ci, czyli nie­ja­kie­go Wosz­cze­wa (mo­że­my go wi­dzieć jako kogoś w ro­dza­ju so­wiec­kie­go od­po­wied­ni­ka Hansa Ca­stor­pa, który za­miast lenić się na Cza­ro­dziej­skiej Górze zo­sta­je zmu­szo­ny do ko­pa­nia Dołu, ale w grun­cie rze­czy jest po­dob­ną po­sta­cią, prze­ży­wa­ją­cą nie­usta­ją­ce nie­po­ko­je na­tu­ry me­ta­fi­zycz­nej i spo­ty­ka­ją­cą roz­ma­ite em­ble­ma­tycz­ne po­sta­ci, które po­py­cha­ją go na dro­dze do pew­ne­go – so­wiec­kie­go – ekwi­wa­len­tu Bil­dung), po­ja­wia się taki aka­pit: „Było go­rą­co, wiał dziel­ny wiatr, a gdzieś we wsi darły się ko­gu­ty. Wszyst­ko po­chło­nię­te było po­kor­nym ist­nie­niem, tylko Wosz­czew wy­od­ręb­nił się i mil­czał. Obok głowy Wosz­cze­wa leżał umar­ły, opa­dły liść. Wiatr przy­niósł go z od­le­głe­go drze­wa, teraz zaś temu li­ścio­wi pi­sa­na była po­ko­ra w ziemi. Wosz­czew pod­niósł uschły liść i scho­wał go w taj­nym dzia­le worka, w któ­rym zbie­rał różne przed­mio­ty nie­szczę­ścia i za­po­zna­nia. Nie mia­łeś sensu życia, z oschło­ścią współ­czu­cia stwier­dził Wosz­czew, leż tutaj, do­wiem się za co żyłeś i zgni­łeś. Skoro nie je­steś ni­ko­mu po­trzeb­ny i obi­jasz się po całym świe­cie, będę cię prze­cho­wy­wał i o tobie pa­mię­tał”. Wła­ści­wie ten frag­ment mówi sam za sie­bie – ta obo­jęt­na masa ma­te­rii ko­niec koń­ców za­wsze wy­gry­wa, a czło­wiek za­wsze po­dej­mu­je wy­si­łek z góry ska­za­ny na nie­po­wo­dze­nie, nie­szczę­ście i za­po­zna­nie, żeby oca­lić imię, po­je­dyn­czość, nawet jeśli tym po­je­dyn­czym bytem jest tylko upa­dły z drze­wa liść. Ale po­je­dyn­czość – złe, nie­po­ukła­da­ne zde­rze­nie ducha i ma­te­rii, formy i ak­cy­den­su – wła­śnie jest tym czymś, co oca­lo­ne być nie może. To me­ta­fi­zycz­nie pe­sy­mi­stycz­ne prze­świad­cze­nie prze­sy­ca tę książ­kę na spo­sób tak doj­mu­ją­cy, że cza­sem chce nam się śmiać, ale jesz­cze czę­ściej pła­kać. W tym sen­sie Pła­to­now wy­da­je mi się też ty­po­wo ro­syj­ski: to jest ten ro­dzaj wzru­sze­nia, które mam czy­ta­jąc Toł­sto­ja, opi­su­ją­ce­go żywot po­je­dyn­cze­go chło­pa, który rodzi się, wsta­je z tej ziemi, na któ­rej leżał, robi coś przez chwi­lę, po czym już na za­wsze kła­dzie się w ziem­nym dole i do ziemi po­wra­ca. Uro­dził się – i umarł. Nie­ubła­ga­ny cykl przy­ro­dy – wobec któ­re­go to, co ro­bi­my w trak­cie, w środ­ku życia, staje się zu­peł­nie nie­istot­ne. Tę ma­len­cho­lij­ną pieśń po­je­dyn­cze­go stwo­rze­nia, które nic na­tu­rze „nie może prze­ciw­sta­wić”, śpie­wa też Wie­nia Je­ro­fie­jew.

Wosz­czew też cią­gle leży i wsta­je – jakby te­stu­jąc moż­li­wość ana­sta­sis, czyli wsta­nia osta­tecz­ne­go, zmar­twych­wsta­nia. W ogóle bo­ha­te­ro­wie Pla­to­no­wa głów­nie leżą na ziemi – i od czasu do czasu wsta­ją, ale też tylko po to, by kopać dół. Kra­jo­braz tej książ­ki jest ab­so­lut­nie ho­ry­zon­tal­no-wklę­sły, bez „nieba gwiaź­dzi­ste­go nad nami”. Wek­tor dołu, wokół któ­re­go cią­gle leżą róż­ne­go ro­dza­ju po­sta­cie, wy­zna­cza wszyst­kie kie­run­ki. I wła­ści­wie każde zda­nie, w któ­rym Pła­to­now chce za­zna­czyć, że jego bo­ha­ter coś bę­dzie pró­bo­wał robi za­czy­na się od „leżał i wstał”. Jest za­zna­czo­ne, że musi być ten do­dat­ko­wy wy­si­łek, ażeby pod­nieść się z tej wszyst­ko obej­mu­ją­cej, en­tro­pij­nej, ziem­sko-chto­nicz­nej masy.

Bohaterowie Platonowa głównie leżą na ziemi – i od czasu do czasu wstają, ale też tylko po to, by kopać dół. Krajobraz tej książki jest absolutnie horyzontalno-wklęsły

Adam Po­mor­ski: Chcia­łem wejść w małą po­le­mi­kę z Agatą. Pod­sta­wo­we roz­po­zna­nie do­ty­czą­ce gnozy oczy­wi­ście jest traf­ne, na­to­miast mam obawy, czy kon­sta­ta­cje Pła­to­no­wa nie stały się w tej wy­po­wie­dzi po­glą­da­mi. Bo dia­gno­za to nie po­gląd, praw­da? Jest taki późny tekst pu­bli­cy­stycz­ny jego au­tor­stwa, bę­dą­cy po­le­mi­ką z ro­syj­ski­mi spen­gle­ry­sta­mi, w któ­rym Pła­to­now po­le­mi­zu­je z prze­ciw­sta­wie­niem cy­wi­li­za­cji i kul­tu­ry, po­nie­kąd ma­te­rii i ducha. Po­le­mi­zu­je w imię kul­ty­wo­wa­nej nie­gdyś w Pro­let­kul­cie fi­lo­zo­fii pracy, pracy w sen­sie wy­wie­dzio­nym jesz­cze z an­tycz­nych cza­sów, bę­dą­cej siłą twór­czą prze­ciw­ko hy­bris, prze­ciw­ko pysze de­struk­cyj­nej. Pracy, która  po­dział na cy­wi­li­za­cję i kul­tu­rę, na ma­te­rię i ducha au­to­ma­tycz­nie znosi. I znosi w spo­sób czyn­ny – prze­cież fi­lo­zo­fia pracy to jest jeden z wa­rian­tów fi­lo­zo­fii czynu, na­tu­ral­nie dość wy­ko­le­jo­ny. Z tego punk­tu wi­dze­nia nie od­wa­żył­bym się mówić wprost o gno­zie; o prze­ciw­sta­wie­niu się gno­zie wła­śnie z ta­kiej po­zy­cji – tak; o zdia­gno­zo­wa­niu tej gnozy, zdia­gno­zo­wa­niu ca­łe­go opi­sa­ne­go przez Agatę stanu rze­czy – tak.

Le­że­nie na ziemi bo­ha­te­rów to jest oczy­wi­ście utoż­sa­mie­nie się z pro­cha­mi zmar­łych. W tra­dy­cji myśli ro­syj­skiej, do któ­rej się tu od­wo­łu­je­my, cała zie­mia to są pro­chy zmar­łych. Gleba umar­łych po­ko­leń, umar­łych istot ży­wych (bo w tym są także zwie­rzę­ta)…

Agata Bie­lik-Rob­son: Przed­mio­tów…

Adam Po­mor­ski: Umar­łych przed­mio­tów, ktore zbie­ra Wosz­czew. Le­że­nie i utoż­sa­mia­nie się, rów­nież przez kon­takt cie­le­sny, z tym świa­tem to jest wstęp do pracy nad po­wszech­nym zmar­twych­wsta­niem fi­zycz­nym. I tu do­pie­ro do­cho­dzi­my do gnozy, ale wła­śnie przez jej za­prze­cze­nie.

Agata Bie­lik-Rob­son: Ja nie twier­dzę, że Pła­to­now to jest po pro­stu czy­sta gnoza i wcale mnie nie dziwi, że spen­gle­ry­ści nie przy­pa­dli mu do gustu z ich jaw­nie de­kla­ro­wa­nym de­fe­ty­zmem. Wiem, że Pła­to­now wie­rzy w pracę i jej trium­fy nad ma­te­rią,, ty­le­ko, że – li­te­rac­ko rzecz bio­rąc – wiara ta przy­bie­ra formę roz­pacz­li­we­go (a cza­sem ko­micz­ne­go) ten fe­no­men ver­ti­go, w któ­rym zde­rza­ją się dwie zu­peł­nie nie­współ­mier­ne per­spek­ty­wy: z jed­nej stro­ny he­glo­mark­si­zmu, a przede wszyst­kim ro­syj­skiej fi­lo­zo­fii pracy, a z dru­giej wła­śnie od­czu­wal­ny przy lek­tu­rze Pła­to­no­wa, to jest do­świad­cze­nie zde­rze­nia dwóch per­spek­tyw tj. z jed­nej stro­ny bar­dzo głę­bo­ko prze­ży­wa­nej ro­syj­skiej gnozy, jako, po­wiedz­my, me­ta­fi­zycz­ne­go „ukła­du do­myśl­ne­go’, a z dru­giej he­glo­mark­si­zmu, przede wszyst­kim ro­syj­skiej fi­lo­zo­fii pracy. Więc ja uwa­żam, że to jest i gnoza du­ali­stycz­na, i za­ra­zem jej prze­zwy­cię­ża­nie gnozy, od­by­wa­ją­ca się na na­szych oczach. To nie jest stary Wier­cho­wień­ski, który ra­do­śnie pisze o śpie­wa­ją­cych mi­ne­ra­łach, lecz ro­syj­ski he­glo-mark­si­sta, który wy­da­je ma­te­rii strasz­li­wą wojnę, bo ta nigdy u niego nie za­śpie­wa. Mu­si­my więc­też od­róż­nić Pła­to­no­wa-pi­sa­rza od Pła­to­no­wa-my­śli­cie­la: efekt li­te­rac­ki jest su­per­tra­gicz­ny – to jest wię­cej niż kla­sycz­na tra­ge­dia, gdzie hy­bris po­je­dyn­cze­go pod­mio­tu zo­sta­je za­wsze uka­ra­na przez ogól­ny los. On być może tak nie myśli, być może tego nie chce, być może się z tym nie utoż­sa­mia, na­to­miast obraz koń­co­wy, jaki otrzy­mu­je­my, jest ob­ra­zem ab­so­lut­nej apo­ka­lip­sy, w któ­rym hy­bris ludz­kie­go ak­ty­wi­zmu zo­sta­je uka­ra­na. W tym sen­sie jest to jest wię­cej niż kla­sycz­na tra­ge­dia, jest to hi­per­tra­ge­dia pod­szy­ta bar­dzo ne­ga­tyw­ną gnozą, w któ­rej nie ma mowy o ja­kim­kol­wiek try­um­fie. Albo tak by się tylko wy­da­wa­ło…

Czym prze­cież jest ty­tu­ło­wy „Dół”? Jest ab­so­lut­ną wklę­sło­ścią. Zie­mia wcią­ga, po­chła­nia wszyst­ko, nie można się od tej ziemi odbić. Nie bę­dzie wieży Babel, nie bę­dzie tej bu­dow­li, która miała się od­se­pa­ro­wać od siły cią­że­nia i wy­strze­lić gdzieś w prze­stwo­rza… I na ko­niec ów dół oka­zu­je się wiel­kim zbio­ro­wym gro­bem. W pew­nym mo­men­cie na­stę­pu­je w tej po­wie­ści (jeśli można ten tekst na­zwać po­wie­ścią) gro­te­sko­we na­tę­że­nie nie­uza­sad­nio­nych śmier­ci. Nagle Oni wszy­scy umie­ra­ją. Ko­złow umie­ra, Sa­fra­now umie­ra, za chwi­lę chłop ude­rzo­ny w brzuch też umie­ra – i wszy­scy lą­du­ją w tym dole.

Adam Po­mor­ski: I muchy lęgną się w zimie…

Agata Bie­lik-Rob­son: No tak, kiedy się oka­zu­je, że ku­ła­cy są za­gro­że­ni wid­mem ko­lek­ty­wi­za­cji, to za­bi­ja­ją całą swoją trzo­dę, bo wolą już albo sami ją zjeść (i wtedy opy­cha­ją się tym mię­sem aż do za­rzy­ga­nia – te opisy są bar­dzo dra­stycz­ne­re­ali­stycz­ne i pełne nie­na­wi­ści do tych pęcz­nie­ją­cych „ma­szyn z mięsa”opisy tego w „Dole”), albo po­zwa­la­ją jej zgnić, no i wtedy wła­śnie lęgną się muchy. Tak czy siak: obraz li­te­rac­ki, bez wzglę­du na to w co Pła­to­now wie­rzył lub nie wie­rzył, jest ob­ra­zem mrocz­nej wspól­no­ty śmier­ci, tam się ce­le­bru­je jakiś ro­dzaj wspól­no­ty, jest tu jakiś ro­dzaj re­li­gij­ne­go uwznio­śle­nia, com­mu­ni­tas, ta­kiej która ra­dy­kal­nej wspól­no­ty wszyst­kie­go, co ist­nie­je. Ta wspól­no­ta re­ali­zu­je się w naj­czar­niej­szej po­sta­ci tylko i wy­łącz­nie we wspól­nym umie­ra­niu i wobec śmier­ci. Jesz­cze jeden cytat (wy­cią­gnę­ła­bym go w ogóle na motto), w któ­rym Pła­to­now opi­su­je spo­tka­nie Wosz­cze­wa z upior­nym po­cho­dem sko­lek­ty­wi­zo­wa­nych chło­pów, któ­rym ode­bra­no wszyst­ko i któ­rym jest już wszyst­ko jedno, nawet nie chce im się dalej żyć::

„Wosz­czew leżał z boku i ani rusz nie mógł za­snąć bez spo­czyn­ku praw­dy we­wnątrz swo­je­go życia – w owej chwi­li wstał ze śnie­gu i wszedł mię­dzy ludzi.

– Wi­taj­cie! – roz­ra­do­wa­ny zwró­cił się do koł­cho­zu. – Je­ste­ście teraz tacy jak ja – ja też je­stem ni­czym.

– Witaj! – ura­do­wał się cały koł­choz przy­by­ciem jed­ne­go czło­wie­ka”

To jest escha­to­lo­gicz­ny obraz, to jest teo­lo­gicz­ny obraz świę­to­wa­nia wspól­no­ty, ale wspól­no­ty ludzi i ist­nień uni­ce­stwio­nych i ogo­ło­co­nych… To jest takie ciem­ne świe­ci­dło.

Da­nu­ta Ulic­ka: Ja je­stem znacz­nie bar­dziej mark­si­stow­sko na­sta­wio­na i po­wie­dzia­ła­bym, że w „Dole” – nie lek­ce­wa­żąc tych kon­tek­stów gnozy – wi­docz­ny jest po pro­stu stały od po­cząt­ku XIX wieku w kul­tu­rze ro­syj­skiej motyw ka­ja­ją­ce­go się in­te­li­gen­ta, który idzie w lud, żeby ten lud oświe­cić i zba­wić. Ale musi się z nim także zrów­nać – to jest wa­run­kiem.

Adam Po­mor­ski:  Ale Wosz­czew nie jest in­te­li­gen­tem!

Da­nu­ta Ulic­ka: Z punk­tu wi­dze­nia resz­ty jest. Jest tym, który chce do nich do­łą­czyć z po­zy­cji swo­jej my­ślo­wej wyż­szo­ści. To nie jest in­ży­nier. In­ży­nier jest opty­mi­stycz­nym wy­ko­naw­cą ra­cjo­nal­no­ści. A on jest tym świa­do­mym – to okre­śle­nie Adama – „du­cho­wym pro­le­ta­riu­szem” albo du­cho­wym bied­nia­kiem, świa­do­mym w od­róż­nie­niu od tych du­cho­wych bied­nia­ków, któ­rzy świa­do­mi nie są.

Adam Po­mor­ski: To jesz­cze jedno: opis tych rojów much we wsi w środ­ku zimy, na mro­zie, na ulicy wiej­skiej, nie tylko w tych obo­rach, gdzie gnije trzo­da; opis ludzi, któ­rzy w ra­mach po­grą­ża­nia się ca­łe­go świa­ta w dole (wy­ko­pa­nym czy nie) za­czy­na­ją ob­ra­stać sier­ścią; albo ta ko­lek­ty­wi­za­cja do­ko­ny­wa­na przez ko­wa­la, który jed­no­cze­śnie jest niedź­wie­dziem, albo niedź­wie­dzia, który jed­no­cze­śnie jest ko­wa­lem. To jest wy­ko­rzy­sta­nie mo­ty­wów folk­lo­ry­stycz­nych, one prze­cho­dzą w mi­tycz­ne, ale wszyst­kie razem są jak z Bo­scha – to jest dia­bel­stwo. Te muchy to prze­cież jest Bel­ze­bub, król much, praw­da? I tu nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści, jaki to ro­dzaj świa­ta. W po­sło­wiu do „Dołu” na­pi­sa­łem, że to jest wieża Babel skie­ro­wa­na szczy­tem w głąb ziemi. I tak na to trze­ba pa­trzeć – Agata w pew­nym mo­men­cie mó­wi­ła o uwznio­śla­niu, a tu pro­blem po­le­ga na tym, że to jest uwznio­śla­nie, ale w dół.

Agata Bie­lik-Rob­son: To de­scen­den­cja a nie trans­cen­den­cja.

Adam Po­mor­ski: Tak.

Agata Bie­lik-Rob­son: Ale ta de­scen­den­cja też jest jakoś sa­kral­na: to nie jest po pro­stu tylko pie­kło, tak jak „Dół” sam to nie tylko dys­to­pia uka­zu­ją­ca kosz­ma­ry so­wiec­kiej ko­lek­ty­wi­za­cji. Być może w ogóle nie: ani dys­to­pia, ani hi­per­tra­ge­dia. Być może świę­ci się tu jesz­cze inny, głę­bo­ko nie­po­ko­ją­cy ry­tu­ał, który jest wyż­szym ro­dza­jem gnozy – gnozy an­ty­no­micz­nej. Sam wska­zu­jesz na waż­ność imie­nia „Ana­sta­zja” – od ana­sta­sis ozna­cza­ją­ce­go zmar­twych­wsta­nie, ale tylko po wstą­pie­niu do pie­kieł – w któ­rym dok­try­na an­ty­no­micz­na za­wie­ra się jakby w pi­guł­ce: żeby Jezus mógł po­wstać z mar­twych, musi naj­pierw przejść przez naj­mrocz­niej­sze re­jo­ny śmier­ci. Po­now­nie-wsta­ły, ana­stos, to ten, który naj­pierw roz­kła­dał się w gro­bie, by teraz wstać i za­cząć po­dróż ascen­den­cji, ku niebu, gwiaz­dom i nie­śmier­tel­no­ści. To dla­te­go wła­śnie wszy­scy bo­ha­te­ro­wie „Dołu” za­wsze leżą, a na­stęp­nie po­wsta­ją, bo tli się w nich iskra obie­ca­nej re­zu­rek­cji – a potem znów się kładą, kiedy iskra przy­tło­czo­na zwa­ła­mi mar­twej ma­te­rii za­ga­sa. Jak głę­bo­ko trze­ba więc kopać, by kie­dyś móc za­cząć bu­do­wać? Do ja­kich pie­kieł trze­ba się osu­nąć, by potem móc się za­cząć wzno­sić? Ilu musi po­chło­nąć śmierć, by speł­ni­ła się obiet­ni­ca po­wszech­ne­go zmar­twych­wsta­nia, w no­wych ma­te­ria­li­stycz­nych wa­run­kach prze­ję­ta przez naukę? Czy wiara w tę „miłą sercu myśl” to wła­śnie osta­tecz­ne słowo tego Bil­dung, w któ­rym Wosz­czew znaj­du­je wię­cej, niż szu­kał? Jeśli tak, to jest to po­twier­dze­nie skraj­ne­go an­ty­no­mi­zmu, w któ­rym to­tal­ne apo­ka­lip­tycz­ne znisz­cze­nie bytu oka­zu­je się wa­run­kiem ko­niecz­nym no­we­go dzie­ła stwo­rze­nia. Star­cie dwóch form ma­te­rii: mar­twej, wy­zię­błej i by­le­ja­kiej z tym „nad­mia­ro­wym cie­płem życia, które nie­gdyś zwano duszą”, a które ciska się prze­ciw en­tro­pii, może odbyć się tylko w aurze osta­tecz­ne­go ka­ta­kli­zmu, strasz­li­wej wojny świa­tła i ciem­no­ści, z któ­rej nie zo­sta­nie ka­mień na ka­mie­niu. Wszyst­ko musi umrzeć, aby mogło zmar­twych­wstać w ana­sta­zie. Nie ma tu mowy o po­wol­nej trans­for­ma­cji bytu a’la Hegel, bo nic w tym bycie nie współ­pra­cu­je z ludz­ką sza­lo­ną wolą: wszyst­ko z nią wal­czy swoim bier­nym so­cja­lu­go­do­wym upo­rem, który w ca­ło­ści do wy­tę­pie­nia tylko się na­da­je. Dla­te­go musi zgi­nąć, w re­wo­lu­cyj­nym ogniu po­wszech­ne­go ca­ło­pa­le­nia. Ale czy na­praw­dę kie­dyś zmar­twych­wsta­nie? I czy w tym, co pisze Pła­to­now, jest choć­by jeden ślad na­dziei, który po­zwa­lał­by na taką wiarę? Znów wrócę do mo­je­go wątku: li­te­ra­tu­ra – samo pi­sar­skie świa­dec­two Pła­to­no­wa – bywa w swych wąt­pli­wo­ściach mą­drzej­sza od wszel­kiej ide­olo­gii, w tym przy­pad­ku ide­olo­gii pro­let­kul­to­wej, któ­rej, jak autor twier­dził, po­zo­stał wier­ny do końca. Po prze­czy­ta­niu „Dołu”  po­zo­sta­je wy­łącz­nie prze­raź­li­we ot­chłan­ne nic, które by­naj­mniej nie pul­su­je moż­li­wo­ścia­mi „nowej kre­acji”, bez po­ten­cjal­no­ści ja­kie­go­kol­wiek ciągu dal­sze­go. Kres ist­nie­nia: not to be con­ti­nu­ed. Re­wo­lu­cja jako me­ta­fi­zycz­na kara wy­mie­rzo­na zbyt le­ni­we­mu, zbyt so­cja­lu­go­do­we­mu, zbyt by­le­ja­kie­mu by­to­wi. 

Po przeczytaniu »Dołu« pozostaje wyłącznie przeraźliwe otchłanne nic, które bynajmniej nie pulsuje możliwościami »nowej kreacji«, bez potencjalności jakiegokolwiek ciągu dalszego.

Jakub No­wac­ki: Chciał­bym wró­cić do po­ru­szo­nej na po­cząt­ku kwe­stii współ­cze­sno­ści. Nowy prze­kład Adama Po­mor­skie­go otrzy­mu­je­my dwa­dzie­ścia sześć lat po pio­nier­skim tłu­ma­cze­niu Dra­wi­cza, po prze­kła­dzie pro­fe­sor Ulic­kiej i wy­da­nym także w tym roku pt. „Wykop” tłu­ma­cze­niu Alek­san­dra Ja­now­skie­go. Po co na nowo prze­kła­dać Pła­to­no­wa? Co nam może po­wie­dzieć ta po­wieść w 2017 roku?

Adam Po­mor­ski: Myślę, że jest coś ta­kie­go, czego nam za­czę­ło bra­ko­wać i co chyba dość wy­raź­nie się uwi­dacz­nia w tym, czym się zaj­mu­je­my, każdy z osob­na (ale wi­ta­my chęt­nie każdą jed­nost­kę w na­szym koł­cho­zie!). Otóż nie w Pol­sce tylko, bo w całej kul­tu­rze eu­ro­atlan­tyc­kiej, już dawno zgu­bi­li­śmy mo­der­nizm. Moje po­ko­le­nie do­bie­ra­ło sobie lek­tu­ry w bar­dzo wy­raź­nej po­ety­ce fi­lo­zo­fii ję­zy­ka, fi­lo­zo­fii sztu­ki, fi­lo­zo­fii kul­tu­ry… Tę po­ety­kę, to wszyst­ko daje się okre­ślić zbior­czym po­ję­ciem „mo­der­ni­zmu” w sze­ro­kim, uży­wa­nym dziś za An­glo­sa­sa­mi, po­ję­ciu sztu­ki i kul­tu­ry no­wo­cze­snej. Zgu­bi­li­śmy to pod­czas na­szych po­li­tycz­nych trans­for­ma­cji, które są prze­cież także trans­for­ma­cja­mi cy­wi­li­za­cyj­ny­mi i kul­tu­ral­ny­mi.

Może się oka­zać, że na przy­kład Pła­to­now może być szcze­pion­ką na te zmia­ny, bo tkwią w jego dzie­le wszyst­kie ele­men­ty mo­der­ni­stycz­ne, pier­wiast­ki wiel­kiej kul­tu­ry no­wo­cze­snej, a naj­waż­niej­szy z nich ma cha­rak­ter ję­zy­ko­wy. Ka­ta­klizm escha­to­lo­gicz­ny prze­bie­ga tam, gdzie od­kry­wa­my, że cze­goś nie da się wy­po­wie­dzieć w pła­skim ję­zy­ku. To trosz­kę tak, jak po re­wo­lu­cji, po woj­nie do­mo­wej w Rosji, gdy od­wró­ci­ły sie bie­gu­ny: bie­gun zycia i bie­gun śmier­ci. Wcze­śniej życie to była „ma­te­ria”, jak mówi Agata, to zna­czy cała ta fi­zjo­lo­gicz­na stro­na, śmierć na­to­miast nie mogła się obejść bez sfery du­cho­wej. Tym­cza­sem na­stą­pi­ło od­wró­ce­nie: in­te­li­gen­ci ro­syj­scy po­wra­ca­ją­cy do Pe­ters­bur­ga po woj­nie do­mo­wej (to się po­wta­rza­ło wszę­dzie), po pro­stu po­wra­ca­ją­cy po tych la­tach to­tal­ne­go znisz­cze­nia do kul­tu­ry, wra­ca­li do świa­ta, w któ­rym, jak u Pła­to­no­wa, ma­te­ria, fi­zjo­lo­gia to świat śmier­ci. Jeden z bo­ha­te­rów opo­wia­da­nia Wsie­wo­ło­da Iwa­no­wa, ro­syj­skie­go pro­za­ika de­biu­tu­ją­ce­go po re­wo­lu­cji (zresz­tą do­bre­go), mówi: „Nie ma nic prost­sze­go niż zabić czło­wie­ka”. Oto fi­zjo­lo­gia pie­kiel­na, fi­zjo­lo­gia głodu, śmier­ci, cho­rób, wy­na­tu­rzo­ne­go seksu, gwał­tu zbio­ro­we­go… Tym­cza­sem sfera ducha, sfera psy­chi­ki, sfera psy­che, stała się po tych do­świad­cze­niach gra­nicz­nych sferą życia. Gnoza, którą do­strze­ga Agata, jest gdzieś tutaj za­ko­twi­czo­na, nawet hi­sto­rycz­nie. A dzi­siaj i dla nas nad­szedł czas prze­si­le­nia. Wra­ca­ją nie­po­ko­je rów­nież, po­wie­dział­bym, na skalę escha­to­lo­gicz­ną. Mu­si­my wró­cić do ta­kie­go ję­zy­ka w sztu­ce, w kul­tu­rze, który jest po­jem­niej­szy, prze­stron­niej­szy, obej­mu­ją­cy wię­cej, po­ka­zu­ją­cy inną rze­czy­wi­stość.

Spotkania "Małego Formatu"
Tekst jest zapisem dyskusji wokół nowego przekładu "Dołu" Andrieja Płatonowa z udziałem tłumacza Adama Pomorskiego, Agaty Bielik Robson i Danuty Ulickiej. Spotkanie, które odbyło się 11 lipca 2017 r. poprowadził Jakub Nowacki z "Małego Formatu".

Jakub No­wac­ki
ur. 1994, stu­dent Wy­dzia­łu Po­lo­ni­sty­ki UW. Pu­bli­ko­wał m.​in. w "Twór­czo­ści", "Ty­go­dni­ku Po­wszech­nym" i "Ha!arcie". Miesz­ka w Prusz­ko­wie. W "Małym For­ma­cie" pisze i re­da­gu­je.
Agata Bie­lik-Rob­son
ur. 1966, fi­lo­zof­ka i pu­bli­cyst­ka, pro­fe­sor­ka na Wy­dzia­le Teo­lo­gii Uni­wer­sy­te­tu w Not­tin­gham oraz w In­sty­tu­cie Fi­lo­zo­fii i So­cjo­lo­gii PAN. Ostat­nio wy­da­ła „Cie­nie pod czer­wo­ną skałą. Eseje o li­te­ra­tu­rze”.
Adam Po­mor­ski
ur. 1956, tłu­macz li­te­ra­tu­ry pięk­nej z ro­syj­skie­go, nie­miec­kie­go, an­giel­skie­go, bia­ło­ru­skie­go i ukra­iń­skie­go, ese­ista, kry­tyk li­te­rac­ki.Od 2010 roku Pre­zes Pol­skie­go PEN Clubu. Autor m. in. książ­ki: „Du­cho­wy pro­le­ta­riusz: przy­czy­nek do dzie­jów la­mar­ki­zmu spo­łecz­ne­go i ro­syj­skie­go ko­smi­zmu XIX-XX wieku (na mar­gi­ne­sie an­ty­uto­pii An­drie­ja Pła­to­no­wa)”
Da­nu­ta Ulic­ka
ur. 1956, li­te­ra­tu­ro­znaw­czy­ni i tłu­macz­ka li­te­ra­tu­ry ro­syj­skiej, znaw­czy­ni twór­czo­ści Mi­cha­iła Bach­ti­na, pro­fe­sor zwy­czaj­na w Za­kła­dzie Po­ety­ki, Me­to­do­lo­gii i Teo­rii Li­te­ra­tu­ry na Wy­dzia­le Po­lo­ni­sty­ki UW.

Spotkania "Małego Formatu"
Tekst jest zapisem dyskusji wokół nowego przekładu "Dołu" Andrieja Płatonowa z udziałem tłumacza Adama Pomorskiego, Agaty Bielik Robson i Danuty Ulickiej. Spotkanie, które odbyło się 11 lipca 2017 r. poprowadził Jakub Nowacki z "Małego Formatu".

POPRZEDNI

szkic  

W stronę Kraszewskiego. Ciekawy przypadek Remigiusza Mroza

— Rafał Różewicz

NASTĘPNY

rozmowa  

Mam tylko pytania

— Maciej Oleksy